No rzeczywiście, urodziliśmy

Nie piszę, bo ciągle jestem zmęczona/śpiąca, no
i dopiero wydostałam się z dołka, którego złapałam po euforii…
Gerard przyszedł na świat 21 stycznia, 12 dni po "naciągniętym" terminie, o
12.12, w domu

Nie obyło się jednak bez komplikacji
Poród trwał 10 godzin, w tym II faza godzinę (nie wiedziałam, że może aż tyle
i miałam poważne wątpliwości, czy to wszystko nie stoi w miejscu i nie jest
jakąś patologią).
Zaczęło się dziwnymi bólami, które nijak mi nie wyglądały na porodowe. W ciągu
2 godzin zrobiło się jednak regularnie i bardziej „jak na okres”, więc mnie
olśniło. Dostałam zalecenie, żeby spać, „bo nie dam rady i skończy się w
szpitalu”, ale spać się nie dało. Wydawało mi się, że wszystko rozwija się w
szalonym tempie i że Irena nie zdąży, więc wysłałam smsa do Marii. Zgodnie z
jej instrukcją weszłam na godzinę do wanny i zaczęłam porządnie mierzyć
długość i odstępy pomiędzy skurczami. Wynik wzorowy: skurcze co 4-5min,
długość 1-2min. Kolejna nieudana próba spania do 5 rano, kiedy to przyjeżdża
Maria. Mam 4cm rozwarcia, wymiotuję. Od tej pory poprawnie oddycham, bo
dotychczas otarłam o hiperwentylację. Jakiś czas potem przyjeżdża Edyta –
druga położna (nie mieliśmy nic przeciwko, zresztą poznałam ją w Zofii,
świetna babka). Potem jeszcze 2 razy pluskam się w wannie, bujam na piłce,
wyleguję w łóżku w różnych trochę skomplikowanych pozycjach, bo nasze dziecko
bez przerwy zmienia ułożenie z I na II i z powrotem a czasami zastyga
dokładnie centralnie. W międzyczasie słyszę, że mam 6cm (załamka), potem 8
(przypominam sobie, że jest coś takiego jak kryzys 7-ego centymetra i
rozumiem, czemu wygaduję głupoty w stylu: następny poród w szpitalu ze
znieczuleniem/ następnego dziecka nie będzie itp.

). Z 10cm nawet się nie
cieszę taka jestem nieprzytomna. Nie wierzę, że kiedyś urodzę, nawet jak
słyszę, że widać główkę, że blondyn, że mogę dotknąć (nie chcę dotknąć).
Koncentruję się tylko na tym, żeby przetrwać kolejny skurcz. Skądś dolatują do
mnie strzępki rozmów, że słabe mam te skurcze… Martwi mnie to i staram się,
jak mogę. Drę się od jakiegoś czasu bez najmniejszego skrępowania (sąsiadów
nie ostrzegłam, ale jest już po 9h, poniedziałek, więc są szanse, że
przynajmniej część poszła do pracy). Moja siostra wstaje o 7 i dopiero
dowiaduje się, co się dzieje. Pierwszy raz w życiu nie spóźni się do pracy,
tak się spieszy

Wody odchodzą gdzieś na 3 godziny przed końcem (fajne
uczucie

i są przezroczyste, co dla mnie jest rzeczą naturalną, bo jak już
wszystko się zaczęło, zapominam o możliwych komplikacjach).
Gery urodził się owinięty pępowiną wokół szyi, ale chyba nikt się tym nie
przejął a na pewno nie ja

Ważył 3,7 kg, mierzył 55 cm. Urodziłam go na
kolanach oparta o męża (przyjmowałam wiele pozycji, ale w tej czułam się
najpewniej/najwygodniej). Nie zostałam nacięta, ale popękała mi śluzówka (II
stopień, zdaje się). I wszystko byłoby super, gdyby… odkleiło się łożysko

(
Dostałam dożylnie 2 dawki oksytocyny, ale nie pojawił się najmniejszy skurcz.
Czekamy podobno 2 godziny. Pięknie zszytą próbują mnie spionizować, bo to
podobno niekiedy pomaga. Kończy się krótkim odlotem. Ciśnienie w normie,
łożysko na miejscu. Pakujemy się. Mąż znosi mnie po schodach z drugiego
piętra, zostawiamy za sobą krwawą strugę, ale posprzątamy potem. W samochodzie
lekkie skurcze, macica rośnie, puls też, ciśnienie spada, ale ja mam jeszcze
ochotę na żarty. Maria jedzie jak pirat, trąbi, ale potem mąż mi mówi, że nikt
jej nie zjeżdża. Obiecuje sobie kupić koguta
W szpitalu natychmiast na łóżko. Odpowiadam jeszcze anestezjologowi, że nie
mam żadnych uczuleń i.. budzę się już z synkiem obok. Nic mnie nie boli; nie
pamiętam prób budzenia mnie, przystawiania dziecka itp. Diagnoza: przyrośnięte
łożysko (pojawiające się u wieloródek, kobiet po poronieniach, łyżeczkowaniach
i infekcjach, czyli u mnie z księżyca). Zszyto mnie jeszcze raz (tamto
spruto); podobno już nie tak ładnie.
Pobyt w szpitalu wspominam bardzo dobrze. Zajęto się mną profesjonalnie,
chuchano, dmuchano i nie chciano wypuścić. Większość personelu i współpołożnic
nie patrzy na mnie jak na ufoludka

Wychodzimy na własne żądanie w czwartek.
Moja hemoglobina z 12,7 zjechała do 5. Wychodzę mając 6,8.
Maria przyjeżdża do nas z wizytą. Opowiada mi te szczegóły, których nie wiem
bądź nie pamiętam. Zaczyna od: „przykro mi, ale następnego dziecka nie
urodzisz w domu” i to jest dla mnie cios, bo do tego momentu cały poród a
nawet akcję „szpital” wspominam bardzo dobrze. Właściwie to jestem w euforii,
że urodziłam takie duże (jak na mnie) dziecko, zdrowe, śliczne, NATURALNIE,
moim zdaniem bez komplikacji (dla dziecka), bo kto by liczył III fazę? Teraz
jestem w grupie ryzyka i podobno żadna położna nie zgodzi się przyjąć mojego
porodu w domu… No może trzecie albo czwarte dziecko, jeśli kolejne porody
przebiegną bez najmniejszych komplikacji… Jestem zmęczona, niewyspana,
osłabiona. „Drobna” komplikacja przygniata mnie na ładnych kilka dni. Nie
rozumiem, czemu tak się stało/ czemu musiało tak być…
No ale już jest dobrze



Żadne z nas nie ma traumy i dziękujemy Bogu za
nasz (w sumie) szczęśliwy poród

Mogło być gorzej/ zupełnie źle/ całkiem nie
w domu. Myślę, że i tak wygraliśmy