liberum_veto
28.03.08, 07:11
Gen. Mirosław Hermaszewski: Żyliśmy bardzo spokojnie do 1943 roku,
kiedy to dla nas pamiętnej nocy z 25 na 26 marca dokonano rzeczy
strasznej. Zdziczała banda „bohaterów” UPA okrążyła naszą śpiącą
wieś Lipniki i rozpoczęła systematyczną rzeź niewinnych ludzi. W
okrutny sposób zostały zamordowane 182 osoby. Z rodzin ojca i mamy
czyli Hermaszewskich i Bielawskich zginęło 18 osób. Rodzinną wieś
całkowicie spalono. Dziadek do ostatniej chwili był ufny i podobno
uspokajał nas, iż nic nam się nie stanie – bo cóż nam mogą zrobić
bracia Ukraińcy…
Aleksander Szycht: Nie jestem w stanie pojąć ani wyobrazić sobie
autentycznej przecież sceny, która rozegrała się w nocy z 25/26
marca, a mianowicie Pańskiej mamy uciekającej z 1,5 rocznym Mirkiem
na rękach z płonących Lipnik przed zaciekle ją goniącym banderowcem.
Proszę mi powiedzieć, co Pan czuje, gdy sobie przypomni, że takie
wydarzenie miało miejsce…
Gen. Mirosław Hermaszewski: Oczywiście nie pamiętam tego zdarzenia.
Miałem 1,5 roku, ale ten obraz oczywiście we mnie tkwi – wzbogacony
o opowieści starszych. Złe wieści o mordach na Polakach docierały z
sąsiednich polskich osad. W trwodze i pogotowiu – wszyscy spali nie
zdejmując ubrań - ale ta noc była piękna i jasna. Mama uznała, że w
taką noc nic się stać nie może i rozebrała dzieciaki. Wszystkich
zbudziły serie karabinowe, strzały z zapalających pocisków i
płomienie. Ojciec, który był w oddziale samoobrony na czatach wpadł
do domu i krzyknął do naszej mamy z dziećmi, by uciekali i zniknął w
ciemności. Każdy miał jakiś tobołek na plecach, tobołkiem mamy byłem
ja.
Aleksander Szycht: Banderowiec odszedł, ponieważ myślał, że zabił
Pana mamę. Ogłuszona z zakrwawioną twarzą i rozerwanym od strzału
uchem upadła. Najgorsze było jednak dla niej to, że w szoku gdzieś
Pana zgubiła…
Gen. Mirosław Hermaszewski: Kilku banderowców starało się zablokować
mamie drogę ucieczki - krzyczeli żeby stanęła, ale strach
uciekającej mamie tylko dodał sił. Jeden z bandytów może ten, który
ma czelność dziś wypinać pierś do odznaczenia dogonił ją i z kilku
metrów, celując w głowę strzelił. Trafił w ucho. Od strzału straciła
przytomność. Upadła z zakrwawioną głową. „Bohater UPA” był pewien,
że zabił. Zawiniątko przycisnęła do siebie. Sam dziwię się, że wtedy
jakoś nie zakwiliłem, przecież byłby mnie wdeptał w ziemię. Gdy mama
odzyskała przytomność - zaczęła uciekać. W sąsiedniej wsi
zaopiekowały się nią znajome Ukrainki. Po chwili gdy ochłonęła
zorientowała się, że nie ma dziecka na plecach. Była w rozpaczy i
chciała wracać, ale Ukrainki przytrzymały ją i nie puściły. „Tam
Ciebie zareżut”. Rano tata, brat i inni penetrowali pobojowisko.
Widok był przerażający – zgliszcza i trupy – większość potwornie
okaleczone. Dorobek wielu pokoleń Polaków został spalony. Niedaleko
brat zobaczył krew na śniegu i zawiniątko. Ich oczom ukazało się
niedające znaku życia dziecko – blade. Ojciec potrząsnął mną.
Otworzyłem oczy i zameldowałem „Tata si!, bu!”. Przy czym w
dziecięcym języku „si” oznaczało ogień a „bu” strzały. Widocznie
widziałem wokół płonące domy i słyszałem strzały - choć tego już nie
pamiętam –. Tak więc w ten sposób złożyłem tacie raport z tego co
się stało.
www.wolgal.pl/