Gość: Renata
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
30.10.04, 01:42
Ostatnio śniło mi się, że wracam do domu jakby nadrzecznym bulwarem razem z
bratem mojego męża, a ponieważ odczuwam jakiś lekki niepokój, biorę go za
rękę dla dodania sobie odwagi. Dochodzimy do domu , przed którym cudacznie
poubierane leży na trawie jego wesołe towarzystwo od kieliszka. Zostawiam go
z nimi a sama dla bezpieczeństwa, żeby nie iść poulicy bo zaczyna zmierzchać,
wchodzę do pierwszej z brzegu klatki i zamierzam piwnicami przejść do
mojej.Jakieś dziwnie wąskie i niewygodne jest to przejscie, mijam po drodze
jakąś matkę z dzieckiem i nachodzi mnie myśl, że właściwie to tu też nie jest
bezpiecznie i mogę tu też spotkać się z kimś groznym. W tej chwili wyrasta
przede mną okutany w czarną pelerynę, nasunięty na oczy kapelusz, czarny,
bardzo wysoki mężczyzna. Chwyta mnie za ręce i wyciąga na pustą pogrązoną w
mroku ulicę.Krzyczę ratunku, ale głos więznie mi w gardle i czuję, że tracę
siły. On tymczasem wciąga mnie do bramy domu stojącego naprzeciw i zamyka
drzwi. Stoi przy ścianie naprzeciwko drzwi i trzyma mnie , a ja patrząc na
niego zaczynam mówić modlitwę "Aniele Bozy, Stóżu mój..." Prześladowca
zwalnia me ręce i patrząc na mnie z góry mówi z ironicznym uśmiechem : "O!,
to tak dziekujesz Bozi ( za to co cię spotyka - mam sie domyśleć). Na co ja
podejmuję watek i odpowiadam: A co by pan zrobił gdyby tak pana ktoś
napadł? - też by pan się modlił... W pewnej chwili orientuję się,że nie
stoimy już przy ścianie naprzeciw drzwi, ale tej po po lewj stronie i w miarę
jak mówię doń, znika czarna peleryna z jego ramion, a on sam przeobraża się w
białego, bardzo przystojnego męzczyznę w eleganckim ciemnym garniturze,
który uważnie mnie słucha i zyczliwie uśmiecha się. Budzę się