hanyah
31.05.12, 23:29
Witajcie,
Proszę o rady, bo sytuacja trochę zaczyna wymykać się spod kontroli.
Córka, lat 12, koniec V klasy SP.
- Generalnie sowa, ranki fatalne, dźwigiem o 7 nie ściągniesz choć pilnujemy, żeby w łóżku była o 22.
- Od jakiegoś czasu zdarza się, że nie chce iść do szkoły. Wymówką jest najczęściej jakiś ból: brzuch, głowa, gardło. Czasami wydaje mi się jednak, że przesadza z tym bólem, że nawet jeśli jest, to nie na tyle silny, żeby zaraz zostawać w domu. Ból brzucha skonsultowałam u ginekologa - poradziła ibuprom, ew. 1 dzień w domu, parę dodatkowych badań których jeszcze nie zrobiłam, ale nie wydaje mi się, żeby w tym był realny powód. Natomiast ona pod tym pretekstem chętnie zostaje w łóżku nawet cały dzień.
- Kiedy z niej usiłuję coś wyciągnąć, skarży się na kolegę z klasy, który jej dokucza. Chodz io zaczepki słowne, przykre dogadywanie w stylu - "Szkoda że jesteś, zapowiadał się fajny dzień", Docinanie "jesteś gruba, brzydka itp"
Tłumaczymy z mężem, że należy go ignorować, tym bardziej że ewidentnie nie celuje w jej słabe punkty. Obiektywnie jest śliczną szczupłą dziewczyną, świetną uczennicą, lubianą w klasie, więc nie ma powodów, żeby się tym przejmowała. Cóż, ona się przejmuje. Niby jakoś sobie radzi, ale twierdzi, że ma już dosyć tych zaczepek, że jest jej przykro, że zdarza się jej płakać w szkolnej toalecie, że nie chce go ciągle unikać.
Wydaje się, że najskuteczniejsza strategia czyli olewanie nie działa, chyba czas pogadać z wychowawcą i rodzicami chłopaka. Ale Młoda trochę nie chce konfrontacji: przeczuwa, że się odsłoni ze słabymi punktami i wyjdzie na ofiarę, która nie potrafi się bronić.
Nie wiem, na ile sytuacja z kolegą jest naprawdę napięta, a na ile Młoda jest przewrażliwiona i reaguje zbyt emocjonalnie na takie sytuacje, które naprawdę zdarzają się między dziećmi. Dodam, że szkoła społeczna, klasy małe, patologii nie ma. Ja mam wrażenie, że ona trochę wyolbrzymia, już zdarzały się przypadki, że woli dać nogę niż się wysilić i zawalczyć. Ale z drugiej strony chciałabym ją jakoś wesprzeć. No i oczywiście uniknąć powtarzających się nieobecności w szkole. Kiedy mimo jakiegoś sygnalizowanego bólu namawiam ją, żeby jednak poszła do szkoły, potrafi się zbuntować twierdząc, że nigdzie nie idzie, nie będzie chodzić do szkoły, ma dość, może nie mieć komputera, muzyki i kieszonkowego.
Mam wrażenie zapętlenia: nie wiem, w czym naprawdę leży problem i jak się tego dowiedzieć. Rozmawiamy z nią, ale nadal nie wiem, czy naprawdę powodem jest wredny kolega czy Młoda szuka różnych pretekstów, żeby postawić na swoim. A może trochę jedno i drugie. Co z tym zrobić?