Mój syn w listopadzie skończy 6 lat i powinien teraz chodzić do zerówki z nową podstawą - zerówki uczącej czytania, pisania, liczenia, a przede wszystkim przygotowującej do szkoły.
Przychodzimy wczoraj do przedszkola, a tu się okazuje, że sześcioro dzieci, w tym on, przesuniętych jest do grupy pięciolatków, bo w faktycznej zerówce zabrakło miejsc (część dzieci z zeszłorocznej zerówki została w przedszkolu). Nie dość, że wyrwano go z grupy, z którą był zżyty, nie dość, że jedna z nauczycielek w grupie jest osobą średnio nadającą się do zawodu (typ biurokratki, która jest miła dla dzieci tylko w obecności rodziców podobno - zeznania starszej córki, którą też uczyła, ale mogą być przerysowane

na mnie robi fatalne wrażenie, a to moja trzecia z nią styczność), to jeszcze 3/4 grupy będzie pracować na podręczniku dla pięciolatków, a 1/4 - i tu się zaczyna zabawa - na podręczniku zerówkowym.
Rozmawiałam wczoraj z drugą nauczycielką (która jest najlepszym pedagogiem, jakiego spotkałam w życiu, a sama też jestem z branży). Pani jest nieco przerażona, jak to wszystko zorganizować, żeby dzieci do tej szkoły się jednak przygotowały, nie mają konkretnych wytycznych ani nic. Dyrektorka mówiła im, że będą musiały zostawać z tymi dziećmi po godzinach i część materiału zostanie zrealizowanego przez rodziców, w domu, w formie prac domowych.
Ręce i nogi mi opadły.
Poszłam oczywiście do dyrektorki, żeby próbować przeniesienia do grupy piątej, ale zostałam powalona mocą argumentów typu "nie bo cyferki" "nie, bo jak pani przeniosę, to inni będą chcieli" oraz w różnej formie podanego "nie bo nie".
Nie chcę póki co rozpętywać dżihadu, za kilka dni ma być zebranie rodziców dzieci idących do szkoły, zobaczymy.
Mam tylko pytanie: mieliście dzieci w podobnej sytuacji? Przedszkole dało radę?