Może poczucie winy to źle powiedziane, ale nie wiedziałam jak krótko
zatytułować ten wątek.
Pewnie nie powinnam czuć się winna, bo przecież w szpitalach rodzą sie prawie
wszystkie dzieci i nie mamy w ogóle wpływu na to, co tam się dzieje. Ale teraz
gdy na własne oczy, nie tylko z książek, przekonałam się, jak ważne jest być z
dzieckiem zaraz po urodzeniu i odpowiedzieć na jego pragnienie nawiązania
pierwszego kontaktu, mam takie uczucie, jakbym niegdyś zawiodła moje córki.
Przy pierwszym dziecku byłam bardzo młoda, dosyć zielona w temacie, co
przyszpitalna szkoła rodzenia raczej podtrzymywała i nie miałam wsparcia
nikogo doświadczonego, internetu też nie

. Możliwość rodzenia w domu nawet
mi się o uszy nie obiła, byłam zachwycona, że mogę mieć męża ze sobą na sali
porodowej. Pozwoliłam sobie zrobić ze mną i z rodzącą się córeczką wszystko:
przebić pęcherz płodowy, podpiąć do KTG na 11 godzin, podać rutynową porcję
dolarganu, na szczęście nikt nie wyskoczył z pomysłem oksytocyny. Teraz wiem
jak ciężko mojej pierworodnej było rodzić się "na sucho" bez wód, pod wpływem
narkotyku. Położono mi ją na brzuch, ale mi podano do szycia znieczulenie
dożylne, więc po chwili byłam zbyt "pijana" by się na niej skupić. W efekcie
nie została przystawiona do piersi przez wiele godzin, a przez kilka dni z
trudem uczyła się ssania, a ja poznałam co to Baby Blues w pełnym wymiarze.
Wyszłyśmy z tego zwycięsko, ale intuicja mówiła mi, że to musi wyglądać
inaczej. Może dlatego moja najstarsza była aż tak niespokojnym dzieckiem?
4 lata później byłam już oczytana, pewna czego chcę i o mały włos
zdecydowalibyśmy się już na poród domowy. Nie wyszło, zabrakło determinacji,
myślałam że wystarczy załatwić "naturalną" położną w szpitalu, a szpital też
oczywiście miał być lepszy niż poprzedni. Pojechaliśmy tam w ostatniej chwili,
przynajmniej nie zdążyli wiele zepsuć w przebiegu porodu, no ale nasza położna
też nie zdążyła dojechać i trafiłam na ludzi, którzy siłą położyli mnie na
plecach do rodzenia i nacięli mnie mimo protestu. Ale w każdym razie po
porodzie i ja i córeczka tym razem byłyśmy w świetnej formie, a rozdzielono
nas po minucie powitania. Zabrano ją do innej sali i stoczyliśmy z mężem
prawdziwą walkę, aby ją oddali. Dla mnie to była trauma, chciałam ją trzymać w
ramionach! Przyniesiono ją po 2 godzinach, na szczęście jeszcze nie spała,
czekała na mnie, na szczęście zdążyłam ją przystawić do piersi, mówić do niej,
na szczęście zdążyła zasnąć przy mnie.
Za trzecim razem to już wiecie - nie chciałam ryzykować. Urodziłam w domu i
wypuściłam malucha z rąk tylko do zważenia i ubrania tuz obok mnie, na kanapie

.
Wiele z was urodziło najpierw w szpitalach, nie żałujecie, że Wasze starszaki
nie miały takiego startu w życie jak domowe pociechy?
Ja teraz, po Dominiczku, nie mogę nawet słuchać dramatycznych opisów innych
kobiet jak nie po ludzku rodziły, bo od razu mam łzy w oczach.