Wklejam Wam moja relację z porodów, kilka lat temu wklejałam na to forum, ale zniknęła... a tak miło powspominać, zwłaszcza, że czekam na 3 dziecko i liczę znów na poród w domku
Listopad 2002r.
Mój pierwszy poród- kołatała się mysl żeby w domu, ale nie byłam pewna jak to jest
Tego dnia moja Babcia, mieszkająca z nami, miała rano poważny udar. Cały dzień spędziłam z nią na pogotowiu, w szpitalu, na neurologii...Martwiłam się tylko, żeby nie zacząć rodzić tam na miejscu. Do domu wróciłam zmęczona taksówką koło 17.00. Babcia zaopiekowana została w szpitalu.
O 18.30 leżałam u siebie na łóżku i poczułam jakieś “pyknięcie” w szyjce, zaczęły mi odchodzić wody... Od razu tez zaczęły się skurcze, zapisywałam je na kartce... Mąż kończył pracę i jechał do mnie... Koło 19.30 zebraliśmy sie do szpitala. Jechaliśmy spokojnie białym cinquecento, przez na szczęście już nie zakorkowane miasto.
Szpital Św Zofii w Warszawie o najwyższych notowaniach, ale nie obyło się bez:
przy przyjęciu dłuuugie przepytywanie do "papierów" pesel itd... a ja miałam
rozwarcie na 4 cm , regularne skurcze co 4min. Potem na moje stwierdzenie, że odeszły mi wody odpowiedź brzmiała, “ no to sie jeszcze okaże, czy to były wody”, a na słowa mego męża, że urodzę dzisiaj (była godzina 20. z minutami) odpowiedziały “taaa, na pewno...” wpisując w dokumentację datę dnia nastepnego i co- pomyliły się urodziłam tej nocy, o 23.15.
Poród bardzo spokojny, do wyboru były dwie sale wiśniowa i agrestowa, wybrałam orzeźwiającą zieleń, czerwona sala mi nie pasowała. Położna z dyżuru, czułam sie dobrze, ale jakaś otumaniona byłam, poddałam się i wykonywałam o co prosiła, między innymi zupełnie nie wiem dlaczego urodziłam na fotelu porodowym, zamiast tak jak chciałam przedtem, w kucki... Po prostu wystarczyły jej słowa “zapraszam na fotel” i ja grzecznie podreptałam i przy pomocy męża się wspięłam... Ot niepewnie i nie na swoim gruncie czułam się nawet w tym miłym pokoju agrestowym. Jeszcze w trakcie I fazy położna co jakiś czas sprawdzała rozwarcie, zupełnie niepotrzebnie moim zdaniem. Większość porodu spędziłam w wannie, ale to wstawanie z wanny i wychodzenie kilka razy na korytarz żeby dostać się do wc, na oczach wszystkich w dyżurce nie
było zbyt fajne, nie rozumiem dlaczego nie zainstalowali chociaż takich mini
turystycznych toaletek? Siedząc w wannie zgodziłam sie jeszcze na przeprowadzenie ankiety nt. przebiegu ciąży i porodu, bardzo również miła, inna lekarka siedząc na brzegu wanny zadawała mi pytania, a ja odpowiadałam w przerwach między skurczami, trwało to ze 30 minut.
Położna ogólnie była w porządku, asystowali jeszcze w końcówce, przy porodzie łożyska lekarz i lekarka, w sumie także nie wiem dlaczego, ale ok, przynajmniej pokazali nam na naszą prośbę i opisali szczegółowo łożysko

Może będąc spokojną i opanowaną rodzącą nadawałam sie na obiekt do obserwacji

Ogólnie poród wspominam jako bardzo dobry, żadnej traumy, zgrzytów także nie było, byliśmy z mężem bardzo pozytywnie zaskoczeni, że tak ładnie, szybko i estetycznie odbył się nasz poród... Przy partych nawet nie krzyczałam, ale jednak w tej pozycji półleżącej szybko opadłam z sił, zaczęły drżeć mi nogi z wysiłku, mąż pomagał mi przyginać je do ciała i utrzymywać w tej pozycji przy parciu, musiałam w to włożyć spory wysiłek, nie miałam wsparcia ze strony grawitacji. Córeńka jak kosmitka wyszła do połowy i wydała pierwszy krzyk, będąc jeszcze we mnie brzuszkiem i nóżkami, piękna chwila, później juz była cichuteńko, od razu się kochana przyssała do cyculka. Krocze nie było nacinane ale pękło, mimo zastosowania tzw. “ochrony krocza” 1 cm i również z nie wyjaśnionych powodów- zszywała mi na żywca, bolało bardziej niż cały poród, brrr, tu dopiero krzyknęłam i ściskałam męża za rękę z całej siły. Działo się to jednak bardzo szybko i fachowo, być może “nie opłacało” się wkłuwać ze znieczuleniem dla tak małego szwu. Potem już chwile ( 1,5 godziny) tylko dla nas z maleńką, położna wyszła, cudowna cisza, przytulanie, rozmowa nt. wrażeń z właśnie ukończonego porodu i podziwianie przyssanej, śpiącej maleńkiej. Była jak aniołek wyciszona i spokojna i takim tez później była dzieciątkiem..
Naszeńka miała 57 cm, ważyła 3700g. i otrzymała 10 pkt. apgar
Po porodzie w szpitalu wynajęliśmy pokój rodzinny tzn. taki w którym mógł przebywać też mój mąż przez całe 3 doby ze mną i maleńką i spać na dostawce, ale zdarzało sie, że spaliśmy ciasno przytuleni w trójkę na dość szerokim szpitalnym łóżku. Spałam, spałam, spałam, z przerwami na karmienie, toaletę... Moja maleńka była taka piękna i kochana, przepełniała mnie czułość i duma ale czułam się jakbym była chora, wizyty lekarzy, obchody, itd... mąż był z nami większość czasu, wychodząc na parę godzin do pracy. Niemniej jednak położne bardzo miłe, bo na tzw “oceanie” była indywidualna opieka położnych dyżurujących przez 12 godzin na zmiany, wzywałam je za pomocą pagera, a gdy maleńka miała problem ze smółka i jelitkami w drugiej dobie, były na przemian z nami w pokoju prawie całą dobę zajmując sie małą pilnując jej i pozwalając nam odpocząć. Położna uczyła tez nas kapać i przewijać, na pierwszą kąpiel oczywiście został zaproszony tatuś, a ja tylko asystowałam i robiłam zdjęcia. Po 3,5 dobach wróciliśmy z naszą kruszynką do domu, gdzie nareszcie poczułam się na swoim i szybko stanęłam na nogi.
Cena..., w 2002 roku poród + pokój kosztowały nas łącznie 2100zł, dla nas bardzo dużo, ale mimo wszystko warto było.