Poród:
Sam poród w moim odczuciu zaczął się faktycznie 03.12 w nocy, jednak akcja zatrzymała się, bo chcieliśmy pojechać na cmentarz w rocznicę śmierci teścia. Zabraliśmy wujka (brata teścia) i pojechaliśmy. Przyznam szczerze, że miałam nadzieję, że po powrocie akcja się wznowi i wznowiła się, ale nie na tyle, żeby poród pchnąć dalej.
Zaczął się 04.12 a my bardzo nie chcieliśmy, żeby to była data narodzin. Niemniej jednak skurcze się pojawiły, a przecież nie będę się na siłę wstrzymywać przed rodzeniem

Jak tylko się pojawiły w miarę regularne skurcze, zadzwoniłam do położnej. Ona jednak stwierdziła, że jej zdaniem jeszcze długo poczekamy i żebym poszła spać, jeśli dam radę. Usnęliśmy, skurcze znów ustąpiły.
Cały dzień 04.12 przechodziłam z lekkimi i średnimi skurczami, natomiast dopiero wieczorem rozkręciło się na tyle, że znów zadzwoniłam po położną. W międzyczasie poprosiłam Leona, żeby sprawdził, czy jest rozwarcie, bo sama nie sięgałam. Wprawdzie niewiele się na tym zna, ale orzekł, że na 3 place, czyli 6cm. Tak też powiedziałam położnej, więc nie było wątpliwości, że musi się do nas wybrać. Przyjechała, zbadała, było 7cm – kryzys siódmego centymetra trwał więc w najlepsze

i właśnie wtedy mnie zmogło zmęczenie. W końcu ten poród już trochę trwał. Wody nadal nie odeszły, a ja nie zamierzałam ingerować, żeby im pomagać, choć wiedziałam, że pewnie w szpitalu już dawno by mi pęcherz przebito. Położna zaordynowała sen, bo mimo parcia niewiele się zmieniało, a moje nogi drżały jak osiki na wietrze. Większość skurczów przebyłam albo w kucki albo na stojąco, więc trudno się dziwić, że byłam padnięta. Była może druga w nocy, kiedy położyliśmy się spać, a położna czuwała nad nami. Leżałam w swoim łóżku, ze swoim facetem, między nogami miałam poduszkę-banana, żeby skurcze mniej bolały. Nie wiem jaka była częstotliwość wtedy, ale wiem, że każdy skurcz wyśpiewywałam dosyć głośno i “wytrząsałam”. Ostatni skurcz, jaki spędziłam w łóżku to był ten, w trakcie którego pękły mi wody. Uczucie było wspaniałe, choć dziwne, a najdziwniejsze było to, że pękanie wód było słychać jako takie ciche pyknięcie.
Kucnęłam na łóżku, zaczęłam przeć, ale akcja nie postępowała. Nie pamiętam ile to trwało, ale jak próbuję sobie to odtworzyć w głowie, to myślę, że bardzo krótko. Tymczasem wody pękły o 4:05, a ja przez dwie godziny nie miałam skurczy o większej częstotliwości, a do tego skurcze były nieregularne. Położna zbadała mnie,a ja w trakcie tego badania uciekłam jej, bo nie dałam rady wytrzymać tego bólu. Okazało się, że Tomasz wstawił się twarzyczką, a odejście wód dopiero umożliwiło tego ocenę.
Trudno, w dosłownie 3 minuty byliśmy w samochodzie, a 7 minut później w szpitalu WSS na Kamieńskiego. Akurat przyjmowano pacjentkę, więc stanęliśmy “w kolejce” i grzecznie czekamy. W międzyczasie przeszłam ze dwa skurcze na korytarzu. Czułam, że nie mam sił już więcej, zwłaszcza z uwagi na niedobór snu. W tamtej chwili pewnie gdyby mi zaproponowali narkozę i cesarkę, potraktowałabym to jako okazję do wyspania się i bym się zgodziła

Położna wciąż i wciąż powtarzała, że jeśli będę mieć do wyboru oksytocynę i cesarkę to mam wybrać oksytocynę. Wiedziałam, że ma rację, ale było mi wtedy ciężko tę rację przyjąć jako dobrą nowinę. W końcu udało się dostać na izbę przyjęć, jednak zabronili wejść ani Leonowi ani położnej. Jak powiedziałam, że:
- jestem z porodu domowego,
- mam prawie pełne rozwarcie,
- dziecko wstawiło się twarzyczkowo,
- przyjechaliśmy sami, bez karetki,
- czekałam grzecznie na korytarzu i nie wdarłam się siłą, żeby mnie przyjęli w trybie natychmiastowym,
to wszyscy zrobili wielkie oczy i jednak wpuścili ze mną moich towarzyszy na izbę.
Tam mnie zbadano i załadowano na wózek, a z wózkiem już na salę porodową. Trafiła mi się sala “jesień”. Na sali podłączono mnie pod KTG (niestety na cały okres porodu). Pierwszy okres pobytu w szpitalu upłynął mi na leżeniu pod KTG i zagryzaniu zębów. Pierwsze skurcze wokalizowałam, ale Leon przekonał mnie, że marnuję siły i podpowiadał jak oddychać. To było bardzo pomocne i chyba tylko dzięki temu udało mi się to przetrwać. Tym bardziej dumna byłam z siebie, kiedy po kilkunastu minutach Leon wyskoczył z tekstem: “Chyba jest źle, bo coś nie masz skurczy” a ja właśnie dzięki oddychaniu przechodziłam je tak łagodnie, że nawet nie zauważył. W czasie KTG na sali było ciemno, byliśmy we dwoje i tylko ktoś od czasu do czasu wpadał żeby zobaczyć zapis. Po zapisie jednak zaraz zrobiło się tłoczno, przyszła lekarka, lekarz, położna i jeszcze kilka osób. Lekarz miał zbadać mnie i zobaczyć, czy dam radę urodzić naturalnie. To było chyba najgorsze doznanie, jakiego w życiu doświadczyłam, ale też miałam świadomość, że nie ma co się mazać. Leon, gdy mi dziś relacjonuje przebieg tego badania, jest pod ogromnym wrażeniem precyzji lekarza. Podobno lekarz długo, długo w badaniu wewnętrznym “przyglądał się palcami” ułożeniu dziecka w macicy, a potem jednym ruchem coś “ustawił” i stwierdził: “To za chwilę rodzimy”. Podłączono mnie do kroplówki nawadniającej, oczywiście 5 jednostek oksy w niej się znalazło. Założony wenflon długo jednak nie posiedział, bo komuś się czymś machnęło i się wyrwał. Koszulę mi zalało i pomyślałam z satysfakcją: “Mam pierwsze trofeum porodowe”. Wkłuli mi się drugi raz, tym razem w zgięciu łokcia i już bez dalszych niespodzianek rodziłam. Kroplówka zaczęła działać, przyszła położna i stwierdziła, że teraz to już tylko ode mnie zależy jak długo tu będę, bo zaczęła się akcja porodowa. Nie wiem kiedy, ale pojawiła się też studentka położnictwa z pytaniem, czy może być w trakcie porodu. Zawsze chciałam się na to zgodzić i zgodziłam się przerywając jej pytanie, bo już chciałam się skupić na porodzie. Łóżko porodowe “transformowało się” i dostałam pod nogi podpórki. Zapytałam, czy nie dało by się, żebym rodziła z nogami niżej od pupy, więc trochę mi te podpórki obniżyli, ale niestety nadal parłam “pod górkę” i już czułam, że z ochroną krocza będzie krucho. Nie wiem ile było skurczów, ile to wszystko trwało, wiem tylko, że położna, lekarka i studentka trzymały mnie za nogi, żebym mocniej parła, a ja dawałam z siebie wszystko, mimo, że najchętniej przybrałabym inną pozycję i poczekała aż grawitacja i skurcze same wyprą dziecko. Poprosiłam, żeby postarały się nie robić mi nacięcia. O dziwo, położna naprawdę próbowała, używała żelu i kontrolowała główkę. Ostatecznie jednak, przebąkując coś o zagrożeniach neurologicznych itp. zaproponowała nacięcie. Było mi absolutnie wszystko jedno w tamtej chwili. Spojrzałam na Leona, on tylko powiedział, że mam jego pełne poparcie, jakiej decyzji nie podejmę. Zgodziłam się na nacięcie, zapytałam czy będzie znieczulenie do szycia i jak usłyszałam, że będzie, to mi ulżyło. Chwilę później miałam już Tomasza na brzuchu. Poprosiłam, żeby nie cięli tętniącej pępowiny i tak też się stało. Tatuś dostał przywilej jej przecięcia. Tomasz leżał na moim pomarszczony brzuchu, był umorusany i paskudny, ale był mój

miał zdziwioną minę, marszczył czoło i nie płakał. To, że nie płakał dla mnie było akurat bardzo dobrym objawem, bo oznaczało, że nie poczuł się skrzywdzony. Leon mówi, że Tomaszek długo nie płakał i dopiero w trakcie badań coś zakwilił. Dostał 10 w skali APGAR. Była 8:15, urodziłam w niecałe 2 godziny od przekroczenia przeze mnie progu szpitala.
Łożysko urodziło się w całości. Poprosiłam, żeby mi je pokazano i mogłam sobie na nie popatrzeć. Okazało się, że podobno pępowina też była dosyć krótka.