Choc lepienie pierogow to nie jest moja ulubiona czynnosc, to okazuje sie, ze do polowy listopada nie zanosi sie wizyte u babci, stad musze sobie sama zrobic. No i resztek miesa sie nazbieralo. Kupilam tez wedzony boczek wloski, bede dzis rozmyslac nad farszem - jako, ze wiekszosc miesa to jagniecina, to pewnie dodam rozmaryn, cebule i suszone grzyby.
Mam nadzieje, ze maszynka do makaronu ulzy moim bolaczkom i przynajmniej ciasto mi rozwalkuje. Wprawdzie fettiniowe-maslankowe i tak jest miekkie, ale ja nie znosze walkowac, a lubego nie poprosze, bo jutro pracuje poza wiocha. Potem powinno juz isc gladko - mam nadzieje! Trzymajcie kciuki, abym podczas lepienia pozostala dzieckiem spokoju i harmonii i niczym nie rzucala.

A jak sie rozkrece i farszu wyjdzie duzo, to moze bede miala spokoj z gotowaniem na 3 dni? (taaaa, dwoch pierogozercow w domu, daje duzje ilosci pierogow dwa dni, bo przeciez pierogi nie tylko na obiad mozna jesc)