Ostatnio coś mnie zastanowiło. Jak to jest, że wobec niektórych
Ludzi jestem taka, jaka jestem wewnętrznie, jaka jestem na co dzień,
a wobec innych.. szamoczę się, naprzemian będąc słodkim ciepłem i
cierpką goryczą?
Tradycyjnie szukałam w sobie winy i powodów wybuchów agresji, chęci
ucieczki. Wracałam w takie relacje - skruszona, przepraszająca za
siebie, niepotrafiąca znaleźć wytłumaczenia dla tego, co robiłam..
Takie Osoby zdarzyło mi się nawet poddawać próbom - czego w
trybie "normal" nigdy bym nie zrobiła. Nie poznawałam siebie.
Jednocześnie byli obok Ludzie, którzy zwracali mi uwagę na fałsz,
dziwne postępowanie, czy zachowania tych, których moje reakcje
dotyczyły. Tyle, że - jak zawsze "mądrzejsza" - nie słuchałam i na
siłę tłumaczyłam Kogoś, nie dopuszczając do siebie myśli, że może
rzeczywiście to ten Ktoś jest nie fair i w dodatku, znając mnie i
wiedząc jak to zrobić, wbija mnie w wyrzuty sumienia, jednocześnie
pogrywając mną...
Do chwili, gdy coś zrozumiałam.
Nasz organizm jest czasem znacznie mądrzejszy, niż my sami. Wyczuwa,
że powinniśmy się przed Kimś bronić i.. robi to za nas. Nie warto
walczyć z nim, obwiniać się za te reakcje. Jeśli Ktoś sprawia, że
się jeżymy, "w powietrzu" czujemy fałsz, bez powodu wybuchamy, nie
ufamy naturalnie, mamy ciągłe wątpliwości co do lojalności i
motywacji jakiegokolwiek działania i słów tej Osoby, to.. zamiast
walczyć ze sobą, warto posłuchać swojego ciała. Ma w sobie naukę
setek lat ewolucji. Zakodowane schematy zachowań, które włączają w
nas alarm i wrzucają tryb "broń się". Nie wszystko można zanalizować
umysłem - jest coś niedostrzegalne dla naszej świadomości.
Chyba lubię się uczyć.. Choć jestem krnąbrną uczennicą i zajmuje mi
to sporo czasu, zabierając wiele emocji
A Wy?
Wsłuchujecie się w siebie?