Gość: Bang
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
09.01.05, 22:49
Nie mogłam po nim przez jakiś czas dojść do siebie.
Zaczynało się tak: idę jakąś uliczką, wychodzę z miasta, jest coraz
większe "zadupie"- krzywy chodnik po obu stronach ulicy, stare, walące się
chałupki, jest mokro, zimno, szarawo, nieprzyjemnie. Czuję bardzo
niebezpieczną atmosferę, jak w horrorze, taka cisza przed burzą, idę dalej.
Nagle widzę przed sobą latarnię. Ledwo się jarzy, zamiast żarówki, zwisa z
niej drut po którym przebiega prąd w tę i spowrotem, Kojarzy mi się to z
krzesłem elektrycznym. Postanawiam przejść na drugą stronę ulicy, żeby nie
przechodzić pod tą latarnią. Idę dalej i widzę idącego naprzeciwko mnie
mężczyznę- jest ubrany w szaty tybetańskiego mnicha, ale czuję bijące od
niego zło. Idzie bardzo szybko, ma odrażający wyraz twazry. Mija mnie. Myślę,
że wygląda to na jakiś znak, ale może to tylko zbieg okoliczności, myślę, że
gdyby on miałby mi coś do przekazania, to przekazałby mi jakiś istotny znak.
Obracam się i widzę, że on też stanął i na mnie patrzy. W momencie, kiedy
nasze oczy się spotykają błyska się. Wtedy on się odwraca i szybko odchodzi.
Ja jestem przerażona. Budzę się, ale to dalej jest sen. Okazuje się, że nie
śpię w swoim łóżku. Biegam po domu szukająć kogoś, ale nikogo nie ma, w końcu
wracam do swojego własnego łóżka. I wtedy budzę się naprawdę. Tak okropnie
się czułam po przebudzeniu, że już nie mogłam zasnąć...
Jakby ktoś się znał na interpretacji snów, to byłabym wdzięczna, bo strasznie
mnie to męczy..