W końcu mam chwile coby opisać mój poród

przy 3 dzieci, wolnym zawodzie gdzie nie ma macierzyńskiego i całym domu na głowie niewiele mi czasu zostało na rozrywki ale do rzeczy.
Jak zapewne co niektóre pamiętają szykowałam się do porodu w domu. Wszystko było umówione, milion badań porobionych, umowa z położną, pół pokoju zastawionych pomocami położnej (piłki, worki, podręczna torba itd.) coby nie musiała już tego sama wieść. Dostałam od niej rozpiskę kiedy ma dyżury w szpitalu z przykazaniem coby na nocnym dyżurze nie rodzić bo nie będzie mogła się zamienić. Bóle przepowiadające ale bardzo „przekonujące” miałam już od jakiś 2 tygodni i przynajmniej ze 3 razy w tym czasie byłam przekonana ze poród się zaczął. Ciągle przyglądałam się tej nieszczęsnej rozpisce i sprawdzałam kiedy mogę rodzić a kiedy nie. Byłam 2 dni po terminie i wieczorem mowie do męża, że jeszcze tylko muszę jakoś przeżyć jutrzejszy nocny dyżur położnej i mogę rodzić bo ona będzie miała aż 4 dni wolne. No i jak się zapewne domyślacie, dnia następnego kiedy położna poszła na 19 do 7 rano do pracy, mnie wieczorem znów zaczęły łapać bóle przepowiadające (wtedy mi się zdawało). Jak nauczona doświadczeniem wcześniejszym, wzięłam kąpiel, pogadałam z małą coby sobie teraz żartów nie robiła że ma poczekać do rana, położyłam się do łóżka i leżałam jak trusia żeby się bóle wyciszyły. No ale brzuch mnie jakoś tak pobolewał niemrawo. Obudziłam się o 1 w nocy bo mnie jakoś bardziej zaczął boleć. O 1:30 zeszłam na dół do kuchni i trochę mierzyłam czas bo już w końcu nie wiedziałam czy to przepowiadające czy już poród (a tego nie chciałam). Zapiski wcale nie były jednoznaczne więc po pół godzinie poszłam się położyć spać, bo byłam pewna że to przepowiadające. No i jak już się ułożyłam w łóżku wygodnie z moimi 6 poduszkami

które aby się wyspać musiałam podkładać tu i tam, złapał mnie taki mega skurcz, że nie mogłam się ruszyć i aż mąż się obudził w panice, bo nie wiedział co się stało. Powiedziałam mu że chyba się zaczęło ale fatalna sprawa bo Dorota jest w szpitalu, jest dopiero 2 w nocy, trzeci poród i nie wiadomo czy dam rade wytrzymać do 7 rano (plus jeszcze godzina na dojazd do nas). O 2:30 telefon do Doroty i przedstawienie sytuacji na frocie. Jak z nia rozmawiałam to już mnie nieźle przyginało w dół z bólu. Dorota powiedziała, że z tego co słyszy to na 99% nie pociągnę długo i lepiej żeby przyjechać do szpitala do niej bo ona nie może się wyrwać. Tak więc telefon do moich rodziców żeby zostali z chłopakami bo my musimy jechać. Chwile po 3 rano wyjechaliśmy z domu. Nauczona doświadczeniem nie wzięłam termofora, bo przy 2 porodzie przez niego ledwo zdążyłam na porodówkę. Do szpitala dojechaliśmy przed 4 rano. W Izbie przyjęć szybka reprymenda od dyżurującej. Spytała o której się zaczęły bóle, który poród i jeszcze zobaczyła że z Piotrkowa (do Łodzi to ponad 50 km) i pyta „Czemu Pani tak długo czekała?? Na co ja obolała odpowiadam „że myślałam że mi przejdzie”

Kobita popatrzyła na mnie dziwnym wzrokiem i wyszłam na wariatkę która rodzi 3 raz i myśli że jej przejdzie

Oczywiście milion papierów i dwa miliony podpisów, ja podpisywałam a mąż czytał co podpisuje bo ja z bólu nie bardzo rozumiałam tekst pisany

Później na górę na porodówkę i spotkanie z Dorotą. Sala mała, dwa stanowiska do rodzenia przedzielone mała ścianką i pechowo ktoś za tą ścianką już jest. Do tego badanie i okazuje się że bóle odczuwalne ale szyjka długa i przepuszcza tylko 1,5 palca. Po naradzie z Dorotą ustalamy że położę się na łóżku porodowym, poleżę, spróbuje pospać i może się bóle wyciszą i może uda się dotrwać do 7 rano i wtedy razem juz wrócimy do domu. No ale leże na tym łóżku, bóle jakby coraz gorsze, na zegarku dopiero 5 rano. Szybka kalkulacja, że muszę wytrzymać jeszcze! 3 godziny (żeby nie urodzić w samochodzie w drodze powrotnej tylko w domu) a podświadomie wiem że nie dam rady. Tak więc mówię Dorocie że chyba się nie uda bo mnie boli straszliwie jak leże i nie dam rady tak jeszcze 3 godziny. Tak wiec schodzę z łóżka i zaczynam od prysznica. Mąż mi leje ciepła wodę na plecy, a jak mnie łapie skurcz to na podbrzusze. Postanawiam stamtąd nie wychodzić

za jakiś czas przychodzi Dorota bo długo nas nie ma i chce sprawdzić co się stało.. Po jakiś 20 minutach w końcu wychodzę i proszę Dorotę żeby mnie zbadała. Mam już prawie 6 cm rozwarcia. Przez większość następnego czasu stoję przy łóżku porodowym, kołysze biodrami a mąż mi albo masuje dół pleców (te cholerne bóle z krzyża!) przy skurczu a ja z przodu przykładam termofor, jak skurczu nie ma to termofor daje na plecy. Tak po 6 rano znów mnie bada i mam 9 cm rozwarcia ale główka nie jest prawidłowo wstawiona więc radzi żeby się położyła na prawym boku na łóżku żeby pomóc małe we wstawianiu. Na tą propozycję nie jestem szczęśliwa bo leżenia mnie zabija. Ból jest przeogromny (oczywiście w przerwach w skurczu mówię mężowi że dzieci więcej to już nie będzie). Ludzie po 2 stronie ścianki jakąś godzinę wcześniej przestali mi przeszkadzać bo ból był silniejszy niż jakieś tam wstyd czy skrępowanie. Na łóżku porodowym zdarza mi się zmora rodzących czyli zwyczajnie robię kupę. Ból jest tak wielki że pomimo że robię to przy mężu wcale a wcale mi to nie przeszkadza, ba jest mi obojętne bo mam wrażenie ze się kończę. Odchodzą mi wody i jest ich bardzo dużo ale ładne przeźroczyste. Wykrzykuje w miedzy czasie że już nie dam rady i że bardzo mnie boli. Mąż cały czas mi masuje palcami plecy, a ludzie zza ścianki siedzą jak trusie cichutko. Później od Doroty dowiaduje się ze u kobitki za ściana akcja porodowa się zatrzymała (może to przez moje darcie dzioba). Tuż przez 6:30 Dorota mnie bada i mam pełne rozwarcie i główka pięknie wstawiona. Decyduje się urodzić na stołku porodowym. Samo parcie trwa krótko. Urodziłam może w 2-3 skurczach, nawet nie wiem bo jak tylko usiadłam na stołeczku to Dorota z mężem zaczeli wołać żebym nie parła. Ekspresem pojawia się głowka i za sekundę wyskakuje młoda a za nia wiaderko wody. Dorota siedziała na podłodze więc do pasa jest cala mokra, trzyma mała na kolanach i cichutko woła salową i jakieś szmaty bo powódź mamy

Daje mi młodą na kolana, nie ma pośpiechu, cały czas jest przygaszone światło. Ludziska z noworodków się biegły, ale stoją dyskretnie z bólu i nic nie mówią, nie zabierają mi małej. Siedzę sobie tak chwilkę, powoli mąż odcina pępowinę, mała zaczyna się trochę krztusić. Ktoś z noworodków prawie szeptem mówi żeby może tak jej ssawką pomóc, i podaje Dorocie aparat. Ja nadal ją trzymam i mowie że ssawką nie, nie chce ssawki, więc Dorota ją odstawia i prosi aby małej pochylic głowe do dolu. W tym czasie rodzi się łożysko i wypada na podłogę. Dorota ze mną i męzem je ogląda, a mała daje kobitkom z noworodków. Szybko ja ważą, mierzą i zawijają w becik i kłada na wózeczku koło mnie. Mi Dorota kazała się położyc na łózku coby ocenic straty we wiadomym miejscu. Okazuje się że mam niewielkie pęknięcie śluzówki ale dosyć mocno krwawi więc zakłada mi chyba 2-3 szwy. Później rozwija mała z pieluch i kładzie koło mnie w łózko abym ją grzała wlasnym ciałem. Mała od razu szuka piersi i zaczyna ssać. Przychodzi lekarz i pyta o poród i gratuluje dużego dziecka. Więc mówie do niego ze śmiechem „Dziękuje bardzo, dzieciak zdrowy więc proszę zapakować i do domu ide”. Zaczął się śmiać i wyszedł. Zaraz zaczęli się schodzić ludzie z papierami do podpisu że wychodzimy na żądanie i czy mogłabym poczekać do obchodu o 8 to od radu miną 2 godziny i mnie lekarz obejrzy. Nie przenosili mnie na salą ogólną, obchód lekarski zaliczyłam na porodówce i na pytanie jak się czuje powiedziałam że doskonale i chce już wyjść do domu. Na co lekarze ze śmiechem odpowiedzieli że „tak już słyszeli że mi się spieszy”. Po obchodzie wziełam prysznic, w tym czasie zaszczepili małą i ubrali w wyjściowe ciuchy. Zapakowaliśmy się do samochodu o 9:30 i za godzinę byliśmy w domu.
Czekało mna mnie moje ulubione jedzonk