Witam bardzo serdecznie!
Czytam forum od długiego czasu, właściwie od samych początków jego
powstania. Widzę tu mnóstwo cennych porad na temat wychowania
nastolatków w niełatwym okresie dojrzewania. Wprawdzie nie jestem
matką, której sen z powiek spędza dorastanie własnego dziecka -
liczę sobie dopiero 15 lat.
Od dziecka wychowuję sie w niewielkim miasteczku (niespełna 22 tys.
osób) w domu z wychowanymi na wsi i może przez to dość
niedzisiejszymi babcią i dziadkiem. Kiedyś był u nas jeszcze tato,
który kilka lat temu zapoznał sobie w internecie partnerkę, z którą
mieszka teraz w sąsiednim (60 km stąd) dużym mieście. Jestem więc
pasierbicą mojej macochy, ale niestety nie mogę "uwolnić się" od
dziadków i zamieszkać u taty oraz jego partnerki (biologiczna matka
tragicznie zmarła), ponieważ niedawno urodziło im się dziecko i nie
mają miejsca ani chęci, by utrzymywać jeszcze jedną osobę w domu.
Od dziecka byłam bardzo samotna. Już w przedszkolu dużą trudność
sprawiało mi porozumiewanie się z rówiesnikami. Kiedy dziewczyny
bawiły się w kąciku lalkami a chłopcy budowali budowle z klocków
(może promotorzy braku stereotypów na temat płci i inne feministki
zjedzą mnie teraz żywcem, ale tak było...), ja chodziłam - jak
mawiała babcia - "z kąta w kąt" i chociaż czasem skarżyłam się na
brak przyjaciół, jakoś sobie radziłam. Byłam nieśmiałą osobą, raczej
smutną, przygaszoną, "zamkniętą w sobie". Kiedy rówieśnicy szaleli,
ja budowałam sobie własny świat i właściwie nigdy nie zastanawiałam
się nad tym, dlaczego tak jest, chociaż czasem chciałam to zmienić,
ale moje pragnienia nie były zbyt silne.
W swoim własnym świecie musiałam się czymś zająć. Kiedy trafiłam do
pierwszej klasy podstawówki i po lekcjach nie miałam nic do roboty,
czytałam książki. Osiągnęłam najwyższy wynik czytenictwa w klasie -
54 książki rocznie (mowa tylko o tych wypożyczonych w szkolnej
bibliotece). Nie miałam koleżanek i nie zabiegałam o nie. Nadal
byłam taka, jak przedtem - pani w rubrykach z oceną opisową na
świadectwach przez dwa-trzy lata podstawówki zaczynała opinię od
słów: "XXX (tu moje imię - muszę chronić prywatność) jest spokojna i
zamknięta w sobie". Moje kontakty z rówieśnikami ograniczały się
właściwie tylko do obrony przed kolegami z ADHD (stwierdzone),
którzy dokuczali mi, bo byłam spokojniejsza od nich i przez to byłam
ich łatwym celem.
Jak już mówiłam, nie kontaktowałam się wtedy zbyt często z
rówieśnikami, właściwie tylko "służbowo". Wydawali mi się inni ode
mnie, chociaż nie wiedziałam dokładnie, na czym ta inność polega.
Byłam prymusem. Nie byłam najlepsza w klasie, bo miałam trochę
kłopotów z matematyką, ale przez trzy lata podstawówki (kształcenie
zintegrowane) miałam czerwony pasek na świadectwie i nagrody
książkowe. Szkoła była moją pasją, patrzałam w panią jak w
przysłowiowy obrazek. Lubiłam czytać czytanki (tak, tak - jestem
jeszcze z pokolenia osobnej książki z czytankami, a i w "Mojej
szkole" mimo tego, że była książką od wszystkiego, były takowe

),
bo dotyczyły życia takiego, jakim na co dzień żyją ludzie. Problemy
przedstawiane w tych tekstach wydawały mi się ważne i potrzebne, a
zdobyta wiedza przydatna. I tak było już aż do czwartej klasy, kiedy
doszły nowe przedmioty.
Muszę przyznać, że zaczęłam się uczyć od czwartej klasy tylko tego,
co mnie interesuje i do czego mam zdolności. Wiem, że nie jest to
postawa naganna, a nawet promowana na forum. Trafiłam do innej
klasy, gdzie wcale nie byłam już taka spokojna - nudziło mi się w
szkole, więc zaczęłam zachowywac się na lekcjach zupełnie jak
chłopcy, którzy mi wcześniej dokuczali. Nie wiem, może chciałam w
ten sposób obronić się przed kolejnymi atakami? Trudno mi do
odtworzyć w pamięci. Ale przejdźmy do rzeczy...
W podstawówce (i później, w gimnazjum) baardzo dużo kłopotów zaczeła
mi sprawiać matematyka. Walczyłam z moim dziadkiem, który usiłował
mnie jej nauczyć. Ze sprawdzianów przynosiłam same jedynki. Mogę
powiedzieć, że dziadkowie wręcz bili się ze mną aż do czasu, kiedy
ostatkiem sił poszłam do pedagoga szkolnego, który powiedział mi o
istnieniu dysleksji matematycznej (dyskalkulii). Poszłam do poradni
pedagogiczno - psychologicznej, gdzie przyznano mi zaświadczenie.
Było to w piątej lub w szóstej klasie szkoły podstawowej, niedawno
je aktualizowałam (trzecia klasa gimnazjum).
Jednak wiadomo - w gimnazjum, jest jeszcze więcej przedmiotów niż w
podstawówce. Doszły też ścisłe, z którymi już od trzech lat
kompletnie sobie nie radzę - fizyka, chemia, a nawet geografia czy
biologia... Nawet, jeśli biorę podręcznik do ręki i czytam go przez
kilka godzin, rozumiem z niego bardzo mało, a przede wszystkim
śmiertelnie mnie to nudzi. Uważam, że podręczniki szkolne są
napisane tragicznym, nieprzystępnym językiem, w dodatku materiał
jest w większości kompletnie poroniony i można spotkać tam nonsensy,
które nadają się wyłącznie do "Śmiechu warte" (autentyczny cytat z
mojej książki od biologii: "podczas menstruacji dziewczyna powinna
podmywać się w wodą z mydłem" - a mój pediatra zawsze mówił, że
absolutnie NIE NALEŻY tego robić i trzeba używać płynu do higieny
intymnej). Może to nieco nieszczęśliwy i kontrowersyjny przykład,
ale nie mogłam się powstrzymać. Nie wspominam już o materiale
szkolnym, który też zakrawa na niezłą groteskę i kabaret - uczymy
się o firletce poszarpanej (słyszeliście o takiej roślinie?!),
mutualizmie - związku oddziałowywania nieatagonistycznego,
rezonansie, kemach, sandrach i ozach... a ja czekam do dzwonka i
szlag mnie trafia, i zadaję sobie jedno pytanie: PO CO NAM TO JEST
POTRZEBNE?
Moi rówieśnicy jakoś sobie radzą. A ja jestem wyzywana od leniów
patentowanych, bo mam dwójki i jedynki w szkole. Zreszta nawet,
kiedy dostaję trójki (nawet z polskiego, który jest moim ukochanym
przedmiotem, bo uwielbiam literaturę i siedzę w podręczniku
właściwie od rana do nocy, a także jestem oczytana mam 4 - a
dlaczego? bo gramatyka - elementy matematyki!!!, której nawet nie ma
w liceum, bo jest tylko w gimnazjum).
Moi dziadkowie nie widza we mnie człowieka, widzą we mnie tylko
ucznia. A jak mam sie uczyć przedmiotów ścisłych, skoro mam
dysleksję matematyczna, a nie stac nas na korepetytora? Zbliża się
egzamin gimnazjalny, na którym pewnie będę miała mało punktów,
przynajmniej z części ścisłych.
I tu problem, w sprawie którego muszę się Was poradzić: co mam
robić?! Jestem kompletnie bezradna. Ledwo zdaję z klasy do klasy. Z
przedmiotów ścisłych nie umiem NIC, a lada chwila trzeba wybierać
liceum. Mieszkam w małym mieście, więc niewiele mam do wyboru.
Pierwsze, które tak naprawdę jest zawodówką i drugie prywatne, w
którym trzeba zapłacić określoną sumę pieniędzy, ale uczą się tam
ludzie, którzy raczej nie są elitą intelektualną (np. dziewczyna, z
której drwiła cała szkoła, nie zdała 3 razy do następnej klasy, ma
prawie 20 lat i uczy się w 1 klasie liceum - przypadek autentyczny,
bo ją znam)... Panuje tam "zbieranina" uczniów, ale boję się, że po
prostu pobędę w tej szkole 1 dzień i, chociaż z natury jestem
optymistką, ucieknę z niej z piskiem zatrwożona poziomem, który woła
o pomstę do nieba...
I oto ja - inteligentny człowiek, nie mogę sobie nigdzie znaleźć
miejsca. Bo gdzie mnie przyjmą z jedną czwórką lub piątką z
polskiego, a z reszty przedmiotów z dwójkami postawionymi z litości?
Próbuję się jakoś podciągnąć, ale nawet pani z polskiego, która lubi
mnie (i ja lubię ją) nie chciała mi wystawić 5 z polskiego na
półrocze, bo kuleje z gramtyką. A co dopiero mówić o panu z
matematyki?! Mądrzy ludzie na tym forum mówią, że liczy się nie
tylko sukces zawodowy - trzeba mieć przyjaciół, zainteresowania. Ale
moje zainteresowania odbiegają od programu szkolnego. A przyjaciół
też brak - stałam się w klasie ofiarą, którą każdy od siebie
odpycha, bo zazdroszczą mi