Dodaj do ulubionych

Za cudze pieniądze

30.10.08, 07:28
Witam !
TVP Historia wyemitowała niedawno program dotyczący polskiej lewicy
we Lwowie, na przykładzie działalności Wandy Wasilewskiej pt. "Za
cudze pieniądze". Po zamieszczeniu nagrań na wrzuta.pl dam link do
nagrania oraz zamieszczę fragmenty wspomnień o polskich komunistach
z Lwowa gen. Z. Berlinga.
Pozdrawiam
L. Bodio
Obserwuj wątek
    • lokis1271 Za cudze pieniądze-linki 30.10.08, 16:18
      Witam !

      Podaję linki do programu TVP Historia dotyczącego polskiej lewicy we Lwowie, na przykładzie działalności Wandy Wasilewskiej pt. "Za
      cudze pieniądze", zob.:

      lokis1271.wrzuta.pl/film/rHOxPoeqGN/za_obce_pieniadze_wasilewska_cz1_tvp_historia_2008

      lokis1271.wrzuta.pl/film/kXmsG8hAOh/za_obce_pieniadze_wasilewska_cz2_tvp_historia_2008

      Pozdrawiam
      L. Bodio
    • lokis1271 Z. Berling - charakterystyka Wasilewskiej 05.11.08, 22:28
      Witam Państwa !
      Ze wspomnień gen. Z. Berlinga publikuję fragment dotyczący jego opinii o Wandzie Wasilewskiej, cyt.:
      3. Zebrania u Wasilewskiej
      Minęło wiele szarych dni.
      W pierwszych dniach lutego Grosz powtórzył zaproszenie, i oboje z Marią wybraliśmy się do nich z wizytą. Zastaliśmy na miejscu Wasilewską.
      Nie znałem jej poprzednio i nigdy jej nie spotkałem. Wiedziałem o jej przejściach w Polsce przed wojną, w związku ze znaną sprawą „Pło­myka". Z późniejszych czasów, już z okresu wojny, wiedziałem konkret­nie tylko to, co pisała o niej prasa radziecka. Kolejne wiadomości, któ­re docierały do mnie jeszcze w Starobielsku i potem w armii Andersa. mogły budzić nieufność do niej, ale ze względu na źródła — również i podejrzenia co do ich wiarogodności. Nie mając zatem bliższego kon­taktu z nią ani z jej otoczeniem, nie mogłem wyrobić sobie o niej zde­cydowanej opinii, tym bardziej że jej próba nawiązania kontaktu z 5 DP armii Andersa, jeszcze w grudniu 1941 roku, w pewnym sensie mą­ciła obraz. Wprawdzie wiadomości od Kondratika nasuwały pewne wnioski, ale nie znając motywów jej postępowania, nie mogłem się zdo­być na zdecydowaną opinię. Wiedziałem tylko, że w 1939 roku wstąpiła do WKP(b), co w Starobielsku wywołało burzę nieparlamentarnych ataków pod jej adresem.
      Teraz widziałem przed sobą wysoką, przystojną, masywną kobietę o męskiej sylwetce, raczej zaniedbaną niż schludną, w mundurze, spodniach i kerzowych butach. Zwracały uwagę ręce: duże, męskie dłonie o długich, nienaturalnie w tył wygiętych palcach, bardzo ruchliwych, jakby ciągle czegoś szukających. Pomyślałem, że podobne są do nóżek Anofelesa. Dość niezwykłe wrażenie wywołała ostra różnica w kolorze tęczówek oczu. Jedna z nich była brązowa, druga — ciemnozielona. Może właśnie z tego powodu nie patrzyła mi w oczy w czasie rozmowy, ale tkwiła wzrokiem gdzieś poza moimi plecami. Wszystko to razem budziło uczucie podobne do czujności w obliczu jakiegoś zagrożenia.
      Po kilku chwilach dość stereotypowej gadaniny o Andersie, Sikorskim, bitwie pod Stalingradem, rozmowa potoczyła się w kierunku naszej trójki. Wasilewska była widocznie zaintrygowana naszą obecnością w Moskwie. Nie miałem wątpliwości, że Groszowie powtórzyli jej treść rozmowy z nami, ale z jej pytań wynikało, że jej to nie wystarcza, że chce sobie osobiście wyjaśnić kim jesteśmy, co myślimy, jakie jest nasze polityczne oblicze, w jakich okolicznościach znaleźliśmy się w Moskwie, co robimy obecnie, co mamy zamiar robić dalej itd.
      Jasne było dla mnie, że o tych zadaniach, które my widzieliśmy przed sobą, ona nie wiedziała. Byłem więc w odpowiedziach ostrożny, i wkładałem w moje wypowiedzi, zresztą zgodnie z prawdą, sporo naiw­ności, jak przystało na przedwojennego, zawodowego oficera, w dodat­ku dyplomowanego. To z kolei wywoływało od czasu do czasu porozu­miewawcze spojrzenia i pobłażliwe uśmiechy zarówno u Wasilewskiej, jak i u obojga Groszów. Ocenili mnie chyba niezbyt pochlebnie.
      Maria patrzyła na mnie to jakby ubawiona, to jakby zaniepokojona.
      Kiedy ja z kolei zadałem Wasilewskiej pytanie, co będzie z nami, z tymi kilkunastoma setkami tysięcy naszych emigrantów i deportowa­nych z Polski, co będzie z całą naszą sprawą — odpowiedziała mi, że nic wie, i dodała (przytaczam dosłownie): ,,Ja jestem obywatelką radziecką i członkiem WKP(b), od spraw polskich odeszłam i nic mnie to nie obchodzi".
      Nie było to pełnym zaskoczeniem, ale takiej odpowiedzi nie spodzie­wałem się w najgorszych wyobrażeniach. Rzuciłem okiem na resztę to­warzystwa. Na twarzy Marii malowało się osłupienie, otwarła nawet usta. Grosz uśmiechał się dyskretnie, a Groszowa zmarszczyła czoło, zacisnęła usta i wbiła oczy w ziemię. Niewątpliwie dla obojga odpo­wiedź Wasilewskiej nie była niespodzianką.
      Zapanowało niezręczne milczenie.
      Przerwał je Grosz jakimś frontowym opowiadaniem. Po kilkunastu minutach oderwanej od tematu rozmowy, pożegnaliśmy się i wyszliśmy oboje.
      Roztrząsając z Marią to nasze wcale nieproste przeżycie, wysuwaliś­my najprzeróżniejsze i najbardziej dziwaczne wnioski. Spodziewaliśmy się wypowiedzi pokrywających się w zasadzie z tym, co słyszeliśmy od Groszów, ale to, czym nas uraczyła Wasilewska, spadło na nas jak ceg­ła z balkonu na głowę spokojnego przechodnia.
      Były dwie możliwości: albo była renegatką i sprzedała się za cenę spokoju osobistego i kawałek chleba z masłem i kawiorem, i wobec te­go mówiła prawdę, albo kłamała, i rozwiązanie naszej sprawy widziała w takiej perspektywie, jakiej — według jej oceny — my nie mogliśmy aprobować. Nie chciała, z jakichś nam nie znanych powodów, wcho­dzić z nami w bliższy kontakt i przecięła sprawę swoją wypowiedzią.
      Pierwszą możliwość odrzuciliśmy jako niedorzeczną. Pozostawała druga. Ale w takim razie dlaczego chciała z nami rozmawiać?
      Groszowie byli u nas niewątpliwie w charakterze emisariuszy kominternowskiej grupy polskich komunistów. Wasilewska natomiast w na­szej obecności w Moskwie widziała — a może tylko wyczuwała — możliwość jakiegoś innego, nie znanego jej rozwiązania. Może nawet w głębi duszy sobie go życzyła, ale była ostrożna. Szukała wyjaśnienia i nie znalazła go. Związała się z grupą kominternowską, może to jej na­wet nie odpowiadało, ale nie chciała ryzykować i samodzielnie wystąpić bez zapewnionego powodzenia w perspektywie. Nierozważne zaangażo­wanie się groziło całkowitą izolacją. Na tamtą stronę powrotu nie było. Bała się tego i wolała pozostać na razie przy koncepcji siedemnastej re­publiki. Tak było bezpieczniej, bo któż jej mógł zaręczyć, co będzie z nami jutro. A jeżeli to nowe, którego zapowiedzią mogliśmy być my, będzie wystarczająco silne, by obalić ideę integracji, to miała nadzieję, że znajdzie sposoby, żeby znaleźć się wśród nas. Jedno było pewne: o stanowisku Stalina i stosunku do naszej sprawy nic nie wiedziała.
      Nie bardzo pochlebne było to rozumowanie dla niej, ale nic chwalebniejszego się nie narzucało. Ostatecznie to wszystko były tylko nasze domysły.
      A może, może po prostu się bała?...
      Nie wiedzieliśmy wtedy, że byliśmy dość bliscy prawdy.
      Dalsze rozmyślanie na ten temat wskazywało mi na trzecią jeszcze możliwość, która okazała się trafna i której nie wyraziłem wtedy głoś­no, ale wyszła na jaw, tylko stopniowo i znacznie później.
      Podzieliliśmy się wrażeniami z wizyty u Groszów z Kondratikiem.
      Potraktował nasze zmartwienie raczej niefrasobliwie. Interesował się przede wszystkim tym, co my mówiliśmy w czasie tej wizyty. Oświadczył: -
      Wasilewską nie trzeba się przejmować. Kiedy będzie trzeba. Wan­da Lwowna zrobi to, co jej każą.
      Wypowiedź była zastanawiająca. Opanowało nas oboje takie zażeno­wanie, że nawet nie chcieliśmy szukać jej uzasadnienia ani dociekać kim są ci, którzy jej ,,każą”. Znamienne było to, że padła z ust wyższe­go oficera NKWD. Dla nas sprowadzało się to do stwierdzenia, że nie doszliśmy jeszcze do końcowego wniosku, analogicznego do tego, który według wszelkiego prawdopodobieństwa — na podstawie nie zna­nych nam faktów, znał Kondratik.
      Bo inaczej, skąd płynęłaby ta jego całkowita pewność siebie. Miało to wszystko przykry zapach tej pierwszej, odrzuconej przez nas możli­wości.
      - Co zaś do Kominternu i grupy polskich komunistów przy Kominternie — wyjaśniał dalej Kondratik — to nie ma absolutnie żadne­go powodu, by się nimi przejmować. Są inne sprawy. Znacznie trud­niejsze.
      Pytanie, jakie to sprawy, zawisło w powietrzu. Kondratik uchylił się od wyraźnej odpowiedzi, ale po krótkim zastanowieniu, rzucił pytanie:
      - No a pretekst do oficjalnej rozmowy z wami, to nie trudność?
      Analityczne dociekania stały się naszą pasją. Znalazły teraz wyraz w naszych rozważaniach. Rekapitulacja naszego poprzedniego rozumowa­nia potwierdziła ich słuszność. Jeżeli sprawa z Kominternem nie była ważna, to przyczyn należało szukać gdzie indziej.
      Trudności mogły tkwić w polityce zewnętrznej. Istniał w Londynie uznany rząd polski. Z tym faktem i jego konsekwencjami musiał się li­czyć rząd radz
    • lokis1271 Z. Berling-charakterystyka Wasilewskiej, cd 05.11.08, 22:31
      Witam !
      Podaję ciąg dalszy wspomnień, cyt.:
      "...Analityczne dociekania stały się naszą pasją. Znalazły teraz wyraz w naszych rozważaniach. Rekapitulacja naszego poprzedniego rozumowa­nia potwierdziła ich słuszność. Jeżeli sprawa z Kominternem nie była ważna, to przyczyn należało szukać gdzie indziej.
      Trudności mogły tkwić w polityce zewnętrznej. Istniał w Londynie uznany rząd polski. Z tym faktem i jego konsekwencjami musiał się li­czyć rząd radziecki. Charakter trudności, jakie stąd wynikały, był nie­wątpliwie międzynarodowy — w szerokim znaczeniu — i ustosunkowa­nie się do nich oraz ocena ich ciężaru gatunkowego przez członków ko­lektywu kierowniczego mogła być różna. Tu mogło zatem tkwić jeszcze jedno źródło trudności zewnętrznych. W takim razie tymi trudniejszymi sprawami, o których mówił Kondratik, mogły być sprzeczności w łonie rządu, a może nawet biura politycznego w tej sprawie. Uzupełniło to nasze poprzednie rozważania nowym elementem, ale ostatecznie były to tylko domysły.
      Mogliśmy jedynie czekać.
      Znacznie później okazało się, że nasza analiza wskazała nam właści­we miejsce, ale wykryła tylko część prawdy.
      Niezależnie od nas utrzymywał się kontakt z Groszem — z jego ini­cjatywy. Informował nas o pracy i wydarzeniach w ,,Nowych Widno­kręgach", o mnożących się listach od naszych wygnańców potępiających wyjazd Andersa. Wśród nich coraz częściej napływały i takie, w któ­rych wyrażano potrzebę przystąpienia na nowo do organizacji polskie­go wojska w Związku Radzieckim, stworzenia Polakom w Związku Radzieckim możliwości walki z Niemcami u boku Armii Czerwonej.
      Oczywiście próbowaliśmy w rozmowach wyjaśnić stanowisko Wasilewskiej, ale Grosz bawił się w dyplomatę. Stosował uniki, uchylał się od odpowiedzi, zasłaniał się brakiem wiadomości. Wzdychaliśmy oboje z Marią do chwili, kiedy skończy się ta zabawa w chowanego.
      Bardzo kręta i wyboista była nasza droga i to nas bardzo męczyło.
      Informacje Kondratika mówiły o spotkaniach u Wasilewskiej. Wy­płynęły nazwiska Lampego, Bermana, później Minca, Putramenta i Broniewskiej. O treści spotkań Kondratik wiedział tylko tyle, że oma­wiano perspektywy organizacji naszej emigracji w Związku Radzieckim i sprawę polskich oddziałów Armii Czerwonej. Z boku patronowała tym zebraniom Zofia Dzierżyńska, żona Feliksa Dzierżyńskiego — według słów Kondratika — zaciekła integracjonistka..."

      Źródło:
      Z. Berling, Wspomnienia, cz. 2 Przeciw 17 Republice, wyd. I Polski Dom Wydawniczy, Warszawa 1991, str. 32-36.

      Pozdrawiam
      L. Bodio

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka