Dodaj do ulubionych

Śląskie Legendy, również te z Janowa:)

    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.10.11, 12:10
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/mwyrAHDpPWO1KAsmbA.jpg
    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.10.11, 12:17
      Hrabia Józef bardzo lubił swojego stryjecznego brata Karola (kuzyna). Gdy Karol do niego na dłuższy czas przyjechał w odwiedziny zjadł coś co mu zaszkodziło na żołądek. Józef narobił mu pigułek z chleba, mąką obsypał (dzisiaj placebo*smile) i tak przygotowane tabletki mu przez jakiś czas podawał. Chory faktycznie wrócił do zdrowia a Józef miał to skomentować:
      - Żeby stróż mospan tyle zjadł to by zachorował.


      *Placebo (łac. będę się podobał) – substancja lub działanie (np. zabieg chirurgiczny) obojętne, nie mające wpływu na stan zdrowia pacjenta, podawane choremu jako terapia. Chory nie wie, że to, co zastosowano nie jest prawdziwym leczeniem, zaś wszystko (dla leku głównie: wygląd, zapach, smak, konsystencja), oprócz leczniczych właściwości placebo jest takie samo, jak rzeczywistej terapii.
    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.10.11, 12:18
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/eoaCYdAgFE54rad3iA.jpg
    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.10.11, 12:26
      Józef i AleksanderMieroszewski i owce

      Już wcześniej było powiedziane, że Józef wsławił się wzorową hodowlą owiec za którą nawet otrzymał medal świętego Stanisława. Pewnego razu odwiedził go jego stryjeczny synowiec Aleksander (ten który później związał się z Janowem). Wówczas Aleksander gospodarował jeszcze w majątku w Krzcięcicach w Królestwie. Podczas tych odwiedzin miało dojść do takiej wymiany zdań:
      - Masz mopan panie owce?
      - Mam, takiej rasy, tyle i tyle sztuk
      - Ale ich przecież nie doicie?
      - A trochę to ich tam czasem pociągnę
      - Mopan panie, ja panu dam pięknego barana, owiec pięknych ale mi pan przyrzeknijcie, że owczarza wypędzisz bo to zbójca.
      Ledwo Aleksander mógł się uspokoić.

      Wspomnienia Sobiesława i Stanisława Mieroszewskich
    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.10.11, 12:28
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/eoaCYdAgFE54rad3iA.jpg.
    • balzack Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.10.11, 15:38
      No i kaj som te legyndy z Jonowa? Jakoś ich tukej niy widza?!
    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.10.11, 20:14
      Inna legenda opowiadająca o Józefie Mieroszewskim mówi, że najbardziej cenił swojego głównego owczarza. Podobno zarabiał on 1 000 talarów. A jeżeli podczas obiadu pojawiał się jakiś smakowity kąsek to sam go kładł na osobny talerz i posyłał albo samemu owczarzowi, albo pani owczarzowej albo dzieciom owczarza.
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.10.11, 20:24
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/L4CJvnHHfiQ7AxbZUA.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.11.12, 16:25
          Chodzi księżniczka po zamku w Pszczynie
          Wzdycha, że w życiu wszystko przeminie
          Miała i miłość, bogactwo, perły
          Te ostatnie przeklina bez przerwy
          Szczęście ulotne, perły pechowe
          Dzisiaj miejscowi zachodzą w głowę
          Czy to jest zjawa czy coś w pamięci
          Piękna księżniczka do dzisiaj ich nęci
          • madohora Kwiaty Maryji 29.05.14, 19:54
            Kiedy dusza człowieka świętego opuszcza śmiertelne ciało i przechodzi do raju, Pan Jezus przeznacza nowemu mieszkańcowi nieba urząd, jaki ma w Jego Królestwie spełniać. Urzędy to wielkie i święte, bo wszystko w niebie jest bliskie Boga, który jest Stwórcą wszechświata
            i najlepszym Ojcem. Kiedy umarł w rzymskim nowicyacie XX. Jezuitów młodzieniaszek, zwany Stanisławem, a z rodu ziemskiego Kostko w pochodzący, jako ze był, pomimo wczesnego nader wieku juz bardzo święty i szczególniejszym przez całe życie miłośnikiem Matki Boskiej,
            sama ta Królowa niebieska wyszła na spotkanie duszy swego niewinnego służki i zaprowadziła ją przed oblicze P. Jezusa, do którego tak rzekła: »Synu najmilszy, oto mój wierny sługa Stanisław, którego cnoty od dawna tutejszych mieszkańców w zdumienie wprawiały. Za jego
            czystość anielską proszę Cię, abyś mi go za dworzanina dał, ale urząd, jaki ma spełniać, niech sam wybierze za to, że na ziemi nigdy własnej woli mieć nie chciał, ale co mu przez starszych kazałeś, spełniał skwapliwie«. Pan Jezus spełnił zaraz prośbę swej Matki Niepokalanej i kazał
            św. Stanisławowi wybrać, czem się chce w niebie zajmować. W kłopocie był święty młodzieniaszek, bo wybierać był nienawykły, a i blask niebieskiego otoczenia jeszcze
            go nieprzyzwyczajonego zbytecznie olśniewał, ale skoro usłyszał wezwanie, rzucił się do nóg miłemu Zbawicielowi i prosił, by mu pozwolonem było kwiecie pod nogi Maryi sypać, zapewniając, że wie, gdzie kwiatków ładnych i pachnących a co dzień świeżych będzie mógł dostać. P. Jezus przytulił do serca pokornego chłopczynę i zaraz mu spełnianie obranego urzędu zalecił, nakazując, aby św. Stanisława nazywano odtąd w niebie Ogrodniczkiem
            Maryi. Sw. Stanisław, jak tylko otrzymał tę nominacyę, wnet dostał ze skarbca niebieskiego kosz z promieni słonecznych spleciony i powędrował na łąki do Polski. I tu pilnie jął zbierać dzwonki, bratki i smółkę czerwoną, w wilgotnych miejscach znajdywał całe pęki storczyków
            i niezabudek, a na leśnych wzgórzach macierzankę i wrzos zrywał pachnący; zachodził też do łanów zbożowych i tam miał do woli bławatów, rumianku i wyki. I niósł to wszystko do nieba, gdzie odtąd tak piękne kwiatki i w ta kiej obfitości były zawsze naokoło tronu Najświętszej Maryi Panny i na drogach, po których szła, usypane, że aż aniołkom oczy się do nich śmiały i święci towarzysze Stanisława nie mogli się ich piękności i zapachowi wydziwić. A gdy niekiedy szczypta tego kwiecia była wrzucona do jednej z siedmiu archanielskich kadzielnic, dymiących
            wciąż przed Majestatem Boskim, niebieskie komnaty wszystkie napełniały się wonnością przedziwną, a dym przejrzysty lecz — rzecz szczególna — z krwawym odblaskiem unosił się w powietrzu i kiedy zawadził o struny anielskiej lutni lub o cienką powłokę tympanu, zaczynały drgać instrumenta i cichy śpiew, wydobywając się z nich słał się u stóp Syna Bożego:
            Serce Jezusa, ucieczko nasza,
            Zlituj się, zlituj nad ludem twym
            Dziwowali się niebianie i co raz to który prosił Ogrodniczka Maryi, aby mu na pamiątkę dał kwiatek z kosza, który św. Stanisław zawsze miał w pogotowiu pełny, aby Matka Boska nigdy nie stąpiła, jak na podesłane stokrotki lub polne powoje. A łąki i wzgórza polskie coraz bujniejszem i mocniej pachnącem zielem się pokrywały i śmiały się w słońcu, snadź rozumiały pod czyje stopy idzie ich ozdoba wzorzysta. A ludzie na ziemi także się dziwili bujności łąk swoich i, widząc piękność kwiatków, zaczęli je rwać do wiązanek, które stawiali na ołtarzu w kościołach albo w domach Bogarodzicy. Wówczas dom taki napełniało błogosławieństwo boże, choroby od niego stroniły i miłość w nim panowała. Nieraz też piękny młodzieniec
            przypiął kwiatek do świtki albo kraśne dziewczę wplotło go do warkocza, a wówczas wstępowała w młodzieńca dziwna moc i siła, a dziewczę stawało się tak piękne i urocze, że aż ptaszki patrząc na nie, milkły na dachach domostw i drzewach z podziwu. Nie długo też tajemnicą pozostało, skąd tę piękność i moc dziwną ma ziele polskie, bo znaleźli się tacy, co podpatrzyli św. Stanisława zbierającego o zorzy kwiaty po polach i łąkach i niosącego
            je w koszu złotym do nieba. A były to duszyczki niewinne pacholąt, pasących konie na łąkach po nocy. Od dzieci dowiedzieli się rodzice i tak dalej i dalej rozeszła się wieść, że kwiecie polskie idzie do nieba, i lud cały cieszył się bardzo, że jego kraj w niebie ma takie znaczenie,
            kochali też wszyscy poczciwe kwiatki, które tyle dobrego zrobiły ludziom, a najwięcej cieszył się Ogrodniczek Maryi, który widział, jak dziwnie błogosławiła Pani krainie, co kwiecia pod Jej święte stopy dostarczała.A była na wschód od Polski ziemia wielka i szeroka i miała też łąki i łany, lecz trawa tam jeno rosła żółtawa, jakby zwiędła, i owies karłowaty, a kwiatki nieładne
            i w znacznej części trujące. Ale lud na biednej tej ziemi mieszkający widział bujność łąk polskich i doszła doń wieść o tem, że z tych łąk niosą aniołowie co dzień kwiaty pod stopy Maryi. Zapragnął też dla siebie tego szczęścia i oto zmówili się mieszkańcy całej tej ziemi,
            aby zbierali codzień nędzne kwiaty i zioła jej i nieśli je na ołtarze swe i przed obrazy swe. I ubierali nimi ikony swoje i prosili, aby Matka Boska w ołtarzach i na ikonach wzięła te kwiaty. A nie wiedzieli, ze Matka Boska nie jest w ołtarzu lub na ikonie ale w niebie i nie było
            aniołów, coby to kwiecie ubogie do nieba zanieśli. Ale Matka Najwiętsza dojrzała z nieba poczciwe chęci ciemnego ludu. I rzekła razu jednego do św. Stanisława: »Żal mi tych ludzi biednych; chcą oni mi złożyć ofiarę, a nie wiedzą jak i z czego. Idź ty, Ogrodniczku mój i zasadź na ich łąkach kwiecia polskiego, a co dzień mi w koszu swym stamtąd wiązkę przynieś; boć i to dzieci moje i kochają mnie, choć nie znają, bo ślepi są«. Poszedł Ogrodniczek Maryi, narwał kwiatów polskich i obsadził nimi szerokie miejsca wschodnie. I weszły kwiatki, korzenie
            puściły i rość zaczęły. Ale oto gad zjadliwy podciął korzenie jednego i kwiatek zwiądł i zginął. Drugi ujrzał człowiek z miejscowego ludu, a widząc nieznaną roślinę, choć piękna była, kopnął nogą, a potem wyrwał z ziemi i rzucił i umarła roślina. A trawy polskie nie mogły się oprzeć wichrowi, który w stepach wschodnich hajdamaczył, i słońcu, które je paliło, i poginęły. A niektóre, rosnąc na obcej ziemi, zdziczały i z pięknych kwiatków stały się dzikiem i szkodliwem zielem. Przyszedł św. Stanisław, a ujrzawszy zniszczoną swą pracę, posmutniał, ale skrzętnie bardzo zebrał powiędłe kwiatki i trawy do kosza i poniósł je do Matki Boskiej. Zdziczałe jednak krzewy wyrwał i precz wyrzucił, a te, co były w koszu, wysypał pod stopy Maryi. A oto
            w tej chwili kwiatki ożyły, barwy poprzedniej nabrały i podniosły ku Maryi łodygi i listki, a szmer cichy napełnił niebieskie przestrzenie:
            Serdeczna Matko, Opiekuuko ludzi,
            Niech Cię płacz sierot do litości wzbudzi,
            Wygnańcy Ewy do Ciebie wołamy,
            Zmiłuj się, zmiłuj, zmiłuj się nad nami.
            Odtąd codziennie, przeszedłszy polskie ziemie, szedł św. Stanisław na wschód i wyszukiwał biedne roślinki powiędłe i wkładał do kosza i niósł przed tron Maryi, która im życie powracała.
            W czasie zbierania nieraz łza św. Ogrodniczkowi spadła z jasnego oka na ziemię niewdzięczną, gardzącą podarowanem bogactwem kwiecistem dlatego jedynie, że obce, a gdzie łza taka upadła, ziemia zmieniała swą nieużyteczność i w tem miejscu kwiecie Maryi pięknie już i bez przeszkody się rozrastało... A zdziczałe krzewy zawsze zostawały odrzucane, bo ich św. Stanisław do kosza nie brał.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 03.05.13, 20:51
          Jak pszczoły uwolniły Żółkiew od Tatarów

          Po śmierci hetmana Żółkiewskiego gdy jego syn był jeszcze w niewoli, jesienią 1621 roku ruszyli Tatarzy wielką hordą na Ruś i Polskę, zapędzili się aż pod Żółkiew i oblegli ją. Na zamku była wdowa pani Regina, niewielką załogą dowodził kasztelan Stupiński, który nie mogąc dać rady wrogom postanowił się poddać w sam dzień Św. Krzyża. Wtem nabiegł stary bartnik do Stu pińskiego i rzecze:
          - Ja, proszę Pana od razu odpędzę ich tych psubratów
          - Co ty jak? - pyta kasztelan
          - Niechno Jan pozwoli i każe nocą poznać na mury barcie hetmańskie mieszczanie poznoszą swoje a gdy oni się tu zbliżą, wtedy zepchniemy im na łby wszystkie kłody, odczepiwszy zatwory a zobaczy Pan co z tego będzie. Zrobiono jak bartnik radził, a gdy barcie pospadały z wałów rozgniewanie pszczoły całymi chmurami z wielką zajadłością wpijały żądła w skośnookie pyski tatarskie i ich konie. Obrońcy zaś Żółkwi, patrząc z wałów na to pękali ze śmiechu. Ludzie i konie tarzali się po ziemi wyjąc z bólu i kąsając się nawzajem, wreszcie poczęli uciekać bo z pszczołami nie było układów. Teraz załoga zaczęła ścigać uciekających, a bartnicy z siekierami skoczyli zawierać się ule i ustawić je pod murami twierdzy.
        • madohora Legenda ośpiącym wojsku na Śląsku 04.07.13, 20:10
          Ja znam w wersji o śpiących rycerzach a miejscem jest Bytom

          Okrutni Tatarzy często napadali na Polskę pustosząc ją straszliwie. Raz zapędzili się aż po Trzebnicę i tutaj spotkali się z wojskiem polskim ale tak małym, tak nielicznym że na jednego żołnierza przypadało dziesięciu Tatarów. Rycerze dzielnie walczyli lecz przy tak licznej przewadze obcych wojsk wszyscy zginęli. Dowiedziawszy się o tym Jadwiga Śląska uprosiła Matkę Boską aby dowódcy wróciła zdrowie a wszystkim rycerzom śmierć na głęboki sen zamieniła. Matka Boska spełniła życzenie świętej. Leżą teraz w ogromnej jaskini wszyscy uśpieni a tylko dowódca siedzi na kamieniu i odmawia modlitwy. Dawniej jaskinia nie była tak głęboko pod ziemią schowana zdarzyło się więc, że pewna dziewczyna zabłądziła i do jaskini weszła a zobaczywszy śpiących rycerzy zlękła się. Dowódca rycerzy uspokoił ją jednak lecz kazał z jaskini wyjść a gdy będzie wychodziła ma uważać aby nie poruszyć dzwonu, który jest przy wyjściu. Dziewczyna czy to z przestrachu czy przez nieuwagę w dzwon uderzyła. Zbudzili się tedy rycerze i stanęli pod bronią. Zdenerwowany dowódca uspokoił żołnierzy, zszedł głębiej pod ziemię a wejście do jaskini zakrył, tak że dzisiaj go już odnaleźć nie sposób.
          Jednak gdy nadjedzie wojna dowódca sam w dzwon uderzy a żołnierze staną po bronią i tym razem zwyciężą.
          • madohora Re: Legenda ośpiącym wojsku na Śląsku 17.09.20, 16:26
            Podobno w noc zaduszną mieszkańcy Chlewisk mogą spotkać dwa duchy, wychodzące z zamkowych podziemi. Wszystko przez pewien mezalians

            Usytuowany na niewielkim wzniesieniu pałac w Chlewiskach, otacza park krajobrazowy z kilkoma imponującymi pomnikami przyrody. Początki zabudowań w okolicy dzisiejszego, całkowicie przebudowanego, kompleksu można datować na początki XII wieku. Wtedy to Piotr Dunin, ówczesny właściciel okolicznych dóbr, wybudował drewniany gródek obronny. Później właścicielami zostali Odrowążowie, którzy z czasem przyjęli nazwisko Chlewiccy.
            Pewnego razu jeden z właścicieli warowni – Kostek Chlewicki – wracając z polowania zobaczył cud urody wieśniaczkę. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Niestety, ojciec Kostka, Jerzy, nie chciał słyszeć o mezaliansie. Kiedy syn upierał się coraz bardziej, ojciec postanowił załatwić sprawę po swojemu. Aby uchronić się przed skandalem, kazał sługom porwać dziewczynę, ukryć w lochach zamku i zamurować.

            Kiedy Kostek dowiedział się o tragicznym losie wybranki swego serca, pobiegł do lochów i dotąd badał ściany, aż znalazł tajemne wejście. Na szczęście ukochana jeszcze żyła. Kiedy chcieli wydostać się z pułapki, nie udało im się odnaleźć wyjścia…
            W noc zaduszną mieszkańcy Chlewisk i turyści mogą spotkać dwa duchy, wychodzące z zamkowych podziemi. Zjawy zawodząc i wyjąc przechadzają się po rezydencji. Podobno w okolicy widywany jest także duch Jerzego Chlewiskiego. Najczęściej pojawia się na rączym koniu ciemną nocą pod bramami zamczyska.
          • madohora Re: Legenda ośpiącym wojsku na Śląsku 17.09.20, 20:03
            http://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/kDBFZeIC4mhXeHpMX.jpg

            KRAKÓW KOŚCIÓŁ NA SKAŁCE - GRÓB ZASŁUŻONYCH
          • madohora Re: Legenda ośpiącym wojsku na Śląsku 17.09.20, 23:20
            We wnętrzu kościoła znajduje się obraz przedstawiający św. Stanisława z mieczem tkwiącym w głowie. Według legendy mensa na ołtarzu jest zrobiona z drzewa na którym zginął Święty Stanisław. W zaszklonej gablocie znajdują się kawałki drzewa z krwią świętego. Wokół kościoła i klasztoru krąży legenda jakoby miało się tam pojawiać widmo Bolesława Śmiałego, który zabił Świętego Stanisława.
          • madohora Re: Legenda ośpiącym wojsku na Śląsku 18.09.20, 00:01
            O tym miejscu krąży też wiele współczesnych legend. Z uwagi na to że Krzemionki są ulubionym miejscem samobójców miejscowi twierdzą, że nocą po tym miejscu przechadzają się dusze potępionych. Ludzie omijają to miejsce, zwłaszcza nocą gdyż czyni ono niesamowite wrażenie.
          • madohora Re: Legenda ośpiącym wojsku na Śląsku 18.09.20, 13:38
            JASKINIA TWARDOWSKIEGO
          • madohora Re: Legenda ośpiącym wojsku na Śląsku 10.01.21, 19:19
            — Oj, didusiu, jedzie... jedzie... pan jakiś, czy co... rycerz... har- cuje na białym koniu, a zbroja mu się świeci od słońca... Kołpak zło cisty na głowie... pancerz miga... miecz przy boku... Śród pań i panów powstało zamieszanie. Wszyscy porwali się z krzesełek i z trwogą, jak gdyby wobec niebezpieczeństwa, stłoczyli się. Panie poczęły krzyczeć: — Ktoś jedzie! jedzie! Zasłaniały oczy wachlarzem i uciekały, gdyż zdawało się, że ów jeździec wprost na całe towarzystwo sadzi. Panowie uspokajali panie. Król lornetkę przy oczach trzymał w drżącej nieco ręce i z bladą twa rzą przypatrywał się temu dziwnemu zjawisku. „Skąd mógł wziąść się ten rycerz?" — rozmyślał. Wreszcie uśmiechnął się zwykłym swoim obojętnym uśmiechem i rzekł: — Osobliwe zjawisko... fata morgana... nic więcej. Lornetował jeszcze chwilę rycerza i dodał: — Bardzo piękne zjawisko... bardzo piękne... Szkoda, że niema Imci Pana Trembeckiego, aby je opisał wierszem... Słowa te uspokoiły trochą przelęknione panie. Imć Pan Komorowski rzekł: — Podobny do św. Michała Archanioła... Król skinął głową. — Masz waszmość zupełną słuszność... Rycerz ów zatrzymał się pośrodku polany. Całe towarzystwo lor netowało go ciekawie. Gdy Hanusia, wróciwszy, powiedziała dziadowi, że na polanie ukazał się jakiś rycerz, starzec podniósł się spokojnie z przyzby i, zwró ciwszy się na wschód, przeżegnał się po trzykroć, potem do dziew czyny powiedział: — Przynieś mi kostur z chaty. Poprawił bandurę, pod świtę ją schowawszy i dodał: — Trzeba iść... wołają mnie... Wyszedł trochę przed chatę, tak, że mu polanę i jeźdźca, stoją cego wśród niej, widać było. Popatrzał chwilę na niego: — Idę już... idę... Obecni przyglądali się tej scenie z podziwieniem, ciekawi końca, a starzec, nie spojrzawszy nawet na całe towarzystwo, do Hanusi powiedział: .. — Bądź zdrowa, detynko... bądź zdrowa... Słowa jego drgały, jak gdyby łzy hamował. Objął ją, pocałował i długo przy piersi swojej trzymał; potem nad głową znak krzyża zro bił i rzekł spokojnym głosem: — Wracaj do chaty... Hanusi łzy błysnęły w oczach
            Panowie i panie skupili się znowu w pewnym niepokoju, patrząc na polanę i na jeźdźca, stojącego pośrodku, w uzbrojeniu rycerza, i na starca zdążającego ku niemu. Słońce już zachodziło. Ostatnie błyski jego, pozłacając wierzchołki drzew, słały się na polanie, a daleko, pod lasem, sine mgły wieszały się coraz gęściej i wyżej. Nagle jeździec mieczem znak jakiś zrobił w powietrzu, niby krzyż, i konia ku wschodowi obrócił... Podążył naprzód powoli, a za nim na kosturze oparty, szedł Wernyhora — szedł i nie odwracał się. Tylko wiatr czasem w twarz go musnął, pukle siwych włosów, które połyski wały od słońca, rozwiewał i w struny bandury z jękiem trącał. Hanusia płakała, ale, zaklęta słowem didusia, nie ruszała się z miejsca. Wpatrzona w obraz wędrującego dziada, którego Michał Archanioł w nieznane jakieś kraje prowadził, nic pozatem nie widziała i nie słyszała. Najjaśniejszy Pan, lornetki od oczu nie odejmując, rzekł: — A... to osobliwe zjawisko... istne fata-morgana... — Wracajmy, Najjaśnisjszy Panie, chłodno już... wieczór...— wtrą ciła pani Grabowska. Król zdawał się nie słyszeć tych wyrazów i przywołał do siebie imć pana Komorowskiego. — Siądź waszmość na konia, dopędź tych ludzi i przekonaj się, co to jest... Imć pan Komorowski odwrócił się, dosiadł konia i galopem po pędził. Panie niespokojnie i niecierpliwie patrzały, król także. Co chwila słychać było wykrzykniki: — Dopędza!... dojeżdża! .. zrównał się!... Król nagle zawołał: — Minął!... W tej chwili cały obraz zniknął im z przed oczu. Król zbladł i zamilkł. Na polanie nic nie było widać — tylko śród mgły wieczornej wracał na spienionym koniu imć pan Komorowski...

            Franciszek Rawiła.
          • madohora Re: Legenda ośpiącym wojsku na Śląsku 03.06.21, 19:13
            W Polsce wychodzi miesięcznik "Przegląd Geologiczny". W numerze listopadowym z 1992 roku znajduje się artykuł pracowników Instytutu Geologii Uniwersytetu Warszawskiego o Miedziance Świętokrzyskiej. Trzech geologów E. Balcerzak, K. Nejbert i W. Olszyński w opracowaniu swym zmieścili zdjęcie ziarn złota ze złoża kruszcowego tej góry. "Przegląd Geologiczny" tym różni się od innych polskich periodyków, że jest pismem naukowym i nie może być mowy o publikowaniu tam rzeczy wątpliwych. Przeciętna nasza gazeta zawiera trzy rodzaje informacji: prawdziwe, prawdopodobne i inne. Prawdziwymi są nekrologi, a prawdopodobnymi- prognozy pogody. Materiały przeznaczone do "Przeglądu Geologicznego" recenzują naukowcy wysokiej klasy.
            Czytając o złocie z Miedzianki trzeba zadać podstawowe pytanie: czy wymienieni we wstępie trzej autorzy są rzeczywiście odkrywcami świętokrzyskiego złota? W zbiorach krakowskiej Akademii Górniczo - Hutniczej znajduje się preparat mikroskopowy, gdzie na szkiełku przedmiotowym utrwalono balsamem kanadyjskim ziarnko złota pochodzące z kruszcu Miedzianki.
            Tuż przed pierwszą wojną światową profesor J. Morozewicz zdobył i przerobił laboratoryjnie pół tony zielonej rudy miedzi, zwanej malachitem. Rudę rozpuścił w stężonym kwasie siarkowym, a części nie rozpuszczalne rozdzielił w cieczy ciężkiej i odwirował. W publikacji swej wyjaśnił, że na Miedziance nośnikiem złota jest krystaliczny pierwotny kruszec miedzi z grupy sulfoarsenianów, czyli tetraedrytów, zwany miedziankitem. Metale szlachetne podczas wietrzenia kruszcu przechodzą do powstającego dwuwęglanu, czyli malachitu i tam koncentrują się, tworząc wzbogacenia.
            W latach 1915 - 1917, kiedy Kielecczyzna znalazła sie pod okupacją austriacką, zaborca wyeksploatował na Miedziance 1043 ton kruszcu i rudy miedzi. Urobek przerobiono w Salzburgu, otrzymując 66 ton miedzi i 91 kilogramów srebra.
            Cofnijmy się dalej. Kiedy za panowania Jagiełły morowa zaraza ogarnęła Polskę, król wysłał swą czwartą żonę Zofię z synem Władysławem do Chęcin na zamek. Liczono bowiem, że morowe powietrze tam nie dotrze. Teren był lesisty i oddalony od większych skupisk ludzkich.
            W zamku chęcińskim znajdowało się wtedy archiwum grodzkie, postarunek zbrojny i więzienie polityczne, zwane więzieniem stanu, gdzie przebywał w wieży między innymi brat królewski za próbę dokonania przewrotu na Litwie.
            W wolnych chwilach królowa rozpytywała miejscowych notablów i służbę o ciekawostki regionalne. Kiedy pokazano jej z okna górę Miedziankę, opowiadając o tamtejszych kopalniach, Zofia wybrała się by obejrzeć to osnute legendami górniczymi miejsce.
            Gdy w asyście dworek dotarła na stok góry, zobaczyła szyb i dwóch górników przy linie kołowrotu. Byli: półnadzy, spoceni i wydobywali z szybu jakiś ogromny ciężar. Kołowrót skrzypiał, a mięśnie górników napięte były do granic wytrzymałości.
            Królowa podeszła i ujęła linę, aby pomóc. Gwarkowie, nie bacząc kogo mają przed sobą, bluznęli w kierunku Zofii wulgarnym słowem i odepchnęli królową. Nastąpiła obraza majestatu, a tego nie wolno było puszczać płazem. Zofia wydobyła z zanadrza nóż i przecięła linę z wiszącymi przy niej górnikami. Obaj gwarkowie wraz z przywiązaną na drugim końcu sznura bryłą złota polecieli w głąb. Kruszec utknął "z dźbiękiem na niezmierzonych głębokościech".
            Podanie to zasłyszeli we wsi Miedzianka w roku 1902 bracia Łaszczyńscy, chemicy eksploatujący tamtejsze złoże miedzi i przekazali legendę wikaremu parafii Chęciny. Był nim wtedy historyk ksiądz Witalis Grzeliński, późniejszy proboszcz w Brzegach. Opowiadanie to opublikował na łamach "Gazety Kieleckiej" 1909 roku, drukując w odcinkach obszerny artykuł "Chęciny i okolica". Ponieważ w każdej bajce jest ziarno prawdy, widzimy na podstawie legendy, że już w średniowieczu alchemicy wiedzieli o śladowych ilościach złota w kruszcu miedzi. Jak do tego doszli, nikt nie potrafi wyjaśnić.
          • madohora Re: Legenda ośpiącym wojsku na Śląsku 03.06.21, 19:23
            Wolica w latach drugiej wojny światowej miała znaczenie strategiczne z uwagi na przebiegającą tamtędy kolej i stację kolejową. Wieś była uprzemysłowiona. Liczyła 65 "dymów" i miała zakład wapienniczy oraz drzewny. Już w roku 1940 żandarmeria zebrawszy we wsi Cyganów eksportowała ich do stacji kolejowej. Powstała fałszywa pogłoska, że znajduje się tam również komendant placówki Armii Krajowej Jan Sieradzan. Partyzant Feliks Górski chcąc ratowć komendanta podjął próbę likwidacji eskorty niemieckiej używając pistoletu maszynowego. Celu nie osiągnął. Nie wynikły z tego żadne represje, bo ludzie dla złagodzenia sytuacji podali, iż był to jeden z cyganów.
            Nasłuch pelengacyjny upewnił hitlerowców, że w Wolicy pracuje radiostacja ruchu oporu. Istotnie znajdowała się ona w budynku zakładu wapienniczego zwanym "murowańcem".
            Dnia 16 kwietnia 1944 r. w niedziele funkcjonariusze kieleckiej placówki "Sipo" niespodziewanie otoczyli "murowaniec" dokonując tam bardzo szczegółowej rewizji. Kierownikiem zakładu wapienniczego był wtedy Józef Zegartowicz. Radiotelegrafista zdążył ukryć lub zniszczyć bez śladu aparat i nie znaleziono go. Niemniej Niemcy zatrzymali dwanaście osób. Był wśród nich kierownik zakładu i radiotelegrafista. Pozostali to pracownicy.
            Zatrzymanych wprowadzono do samochodów przy stacji kolejowej. Trzy osoby podjęły desperacką ucieczkę. Udała się Stefanowi Żelichowskiemu i radiotelegrafiście, którego przed kulami niemieckimi zasłonił przejeżdżający pociąg. Trzecią osobę Mariana Pańka zastrzelono. Zatrzymanych pomordowano w kieleckim gestapo.
            Wczesnym rankiem 26 maja 1944 r. do Wolicy, Siedlec i Wojkowca przyjechało kilkanaście samochodów ciężarowych i tyleż samo motocykli z żandarmerią. Kierujący akcją zakwaterowali u sołtysa i na podwórze spędzano mieszkańców. Niemcy mieli dokładne rozeznanie, które osoby są zaangażowane w ruchu oporu. Według posiadanej listy kierowano je do sołtysowej stodoły, gdzie musieli leżeć. Podczas przepędzania ludzi przez tory kilka osób uratowało się wskakując do przejeżdżającego pociągu. 35 letni Aleksander Pierzak, komendant ochotniczej straży pożarnej rzucił się pod koła tego pociągu ponosząc śmierć. Ciało jego Niemcy wydali rodzinie. W okolicy uznany został za bohatera narodowego.
            Podczas przesłuchań zatrzymani obciążali stawianymi przez Niemców zarzutami nie żyjącego Pierzaka. Osoby wyznaczone z listy wywieziono samochodami do kieleckiego gestapo. W sumie zebrano 38 mieszkańców. Po badaniach i katowaniu skierowano zatrzymanych do obozów koncentracyjnych Ravensbruck i Buchenwald. Kilku po wojnie wróciło. Na bazie zemsty i odwetu zaaresztowania i bestialski mord ofiar powstał w Wolicy bojowy oddział partyzancki formacji AK dowodzony przez komendanta placówki, starszego sierżanta Jana Sieradza.
            W skład oddziału wchodzili obywatele Chęcin i Wolicy. Oddział dokonał likwidacji kilku agentów i przeprowadził szereg akcji bojowych na terenie Kielecczyzny.
            Gehennę mieszkańców Wolicy upamiętnia wyremontowany w 2012 roku pomnik ofiar pacyfikacji Wolicy położony na ternie szkoły podstawowej. Przy pomniku każdego roku w rocznicę pacyfikacji wsi składane są wieńce i palone są znicze.
          • madohora Re: Legenda ośpiącym wojsku na Śląsku 03.06.21, 19:30
            Ksiądz Staszic – uczony, filozof, przyrodnik, działacz i pisarz polityczny, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli polskiego Oświecenia, jako minister stanu oraz dyrektor generalny wydziału Przemysłu i Kunsztów, inwestował w rejonie Chęcin w prace górnicze poszukiwawcze za rudami metali kolorowych.
            Pod kierownictwem J.F. Moritza przedłużał na Miedziance staropolskie sztolnie: Antoni i Teresa, głębił szyby poszukiwawcze Maria oraz Ludwik i pochyły szyb w sztolni "Zofia". Roboty trwały do roku 1821. wynik był negatywny. Zatrudniano 48 górników. Roczne dofinansowanie wynosiło 6 tys. zł roboty pochłonęły kwotę 30.947 zł.
            W 1817 r. odbudowano kosztem 50 tys. zł Hutę Ołowiu w Woli Murowanej. Na poszukiwanie ołowiu pod Chęcinami Staszic przeznaczył ćwierć miliona złotych. Zatrudniono 28 górników w sześciu grupach. Robotami objęto: Czerwoną Górę, Zelejową, Szewce i Bolechowice. Kruszcu nie znaleziono.
            Staszic jako klasyk geologii polskiej wydał w 1815 roku monumentalne dzieło: "O ziemiorodztwie Karpatów i innych gór i równin Polski". "Pierwsza rozprawa o równinach Polski, o paśmie Łysogór, o części Beskidów i Bielaw" zawiera obserwacje autora poczynione koło Chęcin: "Idąc cypliskami samych litych głazów Łysej Góry i Świętej Katarzyny aż do Kielc, nagle w okolicach tego miasta przy Chęcinach, Bolechowicach, Miedziance, Miedzianej Górze, spotyka się w działaniach natury kresa, na której kończą się skały głazów, a poczynają się opoki wapieni. Na której w jednej górze na połowę od północy składają głazy, druga połowę od południa robią wapienniki. Od której kresy poczynają się wszystkie nasze kopalnie miedzi, cynku, ołowiu, srebra. Uważałem, iż żaden z tych kruszców tej kresy nie przekracza na północ".
            "Wszystkie tych kruszców rudy leżą tu gniazdem żyłami w górnych warstwach, a obłazgiem w głębi. Głębokość, w której leży ruda od 60 do 80 łokci zabiera. Ławice rud leżą wałowato. Przeto karń rud jest różnej miąższości od cala do 4 stóp. Kierunek ławic rudy pospolicie od miedzy zachodu południa po miedzę wschodu i północy. Pochył ławic różny najczęściej poziomy. Zmienia się od 10 do 30 stopni".
            "Ogólnie wszystkie tutejsze rudy ołowiu ze srebrem, leżą w epoce wapiennej, czyli po górniczemu w krechu. Ruda miedziana, kiedy się nie miesza z rudą żelazną, to zawsze także leży tylko w wapieniu, albo w wapienio-margielu. Ale gdy się znajduje razem z okrorudą żelaza, natenczas znachodzić ją i głazołopieniach wapnistych. Ruda mieszana pospolicie wydaje do 50 od sta i przeszło. Nadto, jeden łot albo dwa łoty srebra. Ruda ołowiu wydaje z centara od 50 do 75 i nadto 3 lub 4 łoty srebra. A W kopalniach Olkusz do 10 łotów srebra. Skład gór w tutejszych wszystkich kopalniach jest powszechnie następujący: z wierzchu na łokieć lub dwa glina i piasek. Dalej skała wapienna twarda, zbita, marmur czerwonawy, w którym znajdują się, chociaż bardzo rzadko, dziarstwiny i konchy ten miewa do 10 sążni. Pod tym idzie wapienio-margiel, który czasem jest łupiącym się w cienkie pokładki, albo też jest kruchu miałkiego, grudkowaty, jak gdyby glinka żółtawa z kwarcem. Ten miewa do 12 sążni. Dopiero następuje ruda kruszcowa miedzi i ołowiu obłazgiem w wapienio-margielu łopiennym. Spąg robi wapień pierwotno-warstwowy. Dziarstwiny morskie i małżow skorupy znajdują się tylko w górnych wapiennych opokach. W głębi zaś tam gdzie już rudy leżą, nie żadnego śladu ani roślinnych, ani z żywotnych jestestw ni morskich, ni ziemskich".
            "W górach kopalnych przy Chęcinach rudy idą żyłami w marmurze czerwonawym, głębiej leżą obłazgiem. Łożem /gang/ Spah wapienny, następujące są gatunki: miedziana ruda szara /Fahlerz, cuivre gris: Hauy/. Miedziane piryty /cuivre piryteux. Hauy/ Ruda miedzi zwęglona, zielona, /cuivre carbonata verd pulverulent, Hauy/ Niedokwas miedzi czarny, /oxide norie de cuivre. Hauy/ Lazura miedzi erdiges kupferlazur. Mieszają się tamże rud ołowiu gatunki: ołów siarkowany /galena/. Ruda ołowiu biała. Plomb carbonate. Hauy. Ruda ołowiu czarna plombum mineralisatum nigrum. Emerling. Ziemia ołowiana krucha i takaż zbita. Zerrelich bleyerde und fest bleyerde. Bern. W górach przy Miedziance i przy Jaworzynie w podobnymże składzie jak i przy Miedzianej Górze, w epoce wapiennej znajdują się rudy miedzi. Miedź zwęglona /kupfer grün/ ciuvre carbonate vert pulverulent, miedź zwęglona niebieska cuivre carbonate bleu. Hauy Lazura miedzi krucha ziemista Cuprum ochraceum asuleum frabile. Emerling. Malachita. Ruda miedzi w pioropusz. Bund kupfererz. Ołów siarkowany, niedokwas żelaza. We wszystkich powyższych kopalniach pochył warstw od południa na północ. Kierunek od miedzy wschodu północy na miedzę zachodu południa".
          • madohora Re: Legenda ośpiącym wojsku na Śląsku 03.06.21, 19:39
            Królowa Bona, przez całe życie chętnie jeździła konno. Gdy jako wdowa otrzymała w uposażeniu starostwo Chęcińskie, zamieszkała tam w zamku i niestrudzenie kontrolowała swoją posiadłość by uzyskać należny zysk. Jeżdżąc obiecywała życie usłane różami ludziom, którzy będą dla niej pracować.
            W podeszłym wieku cierpiała na niewydolność krążenia i lewa noga puchła królowej. Pewnego dnia odwiedziła Miedziankę, gdzie zaprzestano kopać rudę, bo wyczerpano płytkie złoże i huta w Polichnie zbudowana przez żupnika Karasia, stała nieczynna od dwudziestu pięciu lat z powodu braku dostaw surowca.
            Nieutwardzony trakt polny wiódł do Miedzianki przez Gościniec omijając od północy wieś Polichno. Droga ta istnieje dotąd.
            W czasie powrotu uciskała królową boleśnie ciżma, czyli but, lewej spuchniętej nogi. Zatrzymano się przy źródle i Bona Sworza obnażywszy nogę trzymała ją długo w źródlanym bagienku. Doznała rychłej ulgii, a po chwili opuchlizna znikła. Później królowa wielokrotnie wspominała o zbawiennym działaniu tamtejszej wody.
            U schyłku XIX w. mieszkający w Polichnie znachor Józef Świercz chodził ukradkiem do źródła. Przemykał się chyłkiem, aby nikt nie dopatrzył jego praktyk. Wpływająca woda formowała dwa bagienne jeziorka. Znachor kucnąwszy przy źródle, wyjmował szpilkę spod kołnierza, którą nosił dla dłubania w dziurawych zębach, nakłuwał palec i spuszczał kilka kropli krwi do cieku wodnego. Wtedy pijawki drzemiące w bagienku, czując krew wypływały żwawo w kierunku źródła. Znachor chwytał je i sprzedawał w butelkach na targu. Pijawki kupowano dla ściągania "zepsutej krwi" chorym i przy nadciśnieniu.
            Pewnego jesiennego dnia 1910 roku dziedzic Łazarski właściciel folwarku Marianów w Skibach, pogonił z parobkami konno kłusownika, który chodził po jego terenie za sarnami. Uciekający, nie mając innego wyjścia, rzucił strzelbę kapiszonkę w znajome krzaki, a sam dopadł błotnistego bajara. Zasłoniły go szuwary i przeczekał aż pogoń odejdzie. Przeszukiwano zarośla przez co zbieg długo leżał w zimnej wodzie.
            Był uratowany, ale tak wychłodził organizm, że w domu nie pomogła ciepła pierzyna i nacieranie nóg naftą. Przyplątały się galopujące suchoty i Józek Kuraś po dwóch tygodniach gorączkowania zmarł. To była kara boska.
            W Polichnie obok szkoły biegnie przełęczą między górą Grabówką i Laskową "Złodziejska Droga". Jest to trakt do przegonu bydła na pastwiska w Krasnej Dolinie, zwanej dziś Zaciszem. Nazwa drogi wynikła stąd, że złodziejom grasującym nocą we wsi najłatwiej było tamtędy uciekać.
            Według mapy bonitacyjnej gminy Chęciny, źródło leży na nieużytku rolniczym, który został w kilku etapach zalesiony. Występują tam namuły torfiaste z glebą murszowatą, a wobrzeżeniu rędzina brunatna. Do czasu przekopania rowu melioracyjnego, przy źródle znajdowały się wymienione wyżej dwa zabagnione jeziorka.
            Źródło wypływa na północnym zboczu Góry Laskowej. Odprowadza wodę w Krasną Dolinę ku rzece Hutce, tam gdzie niegdyś stała huta miedzi, a dziś jest malowniczy przysiółek Zacisze.
            Woda źródlana ma odczyn ph bliski 8 i przemijającą twardość węglanową co świadczy, iż wypływa z wapieni marmurowych wieku dewońskiego, które budują na wschód od źródła skalistą grzędę z licznymi odsłonięciami kamienia. Temperatura wskazuje, że woda wypływa z głębokości 70 metrów. W chwili obecnej wydajność samowypływu wynosi jeden litr na minutę· Można ją zwiększyć oczyszczając źródło.
            Ponieważ leży ono w miłym uroczysku, warto je udostępnić dla ruchu turystycznego, kierując tamtędy nieznakowany szlak, który prowadzi do Nowin Sitkowieckich przez Jaskinię Raj i Piekło do Rykoszyna.
          • madohora Re: Legenda ośpiącym wojsku na Śląsku 08.07.21, 22:52
            https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/0/02/Mogielica_P1.jpg/363px-Mogielica_P1.jpg
          • madohora Re: Legenda ośpiącym wojsku na Śląsku 23.01.22, 20:00
            Grób Czarownicy to najwyżej położony grób w Polsce. Znajduje się na przełęczy pod Zamkową Górą na wysokości 508 m n.p.m. w Górach Opawskich . Według legendy w Jarnołtówku mieszkała kiedyś kobieta zwana babcią Speil Zbierała zioła, owoce i grzyby. Stroniła od ludzi, więc mieszkańcy wioski stwierdzili, że jest czarownicą. Tak uprzykrzyli jej życie, że powiesiła się na drzewie stojącym na styku trzech granic. Władze żadnej gminy nie chciały zająć się pochówkiem. W końcu myśliwy Franciszek pochował staruszkę nieopodal drzewa, a na jej grobie położył biały kwarcytowy kamień. Ma sprawić, że potępiona dusza nie wydostanie się z ziemi.
          • madohora Re: Legenda ośpiącym wojsku na Śląsku 06.03.22, 20:12
            W pobliżu Przełęczy Brona, na którą wiedzie szlak z Markowych Szczawin, znajduje się Zbójnicka Grota, w której szukano skarbów. Podkreślić należy, iż nazwa Przełęczy - Brona oznacza bramę, w tym kontekście prowadząca na Babią Górę. Na głazach zachowały się ledwo już widoczne znaki wyryte przez poszukiwaczy skarbów: krzyże, koła, strzały i symbole solarne. Znaki te miały prowadzić do przygód i bogactwa, do tajemnych skarbów ukrytych w masywie.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 04.07.13, 20:11
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/Ipax4AsBAFViHHYlaA.jpg
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 16.09.20, 00:44
            W 1841 roku właścicielem pałacu został Jacek Kluszewski. Biała Dama pojawiła się przepowiadając chorobę i śmierć jego żonie. Pan Kluszewski ożenił się z córką krakowskiego kupca i razem zamieszkali w pałacu. Pierwsze miesiące małżeństwa ubiegały szybko i szczęśliwie. Jednak po jakimś czasie żona zaczęła odczuwać jakiś dziwny niepokój. Czuła że zbliża się coś niezrozumiałego co spowoduje koniec jej szczęśliwego życia. Mijały miesiące ale nie wydarzył się żaden wypadek, który miałby mieć wpływ na życie małżonków. Jednak któregoś dnia pani Kluszewska zaniemogła. Zaraziła się ospą, której przebieg był ciężki i poważny. Stan kobiety z dnia na dzień się pogarszał. Któregoś dnia leżąc samotnie pani Kluszewska usłyszała wyraźny głos: "Skończyło się". W pierwszej chwili myślała, że się przesłyszała abo że wypowiedział je któryś z domowników czy służby. Okazało się że w tym dniu żona była sama w domu. Chwilę później poczuła jakiś dziwny lęk a potem ujrzała białą postać, która zbliżała się do jej łoża. Zjawa pochyliła się nad nią i powiedziała:
            "Zwróć się do Boga. Nadchodzi koniec twojego życia. Nie lękaj się. Tam jest dobrze".
            Po tych słowach biała zjawa rozpłynęła się w powietrzu. A pani Kluszewska przerażona zawołała swojego męża i opowiedziała mu co się wydarzyło. Po czym straciła przytomność, której już nie odzyskała. Zmarła kilka dni później.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 31.07.13, 10:17
          Legend mamy trochę mało
          Może więcej by się zdało
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 06.03.22, 20:42
            Inna legenda natomiast mówi, że masyw jest w rzeczywistości skamieniałą kochanką zbójnika. Widząc martwego ukochanego, kobieta po prostu umarła z żalu. Niektórzy twierdzą także, że z nazwą ściśle związane jest to, że pod tą właśnie górą rozbójnicy przetrzymywali swoje branki.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 31.07.13, 10:18
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/L4CJvnHHfiQ7AxbZUA.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 17.08.13, 16:38
          Ś_WIĘTY PIOTR W KARCZMIE
          Legenda Śląska-napisał Karol Dym (Emanuel Imiela)
          Kiedy Pon Bócek po tym grzesznym świecie
          Ze Świętym Piotrem smykal się, jak wiecie
          Po dlugim marszu okrutnie znękany,
          Przyszol tysz kiedy/; na nasz Śląsk kochany.
          Piotr święty trudom nie rod byl bezmała,
          Więc pado, "Mistrzu, karczma by się zdala,
          Coś zjeść i wypić, bo sie długo pości,
          J eszcześmy w drodze zeslabnąć gotowi"
          "M osz prawie!" pado Pon Jezus Piotrowi.
          Wtem kiej się dobrze na słoneczku pieką,
          Slyszą jak dzwony bijom niedaleko,
          "Cy slyszysz Pietrek
          pado Mistrz. - No przeca
          W do v)si, Piotr pado, "jakoś sie dowleca"
          I pośli dalej aż z ziajani zgola
          Stanęli we wsi pod bramą kościoła,
          I jak na świętych godzi się to wdycki
          Łoba seblykli z glowicek swe mycki,
          Już mieli wstąpić. Wtem slyszy Piotr święty, .
          Z poblizkiej karczmy tance i muzyka,
          A iż to święty też sie rod pobryka,
          Więc mu samemu radość wlazla w pięty,
          Pado do Mistrza: "Sluchaj Chryste Panie"
          "Kościół na miejscu i jutro zostanie,
          Nom trza terozki, som przeca wiesz lo tem,
          Coś zjeść, coś wypić i legnąć sie potem.
          "Idźmy do szynku"! Mistrz na to "Niech będzie,
          " Wiem iże Bogu slużyć można wszędzie:
          ,,1 joch też przeca chodzil na wesela"
          Wleźli do knajpy, zjedli małowiela,
          Trocha wypili by pokrzepić cialo,
          I wreszcie spać się każdemu zachcialo,
          Tak iż za piecem znodli legowisko,
          Piotr iże tańcom chciol sie dziwać blisko,
          Pado do .Mistrza "Wiesz co Chryste Panie!
          "J o ci mom wdycki niespokojne spanie
          " Więc bych Cie nie ściep, legnij sie przyścianie
          "Jo byda leżol na kraju. "Niech będzie!
          Padon Pon Jezus "jo sie wyśpia wszędzie".
          Piotr legl na kraju. Wtem jak wdycki bywo,
          Pośród tańczących Mjka się rozgrywo,
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 17.08.13, 16:38
          Jeden drugiemi co się zmieści leje,
          Tak jak to nieroz na Śląsku się dzieje.
          A Piotr to widząc śmieje się i śmieje.
          Tak mu śląskie podobaly "lej ty"
          Więc widząc Piotra chlopy bić przestali
          I nuż na niego wrzeszcząc każdy "H et ty!
          Taki owaki" i każdy z nich wali
          W biednego Piotra co sie jeno zmieści,
          Aż biedny zeslabl od srogiej boleści.
          A kiedy chlopi zaprzestali lanio,
          Zbudzil Piotr święty Ohrystusa ze spanio
          I pado "Jużeś trochę spoi przy ścianie,
          To puść mnie teraz, abych jo też Panie
          "Trocha sie przespol. Rzekl Mistrz "Niech tak będzie!
          "Jo się tam Pietrku, przeca wyśpia wszędzie.
          Zmienili miejsca a Piotr chnet zachrapoł,
          Wtem chłopów w zalu zaś ogarniól zapał
          Do nowej bójki. Zaś wzajemne lanie.
          Jeden drugiego czem może, tem wali,
          A jeden skrzeczy "Już wszyscy dostali,
          Jeno nie dostoł ten co leży przy ścianie.
          Tóż aby było po sprawiedliwości,
          By żaden nie był pokrzywdzony przeca,
          Piotrowi już zaś wytrzaskali kości.
          Rano kiedy loba wyśli z poza pieca,
          "Pietrku kochany?" Jak ci się ta spalo,
          Pado Piotr święty "było dość hałasu
          "N a tym weselu" - I lod tego czasu
          Piotr, gdy w podróżach strudzony był wiele,
          To odpoczywali w kościele.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 17.08.13, 16:42
          Kwiaty stały się składową częścią życia człowieka. Zapisać to należy
          na jego pochwałę.
          Cieszyć nas powinno, że w Polsce hodują coraz więcej kwiatów, co jest
          znakiem, że ich coraz więcej potrzebujemy. I to jest dobrze, że hodują je
          bardzo różne, od najokazalszych, najdroższych do zupełnie tanich, przystęp-
          nych dla szerokiego ogółu.
          Każdy kwiat ma swój odrębny wdzięk, począwszy od tych zagranicznych
          czasem nawet dziwacznych, skończywszy na naszych cudnych kaczeńcach,
          niezapominajkach, przylaszczkach, makach, astrach i t. d. Legjon ich jest,
          tych kochanych ukwieconych roślin, tych misternych kwiatów, kwiatków
          i kwiateczków. Potrzebne nam są one w przeróżnych okolicznościach i okazjach,
          a bywa tych okazji dużo w ciągu roku: imieniny, zaręczyny, śluby, powitania
          i pożegnania, godziny podniosłych radości, godziny smutku i żałoby. Śliczny
          pomysł zamienił się w stały zwyczaj, że naszych uczuć wyrazem stal się kwiat.
          Widocznem jest, że wiele naszych uczuć ma wdzięk, urok i czar kwiatów,
          skoro one je wypowiadają swoją przedziwną wymową. Kwiaty Eą podobno .
          pomysłem aniołów, mnie wydaje się, że tak jest istotnie. Legenda mówi, że
          Pan Bóg wysIał wszystkich aniołów z nieba na ziemię na wywiad, co ludzie:
          porabiają, jak się czują i czy im czego nie potrzeba. Aniołowie sfrunęli z wy-
          sokiego nieba na ziemię i dosyć długo na niej pozostali. Kiedy powrócili, .
          powiedzieli: ludziom teraz potrzebne f'ą jeszcze dwie rzeczy, bez nich nie mogą,
          być oni weseli, ani radośni. .
          - Czegóż to im jeszcze do zupełnego szczęścia może być potrzeba. -
          mówił Pan Bóg - posłałem im po gwiezdnych drogach model skrzypiec,
          potem jeszcze posłałem śpiewną wiolonczelę, rzuciłem im moją boską ręką

          nasiona różnych drzew. Mogą grać i
          piewać w cieniu tych rajskich zaiste'
          drzew, więc powiedzcie anieli, co ja mam im jeszcze dać żeby byli szczęśliwi... '
          - Jako przypomnienie naszego u nich pobytu --:
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 17.08.13, 16:43
          pominały aniołów, co przed dalekiemi wiekami odwiedzili ziemię. Niechże
          te wspomnienia anielskie będą zawsze blisko nas, z nami niech stanowią ko-
          niecznoś6 w każdem naszem mieszkaniu, jakiekolwiek i gdziekolwiek ono jest.
          W roślinach wogóle, a wszczególności w kwiatach, zatajony jest dar
          radowania oczu i serc ludzkich cichą pogodą - słodką radością. Powiedziane
          jest "że nieomylnym znakiem dobroci życia jest radość serca i radoś6 duszy"
          A teraz, tak na poczekaniu, zróbmy doświadczenie. Postawmy w jakimś
          pokoju kilka doniczek kwiatów, np. na oknie dwie doniczki, na jakiejś
          11ółeczce trzecia" czwartą na stole. Następnie przygla,dajmy się - i napewno
          uznamy, że pokój nagle stał się milszy niż był poprzednio, weselszy, popro-
          stu wypiękniał-
          Prędko wynieśmy doniczki z pokoju-zrobi się w nim dziwnie pusto
          i poczujemy tęsknotę za temi zielonemi czy barwnemi istotkami, co jak krasno-
          ludki nawiedziły nas i nagle zniknęły.
          Hodujmy więc i pielęgnujmy kwiatki w naszych mieszkaniach, na własną
          i drugich pociechę. A kiedy odmawiać będziemy codzienną prośbę: "Aniele
          Boży, stróżu mój" mimowolnie oczy nasze skierują się na kwiatki, które
          jako przypomnienie aniołów zesłane nam z nieba zostały.

          J. Siemieńska.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.02.14, 16:51
          "A Jadwiga królowa 4)
          Idzie spojrzeć z Krakowa,
          Czy też będzie chędoga
          Ta świątynia dla Boga.
          Hej już widać, idzie pani przez Kraków
          A koło niej kilku starych żebraków
          I sierotki bez opieki, kaleki.
          A Jadwiga słodziuchna
          Niby jaka ich druchna
          Raz za razem przystaje
          I jałmużnę rozdaje.
          Hej! Zwijają się majstrowie weseli,
          Bo Jadwigę miłościwą ujrzeli,
          Tylko jeden, czasem, wzdycha, choć zcicha.
          A co młotem uderzy,
          To łza z oczów mu bieży
          I spada na kamienie.
          Więc stanęła obok niego królowa,
          - .Co ci, człecze F. . . - Żona moja niezdrowa,
          Leży w chacie, bez pomocy, w niemocy.

          A pisklęta, dziecięta,
          Nikt o nich nie pamięta,
          Z głodu mrze biedactwo,
          Jak w ostrej zimie ptactwo.
          Żal oblał twarz Jadwigi miłosną,
          Wszystko złoto mu da ręką litosną
          A tak jej się jeszcze zdało za mało.
          Toż oparła w swem strapieniu
          Stopkę swą na kamieniu,
          Poodrywa z trzewików lamę złotą
          I odda dla dzieci z ochotą".
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 03.03.14, 21:34
          Stara baśń głosi, że było wiełe . . . wiele lat temu na Kaszubach, gdy wspaniały, stary zamek wraz z piękną królewną zasypały złote piaski.
          Legenda mówi, że ziemia zsunęła się w morze, a cały zamek zaginął gdzieś w przepaść; wiatry zaś dopiero znacznie później usypały w tern miejscu, gdzie pałac zginął, olbrzymią gó/ę. Każdy śmiertelnik, który ucho przyłoży do tej góry, słyszy dzisiaj jęki wyraźne: jakieś jęki, czy też słabe wołania. Bo w tym zamku podobno żyje dotąd królewna przecudnej urody: Strzeże jej straszny smok.
          Legenda opiewa dalej, że zamek zapadł się w ziemię z rozkazu Bożego, bo królewna była bardzo próżna, ciągle patrzała w lusterko i pytała swych służebnic: „Kto jest piękniejszy, ja czy obraz Matki Boskiej w ołtarzu pobliskiego kościoła“? Teraz za tę pychę jęczeć musi nieboga pod ziemią tak długo, aż nie przyjdzie człowiek, który siłą prawdziwej i gorącej miłości wydobędzie ją z tego więzienia.
          Na tej samej górze skowronki, nucąc hymn do Boga, pełne życia i radości, dzióbkami swymi zasiały korale jarzębin, które wyrosły w duże, piękne drzewa. Pod jednym z tych drzew koralowych, pasąc owieczki, zasnął złotowłosy pastuszek. Śniło mu się, że przyszła do niego owa cudna królewna, niewolnica z podziemia tej góry. Usiadła tuż przy nim, pod koralo- wem drzewem, główkę na jego oparła ramieniu, białe, małe rączki złożyła jakby do modlitwy. Zaklina i prosi pastuszka, aby odsypał piaski z tej góry, odwalił olbrzymie głazy i kamienie, które duszą jej pierś. Pastuszek wszystko przyrzeka, z koralowego drzewa rwie jarzębin sznury i zdobi główkę cudownej kró- łewnej w purpurową koronę. W tern smok, ów straszny stróż, z objęć pastuszka zabiera z powrotem królewnę do podziemnego więzienia, a przed śpiącym zjawiają się krasnoludki. Pierwszy na czole ma napisane „Trud“ i rzecze: „za ciężkie, biedny chłopcze, przyjąłeś obowiązki, nie na twoje słabe siły, druzgo- tanie głazów i kamieni“, a drugi krasnoludek, na którego czole było napisane: „Nie warto“ w te odezwał się słowa: „Kropie potu zleją twe czoło, nim tego dokonasz, nie warto się męczyć dla twej ukochanej, nie zdołasz jej szczęścia zapewnić“.
          Wszak słodko śpi się i odpoczywa pod cieniem koralowego drzewa, zwanego na Kaszubach drzewem miłości, gdy wokoło panuje cisza bezgłośna, przerywana jedynie poszumem niedalekiego boru, szelestem liści.
          Gdy zbudził się pastuszek, znikły z przed jego oczu wszelkie widziadła. Tylko w sercu pozostał, jakby gdzieś w mgle widziany obraz cudownej kró- lewnej w purpurowej koronie.
          Wachał się chłopiec dość długo, już ważył swoje siły, po chwili jednak szepnąf do siebie: „Zaprawdę nie warto się trudzić, za wiełe czekałoby mnie pracy“.
          Ileż to symbolu prawdy w tej starej kaszubskiej baśni, ileż to jest między wami, nasi drodzy Czytelnicy, takich, którzy mogliby wiele bardzo dobrego zdziałać dla siebie, dla bliźnich, dla Ojczyzny, nie brak wam nawet dobrych chęci, ale to mylne i błędne przekonanie, że to za trudne i za ciężkie, odbiera wam te dobre chęci, zamiary i powiadacie sobie, nie warto próbować. A tymczasem gdybyście naprawdę i szczerze spróbowali, przekonalibyście się, że to nie jest wcale ani tak trudne, ani tak ciężkie, trzeba tylko chcieć i spróbować.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 07.03.14, 23:13
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/0sByQqvaIb2zHRE49B.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 07.03.14, 23:20
          Mysikrólik

          Nastała zima. Mroźny wiatr żałobną piosenkę wygrywa na skostniałych drzewach, a cała ziemia jakby w okowy skuta, smutną przedstawia postać. Ale i w największym smutku bywają chwile pociechy. Wyjdź na pole, w zarośla, a grobowe milczenie wnet przerwie łagodna, wesoła melodia. Staniesz pełen podziwu i mimo woli spytasz się sam siebie, kto
          jest owym śpiewakiem, kto nie odleciał w dalekie ciepłe krainy? Jest to mysikrólik, zwany
          też płocikiem albo strzyżykiem. On to z rodziną swoją skacze po krzewach i cieszy się i śpiewa choć w tak smutnej porze... Piękne podanie ojców naszych w ten sposób tłumaczy jego śpiew w zimowej porze: W noc poprzedzającą narodzenie Boskiego Zbawiciela zszedł z nieba archanioł Gabriel na miejsce, gdzie Bóg miał się stać człowiekiem, by zbawić ludzi, i przechadzając się mówił do siebie:
          - Ciebie, przed którym wszystko korzy się z największym uwielbieniem, przed którym
          drży niebo i ziemia, Ciebie mam oglądać niezadługo w ułomnym ciele człowieka! Ta uboga stajenka ma być mieszkaniem Króla wszystkiego stworzenia, a ten mizerny żłóbek my być
          miejscem, na którym złożysz swe ciało...gdyby to było w mojej mocy, wystawiłbym Ci pałac, sięgający pod niebios stropy i ciałko Twoje złożyłbym na najwonniejszych kwiatach i rozkazałbym cichym wietrzykom, aby chłodziły Twoje lica!... Tak dumał anioł, a wokoło cisza była i milczenie. Tylko w gniazdku na niedalekim krzaczku zbudziła się mała ptaszyna i skwapliwie słuchała słów archanioła. Była to samiczka mysikrólika. Po chwili trąciła skrzydełkiem samczyka i zapytała:
          - Czy słyszałeś, co mówił piękny nieznajomy? Czy słyszałeś, jak się żalił na ubogą stajenkę
          i twardy żłóbek? Zapomniał o jednej rzeczy, wyręcz go tedy podług siły naszej. Weźmy się
          do dzieła, aby wszystko rano było ukończone!...
          Gdy archanioł odszedł, polecieli do stajenki i wzięli się do pracy. Samczyk wypędzał
          myszy, zabijał pająki i robaczki łażące po ścianach, a samiczka maleńkimi skrzydełkami
          omiatała ściany, czyściła podłogę by w ubogim schronieniu było jak najschludniej.
          A gdy robota była ukończona, samiec na znak uciechy zanucił wesołą piosenkę i chciał
          potem z samiczką odlecieć do swojego gniazdka, ale archanioł Gabriel zobaczył tę pracowitą parkę, zatrzymał ją i rzekł z miłym uśmiechem:
          - Pan niebieski widział waszą piękną pracę pobłogosławił jej i żąda, abyście powiedzieli, jakiej chcecie nagrody za gotowość i usługę waszą?
          Mysikrólik podumał trochę po czym odpowiedział:
          - Jedzenia mamy pod dostatkiem, niczego nam nie brakuje, ale jeżeli Pan chce nas ob-
          darzyć swoją łaską, nie pragnę nic, tylko żeby mi pozwolił, gdy inne ptaki umilkną i przestaną śpiewać, iżbym ja mógł Go wielbić moim śpiewem.
          I stało się jak sobie życzyła drobna ptaszyna. Odtąd więc mysikrólik śpiewa na Boże Narodzenie, podczas gdy inne ptaki milczą. Tak sobie tłumaczy stare pobożne podanie
          śpiew mysikrólika w zimowej porze. Drobny ten ptaszek jest najmniejszym w całej Europie. Miewa on gniazdko w gęstych krzakach, po których przesuwa się bardzo zręcznie, a w razie niebezpieczeństwa chowa się w wypróchniałe drzewa, lub nawet chroni w mysie dziury, od czego zdaje się pochodzi jego nazwa.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 08.03.14, 17:23
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/25tAYwbBV93OQhDVyX.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 08.03.14, 17:27
          Był niegdyś człowiek biedny, co dźwigał z utyskiem krzyż, przeznaczony mu w doczesności ziemskiej, bolejąc gorzko na ciężkie losy swoje. Zdawało mu sit;, że już nikt z ludzi nie
          przywalony tak ciężkim, jak on brzemieniem. Więc stanąwszy przed Chrystusem Panem, pada na kolana, ze łkaniem błagając: "Wszechmiłosierdzia Panie! najcięższy krzyż ze wszystkich krzyżów na ziemi stał się udziałem moim! Zlituj się mojej niedoli i użycz mi innego krzyża, który bym już nosił przez życie!" A Pan rzekł: "Wybieraj sam ze wszystkich ziemskich krzyżów według woli własnej!" U radowany człowiek, doświadczając wielu krzyżów, wybrał sobie jeden z nich, złocisty; a włożywszy go na ramiona, zawołał: "Ten krzyż nadaje się dogodnie do ramion moich; on zbyt nie zacięży i nie zaboli!" A Pan rzekł mu na to: "Weźmij go i noś, jak pragniesz". I ciesząc się w sercu swoim poszedł człek w życie z tym złocistym, błyszczącym krzyżem. Ale wrychle znów wraca, znów płacze, błagając, i znowu wybiera sobie krzyż nowy. Tak wielekroć jeszcze wracał, utyskując ze łzami jako każdy następny, przez niego wybrany krzyż jeszcze srożej go boli i rani, niż wszystkie poprzednie krzyże. A Pan w dobroci bez granic, w miłosierdziu niewyczerpanym za każdym razem pozwolił mu inny krzyż wybrać. Aż na koniec człek wybrał sobie raz jeszcze krzyż; i poszedł w świat i długo nie wracał. Na koniec wrócił, czyniąc już dziękczynienia Panu wiekuistej miłości i wołając radośnie: "Panie, jakiż to dogodny, a nadający się do ramion moich ten krzyż, ostatnim razem przeze mnie wybrany! Tego krzyża już nie odmienię on dla mnie najdogodniejszy, najlżejszy ze wszystkich krzyżów na ziemi; on mnie nie boli, nie rani;
          już przy nim chętnie na życie całe zostanę. Wtedy Pan rzekł: "Widzisz ten ostatni krzyż, tak ci się nadający do ramion twoich? Ten krzyż, co cię nie boli, nie rani, jest owym pierwszym, pierwotnym krzyżem, który ja sam dla ciebie przeznaczyłem, a który ci się zrazu wydawał najcięższym ze wszystkich krzyżów na ziemi!
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 08.03.14, 17:57
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/0/wa/qa/uuil/nhBZm0luyANhxbaWOB.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 08.03.14, 18:01
          Kwiat paproci

          Od wieków opowiadają ludzie, że nocą św. Jana kwitnie paproć; a kto jej kwiatuszek
          znajdzie, urwie i schowa, ten wszelkie ziemskie szczęście mieć będzie. Bieda jednak cała w
          tym, że noc ta jest tylko jedna w roku, a taka niezmiernie krótka; nadto paproć w każdym
          lesie tylko jedna zakwita, i to w takim zakątku, tak ukryta, że nadzwyczajnego trzeba
          szczęścia, aby na nią trafić. Mówią jeszcze i to, że droga do kwiatu bardzo jest trudna i nie-
          bezpieczna, że tam różne tam różne strachy przeszkadzają, bronią, nie dopuszczaj ą i że
          potrzeba nadzwyczajnej odwagi, ażeby ten kwiat zdobyć. Pewnego czasu był sobie chłopak, któremu na imię było jacuś; we wsi przezywali go ciekawym, dlatego że zawsze szperał, szukał, a co było najtrudniej dostać, do tego on się najgoręcej garnął. Taką już miał naturę:
          co pod nogami znalazł, po co tylko ręką było sięgnąć, to sobie lekceważył; a o co musiał się
          dobijać, to najwięcej najwięcej mu smakowało. Trafiło się tedy raz, że gdy wieczorem przy
          ogniu siedzieli, a on sobie kij kozikiem wyrzynał, stara babusia, okrutnie rozumna, która po
          świecie bywała i znała wszystko, poczęła opowiadać o tym kwiecie paproci. Jacuś słuchał
          i tak się zasłuchał, że mu aż kij z rąk wypadł. Skoro babusia skończyła, Jacuś powiedział
          sobie: - Niech się dzieje, co chce, a ja kwiat ten znaleźć muszę. Znajdę go, bo człowiek, kiedy chce mocno a powie sobie: "To musi być", zawsze w końcu na swoim postawi.
          Tuż pod wioską, w której stała chatka rodzicieli Jacusia, był niedaleko las i pod nim
          właśnie palono co roku sobótki w noc świętojańską Przez kilka miesięcy Jacuś czekał na
          tę noc i o niczym nie myślał, tylko o tym. Czas mu się strasznie długim wydawał. Na
          ostatek nadeszła wigilia św. Jana. zbliżyła się noc; ze wsi wszystka młodzież się wysypała palić ognie, skakać, śpiewać i zabawiać się. Jacuś umył się czysto, wdział koszulę białą,
          pasik czerwony nowy, łapcie lipowe, nie noszone, czapeczkę z pawim piórkiem, i jak tylko zmrok zapadł, udał się do lasu.
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 08.03.14, 18:06
            Las był czarny, głuchy, nad nim noc ciemna z mrugającymi gwiazdkami. Znał Jacuś dobrze drogę w głąb lasu po dniu i jaką ona bywała w czas powszedni. Teraz, gdy się zapuścił w głąb - osobliwa rzecz - nie mógł ani wiadomej drożyny znaleźć, ani drzew rozpoznać.
            Wszystko było jakieś inne. Potem stanęły na drodze gąszcze takie, że ani palca przez me przecisnąć; ale Jacuś, jak się rzucił, pchnął, zepchnął, za połamał i przebił machnął, zdusił je, zmiętosił, się szczęśliwie. Zdawało mu się już, że szedł rok cały, tak długą wydała mu się ta droga... Kwiatu nigdzie!... Nie zawrócił się jednak i nie tracił serca, ale szedł dalej... Aż w końcu tuż pod nogami zobaczył kwiatek: pięć listków miał złotych, a w środku oko świecące. Wyciągnął rękę i pochwycił. Zapiekło go, jak ogniem, ale nie rzucił... trzymał mocno. Kwiat w oczach rosnąć mu poczynał, a taką jasność miał, że powieki musiał Jacuś przymknąć, bo go oślepiało. W cisnął go zaraz za pazuchę pod lewą rękę, na serce... Wtem głos się odezwał do niego: - Wziąłeś mnie - twoje szczęście; ale pamiętaj o tym, że, kto mnie ma, ten wszystko może, co chce; tylko nigdy z nikim swoim szczęściem nie wolno mu się dzielić! Jacusiowi tak się w głowie z wielkiej radości zamąciło, że niewiele na ten głos zważał. - A co mi tam? - rzekł w duchu. - Byle mnie na świecie dobrze było! Z czapeczką na bakier, podśpiewując, wracał do domu. Droga przed nim świeciła, jak pas srebrny, drzewa się ustępowały, krzaki
            odchylały, kwiaty, które mijał, kłaniały mu się aż do ziemi. Z głową podniesioną stąpał dalej
            i tylko roił, czego ma żądać. Zachciało mu się naprzód pałacu; ledwie o tym pomyślał, gdy
            znalazł się na skraju lasu, ale okolicy zupełnie mu nieznanej
            • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 08.03.14, 18:11
              Spojrzawszy sam na siebie, poznać się nie mógł. Ubrany był w suknie z najprzedniejszej
              materii, b u t y miał na nogach ze złotymi podkówkami, p a s, sadzony kamieniami drogimi,
              koszulę z najcieńszego płótna. Tuż stał powóz, koni białych sześć w chomątach pozłocistych, służba w galonach; kamerdyner mu podał, kłaniając się wsadził do karety - i wio! Jacuś nie wątpił, że go do pałacu wiodą; jakoż tak się stało. W mgnieniu oka powóz już był u ganku, na którym służba liczna czekała. Tylko twarze wszystkie były mu obce i nieznane.
              Upłynął tak rok i drugi; wszystko miał, cze-go dusza zapragnęła; ale szczęście to wydało
              mu się czasem takie głupie, że mu życie obrzydło. Najwięcej go zaś gnębiła tęsknica do wioski swojej, do chaty i rodziców; żeby ich choć zobaczyć, choć dowiedzieć się co się tam z nimi dzieje! Matkę kochał bardzo, a ilekroć ją wspomniał, serce mu się ściskało. Jednego dnia zebrało mu się na odwagę wielką i, wsiadłszy do powozu, pomyślał, aby się znalazł we wsi przed chatą rodziców. Natychmiast konie ruszyły, leciały, jak wiatr, i nie opatrzył się, gdy się zatrzymały przed znanym mu dobrze podwórkiem. Jacusiowi łzy się z oczu puściły. .
              • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 08.03.14, 18:15
                Wszystko tu było tak, jak porzucił przed kilkoma latami, ale postarzałe, a po tych wspaniałościach, do których nawykł, jeszcze mu się nędzniejszym wydawało. Żłób stary przy studni, pieniek, na którym drewka rąbał, wrotka od dziedzińca, dach porosły mchami, drabina przy nim... stały jak wczoraj. A ludzie? Jacuś wysiadł. Pierwszy spotykający go w
                podwórku był stary Burek" jeszcze chudszy, niż był niegdyś, z sierścią najeżoną. Szczekał na niego zajadle i ani myślał go poznać. W progu pokazał się w potarganej koszuli nie najmłodszy brat jego.
                - A matuś gdzie? .:...... zapytał przybyły.
                - Chorzy leżą odrzekł wzdychając.
                - A tatuś?
                - Na mogiłkach... .
                Wszedł Jacuś do chaty. Stara matka leżała w kątku na biednym łóżeczku. Podszedł do niej
                Jacuś popatrzyła nań, nie poznała... Mówić jej było trudno, a on nic pytać nie śmiał. Serce mu się krajało. Już się miał do kieszeni, aby złotem sypnąć na ławę; ale dłoń mu się ścisnęła, bo strach brzydki go ogarnął, że własne szczęście utraci. I wyrwał się z chaty do powozu, a w nim do pałacu ale przybywszy tu zamknął się i płakał. Zbudziło się w nim sumienie i gryzło mu wewnątrz serce. Nie dawał się. Durzył się ciągle czymś, latał, jeździł, strzelał, jadł, pił, hulał... Nic nie pomagało. W uszach ponad wszystkie wrzaski brzmiało: "Nie ma szczęścia dla człowieka, jeśli się nim z drugim podzielić nie może... Rok nie upłynął, aż Jacuś wysechł, jak szczepka, wyżółkł, jak wosk, i w tym swoim dostatku i szczęściu męczył się nad wszelki wyraz.
                • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 08.03.14, 18:18
                  W końcu po jednej nocy bezsennej, nakładłszy złota W kieszenie, kazał się wieźć do chaty.
                  Miał postanowienie, choćby wszystko stracić, a matkę i rodzeństwo poratować. - Niech się już dzieje, co chce! - mówił niech ginę! Dłużej z tym robakiem w piersi żyć nie mogę. .
                  Stanęły konie przed chatą. Wszystko tu było, jak przedtem żłób stary u studni, pieniek,
                  dach, drabina, ale w progu chAty żywej duszy nie było...Jacuś pobiegł do drzwi - stały kołkiem podparte zajrzał przez okno - chata była pusta. Wtem żebrak, stojący u płotu, wołać nań zaczął: - A czego tam szukacie, jasny panie? Chata to pusta wszystko w niej wymarło z biedy, z głodu i choroby. .
                  Jak skamieniały, stanął ów nieszczęśliwiec u progu - stał i stał... - Z mojej winy zginęli oni - rzekł w duchu - niechże i ja ginę!
                  Ledwie to rzekł, ziemia się otworzyła i zniknął, a z nim ów nieszczęsny kwiat paproci, którego już dziś próżno szukać n. świecie.

                  J. l. Kraszewski
        • madohora Legedna o jaskółce 28.05.14, 00:56
          Legenda o jaskółce.
          Gdy Bóg ukarał ziemię potopem i arka Noego płynęła po głębinach wodnych, szatan umyślił zgubę wszystkich istot żyjących, które znalazły w Arce schronienie. Zamieniony w mysz , przegryzł dziurę w dnie arki. Woda zaczęła napływać do korabia. Na szczęście wąż
          spostrzegł własne niebezpieczeństwo, przysunął się do otworu i zatkał go własnym ogonem. Tym sposobem tamował wodę przez czas potopu. Arka zatrzymała się na górze Arat i Noe z rodziną i wszystkiemi stworzeniami ocalał od zguby. Wtedy Bóg wezwał węża i rzekł:
          — Za to żeś ocalił rodzaj ludzki, dam ci na pożywienie zwierzę, jakie sobie sam wybierzesz.
          — Daj mi, Panie, czas — odparł wąż — abym mógł się przekonać, które zwierzę ma krew najsmaczniejszą.
          Bóg pozwolił. Wtedy wąż wysłał na wywiady komara. Komar długo latał po ziemi, skosztował krwi wszystkich zwierząt i doszedł do przekonania, że najsmaczniejszą krew posiada
          człowiek i z taką odpowiedzią wracał do węża. W drodze spotkał jaskółkę i na zapytanie ptaszyny, gdzie był, komar odpowiedział:
          — Latałem z polecenia węża kosztować, jakiego zwierzęcia krew jest najsmaczniejsza. Wracam powiedzieć mu, że najsłodszą krew posiada człowiek. Zaledwie komar zdążył wymówić te słowa, jaskółka rzuciła się i wydarła mu język z korzeniem. Komar nie mógł wymówić ani słowa i niemy powrócił do węża. Jaskółka pospieszyła za nim. Gdy Bóg zapytał, czyja krew jest najsmaczniejsza, komar zabrzęczał tylko i nie mógł zrozumieć, co chciał
          powiedzieć. Wtedy jaskółka się ozwała.
          — Panie! komar mówi, że najsmaczniejszą krew posiada żaba.
          — Niech więc żaba będzie dla ciebie pokarmem — rzekł Bóg do węża i odtąd węże żyją przeważnie żabami.
          Wąż rozgniewany na jaskółkę, chciał ją ukąsić i schwycił za ogon, lecz zwinna ptaszyna wyrwała się i uciekła zostawiając w paszczy węża środek ogona. Odtąd jaskółka ma zawsze ogon rozdwojony, a ludzie strzegą jej jak najlepszego przyjaciela.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.05.14, 00:58
          Buty

          Na kiermaszu w niedzielę,
          Bartosz, wieśniak bogaty,
          Przedał gąskę i cielę.
          A wracając do chaty,
          Za zebrane grosiwo
          Kupił sobie co żywo
          Gospodarskie, gotowe,
          Buty nowe juchtowe
          Potem zaszedł na piwo.
          Ha! po piwie, z kumami
          Przyszła kolej na czarki,
          A Bartoszek z czarkami
          Nie pilnował się miarki.
          Spił się, panie, jak bela,
          Choć to była niedziela;
          A źle Boga ten chwali,
          Kto pod ławę się wali.
          Chęć go brała do drzemki;
          Jednak wyszedł z karczemki —
          Lecz za miastem tuż Mizko,
          Choć to było nie ślisko,
          Nie spisały się nogi,
          Hrymnął biedak, s'ród drógi.
          Padł i zasnął... Tymczasem
          Niedaleko pod lasem
          Koczowali cyganie, —-
          A to kmotry, mospanie!...
          Widząc człeka śpiącego,
          Dalej obces na niego !
          Bartosz leży jak skuty;
          A ci zdjęli mu buty,
          I nie robiąc hałasu,
          Fugas chrustas do lasu!
          Spi Bartoszek mój do dnia
          Aż tu Bóg dał przechodnia —
          Patrzy: ciało na drodze...
          Człek przestraszył się srodze...
          Myśli sobie: »trup może?
          I nieszczęście, broń Boże!*
          Jednak robi znak krzyża
          I powoli się zbliża...
          Słyszy: chrapie jak duda...
          >A! to zbudzić się uda...
          Bieda jeszcze nie wielka,
          Tutaj winna butelka...«
          A więc chłopek mój dawaj
          Trącać śpiocha: »hej! wstawaj!
          Co tak leżysz na drodze?...«
          Bartosz gniewa się srodze:
          »Człeku! — prawi — gdy łaska,
          Ruszaj sobie do djaska?«
          — »To przynajmniej weź z drogi
          Wyciągnięte swe nogi,
          Bo ci, miły sąsiedzie,
          Pewno ktoś je przejedzie...«
          Bartek spojrzał; — »Ej, strachy,
          Jak to mówią na lachy!...
          Ja tych sztuk się nie boję,
          Bo to nogi nie moje,..
          Moje w butach juchtowych
          1 to, bracie mój, w nowych,
          A te bose... Idź sobie...
          Ja wiem lepiej, co robię...
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.05.14, 00:59
          Często ktoś niesłusznie doznaje wzgardy.
          Jeden dąb prosty i dlatego hardy,
          W sercu jad mieszcząc złośliwy,
          Rzekł do drugiego, co krzywy:
          Jesteś, rosnąc za ogrodem,
          Niegodnym uatury płodem ;
          Szpecisz piękność tej murawy,
          Brzydki, niezgrabny, koszlawy;
          I twoja niezgrabnośó w czasie
          Do niczego nie przyda się.
          Przyszedł czas, pościnał je chłop w takowym stanie.
          Z prostego miał koryto, a z krzywego sanie.
          A tak znalazł użytek w tej i w tej dębinie,
          Krzywa żonę woziła, z prostej jadły świnie!
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.05.14, 01:00
          W czapce na bakier, z wesołą miną
          Wyruszył Kuba na jarmark do miasta;
          Poganiał szkapę błotnistą drożyną,
          Na wozie byli wieprzek i niewiasta.
          Aby się ciężkiej biedzie w domu nie dać,
          Więc na przednówku musieli co sprzedać.
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 13.04.22, 10:11
            Zmarł pewnego razu, ale to już w daw niejszych czasach, zamożny, lecz skąpy ogrom nie gospodarz. Umierając kazał sobie do po duszki trumiennej zaszyć wszystkie pieniądze i pod głowę do trumny położyć. Dzieci i żona, posłuszne ostatniej woli zmarłego, poduszkę z pieniędzmi włożyli trupowi pod głowę i tak go pochowali. Pogrzebek był bardzo skrom ny: boć też na pompę pieniędzy nie było. Powoli do wdowiej chaty zaczęła pchać się bieda, dzieci nieraz od głodu słabować po. częły, zrozpaczona wdowa wiedząc, że nie boszczyk na dukatach leży, zwierzyła się z tern grabarzowi, który wraz z nią udał się nocą na cmentarz, odkopał grób, ale o dziwo! nieboszczyk odwrócony trzymał poduszkę z du katami w zębach i piekielnie jęczał. Grabarz, nie wiedząc co czynić, nie odważywszy się wyrwać nieboszczykowi owej poduszki z po między zębów, przykrył grób co prędzej, zie mią przysypał i uciekł, I ot straszliwa dla skąpców nauka.
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 13.04.22, 16:14
            Proces o gąsięta. Między dwoma sąsiadami powstała sprzecz ka o gąsięta. Rzecz się tak miała. Jeden z nich, nazwiskiem Kula, miał gąsiąt dwa naście. Drugi, Biłaj, miał chytrego kota. Rzecz naturalna, iż między chytrym kotem a tłustemi gąsiętami powstała tego rodzaju znajomość, iż gąsiąt z każdym dniem ubywa ło, a kot tuczył się doskonale. Dziwił się i martwił właściciel piskląt gęsich, a dociec nie mógł, gdzie mu się podziewają. Wreszcie, przycupnąwszy pewnego dnia za węgłem, spostrzegł, źe kot sąsiada wypadł nagle z ukry cia i przedostatnie gąsię porwał. Kula, skłon ny bardzo do procesów, skarży natychmiast Biłaja do sądu powiatowego i żąda wyna grodzenia szkody. Przyszedł pozew; skarżą cy, oskarżony i świadkowie zebrali się w kom plecie; sprawa przyszła na stół. Po ogłosze niu oskarżenia, sędzia zapytał, gdzie jest głów ny sprawca szkody i nieszczęścia Kuli, t. j. kot? Biłaj oświadczył, źe kot wprawdzie pozwu nie dostał, ale źe może go przyprowa dzić. Sędzia odłożył rozprawę do dnia na stępnego, na którą kazał przyprowadzić i kota. Drugiego dnia, po przeprowadzonej roz prawie, sędzia najformalniejszy ogłosił wy rok: Kot za rozmyślne morderstwo skazany zostaje na 14 dni aresztu i zwrot kosztów do chodzenia sądowego. Rozumie się, źe koszta ponieść musiał słuźbodawca Biłaj. Kluczny natychmiast kota zamknął; ale na tem naj gorzej wyszedł Biłaj, który obowiązany byem szynki, kiełbasy, słoninę i sadło. Gospo dyni, ucieszona, że niewinność jej na wierzch jak oliwa wypłynie, krzyknęła: O chwała Bogu, żem was na gorącym przydybała uczyn ku; teraz będzie ksiądz proboszcz wiedział, kto jest sprawcą kradzieży! Złodzieje struch leli, a zobaczywszy tak wymownego świad ka swego czynu, postanowili go usunąć. Za bili więc gospodynię, a zabrawszy skradzione przedmioty, znowu spiżarnię zamknęli. Przy był ks. proboszcz, otwiera więzienie, słucha, nikt nie mówi; przychodzi bliżej, struchlał! Gospodyni nieżywa! Pewno ze strachu umar ła, pomyślał ks. proboszcz i zmartwił się bar dzo, bo obawiał się, aby go nie posądzono o morderstwo. Kazał więc zawołać orga nistę i polecił mu uprzątnąć trupa, ale tak, aby nikt o nagłej, u niego zaszłej śmierci gospodyni nie wiedział. Organista, wziąwszy trupa w nocy na barki, postawił go w ka puście u sąsiada. Sąsiad wstaje o świcie, a sądząc, że ma w kapuście złodzieja, pobiegł z kijem i tak nim silnie mniemanego szkod nika uderzył, że go na miejscu zabił. Po znawszy w zabitym szkodniku trupa gospody ni księdza proboszcza, oniemiał prawie z prze strachu. Przyszedłszy do siebie, zaczął na myślać się nad tem, jakby trupa ukryć lub wynieść. Po namyśle ukrył ciało gospodyni
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 13.04.22, 16:21
            Tajemnica djabelska. Było dwóch braci: starszy był powszech nie nielubiany, młodszy, pełen zdolności, ulubieńcem był całego miasta. Niechętnie patrzył na to zazdrosny brat starszy, a wy wiódłszy młodszego za miasto, wydłubał mu oczy. Wtedy rzekł okaleczony: „Mój bracie, zrobiłeś mię na całe życie kale ką, cóż zrobię, aby rodziców nie zmartwić? Powiedz im, żem utonął, mnie zaś wy prowadź pod figurę przy drodze: będę że brał chleba, aby z głodu nie zginąć”. Ży czeniu kaleki stało się zadość; usłużny bra ciszek wyprowadził go wprawdzie i usado- dowił, ale pod szubienicą, zamiast pod figu rą. Siedział też tam w dobrej wierze kale ka i ręce wyciągał i zgłodniały o chleba odrobinę prosił. Ale upłynął dzień jeden i drugi, a nikt nawet na biednego kalekę nie spojrzał. Trzeciej nocy tuż przed północą zleciał się pod szubienicę rój djabłów, z Lu cyferem na czele. — Jakie macie tajemnice? zapytał naj starszy. — Ja, rzekł pierwszy djabeł, odnalazłem pod tą oto szubienicą trawę, która ma moc przywracania wzroku ślepym. — Ja, rzekł drugi, odnalazłem miasto, w którem zabrakło wody. Z tego powodu panuje tam ogromne przygnębienie; ludzie, z pragnienia umierając, Bogu złorzeczą; bę dziemy znowu kilka duszyczek w piekle mieli więcej. — A czy miałbyś sposób zaradzenia złe mu? zapytał Lucyfer. — Nic łatwiejszego, odparł zapytany: na środku rynku tego miasta znajduje się ka mień; gdyby go odwalono, trysnęłoby źródło. — A ja, wtrącił trzeci, czyham na duszę córki królewskiej; będzie ona z pewnością nasza. Przed laty siedmiu, gdy po odpra wionej spowiedzi komunję św. spożyła, za moim podszeptem wypluła ją z powrotem; połknęła to żaba, która w komnacie królew skiej żyje dotąd pod kominkiem. Gdyby kto wpadł na ten szczęśliwy pomysł, a wynalazł szy żabę, rozpłatał ją i wnętrzności dał spo żyć królewnie, która dotąd z tego powodu choruje, natychmiastby wyzdrowiała. Ale tego zupełnie się nie obawiam. — Dobrze się sprawujesz, odparł Lucyfer; każę ci za to szafarzowi wydać hektolitr smoły. A ty, Biseniu, cóż przynosisz? — Ja, zaczął czwarty, ja czyham.... Nie dokończył czwarty, bo uderzyła go dzina dwunasta i rój djabłów rozpłynął się w szarą mgłę. Rozmowę djabłów słyszał kaleka i bardzo się z tego ucieszył, posiadał bowiem trzy ważne tajemnice, których roz wiązanie zapewniało mu byt spokojny do śmierci. Urwał tedy natychmiast kilka ździe- bełek trawy, a spożywszy je, przejrzał. Udał się do miasta, w którem mieszkańcy ginęli z braku wody, a odwaliwszy ogromny w ryn ku kamień, wydobył z ziemi obfity zdrój czystej wody. Naród ocalony obdarował wybawcę złotem, srebrem i drogiemi kamie niami. Nie przyjął jednak tego podróżny, ale udał się w dalszą drogę do miasta, gdzie mieszkał król, chorą od lat 7 mający córkę. Miasto przystrojone było w żałobne flagi, bo młoda królewna dogorywała prawie. Dok torzy nie mogli już jej dopomóc. Podróżny dobił się do komnat królewskich i oświad czył stroskanemu ojcu, źe córkę uzdrowi. Otrzymawszy pozwolenie, bezzwłocznie udał się do komnaty chorej, a rozbiwszy kominek, wyjął znajdującą się pod nim żabę, rozciął ją na dwie części, a wyjąwszy z niej wnętrz ności, dał spożyć je chorej. Chora naturalnie natychmiast została uzdrowiona. Ojciec ura dowany, nie wiedząc, jak wywdzięczyć się wybawcy, ofiarował mu rękę uzdrowionej córki. Podróżny, bardzo dorodny zresztą młodzieniec, chętnie ofiarowaną mu rękę do stojnej królewny przyjął. Wkrótce też od było się huczne wesele na dworze królew skim, zięć króla otrzymał miano królewicza i połowę królestwa w posagu. Pewnego dnia młode małżeństwo wyje chało obejrzeć dobra swoje, a wyjechali w złocistej karecie, do której zaprzężono sześć ślicznych koni w srebrnych chomątach i djamentowych podkowach. Nagle kró lewicz spostrzegł starszego brata swojego; kazał stanąć. — Jak się masz, bracie, któryś mi wydłu bał oczy? zapytał. Przestraszony brat stanął jak wryty i słów ka ze strachu i osłupienia przemówić nie mógł. Dowiedziawszy się wreszcie, jakim sposobem unieszczęśliwiony przez niego brat takiego w życiu dostąpił szczęścia, chciał tego samego spróbować. Wydłubawszy tedy so bie oczy, usiadł pod tą samą szubienicą.
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 21.06.22, 14:48
            Kolejna z legend mówi, że Rokita razem z Borutą udali się do karczmy znajdującej się w Łodzi, aby napić się tamtejszego piwa. Ich pragnienie było naprawdę wielkie i wypili wiele piw. Karczmarz tym faktem się zaniepokoił i zainteresował się tym czy goście mają czym zapłacić. Więc powiedział im, że nie przyniesie kolejnego piwa dopóki nie zapłacą za piwa, które wypili. Rokita się jedynie zaśmiał i rzucił na blat kilka złotych monet i zażądał, aby karczmarz przyniósł im więcej piwa. Gdy ten wrócił z kolejną porcją trunku i próbował podnieść złote monety rzucone przez diabła, okazało się, że palą one skórę żywym ogniem. Karczmarz jedynie krzyknął z bólu i usłyszał diabelski śmiech dochodzący z kłębów dymu unoszących się w miejscu, w którym jeszcze chwilę temu siedzieli jego goście. Piwo, które chwilę wcześniej przyniósł było już wypite, a po monetach nie został żaden ślad
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 21.06.22, 14:56
            Istnieje wiele wersji wyjaśniających jak Boruta stał się później diabłem. Ponoć w końcu XIV wieku książę mazowiecki miał powierzyć Borucie skarb, którego jednak nie zdołał odebrać. Dlatego do dziś w lochach zamku siedzi Boruta i pilnuje zdeponowanych skrzyń ze złotem. Kolejna z legend mówi, że Boruta razem z Rokitą udali się do karczmy znajdującej się w Łodzi, aby napić się tamtejszego piwa. Ich pragnienie było naprawdę wielkie i wypili wiele piw. Karczmarz tym faktem się zaniepokoił i zainteresował się tym, czy goście mają czym zapłacić. Powiedział im, że nie przyniesie kolejnego piwa, dopóki nie zapłacą za piwa, które wypili. Rokita się jedynie zaśmiał, rzucił na blat kilka złotych monet i zażądał, aby karczmarz przyniósł im więcej piwa. Gdy ten wrócił z kolejną porcją trunku i próbował podnieść złote monety rzucone przez diabła, okazało się, że palą one skórę żywym ogniem. Karczmarz jedynie krzyknął z bólu i usłyszał diabelski śmiech dochodzący z kłębów dymu unoszących się w miejscu, w którym jeszcze chwilę temu siedzieli jego goście. Piwo, które chwilę wcześniej przyniósł, było już wypite, a po monetach nie został żaden ślad[3].
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 21.06.22, 15:22
            Jak Boruta
            rzucał za mną pec nami

            Miałem jeszcze drugie, spot-
            kanie z Borutą. Przechodziłem
            raz koło kapliczki, gdzie
            mówili, że straszą. Widzieli
            tam świniaka, a to kozę, a to
            cielaka. Ja wtenczas nie widziałem nic
            takiego specjalnego, ale za mną za-
            częło coś rzucać pecynami, grudami
            ziemi. To było w zimie, więc myślałem
            z początku, że to któryś z kolegów gdzieś się przy-
            czaił i dla żartów na mnie rzuca. Powiedziałem więc
            tylko: "Czego rzucasz?". Uderzyć mnie to nie ude-
            rzyło. I niby na tym się skończyło- Ale później
            kiedyś znów wracam w lecie, w nocy to było. Maj.
            I tak sobie pomyślałem: "Zawsze mówią, że tutaj
            straszą". Oglądam się czy ten strach wyjdzie. Znów
            ta sama historia. Za mną bęc, bęc jedna, druga, trze-
            cia pęka. Stanąłem i mówię: "Jeżeli masz do mnie
            jakaś sprawę do załatwienia, to przecież w ten spo-
            sób nie zaczynaj, tylko proszę wyjść i pokazać się,
            czego chcesz ode mnie". Ale niestety nie było nic.
            Na drugi dzień z ciekawości, bo to blisko mojej wsi
            było, poszedłem zobaczyć, czy faktycznie tam będą
            jakieś ślady. Niestety żadnych śladów nie było, a jed-
            nak słyszałem, że coś rzuca za mną
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 15.11.22, 00:54
            https://www.gify.net/data/media/359/swiety-mikolaj-ruchomy-obrazek-0292.gif
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 01.12.22, 00:05
            Dawno to już temu, kiedy to daleko w górach mieszkał pew ien
            człowiek, który wyrabiał różne iristrumeiita muzyczne, przeważnie
            skrzypce i wiolonczele. Imię jego znane było daleko i szeroko,
            gdyż instrumenta iego słynęły z pięknego dźwięku. Ale bo też nie-
            iylko nadawał im kształty piękue, lecz wkładał w nie wszystko,
            co go otaczało: piękntość lasu, szmer strumyka i śpiew ptasząt.
            Przybywali do niego z daleka muzycy i nabywali potrzebne im
            skrzypce lub inny jaki przyrząd muzyczny. Odczuwali oni, że
            mistrz ten, imieniem Andrzej, poza pracą ręczną, część duszy swej
            wbudowywał w swe skrzypce i zdarzało się, że smutek wielki nim
            zawładrfął, ilekroć ktoś nabywał jedno z jego dzieł. Wówczas ręce
            drżały mu podczas pracy, deseczki łamały się pod trzęsą :emi pal-
            cami jego, a struny pękały przy naciąganiu.
            Serce mistrza Andrzeja bowiem przywiązywało się do utwo-
            rów jego rąk więcej, aniżeli do jakichbadź przedmiotów jego życia Pewnego razu zamów iono u niego duże, piękne skrzypce, ofia-
            rując mu za nie ogromną sumę pieniędzy. Żon*a mistrza cieszyła
            się na nadzwyczajny zarobek, gdyż zima nadchodziła i potrzeba
            było pieniędzy na odzież, kartofle i opał dla całej rodziny. Mistrz
            Andrzej również zrazu rad był z zamówienia, ale potem obawą
            napełniała go myśl, rozstania się z nowem swem dziełem. Zabrał
            się więc do pracy, przycinał deseczki, piłował i zestawiał starannie,
            aby skrzypce jak najpiękniej wypadły. Im bardziej praca jego po-
            stępowała, tem wickszy go ogarniał smutek, który unikał też
            w dźwięk skrzypiec. Przebijał się ten smutek ponad inne głosy,
            jak głosy lasu, strumyku i śpiewu ptaków, a był tak rzewny, że
            nawet żona mistrza Andrzeja z podziwem mu się przysłuchiwała.
            Wreszcie skrzypce wykończone czekały na *>dbiór, tymczasem
            mnały długie tygodnie, a zamawiający muzyk po iAe się nie zgłaszał
            Mistrz Andrzej rad był, że się jeszcze może nacieszyć swą
            pracą i rzekł pewnego wieczoru do swej żony:
            — Pragnąłbym, aby nigdy nie przyszedł po te skrzypce, gdyż
            wtedy mógłbym je zatrzymać dla siebie
            Na co żona odpowiedziała:
            — Oby tylko przybył, bo nam potrzeba pieniędzy i zima za pasem.
            Coprawda, nie brakło jej gotówki, bo aż dwie pończochy pełne
            złotówek ukrywała przed mężem w łóżku. Oboje wkońcu już me
            liczyli na zjawienie się obcego, aż wreszcie przybył, zbadał skrzyp-
            ce i pochwalił za nie mistrza Andrzeja słowami :
            — Dotąd póki życia nie słyszałem podobme pięknego dźwięku!
            — Położył na stole, czysto wymytym, umówioną cenę i razem
            ze skrzypcami się oddalił.
            — Chwała Bogu — odezwała się żonk do Andrzeja — już my-
            ślałam, że ci skrzypce zostaną i nikt ich nie kupi.
            — Tobie tylko chodzi o pieniądze, zabierz je sobie, nic z nich
            mie chcę dla siebie — rzekł, ocierając pokryiomu rękawem łzy
            z oczu i wyszedł z domu do lasu. Szedł i szedł zamyślony, aż
            ptaszki, które go wszystkie dobrze znały, zapytały:
            — Co ci to? Smutny jesteś w tak pogodny dzień?
            — Szukam swoich skrzypiec! Czy tu tędy przechodziły? —
            odparł.
            — Tak, tak, — zaświergotały wszystkie, uradowani, że mogą
            mu dobrą dać odpowiedź. — Widziałyśmy twoje skrzypce. Chodź nami, pofruniemy przed tobą i pokażemy ci diogę. Chodź tylico
            z namL
            Minęła noc, gwiazdki zbladły na niebie, nastał cudowny raneifc
            rosa spadła na kielichy kwiatów, którą słońce ciepłe w /pił*
            a ptaszki wciąż jeszcze fruwały przed Andrzejem. Przebywał an
            ciche wioski i głośne miasta, których nigdy nie widział, szedł dniem
            i mocą, a ptaszki wciąż tylko świergotały:
            — Dalej jerzcze, Andrzeju, dalej, chodź za nami!
            Mistrz dopiero teraz zrozumiał, dlaczego ów obcy tak długo
            me przybywał po zamówione skrzypce.
            — Chyba mieszka on na drugim końcu świata — rzekł do sie-
            bie. — Czy aby go znajdę? Chciałbym się tylko przekonać, czy
            jest zadowolony ze skrzypiec, jak się z niemi obchodzi i czy je też
            szanuje? Wówczas uspokojony o los mego 'dzieła, chętnie powrócę
            do domu.
            Pewnego dnia w samo południe, mała zięba, która zawsze in*
            wała na czele wszystkich ptaków, zatrzymała się na niskiej, po*
            krzywionej wierzbie, a za nią usiadła i reszta ptaków.
            — Czyście się pomęczyły? — zapytał mistrz Andrzej, Który
            przez całv czas swej wędrówki nie odczuwał zmęczenia.
            — Ej, gdzie tam? — zakrakał? wrona. — Słuchaj, Andrzeju,
            teraz idź wzdłuż tej rzeki aż do wioski na skręcie. Zajdziesz za
            jakie dwie godziny. W chatce za płotem, obok szkoły pod starym
            kasztanem znajdziesz swoje skrzypce, a my tu zaczekamy.
            — Dzięki, stokrotne dzięki wam, miłe ptaszyny — rzekł ura-
            dowany Andrzej. — Pospieszę się, by wrócić jak najszybciej.
            — Nie spiesz się, nie spiesz się — zaśmiał się gołąbek. — Są
            tu piękne pola i dużo mamy tu ziarna.
            Mistrz Andrzej raźno szedł wzdłuż rzeki, radując się z pięk-
            nego słońca, które przyświecało z nieba. Dojrzał też wysokie góry,
            a gdy je minął, doszedł go miły głos jakiś, w którym rozpoznał
            dźwięk swych skrzypiec. Z radości skakał jak dziecko i począł
            biec. Z daleka witał go wysoki kasztan, który zapalił swe tysiące
            świec białych. Pomimo radości wstrzymał mistrz swe kroki i nie
            śmiał zbliżyć się do chatki.
            Przed nią bowiem siedział ów obcy i grał, a grał bez przerwy.
            Był on nauczycielem w tej szkole. Głowę swą w skupieniu opierał
            o skrzypce. Żona jego, jasnowłosa, obok niego siedziała, trzymając na łonie matą dziecinę. Na zielonym płocie opierali się wie*
            śrtiacy, a ich dzieci płowe główki wtykały pomiędzy szczeble. Na
            drodze przysłuchiwali się młodzi przechodnie, a oczy ich lśniły się
            dzi wnym blaskiem.
            Mistrz, rozczulony tym widokiem, aż zapłakał na myśl, że on
            to sprawił swojem dziełem tyle zachwytu. Wielką ochotę miał
            pogłaskać struny skrzypiec i przywitać się z nauczycielem5 który
            tak pięknie grał na skrzypcach, ale rzekł w duchu:
            — Tego spokoju Bożego nie godzi mi się zakłócać.
            Długo jeszcze przysłuchiwał się pięknej grze rtauczywiela i na-
            pawał się widokiem skupienia otaczających, aż w końcu zadowo-
            lony odszukał swe ptaszki, aby go znów odprowadziły do jego
            domu.
            Odtąd nigdy się już nie smucił, gdy oddawał komu wykończone
            skrzypce i doczekał się w szczęściu późnej starości. Gdy poczuł
            że zbliża się jego ostatnia godzina, posłał po owego nauczyciela,
            by mu zagrał na jego najpiękniejszych skrzypcach. Z uśmiechem
            na ustach zasnął na wieki, a skrzypki zagrały: Amen...
            — Amen.... — powtórzył cichym głosem muzyk i dorzucił:
            — Mistrzu Andrzeju, tyś zasłużył, żeby ci twoje skrzypki za-
            grały w twej ostatniej godzinie życia.
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 08.01.23, 16:54
            Św. Floryan. Gdy poselstwo polskie przybyło do Rzymu, ażeby uprosić Ojca św. o jakie relikwie cenne. św. Floryan wystawił rękę z tru mny z napisem: „chcę iść do Polski u . Jego też Ojciec św. prze znaczył do Polski. Gdy wieziono te relikwie na wozie zaprzągniętym w cztery konie, na tym miejscu gdzie kościół św. Floryana stoi, stanęły i nie chciały się ruszyć z miejsca. Historya przywiezienia relikwi św. Floryana znajduje się w kościele tegoż św. w obrazach odmalowana z napisami.
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 08.01.23, 20:25
            Krzysztofory. Narożna kamienica w Rynku głównym, przy ulicy Szczepań skiej, nazwana „Krzysztofory u , ma mieć olbrzymie piwnice, cią gnące się pod kościół Najświętszej Maryi Panny. Raz do roku piwnice te się otwierają, t. j. w kwietną niedzielę, podczas czytania ewangelii
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 08.01.23, 20:35
            Dyabeł i żak. Dawniej dyabeł miał władzę i moc zabierania pojedynczo za błąkanych, zwłaszcza w nocy i to pomiędzy 12 a 1 godziną. Wy darzyło się to także zabłąkanemu żakowi, którego dyabeł spotka- wszy, zagadywał, ażeby, gdy ten na jego pytanie nie odpowie, porwać go mógł do piekła. Żak poznawszy, że ma z dyabłem do czynienia, odpowiadał mu na zapytania powtarzając poprzednie, tak, że gdy dyabeł ostatnie pytanie zadał żakowi, stracił już swą moc, bo kur zapiał i godzina pierwsza wybiła. Oto pytania
            yabeł. „A ty żaczku uczony I we szkołach ćwiczony, Powiedz, co jest jeden? 44 Żak. „Jeden syn Maryi, Co w niebie króluje, A na ziemi Pan 44 . Dyabeł. „A ty żaczku uczony I we szkołach ćwiczony, Powiedz, co jest dwa? 44 Żak. „Dwie tablice mojżeszowe, Jeden syn Maryi 44 i t. d. Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest trzy? 44 Żak. „Trzy Osoby św. Trójcy, Dwie tablice 44 i t. d. Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest cztery? 44 Żak. „Czterech św. ewangelistów, Trzy osoby św. Trójcy 44 i t. d. Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest pięć? 44 Żak. „Pięć przykazań kościelnych, Czterech św. ewangelistów w i t. d. Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest sześć? 44 Żak. „Sześć grzechów głównych, Pięć przykazań kościelnych 44 i t. d Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest siedem? 44 Żak. „Siedem św. sakramentów, Sześć grzechów głównych 44 i t. d. Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest ośm? 44 Żak. „Osiem błogosławieństw, Siedem św. sakramentów 44 i t. d. Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest dziewięć? 44 Żak. „Dziewięć grzechów cudzych, Osiem błogosławieństw 44 i t. d. Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest dziesięć? 44 Żak. „Dziesięć przykazań boskich, Dziewięć grzechów cudzych 44 Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest jedenaście?
            Żak. „Jedenastu proroków, Dziesięć przykazań boskich “ i t. d. Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest dwanaśeie? a Żak. „Jest dwunastu apostołów, Jedenastu proroków u i t. d.
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 08.01.23, 22:09
            Kamyk z gniazdka „cyza“ (czyżyka) wyjęty, ma mieć własność robienia człowieka niewidzialnym; ale takie gniazdo tru dno znaleźć, bo przez ten kamień jest też niewidzialne — jedynie odbija się ono w wodzie.
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.01.23, 17:36
            Po "upojnym" wieczorze w karczmie grabarz Purschke poszedł do domu i natychmiast zasnął. Gdy się przebudził spojrzał na zegarek. Zegarek nie chodził, ale na dworze świtało. Czas iść do pracy. Purschke ruszył do drewnianego kościoła św. Józefa, gdzie stały mary pogrzebowe. Ale cóż to ? Kościół był już otwarty, oświetlony i pełen ludzi. Przy ołtarzu ksiądz odprawiał mszę świętą, ale nie był to baborowski ksiądz
            Purschke poczuł, że nie może wypow iedzieć ani słowa, język był jak kolek. Coś tu było dziwnego. Grabarz wycofał się z kościoła i nagle zegar na rynku wybił pierwszą, a światło i ludzie z.niknęli. Grabarz zrozumiał, że uczestniczył w mszy zmarłych.
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.01.23, 17:39
            Bardzo dawno temu w Baborowie
            mieszkała dziewczyna morawskiego pocho
            dzenia o imieniu Draha. Pewnego dnia zgrze
            szyła z żonatym mężczyzną. Wówczas za taki
            postępek bez sądu ścinano głowę. Na rynek,
            tam gdzie stoi figura Matki Boskiej, przysz
            wszyscy mieszkańcy i rada miejska. Wszyscy
            chcieli zobaczyć wykonanie wyroku. Dziewczy
            nę w białym płaszczu pokazano zgromadzonym,
            a następnie kat ze swoim pomocnikiem zabrali ją
            za miasto, za mały pagórek przy obecnej ulicy
            Raciborskiej. Kat ściął głowę, która poturlała się
            w dół aż do rynku. Ludzie nazwali tę drogę "dro
            gą Drahy". a urzędnicy Raciborską. Po czesku
            słowo draha znaczy droga.
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.01.23, 17:44
            Oprócz legend o “szwedzkich szańcach”
            znamy jeszcze dwie opowieści o Szwedach z cza
            sów wojny 30-letniej (1618-1648). Jedna z nich
            wspomina profanację kościoła parafialnego w
            Głubczycach, w którym Szwedzi urządzili staj
            nię dla swoich koni. Bóg nie pozwolił na bez
            czeszczenie tego miejsca i zesłał na konie śmier
            telną chorobę. Tak samo w Równem Szwedzi
            sprofanowali święte miejsce, umieszczając w
            tamtejszej kaplicy konie. Zanim odeszli, puścili
            ją z dymem. Potem ludzie wybudowali na tym
            samym miejscu nową kaplicę i nazwali ją
            “szwedzką”.
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 02.02.23, 15:29
            https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/ckBD9NLF1cbzFRyxX.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.05.14, 01:01
          Jadą i jadą, jak się zwykle jedzie,
          Szkapa jak może po złej drodze czmycha.
          Gwarzy z kobietą Kuba o swej biedzie,
          Kaśka nieboga zamyślona wzdycha,
          I wieprzka także niedola zła nęka,
          Czasem zakwiczy, a czasem zastęka
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 13.04.22, 10:43
            Zakonnicę, która na wszystkich spo wiedziach grzech pewien zataiła, po śmierci ziemia 50 razy wyrzucała. Wiele, bardzo wiele mają jeszcze w Ru- dawie opowieści, w których czarownice, dja- bły, boginki lub topielce występują. Szcze gólnie o strachach lubią opowiadać; naj częściej bywa to w czasie długich wieczo rów zimowych. Wtedy, gdy na świecie śnieg i zawierucha, gdy w kominie wiatr wygwizduje, a na nalepie trzeszczy łuczywo, ojciec rodziny, otoczony domownikami i dziat wą, opowiada o strachach. Zwykle i do mownicy z sąsiednich chat na tę ucztę się schodzą i słuchają a gwarzą do późnej nocy. A jakie u nich podania krążą o wędrów kach Bożych po ziemi! Gdy p. Jezus wraz z św. Piotrem chodził po ziemi, wypadło temu ostaniemu nieść chleb. Ponieważ św. Piotr był już znużony i głodny, więc idąc z tyłu za Panem, powoli chleb sobie pogryzał. Nagle obejrzał się Pan Jezus i zagadnął go; ten, nie chcąc wydać się z łakomstwa, wypluł chleb. Pan Jezus, spo strzegłszy to, rozkazał, aby ten chleb tak na zawsze na ziemi został. W ten sposób po wstały grzyby.
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 13.04.22, 10:53
            Topielec jest to syn boginki. Siedzi on zwykle w głębokiej wodzie i wabi tam kąpią cego się. Gdy kąpiący się nań wstąpi, topie lec chwyta go i topi, oddając jego duszę dja- błu, z którym i topielec i boginka w blizkich pozostają stosunkach. Topielec wychodzi cza sem z wody; gdy go jednak napotka kto na brzegu, to rozpływa się w mgłę i wraca zno wu do wody. Parowanie wody i lasów właś nie tem sobie tłumaczą, źe to topielce i bo ginki na świat wychodzą. Z gwiazd niektóre tylko znają; nazwy wedle ich wyrażenia podaję: mleczna droga, krzyż, kosy, baby i jutrzenka. Księżyc zowią także miesiącem; owe plamy na księżycu, to jużcić nic innego, tylko zawieszony mistrz Twardowski. Inni twierdzą, źe to św. Jerzy, na skrzypcach wygrywający. Grzmoty po wstają, gdy jedna chmura, przesuwając się koło drugiej, o nią się pociera. Błyskawica po wstaje, gdy niebo się otwiera, Dla tego cza sami błyska, mimo źe nie słychać grzmo tu. Płanetniki są to duchy, które nacią gają gradowe lub śnieżne chmury na tego, na którego się zagniewają. Lać na wodę, na ogień lub pluć nań jest grzechem. Grzechem jest również gasić pożar powstały od pioruna. Pożar taki gaszą, ale niechętnie, bo utrzymują, że taki pożar ugasić się nie da.
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 13.04.22, 16:27
            O mocnym parobku. Pewien parobek taki był silny, źe nikt nie mógł mu dać rady. Pan przeto jego, chcąc tej siły jego doświadczyć, wysłał go do piekła po otręby. Posłuszny parobek natychmiast puścił się w drogę i w dro dze napotkał chłopa, który też szedł do piekła, celem odpokutowania kary na Ma dejowem łożu. Prosił tedy parobka, aby, obejrzawszy dobrze Madejowe to łoże, opo wiedział mu potem o niem wszystko, żeby wiedział, co go to w tern piekle czeka. Wszedł parobek do piekła; djabli widząc straszne jego plecy i ramiona i wielką w nich siłę przeczuwając, z drogi mu ustępowali. Kazał pokazać sobie łoże Madejowe i ujrzał na niem pełno jaszczurek, żab i wężów. Wziąwszy potem otręby, wyszedł z piekła, a spotkawszy niedaleko wrót nadchodzącego chłopa, wszystko mu o Madejowem łożu opo wiedział. Przybył potem do pana i oddał przyniesione otręby. Dziwili się też wszyscy tej jego sile, i kazali mu kopać studnię głę boko w skale; wykonał to szybko i z łat wością, o co inni zazdrośni parobcy tak się rozgniewali, że go do owej przezeń wykopa nej studni wtrącili. Ale wkrótce się z lochu mocny parobek wydobył; bito go więc kija— 248 — mi, ogromne nań spuszczano drzewa, a on mówił: „Cóż to, nićmi mię smagacie?” Rwa no więc kilofami skały i te na parobka rzu cano, a on mówił: „Cóż to, piasek mi na oczy sujecie (sypiecie)?” Gdy się więc przekonano, źe takiemu si łaczowi nic zrobić nie można, dali mu spo kój, a naród z dalekich okolic schodził się i podziwiał go, jakby jakie cuda.
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 21.06.22, 15:12
            CZARCIE ZALOTY

            Pewna dziewczyna z podłęczyckiej wsi nie miała wcale powodzenia,
            choć urody Jej nie brakowało. Na zabawach i potańcówkach
            żaden z chłopców nie prosił jej do tańca, ciągle podpierała
            ściany, aż ludzie się z niej podśmiewali.
            Któregoś dnia umalowała się, wystroiła i poszła na zabawę.
            Wchodząc na zatłoczoną salę powiedziała sama do siebie:
            - Jak mnie znowu nikt nie poprosi do tańca, to chyba sam diabeł Boruta mnie weźmie.
            W czasie zabawy dziewczyna jednak sama stoi i nikt nie kwapi się z nią tańczyć.
            Nagle dzieje się cud! Na sali pojawia się jakiś nieznajomy mężczyzna, kłania się
            nisko przed dziewczyną i prosi ją do tańca. Raz, potem drugi, bawi się z nią
            przez cały czas, wreszcie odprowadza do domu. Na drugi dzień kawaler ten
            przychodzi do dziewczyny do domu, na trzeci także. Za trzecim jednak razem,
            kiedy mężczyzna wychodzi i przekracza próg, matka dziewczyny zauważa,
            że zamiast nogi ma on końskie kopyto.
            - Rzeczywiście - potwierdza to dziewczyna w czasie następnej wizyty kawalera,
            który w międzyczasie już się oświadczył i nalega na szybkie wesele.
            - To musi być diabeł - decydują dziewczyna z matką i udają się po radę do księdza.
            Ksiądz bierze kropidło, ukrywa się w domu dziewczyny i czeka na kawalera.
            Ale ten coś wyczuł, nie wchodzi do mieszkania, nie pojawia się tak, jak zwykle.
            - Co się z nim stało? - zastanawiają się wszyscy
            - Może wszedł do komina? - Ksiądz bierze kropidło w rękę i zaczyna święcić w kominie.
            Rozlega się wielki rumor, hałas okropny i nagle z komina wyjeżdża diabeł,
            tak jakby go ogień w tyłek palił. l więcej się już u dziewczyny nie pokazał,
            a ona na zabawach znowu sama ściany podpierała.
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.01.23, 15:53
            Daw no temu właścicielem młyna Zamko
            wego (Górnego) w Grobnikach został młynarz-
            oszust. Był w zmowie ze sw oimi parobkami i wraz
            z nimi oszukiwał biednych chłopów, kradnąc im
            nieraz, po kilka w orków mąki. Robili to tak spryt
            nie, że chłopi nigdy nic podejrzanego nie zauwa
            żyli. Głow ili się chłopi, gdzie się podziewa ich
            mąka. A może to spraw ka wodnika? Niemożli
            we. w odnik choć żartowniś, znany był jednak ze
            sprawiedliwości. Chłopi ze swoim problemem
            zwrócili się więc do wodnika, co praw da go nie
            widząc, lecz przemawiając do nurtu rzeki Psiny.
            Po pewnym czasie w rowie młyńskim młynarza-
            oszusta zniknęła woda. Koło młyńskie stanęło,
            młynarz do napędzania młyna musiał kupić od
            chłopów za wysoką cenę kilka wotów. Gdy do
            konał zakupu, do rowu młyńskiego powróciła
            woda i koło znów zaklekotało. Młynarz sprzedał
            woły, ale za pół ceny. Wówczas znów' zniknęła
            woda. Zdenerwowany oszust sprzedał młyn za
            grosze, opuścił Grobniki i więcej tu nie wrócił.
            Grobniczanie wierzyli, że młynarza ukarał spra
            wiedliwy wodnik
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.05.14, 01:02
          Jadą a jadą — czytelnicy moi!
          Jak to przy drodze w pobożnej krainie,
          Co kilka kroków Boża męka stoi.
          Bez zdjęcia czapki żaden jej nie minie;
          Lecz Kuba batem nad końmi wywijał,
          Z czapką na głowie figury omijał.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.05.14, 01:02
          Jadą i jadą — wtem trzasło coś w wozie,
          Cóż tam nowego? — Nowiutka oś pękła,
          Wieprzek wyleciał, choć był na powrozie,
          Kaśka od wozu daleko gdzieś brzdękła,
          Kuba zawołał: »o tego nie lubię !c
          Lecz jak on Bogu, tak też i Bóg Kubie
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.05.14, 01:03
          Po takim strasznym wypadku,
          Wieprzek i Kuba i jego niewiasta
          Przybyli przecie, chociaż na ostatku,
          Dosyć szczęśliwie jarmaczyć do miasta.
          Jarmark był lichy, nikt wieprzka nie kupił,
          Kuba nieborak z frasunku się upił.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.05.14, 01:04
          Musieli wracać z niewielką poradą,
          Bo wieprzek próżno odbył ciężkie drogi,
          Więc małżonkowie zamyśleni jadą,
          A wtem się skłonił jakiś dziad ubogi.
          »Mój gospodarzu« zawołał ze drżeniem,
          »Obdarzcie starca jakiem wspomożeniem
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.05.14, 01:04
          Kuba z ukosa spojrzał z pod magiery,
          Chociaż starcowi bieda z oczów patrzy,
          Chociaż miał w kabzie jeszcze złotych cztery,
          Ale zawołał: »niech Pan Bóg opatrzy.«
          I świsnął batem, szkapinę wychłostał,
          Pojechał dalej, a ubogi został
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.05.14, 01:05
          Wypili w drodze za zdrowie kumoszek,
          Kuba ni jednej karczmy nie ominął,
          Wypadł podkulek, zsunął się półkoszek,
          Razem z nim wieprzek gdzieś na drodze zginął.
          Zmartwił się biedak po tak wielkiej zgubie,
          Lecz jak on Bogu, tak też i Bóg Kubie
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.05.14, 01:05
          Trzeba się wrócić i poszukać zguby.
          Jak to przy drodze w pobożnej krainie,
          Dla dobrych ludzi i dla złego Kuby
          Jest Boża męka, co ją nikt nie minie
          By tego znaku, czy chory, czy zdrowy,
          Nie uszanował przez odkrycie głowy
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.05.14, 01:06
          Skłonił się Kuba, umartwiony srodze,
          Przed krzyżem Pańskim i dalej znów bieży;
          Westchnął do Boga przy tak ciężkiej trwodze,
          Spojrzał nieborak, a tu wieprzek leży
          Razem z półkoszkiem przed kumotra chatą,
          Dobrym był Kuba, Bóg zapłacił za to.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.05.14, 01:06
          Znalazł się wieprzek, znalazła się zguba,
          Wraca do domu, a na środku drogi,
          Kędy popędzał szkapinę nasz Kuba,
          Znów mu zastąpił na ścieżce ubogi.
          »Mój gospodarzu, — zawołał ze drżeniem,
          Obdarzcie dziada jakiem wspomożeniem
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.05.14, 01:07
          Mój gospodarzu! pokornie was proszę,
          Bóg wynagrodzi miłosierdziu twemu.«
          Kuba przy sobie miał jeszcze trzy grosze,
          Wyjął z zanadrza i dał ubogiemu.
          Skłonił się starzec, Kuba poszedł dalej,
          W domu go sołtys i radni czekali.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.05.14, 01:08
          Bo list od brata co służył wojskowo,
          O którym dawno zaginęły wieści,
          Przynieśli z poczty — więc brat żyje zdrowo,
          I śle w tym liście talarków trzydzieści.
          Może się Kuba z przednówku wyskubie,
          Bo jak on Bogu, tak i Pan Bóg Kubie
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.05.14, 01:08
          Na tern się kończy cała gadanina.
          Unikną zawsze ciężkiej Boskiej kary,
          Jeżeli w życiu Kuba czy Kubina
          Wypełnią szczerze obowiązki wiary.
          Na dobrem sercu nikt nig*dy nie traci,
          Bo Bóg poczciwość sto razy zapłaci
        • madohora Nieszczęśliwy bogacz 28.05.14, 17:55
          Nieszczęśliwy bogacz

          W ciasnej i brudnej izdebce żył pewien człowiek razem z żoną i pięciorgiem drobnych dzieci we wielkiem ubóstwie. Nędza ich nie opuszczała, a czasami tak im dokuczała dotkliwie, że już nie wiedzieli skąd wziąć dla siebie i pięciorga dziatek pożywienia. Nieraz o głodzie szli na spoczynek, a gdy rano wstali, nie wiedzieli skąd i w jaki sposób głód odpędzić. Razu jednego, gdy im głód bardzo dokuczać zaczął, a dzieci płacząc prosiły o chleb, którego ani skibki
          nie mieli, umówili się oboje małżonkowie skrócić to nędzne życie kolejno przez powieszenie. Najprzód miał się podług umowy mąż powiesić, a potem żona. Zabrał się więc, wziąwszy ze sobą powróz, na pole i tam na wierzbie chciał się powiesić. Już się w drapał na drzewo, już powróz zawięzywał, gdy w tem na drzewie spostrzega gniazdko, a w niem pięcioro maleńkich,
          nagich jeszcze piskląt; matka zaś tychże piszcząc żałośliwie, przylatywała i siadała na gałązkach, jakby ich bronić chciała, albo też wyżebrać u człowieka darowanie dla nich życia. O w biedny człowiek widząc to, zastanowił się w duchu i pomyślał sobie:
          — Co to ja myślę czynić, czy nie jestem przecie rozumniejszym od tej ptaszyny? I ja mam w domu tyle drobnych dzieci, ile tu tych piskląt, ale moje pisklęta są przecie jako tako okryte i mają ochronę przed deszczem i zimnem, a te tu biedaki dzień i noc pod gołym niebem
          nie mają żadnej ochrony od zimna i deszczu. A przecież matka ich nie opuszcza, ale z największą troskliwością stara się „o nie i żywi je. O doprawdy ten ptak mnie zawstydza, a gdybym sobie życie odebrał, tedy świadczyć będzie na sądzie Bożym przeciw mnie. Nie, ja sobie życia nie będę odbierał, wrócę się do mych dziatek i będę je żywił, jak będę mógł. Odwiązał powróz, zlazł z wierzby i poszedł do domu. W domu żona aż się zdziwiła, że jeszcze żyje, gdyż myślała, że on już wisi bez duszy. Zapytała go tedy o przyczynę, a on jej wszystko opowiedział rzetelnie co go od samobójstwa wstrzymało. Przy tem i jej radził życia sobie nie odbierać, ale wspólnie pracować, to przy pracy i pomocy Bożej z głodu nie pomarli oni, ani ich dzieci. Zona wzięła sobie jego słowa do serca i zgodziła się na to, jak mąż radził. Ale choć ów biedny człowiek nie odebrał sobie życia, to go sumienie jakoś dręczyło i zawsze mu powiadało,
          że ma na niem grzech zamierzonego samobójstwa. Umyślił iść do spowiedzi i tam się księdzu wyznać z tego i zrzucić ciężar ze serca. Jak zamierzył tak zrobił, a ksiądz pochwalił jego
          postępek, ale w sercu cieszył się, podziwiając dziwne zrządzenie Boga, który biednych ptasząt użył do powstrzymania dwojga ludzi od samobójstwa. Nie przestał jednak ksiądz na tern, ale w niedzielę z ambony wygłosił ludowi dziwne drogi O patrzności, nie wymieniając wszakże nazwiska. Trzeba było, że kazaniu temu był obecnym pewien bogaty pan, a był to człowiek dobry i miłosierny. Ten gdy wyszedł po nabożeństwie z kościoła, poszedł do księdza dowiedzieć się, kto jest tym ubogim, obiecując go wesprzeć. Ksiądz posłał po chłopa, a gdy ten przyszedł, kazał mu opowiedzieć swoją niedolę przed panem. Ten wysłuchawszy biedaka, powiedział mu, że jego bieda się skończyła, iż tyle da mu wsparcia, żeby siebie i swą rodzinę już odtąd wygodnie utrzymać i żywić mógł. A co zaś przyrzekł, to też wykonał, gdyż dał mu całe jedno gospodarstw o ze wszystkim inwentarzem, tak żywym jak i martwym. Chłop odtąd żył nie tylko w dostatkach, ale nawet po pańsku. A jak to często bywa, że człowiek w dostatku
          nie tylko Boga zapomniał, który to swą O patrznością tak rzeczy nakierował, iż poruszył serce dobrego pana do tak hojnego datku, ale nie pomyślał i o tern, że jak on został przez bogacza wsparty w biedzie, tak jest teraz sam winien czynić to ubogiemu, ale przeciwnie on tylko myślał, jakby się coraz więcej zbogacić, i to kosztem ubogich. Zdarzyło się, że w okolicy gdzie mieszkał, zboże się obrodziło obficie, a dowiedziawszy się, iż gdzieś dalej w świecie żniwa bardzo licho wypadły, w nadziei, że zboże na przednówku o wiele droższe będzie niż po żniwach, skupywał takowe i wsypał do śpichlerza i już naprzód obliczył, co to za zyski mu przyniesie z wiosną. Jest to rzeczą zwyczajną i każdemu znajomą, że tylko ubodzy i w potrzebie będący sprzedają zboże zaraz po żniwach, choć je często we wiośnie drożej kupują,
          ale cóż robić, tonący brzytw y się chwyta. Korzystać zaś w ten sposób, iż się kupuje po żniwach a sprzedaje na wiosnę, dla tego, iż w pierwszym razie jest tanio, a w drugim drogo — jest to po prostu krzywdzić biednego i za to czeka takiego człowieka niesumiennego czy to po
          śmierci, czy też już za żywota kara od Pana Boga. Taka kara spotkała i owego sknerę. Zboże bowiem na wiosnę o wiele tańsze było niż on je płacił po żniwach, a iż nakupił tanio bardzo dużo, to też poniósł ogromną stratę. Nie uznał wszakże w tem ręki Bożej za grzech, ale z rozpaczy się powiesił. I spełniło się na nim przysłowie, iż co ma wisieć nie utonie.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 29.05.14, 19:37

        • madohora Trzy zielone gałązki 30.05.14, 20:33
          W lesie koło wysokiej góry mieszkał pustelnik. Służył on wiernie Panu Bogu, miłował Go i na Jego chwałę co wieczór wnosił na górę dwa wiadra wody. Na górze wiał suchy wiatr, nie
          było tam ani strumyczka, ani źródła, to też wielkiem dobrodziejstwem dla kwiatków i dla
          ptaszków, żyjących na tej górze, była woda, którą pustelnik im przynosił. Panu Bogu podobało
          się postępowanie pustelnika, błogosławił mu i dał mu tę wielką łaskę, że ile razy niósł
          on wodę na górę, zawsze widział swego anioła stróża przy sobie idącego. Anioł także co wieczór przynosił mu jedzenie. Razu jednego pustelnik, widząc z daleka, jak prowadzono zbrodniarza, by go powiesić, pomyślał sobie: „Słusznie należy mu się ta kara za jego złe życie.” Gdy wieczorem dnia tego pustelnik, jak zwykle, niósł wodę na górę, nie zobaczył swego
          anioła stróża; anioł mu też nie przyniósł jedzenia. Pustelnik zasmucił się i przeraził bardzo,
          zrozumiał, że Pan Bóg go w taki sposób karze, zaczął więc gorliwie szukać, czem swego Stwórcę obraził, płakał i modlił się we dnie i w nocy, Pana Boga przepraszał, ale nic przypomnieć nie mógł. Dnia pewnego, gdy w lesie gorzko płakał, usłyszał wesoły śpiew ptaszka; zrobiło mu się na duszy jeszcze smutniej i tak przemówił do małego śpiewaka:
          — Tobie, ptaszku, dobrze na świecie, tak radośnie śpiewasz, Pan Bóg nie gniewa się na
          ciebie, ale czybyś nie mógł mi powiedzieć, co Pan Bóg mnie tak surowo karze?
          Ptaszek odpowiedział pustelnikowi:
          — Zasmuciłeś i obraziłeś Pana Boga tern, że potępiłeś biednego zbrodniarza.
          W tejże chwili pustelnik ujrzał swego anioła stróża, który tak do niego przemówił:
          — Pan Bóg przebaczy ci twój grzech, ale trzeba, abyś zań pokutował. Oto weźmiesz to
          polano i będziesz je nosił, póki nie wypuści z siebie zielonych gałęzi. Będziesz żył o żebranym
          chlebie, będziesz prosił o przytułek na noc, dwóch nocy pod tym samym dachem nie spędzisz,
          a to polano będzie ci służyło za poduszkę. Anioł podał pustelnikowi kawałek suchego
          drzewa i znikł, a pustelnik, płacząc i modląc się, rozpoczął swoją pokutę. Wrócił do ludzi, chodził od chaty do chaty, prosząc o kawałek chleba, prosząc o garść słomy, by na niej się przespać. Nieraz odpędzali go źli ludzie, nie dawali mu ani okruszynki chleba, łajali go jeszcze lub wyśmiewali się z niego. Biedny pustelnik odchodził głodny, nocował pod gołem niebem, nie skarżył się, nie narzekał na złych ludzi, wiedział, że zasłużył na taką karę i cierpliwie ją
          znosił. Jednego wieczoru doszedł on do dużego lasu, bardzo był zmęczony, nikt we wsi nie
          chciał go przyjąć na noc, myślał, że trzeba będzie gdzieś pod drzewem przenocować, aż tu
          widzi małą chatkę, a w niej ogień się pali. Biedny pustelnik zastukał do drzwi, stara kobieta
          otworzyła mu.
          — Pozwólcie mnie tu na noc zostać — prosił pustelnik.
          Kobieta miała dobre serce:
          — Chętnie bym przyjęła was, ale, niestety, nie mogę tego zrobić, synowie moi są rozbójnikami, gdy powrócą do domu i znajdą was, z pewnością was zabiją.
          — Nie zrobią tego — powiedział
          i kobieta wpuściła go do chatki. Zmęczony drogą, zaraz ułożył się do snu pod schodami, a kawałek drzewa, jak zwykle, położył sobie pod głowę; kobieta, zdziwiona tem, spytała go, czemu tak robi.
          — Jest to pokuta za ciężki grzech, który popełniłem
          • madohora Re: Trzy zielone gałązki 30.05.14, 20:36
            -2-
            Było to dawno temu, widziałem zbrodniarza, którego prowadzono, by go powiesić, i wówczas pomyślałem, że mu się ta kara słusznie należy za jego złe życie; Bóg sprawiedliwy ukarał mnie za tę myśl grzeszną. Gdy to kobieta usłyszała, rozpłakała się i rzekła:
            — Jeśli Bóg tak was ukarał za jedną myśl tylko, to cóż będzie z mymi trzema synami, którzy
            takie złe życie prowadzą.
            O północy z hałasem- i krzykiem wrócili trzej rozbójnicy do domu; gdy spostrzegli pustelnika,
            wpadli w wielką złość.
            — Zostawcie go w spokoju — rzekła im matka — to jest biedny grzesznik, który pokutuje
            za swoje grzechy.
            Zaciekawiło to rozbójników.
            — Hej! ty stary — zawołali na pustelnika — powiedz nam, jakie są twe grzechy.
            Pustelnik z wielką pokorą opowiedział im o swym upadku, a wzruszeni rozbójnicy rozpłakali
            się, słuchając go; zdjęła ich bojaźń przed sprawiedliwością Bożą, prosili pustelnika, by ich
            nauczył, jak mają pokutować za swe grzechy i jak żyć, by się Panu Bogu podobać. Pustelnik
            z radością to uczynił. Długo mówił im o Bogu, który jest sprawiedliwym sędzią, przed którym
            nikt i nic nie może się ukryć, ale także i o wielkiem miłosierdziu Bożem; o tem, że Bóg
            chętnie patrzy na szczerą pokutę grzesznika i że go od Siebie nie odtrąca. Dalej mówił pustelnik do uważnie słuchających go rozbójników, aby porzucili swe złe życie, aby odtąd wszystkim dobrze robili, nagrodzili wyrządzone krzywdy, modlili się i przepraszali Boga za swe grzechy Rozbójnicy postanowili za radą pustelnika od tej chwili pokutować za złe czyny i bogobojne życie prowadzić, pustelnik zaś położył się i zasnął. Nazajutrz znaleziono go umarłego, a z kawałka drzewa, które miał pod głową, wyrosły trzy zielone gałązki. Zrozumieli z tego nawróceni rozbójnicy, że Pan Bóg przyjął pokorną pokutę pustelnika, a jego samego wziął do chwały niebieskiej.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 30.05.14, 20:46
          Może sobie nieraz pomyślisz: jak też to być może, aby nasze życie po śmierci nigdy się skończyć nie miało. Tak też myślał pewien zakonnik, który żył w pewnym klasztorze dawnemi czasy. Wyszedł on razu pewnego do pobliskiego lasu. Długo się modlił, a na koniec tak zaczął mówić do siebie: „O Boże, teraz jest wiosna, a potem będzie lato, jesień i zima, a więc wciąż jest odmiana, ale wieczność jest wciąż jedna i ta sama, jakżeż to człowiek wytrzyma?”
          Tak rozmyślając ów zakonnik, szedł coraz dalej, ale wiem las zamienił się w inny. Zamiast
          dębów i sosen ujrzał cedry i palmy, a tak było wszędzie piękniej że aż milej na sercu zakonnikowi się zrobiło. Wtem odezwał się z wierzchołka palmy piękny ptaszek, który przecudnie śpiewał o wiecznej chwale Boga i szczęściu tych istot, które na Boga spoglądać mogą. Zakonnik słuchał rozczulony, a łzy tęsknoty za niebem z oczu mu płynęły. Po niejakim czasie rzekł sam do siebie:
          — Czas już powrócić do klasztoru, bo już może z godzinę słucham śpiewu tego ptaka.
          Jutro przyjdę tu znowu, aby posłuchać tego pięknego śpiewania. Idzie więc nazad do klasztoru. Wyszedł wkrótce z lasu, i widzi te same pola, jak przed chwilą, ale klasztor ujrzał zupełnie zmieniony, a z zakonników żadnego nie poznał. Zadziwiony pospieszył czem prędzej do swojej celi, ale już jej nie znalazł. Zapytał wtedy, gdzie jest opat Antoni?
          — Tu nie masz żadnego opata Antoniego,
          Chryzostom jest naszym opałem — była odpowiedź — ale ty coś za jeden, bo my cię wcale
          nie znamy?
          — Co ja za jeden? — odrzekł — jestem zakonnik z tego klasztoru, a imię mi Piotr.
          — Toś ty jest Piotrem — rzecze stary pewien zakonnik — o którym piszą klasztorne kroniki,
          że przed lat tysiącem przebywał tu w tym klasztorze mnich Piotr, ale pewnego dnia zginął
          bez wieści i śladu, wyszedłszy do pobliskiego lasu. Byłżebyś ty to tym zgubionym Piotrem?
          Wtedy wzniósł Piotr ręce ku niebu, mówiąc:
          — O Boże, długie mi nieraz były dni, kiedy wątpiłem o wieczności, a oto tysiąc lat słuchałem
          śpiewu rajskiego ptaka o wieczności, a te tysiąc lat zeszły mi jak jedna godzina. A jak
          słodką musi być wieczność, kiedy śpiew rajskiego ptaka był tak pięknym, cóż dopiero będzie,
          gdy Ciebie o Boże, oglądać będę. Nie mam już tu nic do czynienia na ziemi, gdy moje ucho
          słyszało, a oko widziało rajskie wesele. Ach, wrócę ja się znowu do lasu, aby przysłuchiwać
          się dalej cudnym śpiewom rajskiego ptaszęcia. Gdy te słowa Piotr wymówił, wtedy zawarły
          się jego oczy, a po małej chwili w proch się jego ciało zamieniło. Raz też pytał się pewien król mędrca, jak długo trwać będzie wieczność? Na to odrzekł mędrzec:
          — Znajduje się na krańcach ziemi dyamentowa góra, milę długa, milę szeroka, a milę wysoka.
          Co sto lat przylatuje na nią ptaszek i uciera o nią swój dziobek. Gdy całą górę wytrze,
          wtedy upłynie jedna minuta wieczności. Nad dyament niema nic na ziemi twardszego
          bo ani żelazem, ani stalą nie można diamentu krajać, a cóż dopiero mógłby ptaszek swym
          dzióbkiem dyamentową górę zniszczyć. Ale tylko dla dobrych będzie wieczność szczęśliwą,
          dla złych będzie wieczność okropną. Krótkiem jest życie nasze, a mimo to możemy sobie
          zasłużyć na wieczną szczęśliwość.
        • madohora Tym razem legenda z Bałkanów 31.05.14, 00:21
          Legenda o Aja - Zofii

          Piękna legenda krąży między ludnością chrześciańską na Bałkanie. Kiedy w roku 1453 Turcy
          zdobyli Konstantynopol, część ludności szukała schronienia w kościele św. Zofii. W chwili, gdy
          przed głównym ołtarzem odbywało się nabożeństwo, do kościoła, wtargnęli Turcy z sułtanem Mahometem II na czele. Sułtan w jechał do świątyni na koniu i ze szczękiem broni ruszył z żołnierzami ku ołtarzowi. Wtedy kapłan zabrał naczynia mszalne z ołtarza i zniknął w bocznych drzwiach, wiodących do galeryi. Turcy pobiegli za kapłanem, lecz, ku wielkiemu swem u zdumieniu, zastali miejsce to zamurowane, bez śladu drzwi. Mur zamknął się za kapłanem. Ody meczet sofijski powróci do rąk chrześciańskich, rozsuną się mury świątyni i
          dokończy mszy, zaczętej przed wiekami. Tak mówi legenda.
          • madohora Re: Tym razem legenda z Bałkanów 31.05.14, 00:24
            Ludność turecka opowiada sobie o meczecie sofijskim inną legendę. W absydzie (część świątyni mieszczącej ołtarz główny meczetu), znajdują się dwie olbrzymie świece, które zapalane bywają jedynie w czasie wielkich uroczystości. Ody świece dopalą się do końca, meczet przejdzie z powrotem w ręce niewiernych. Nad świecami przeto czuwała pilnie służba meczetu. Ale teraz...Świece te już się dopalają....Bo oto po pięciu wiekach hańbiącej niewoli i
            mąk krwawych , zerwały się ludy bałkańskie, by raz w reszcie zrzucić ohydne jarzmo. I idą, jak huragan niszczący, siejąc przed sobą postrach, za sobą zostawiając zorze wolności.
            I może blizka już chwila, kiedy na kopule sofijskiej zabłyśnie znów krzyż złoty. Tej chwili chce sprawiedliwość dziejowa, tej chwili wymaga nieśmiertelne dążenie ludów ku światłu, prawdzie i szczęściu, ku przyśpieszeniu Królestwa Bożego na ziemi Lecz fanatyczni sofitowie to jest klerycy i mułłowie czyli kapłani muzułmańscy podobno związali się przysięgą, że skoro tylko Bułgarzy przypuszczą szturm do stolicy, oni miasto podpalą, a świątynię Aja - Sofia zburzą do gruntu. Zanadto nad tern się nie namozolą. W murach gmachu ukazały się groźne szczeliny. Rychła naprawa mogłaby zapobiedz katastrofie, lecz jeżeli gmach pozostawiony będzie na lasce losu, może runąć. A odbudowanie świątyni nie byłoby tak łatwe. Kopuła meczetu sofijskiego, niegdyś kościoła św. Zofii, to arcydzieło sztuki budowlanej w szechświatowej sławy. Oprócz katedry św. Piotra w Rzymie i św. Pawła w Londynie, żaden gmach na świecie nie ma tak śmiało zbudowanej kopuły.

            Legenda z 1912
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 21.06.14, 14:08
          Przez niewielkie miasteczko Pyzdry przejeżdżał kiedyś król Kazimierz Wielki wraz ze swoją świtą. Był już bardzo utrudzony drogą, zmęczony i spragniony. Nagle zobaczył bijące źródełko i zawołał "Pij- Zdrój". Od tego okrzyku zostało nazwane miasto. A źródełko istnieje w Pyzdrach do dzisiaj.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 21.06.14, 14:09
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/Ipax4AsBAFViHHYlaA.jpg
        • madohora BORUTA 21.06.14, 16:58
          Diabeł Boruta, zwany też błotnikiem – fikcyjna postać, diabeł zamieszkujący podziemia zamku w Łęczycy. Boruty nie należy mylić z innym, również popularnym diabłem zwanym Rokitą. Diabeł Boruta jest przedstawiany bardzo różnie, nie powinno to jednak nikogo dziwić, gdyż może on przybierać różne postacie. Typową i ulubioną, stąd najczęściej spotykaną postacią, jest Boruta szlachcic, zwany też Borutą tumskim lub po prostu Czarnym. Był to wysoki szlachcic z długimi, czarnymi wąsiskami, o czarnych oczach, ubrany w bogaty kontusz zakrywający ogon i czapkę zasłaniającą rogi. Jednakże Boruta występował także pod innymi postaciami i był spotykany w różnych miejscach:
          ##jako ptak z ogromnymi skrzydłami (Boruta błotny -Błotnik) spotykany był na podłęczyckich łąkach i moczarach,
          ##jako wielka ryba z rogami (Boruta topielec) był widywany w wodach rzeki Bzury,
          ##jako szybki, czarny koń (Boruta koń) galopował nocami na okołołęczyckich polach,
          ##był również spotykany w Łęczycy pod postacią sowy (Boruta sowa).
          Pod postacią Boruty młynarza nawiedzał nocami okoliczne młyny, potajemnie rozdając potem zmieloną przez siebie mąkę biednym mieszkańcom miasta. Obecność tego diabła mógł też potwierdzać nagle zapalający się i szybko gasnący ogień[2]. We wszystkich legendach poświęconych diabłu Borucie wykazuje się on dużą przebiegłością, sprytem oraz nadludzką siłą. Zazwyczaj ludzi przechytrza za pomocą swoich "diabelskich sztuczek". Jednak w wielu legendach, objawia się też jako dobroczyńca, pomagający biednym. Według legendy, Boruta pierwotnie był żyjącym w XIV wieku szlachcicem. Jego majątek ziemski oraz drewniany zamek znajdował się po zachodniej stronie zakola rzeki Liswarty w łąkach pomiędzy ówczesnymi wioskami: Ługami i Niwkami, (współczesne nazwy tych miejscowości to Ługi -Radły i Panoszów), na co wskazują liczne wykopaliska archeologiczne. Około roku 1360, podczas budowy łęczyckiego zamku, król Kazimierz Wielki przejeżdżając w pobliżu, utknął w swej karecie na szerokich mokradłach. Silny młodzieniec o imieniu Boruta pomógł mu i w zamian za to otrzymał we władanie zamek. Istnieją legendy iż Boruta przesiedlający się do otrzymanego zamku zabrał ze sobą garnek złota, ale ten był tak ciężki,że nie mógł go nieść tylko go taszczył i w ten sposób wyrył koryto rzeki Liswarty (tak głoszą okoliczne legendy). Istnieje wiele wersji, wyjaśniających jak Boruta stał się później diabłem. Ponoć w końcu XIV wieku, książę mazowiecki miał powierzyć Borucie skarb, którego jednak nie zdołał odebrać. Dlatego do dziś, w lochach zamku siedzi Boruta i pilnuje zdeponowanych skrzyń ze złotem.
          Diabeł Boruta jest znany na ziemi łęczyckiej od bardzo dawna. Wywodzi się go od słowiańskiego demona, boruty (leszego, borowego), który miał mieszkać w zalesionych i bagnistych okolicach dzisiejszej Łęczycy. Borowy był strażnikiem lasów i opiekunem zwierząt leśnych oraz patronem myśliwych. Samo imię Boruta pochodzi od przeniesienia ludzkiego nazwiska na nazwę bór, w momencie ludyzacji postaci borowego. Uważa się też, że imię Boruta pochodzi od lasu sosnowego – po staropolsku sosna to właśnie boruta.
          W 966, wraz z przyjęciem chrztu przez Mieszka I, rozpoczęły się wyprawy misyjne mające na celu chrystianizację ludności. Chrześcijańscy księża przy nawracaniu Słowian utożsamiali postaci z ich wierzeń z diabłem. W ten sposób ludowy demon słowiański oficjalnie został diabłem Borutą. Myśliwi jednak wciąż składali ofiary przy sosnach, po to, aby Boruta sprzyjał im w polowaniach. Dzięki nim Boruta przetrwał do dziś, chociaż jego wyobrażenie znacznie zmieniło się na przestrzeni dziejów. Dziś jest nie tylko bohaterem wielu legend, jest wręcz symbolem Łęczycy.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.02.16, 06:18
          -2-

          W zamku dwaj bracia piją ochoczo
          O dawnych bitwach i ucztach gwarzą
          wojnę i tanie w myśli jednoczą
          Słodki miód piją i słodko marzą

          Starszy brat gładzi wyniosłe czoło
          I do młodszego prawi wesoło
          Dziś nic spokoju nam nie zakłóci
          Po trudach wojny czas spocząć bracie
          Żegota zginął i już nie wróci
          Trzeba pocieszyć się nam po stracie

          Jak jest najstarszy z naszego rodu
          Więc czas bym wybrał dziewkę za żonę
          Posłałem swatów bez korowodu
          W rodzie Nałęczów mam narzeczonę

          Sute weselne wyprawię gody
          Dość mamy beczek miodu i wina
          I gęślarz będzie ów Jurko młody'
          Co tak się pieśnią sławić poczyna

          Niechaj na lutni zagra, zaśpiewa
          A mu wtórem będziem mu z duszy
          Bo pieść się bracie z serca wyrywa
          Gdy Jurko palcem struny poruszy

          Potem niech w trąby kotły uderzą
          A młodzi pójdą w szalone tany
          Starsi rycersko mieczem się zmierzą
          Jako jest zwyczaj zacny i znany

          Prawdę mówicie mój bracie miły
          Odrzekł bart drugi, wiek wasz nie młody
          Cztery krzyżyki już się skończyły
          czas, czas wam ślubne wyprawić gody

          Atoli wiecie, wieść się rozchodzi
          Że brat najstarszy żyje i wróci
          Jeżeli jeno wieść ta niezwodzi
          On może nasze szczęście zakłócić

          To być nie może starszy brat na ti
          Jam już zakupił za jego duszę
          Jak zginął siódme bieży już lato
          Ja panem zamku pozostać muszę

          Tak rzekł i do dna wychylił czarę
          Potem ba brata patrzy i woła
          Co widzę próżną gonicie marę
          Niech miód wam spędzi te chmury z czoła

          Pijcie wesoło jak się ożenię
          Was też wyswatam świat brednie baje
          Ja jestem Topór, słowa nie zmienię
          A kto raz umarł nie zmartwychwstaje

          Tak rzekł, w tem nagle drzwi się rozwarły
          Rycerz przybliża się do nich w zbroi
          To brat ich żywy, czyli umarły
          On czy duch jego przed nimi stoi

          Bracia zerwali się z ławy z trwogą
          Jakby na widok dzikiego zwierza
          Sędziwój z myślą w oczach złowrogą
          Patrzy na ciemną postać rycerza

          Rycerz jak posąg stał nieruchomo
          Lecz zwiesił głowę, nagiął się cały
          Niby dąb w burzy straszliwej łonie
          Gdy go piorunne przeszyły strzały

          Po chwili w górę rękę podnosi
          Zrywa hełm z głowy, rzuca na stronę
          Jego twarz blada, łza rzęsy rosi
          A czoło szramą jest naznaczone

          Czyż nie nie znaczie, o moi mili
          Jam Topór, brat wasz wracam z niewoli
          Ja pan tych zamków, nędzarz w tej chwili
          Błagam przytułku w mojej niedoli

          Dwaj bracia rzucą wzajemnie okiem
          Każdy brwi marszczy, czoło zachmurza
          Rzekłbyś w milczeniu owem głębokim
          Brzemienna klątwą zbliża się burza

          Znowu po cichu mówią do siebie
          Nawój w milczeniu na bok odchodzi
          Sędziwój woła - precz nie znam ciebie
          Nie wiem kto jesteś i kto cię rodzi

          Żegota słyszy drżący, wzruszony
          Więc do młodszego z żałością prawi
          Bracie Nawoju, miły, rodzony
          Miej litość Bóg ci pobłogosławi

          Pomnisz Nawoju jaj w owej wojnie
          Byliśmy razem przy króla boku
          Jak on na koniu siedział spokojnie
          Wśród wrzawy bitwy w kurzu obłoku

          Pamiętasz bracie radość tej ziemi
          Gdy Niemcy z pola bitwy już pierzchli
          Jak król nasz wołał w pogoń za niemi
          Jak myśmy taniec znów rozpoczęli

          Od szczęku mieczów i rżenia koni
          Rzekłbyś radością ziemia zadrżała
          Jam za wrogami sunął w pogoni
          Szczupły huf za mną leciał jak strzałą

          Daleko niósł mię koń mój biały
          Chmurą mię zastęp wrogów okala
          Na próżno bracie wzywają z dala
          Nad uchem świszczą niemieckie strzały
          Czas jeszcze z mieczem i z tarczą w dłoni

          Walczę wróg zewsząd na mnie uderza
          Wołają że mnie moc czartów broni
          W końcu sam burgraf sam wódz ich zmierza

          Burgraf znienacka ciął mieczem w głowę
          Raniony srodze padłem na ziemię
          Bracie powieści mej znasz połowę
          Odtąd niewoli dźwigałem brzemię

          Zamilkł Żegota i rozrzewniony
          Patrzył na brata z bólu wyrazem
          Lecz Nawój zimny, nieporuszony
          Był jako posąg bez serca głazem

          Więc znowu rycerz wyciąga dłonie
          I woła Bracia czyż mnie nie znacie
          Jam krwi nie szczędził w waszej obronie
          A wy tak zimno mię dziś witacie

          O bracia moi jam cierpiał wiele
          Naprzód mię burgraf w więzieniu głodził
          A potem za nim w święta, w niedzielę
          Jak na postronku gończych psów wodził

          Bóg mi poszczęścił pewnego rana
          Na łowach kiedy dzik ranny z gniewem
          Z rozwartą paszczą biegł wprost na pana
          Jam go na ziemię powalił drzewem

          Burgraf choć Niemiec wdzięczny za życie
          Com mu ocali wolnością darzy
          A chcąc nagrodzić za to sowicie
          Ów czyn mój jeszcze na złoto waży

          Idź mówi z Bogiem, trzos złota daje
          A ja mu na to nagradzasz hojnie
          Lecz koń mój stary tu pozostaje
          On mój towarzysz i druh na wojnie

          Panie, ja twego nie wezmę złota
          Lecz zwróć mi konia jeśli on żywy
          Byrgraf się zdumał skąd ta ochota
          Atoli wielce mi był życzliwy

          Wiodą mi konia, szlachetne zwierzę
          Po latach kilku wita mie rżeniem
          Jeno mię litość patrząc nań bierze
          Koń mój dawnego zdał się być cieniem

          Poznał mię bracie, gdym go pogładził
          Rozszerzył nozdrza i zadrżał cały
          Jakby mu bitwy trąby zagrały
          A gdym go dosiadł jak jeleń sadził

          Koń został wierny ten koń mój biały
          A wy mię bracia poznać nie chcecie
          Sroższe niż miecze wrogów i strzały
          Wy rany duszy mej zadajecie

          Skończył Żegota, starszy brat woła
          Precz, uchodź z zamku my cię nie znamy
          Myślisz że baśń twa uwieść nas zdoła
          Próżnym twym słowom wiary nie damy

          Znów Nawój za nim patrząc wciąż w ziemię
          Jak wilk gdy świeżo jagnię zadławi
          Woła precz z oczów obłudne plemię
          Chytry twój zamysł nic tu nie sprawi

          Więc rycerz wznosi głowę i rękę
          Nad wszystie bóle, nędze żywota
          Klnę się na Syna Bożego mękę
          Jakom jest Topór, brat wasz Żegota

          Jam nie chciał mego dochodzić prawa
          Jeno myślałam wam błogosławić
          Ale wam droższe mienie niż sława
          Więc przed sąd króla muszę się stawić

          Odkąd mię bratem nazwać nie chcecie
          Ja was się zaprę przed ludźmi, Bogiem
          Chociaż jak bratnie słowo na świecie
          Nic mi tak równie nie było drogiem

          Rzekł i hełm podjął włożył na głowę
          I wyszedł śmiałym krokiem z komnaty
          Bracia rycerza zważają mowę
          I z trwogą przyszłe liczą już straty
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.02.16, 22:15
          Jan III Sobieski pod Lwowem

          Zachwiał się zadrżał nasz kościół stary
          Pękły flary jego olbrzymie
          Mąż jeden schwycił za sztandar wiary
          Jan III było jemu na imię

          Chorągiew jego jako śnieg biała
          Skrzydłami kościół zakryła cały
          Rycerzem mleczną drogą jaśniała
          I do przybytku wiodła ich chwały

          Pomiędzy Bogiem a jego ludem
          Mąż ów jak arka stawał przymierza
          Silny był wiarą i woli cudem
          Urągł groomom jak szczytna wieżą

          Patrzcie już chmura ciągnie ze wschodu
          Za nią słup idzie ognia i dymu
          Za morzem jęk się odbił narodu
          I aż na wzgórza zaleciał Rzymu

          Lud patrzy z trwogą na krwawe znaki
          Co mu niewolę i mordy wróżą
          Na niebie czarne krążą już ptaki
          I cicho, groźnie jakby przed burzą
          A Lwowskie dzwony żałośnie dzwonią
          Bo czarna chmura ku nim się zbliża
          Tam huf rycerzy stoi pod bronią
          Z nim król chorągiew i znamię krzyża

          W orszaku króla polska królowa
          W świątyni pańskiej klęczą z nią dzieci
          A pochylona piękna jej głowa
          I łza srebrzysta w oczach jej świeci

          Bo wódz co nigdy przysiąg nie łamie
          Przed wielką bitwą rzekł do rycerzy
          Niechaj w bój każdy ochoczo bieży
          Bóg wspiera bracia odważne ramię

          Gorsza od śmierci niemocy zdrada
          Bo gdy się matka w całun oblecze
          Klątwa tej ziemi dzieciom jej biada
          Jeśli na grobach rdzewieją miecze

          Taką rzecz czynił przed walną sprawą
          Gdy jak szarańcza pogaństwo płynie
          Więc okrzyk rozległ się po dolinie
          Mamy iść ginąć gońmy ze sławą

          I wita wrogów Rusi stolica
          W porannej zorzy i w mgle się bieli
          Niby półsenna jeszcze dziewice
          Kiedy rumiana wstaje z pościeli

          W mieście płacz wielki i biją dzwony
          A na stepowym koniu jak burza
          Król leci w pole, jak lew zburzony
          Lotem błyskawic przebiega wzgórza

          Stoją sprawione do bitwy szyki
          Chorągwie białe jak ptaki bieżą
          A Jezus, Maria biją okrzyki
          Lasami włóczni wzgórza się jeżą

          Już hasłem boju działa zagrzmiały
          Zatem janczarów hufiec się zbliża
          Jak śmierć okrutny, jak grom zuchwały
          I na wyznawców uderza krzyża

          Chwieją się polskie, cofają roty
          Król ich wstrzymuje i wznosi dłonie
          A na sam widok bratniej sromoty
          Jego twarz żalem i gniewem płonie

          I woła bracie pojrzyjcie w górę
          Ufajcie Bogu on waszą mocą
          Patrzą się w niebo i widzą chmury
          Co błękit czarną zasnuwa nocą

          Więc znów szeleszczą chorągwie białe
          Lecą jak łodzie na wielkie morze
          I król jak żeglarz, ludom na chwałę
          W imię ojczyzny i w imię Boże

          Lecą i nic ich w biegu nie wstrzyma
          Bo wielki cel jest i święta sprawa
          I każdy rycerz urósł w olbrzyma
          A w każdej dłoni miecz Bolesława

          Nagle z chmur czarnych błyskawic wstęgi
          Olśniły oczy wrogów tej ziemi
          Słuchają groźne niebios potęgi
          W huku gromowym dzwonią nad niemi

          Chwieją się, łamią niewiernych roty
          Okrzyk ich Allach w burzy zaginął
          Gdy z ognistemi pioruny groty
          Z chmur ołowianych deszcz gradu spłynął

          Stało Się Boża była w tym wola
          Śnieg na lipcowe wonne spadł łany
          I gdy wróg z klątwą uchodził z pola
          Cały kraj drzemał w bieli ubrany
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.02.16, 14:33
          -5-
          W komnacie zamku już świt poranny
          Złoci okienko gzymsy i mury
          I pada na twarz Najświętszej Panny
          Co mile z dzieckiem spogląda z góry

          Na łożu pani tam spoczywała
          Włosy jej czarne a twarz jej biała
          Suknia jej w fałdach na ziemię spadła
          Jak czoło pani jako śnieg biała

          A ona marzy i jak na jawie
          Widzi kochankę i oblubieńca
          Wielkość królowej w dziewy postawie
          I męstwo w hardej twarzy młodzieńca

          Wchodzą w podwoje wielkie kościoła
          Gdzie śpią rycerze jak na Wawelu
          Diadem gwiazd wieńcem bije z jej czoła
          A hymn ją głosów powitał wielu

          Świat był uczucia w królowej oku
          I twarz jej w rannym słońca promieniu
          Na wpół błyszczącą, na wpół w obłoku
          Lecz krzyż był czarny na jej ramieniu

          Ona u stopni ołtarza stoi
          Z nieśmiertelników nad nią był wieniec
          ALe zakuty w żelaznej zbroi
          Nie śmie postąpić ku niej młodzieniec

          Więc ona śnieżne wyciąga dłonie
          I kapłan stułę podnosi białą
          On się przybliżył a jego skronie
          Oczy królowej olśniły chwałą

          Sędziwy kapłan wiąże ich ręce
          Lecz stuła biała mieni się krwawą
          I jak w Golgoty ofiarnej męce
          Krzyż ma być odtąd rycerza sławą

          Nagle północna bije godzina
          Z pod stopy męża pierścień wężowy
          Rośnie i coraz wyżej się wspina
          I już dosięga serca i głowy

          Piękna królowa ręce załamie
          Patrzy z wyrzutem na twarz rycerza
          Jego bezsilne zwiesza się ramię
          Grobowym dzwonem jęknęła wieża

          Wąż się w tysiące wężów zamienia
          Nad grobowcami obłok zapada
          Świst rośnie, łuna sklep opłomienia
          Budzi się pani i woła: Zdrada!

          Zrywa się z łoża, przeciera oczy
          Biegnie do okna, patrzy i słucha
          Już wóz płomienny słońca się toczy
          A w koło cisza zaległa głucha

          Na wałach nie ma polskich rycerzy
          Więc przypomina sen i rozważa
          I do zbrojowni jak mara bieży
          Okrzyk jej "zdrada" echo powtarza
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 30.04.16, 18:41
          Wody na pierwszą kąpiel nie wolno pod żadnym pozorem zagotowywać, gdyż dziecko wykąpane w takiej wodzie ściągnęłoby na się wszelakie biedy złośliwego i gwałtownego usposobienia. Kąpie się więc dzieci w nowych drewnianych nieckach w wodzie lekko zagrzanej i aż gęstej od ziół rozmaitych. Głowy niemowlęcia nie myje się z zasady nigdy. Po pierwszej kąpieli pociąga się noworodka trzykrotnie za nos, by kichnął samemu sobie na zdrowie, i smaruje się całe ciałko dziecka ciepłem masłem solonem.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 30.04.16, 18:46
          Żmudny proces odstawiania dziecka od piersi ułatwia zbawiennie mało znany dzisiaj, a dawniej powszechnie używany zwyczaj. Matka strzykiwała pokarm w cztery kąty izby, by myszy pokarmu dostały, wówczas bowiem pokarm matki w myszy przechodził, a dziecko, rade-nierade, sięgać musiało w chwilach głodu za garnuszek.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 18.09.17, 17:20
          W dniu śmierci Jacka rycerz o imieniu Żegota zmarł spadłszy z konia. Jego rodzice zanieśli ciało do grobu dominikanina. Żegota został przywrócony do życia i rzekł, iż był z Jackiem w niebie. Świadkami cudu mieli być m.in. kasztelan krakowski Klemens i dziekan kapituły Piotr
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 04.10.17, 13:43
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/3/wd/qa/jcow/rggd2sdAKfWdnFaJBB.jpg

          ZAMEK W TOSZKU W TLE "ZŁOTA KACZKA"
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 05.10.17, 12:07
          Lochy lublinieckiego zamku

          Wieść gminna głosi, że zamek lubliniecki posiadał głębokie piwnice oraz prowadzące zeń lochy. Te ostatnie sięgać mają Parku Grunwaldzkiego. W latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia z polecenia dr Emila Cyrana, ówczesnego dyrektora szpitala, miały zostać zamurowane doń wejścia.
          W jednym ze starych krakowskich kalendarzy157 zachowały się notatki nieznanego z imienia i nazwiska podróżnika, który gościł w lublinieckim zamku w trakcie swej podróży do Wiednia. Zanotował on, iż jeden z byłych właścicieli zamku był wielkim okrutnikiem, ponieważ polecił on w zamkowych lochach zamęczyć swego poddanego.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 15.11.17, 22:55
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/L4CJvnHHfiQ7AxbZUA.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 15.11.17, 23:01
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/25PEt3bnTyVaroLAJA.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 29.06.18, 18:14
          Marzana, marzanna. Stryjkowski w kronice swojej pisze w XVI w.: „Sarma- towie Cererę, boginią ziemną, wynależy- cielkę zboża wszelkiego, zwali Marzaną; tej też w Gnieźnie z wielkim kosztem zbu dowany kościół, gdzie jej na chwałę dzie sięciny wszelkiego zboża po żniwach ofia rowali, prosząc na drugi rok o żyzne uro dzaje." W innem miejscu tenże Stryj kowski pisze: „Chrystusowi ustąpił Grom, Ladon, Marzanna, Pogwizd, Ziewanna." Bielski powiada: „W Wielkiej Polszczę i w Śląsku siódmego dnia marca topią Ma- rzanę, ubrawszy jako niewiastę
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 13.07.18, 22:04
          Mydło

          Chłopu na dychawicę poradzono zjeść migdałów. On przez drogę zapomniał. Gdy znalazł się w mieście zaczął rozpytywać myg...myg...myg,,,nie umiał się wysłowić. Ludzie pokazali mu na mydlarnię. Poszedł, kupił mydła, najadł się a gdy go przeczyściło wyzdrowiał.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 03.06.21, 16:56
          Legenda głosi, że w czasie potopu szwedzkiego jeden ze starostów Muszyny, Bedliński, kazał drążyć w podziemiach zamku tajemne lochy, w których ukrył skarby; strzeże ich para skamieniałych dzieci, dziewczynka i chłopiec. Inna legenda mówi, że w lochach jest ogromna sala, w której śpią zaczarowani żołnierze, budzący się na chwilę raz do roku, w Niedzielę Palmową; kiedyś ożyją, połączą się ze śpiącymi rycerzami z Tatr i stoczą zwycięską bitwę z wrogami Rzeczypospolitej
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 06.03.22, 20:04
          Legenda o Czarownicy z Babiej Góry

          Nie tak łatwo z żeniaczką tu, pod Babią Górą (a z Zubrzyckich okien widać tę górę jak na dłoni):
          Dziewczyny boją się, że zazdrosna Wiedźma odbierze im urodę, bo piękne są, co tu dużo mówić!
          Chłopaki zaś muszą bardzo uważać, by do ślubu nie powiedli Czarownicy, zamiast swej ukochanej...

          A wszystko zaczęło się dość dawno temu, tak dawno, że już najstarsi Orawiacy nie pamiętają niczego dokładnie, a fakty mieszają się im ze zmyśleniem...

          Nie, żeby tego zmyślenia było dużo, nie! Wszystko szczera prawda i do serca sobie ją wziąć należy!!!

          A było to tak:

          Od dawien dawna hulały po orawskich polach Wiatr i Wiedźma, rodzeństwo piekielne, szkodę wyrządzające. W wielkiej nienawiści byli u miejscowych chłopów, którzy przeklinali ich, zwłaszcza gdy zastawali zniszczone pola, na których tak ciężko pracowali od świtu do nocy.

          Czarownica szczególnie była zawzięta na pola obsiane lnem, bo już wyobrażała sobie zrobione z niego piękne bluzki dziewczęce, chustki, spódnice, obrusy i makatki. I straszna ją złość brała, bo sama była brzydactwem paskudnym.

          Pewnie, że pragnęłaby wyjść za mąż, ale takiej tu nikt nie chce!!!!
          Nie tylko przystojne parobki ale nawet dziadygi wsiowe ze śmiechem uciekają od niej!!!

          Sami powiedzcie, jak tu się nie złościć, nie wściekać?!?

          Aż pewnego wiosennego dnia, gdy tak szaleli z Wiatrem po polach, Wiedźma za blisko zniżyła lot nad kwitnącym niebiesko lnianym polem i złamała miotłę o wystającą bruzdę.
          Nie mogła bez niej polecieć dalej!!!!!

          Bezbronną złapali ludzie pracujący nieopodal.
          Oj, miała się z pyszna, biedna jędzula!!!!!
          I poleciałyby z niej strzępy i kłaki, gdyby nie jeden starszy gazda, który rzekł:
          - Zatrzymamy ją tu wśród nas, niech żyje w niewoli, aż nauczy się szanować naszą pracę i sama ciężko robić, jak my!
          A jak poprawi się, kto wie, może i jakiś żeniac się jej trafi?

          Czarownica nie miała wiele do powiedzenia, choć myśl o własnym weselu bardzo jej się spodobała. O pracy nie tak bardzo, ale to mniejsza, jakoś to będzie!

          Tak decydują ludzie. Musi zerwać z bratem Wiatrem i naprawić, pracując ciężko, zło, jakie wyrządzała.
          Ale czy zechce?

          Zechce, zechce.
          Już jej się znudził ten panieński stan!
          Latanie po polach po próżnicy.
          Targanie łanów lnu.
          Zaplątywanie krowich ogonów.
          Straszenie dzieci.

          Tymczasem diabelski braciszek nadleciał na odsiecz.
          Ale zdradliwa siostrzyca wyczarowała worek, w którym ludzie Wiatr zamknęli!
          Dla wszelkiej pewności upchali go w mocnej beczce i pozabijali wszystkie klepki. Ufff!
          Nareszcie będzie spokój!!!

          Okazuje się, że można zaufać Wiedźmie! Dlatego starsi rozwiązują sznurek, na którym chodziła jak kundle przy budach.
          Odtąd będą ją traktowali jak swoją!

          W samą porę, bo właśnie orszak drużbowy idzie drogą i zaprasza ludzi na wesele.
          Wiedźma tak się przymawia, tak łasi, tak mruga oczkami, że w końcu i ją zaproszą, niech tam!!!!
          Zwłaszcza, że przy niej nawet miejscowe brzydule wydadzą się piękniejsze smile

          Ale na wesele trzeba poczekać. Tymczasem pełno roboty w polu, bo lato ma się ku końcowi i żniwa.
          Odkąd Wiatr w beczce uwięziony, ani jednej chmurki nie ma na niebie. Wiosna trwa cały czas!
          Na łąkach krokusy choć jarzębina już czerwienieje!

          Czarownica pracuje w polu, ale zazdrość ją zżera coraz większa i większa. A bo brzydka jest, a bo nie ma paradnego stroju na przyjęcie weselne, a bo narzeczony nie jej...

          W końcu dzień weselny nadszedł.
          Wszyscy zebrali się w drewnianym kościółku.
          Drewniane anioły z prezbiterium łaskawie spogladają na ludzi, na Wiedźmę nawet...

          Ale co to?!?
          Czyja to chuda i piegowata ręka podsuwa się ku Panu Młodemu, aby jej nałożył ślubną obrączkę?!?

          O ty paskudna Wiedźmo, wynoś się z kościoła!!!
          I drewniane anioły przegoniły ją aż na drogę...

          Co powiecie? Potępicie biedną niewiastę, zamkniętą w ciele czarownicy, że tak bardzo chciała iść za mąż?
          Ludzie nie potępili, a może po prostu nie zorientowali się, co się stało.

          W każdym razie wszyscy ruszyli przystrojonymi wozami do domu weselnego.

          Powszechnie wiadomo, że która w czasie wesela owinie się w welon Panny Młodej, z pewnością niedługo się wyda.
          I gdy tak panny ukradkiem pomykały ku Młodej, gdy skubały rąbek białego muślinu, Wiedźma szast! prast! zerwała jej welon z głowy i zamotała się w niego caluteńka!!!!!!

          Blady strach padł na kawalerów, który to z nich ofiarą będzie...

          Tego już czarownica nie mogła znieść. Jako kobieta przecież znała różne sztuczki urodę podnoszące...
          I gdy wychynęła z welonu, wszyscy ujrzeli ją piękną i jaśniejącą tak, że nawet sama Młoda przy niej traciła swój blask!

          Teraz chłopaki na wyścigi zaczęli ją prosić o rękę i obiecywać złote góry...
          Wiedźma nie miała nawet czasu przypomnieć sobie znanej piosenki "Nigdy nie wierz mężczyźnie...", tak ją oblegali!!!!!

          Ciżba wypchnęła starego Wenda, który widząc, że nic nie zwojuje, pomyślał przynajmniej o tym, żeby poprawić sobie nastrój dzbankiem dobrego wina.
          Dokładnie opukał wszystkie beczki, zbadał jakość drewna, jakby oceniał w ten sposób, w której trunek najszlachetniejszy.
          I odbił szpunt.

          W tym momencie uwolniony diabelski Wiatr wyleciał na izbę!!!!!!!
          Ta siostrunia zdrajczyni tu się swata?!? Niedoczekanie!!!!
          Porwał Czarownicę i zaniósł ją na Babią Górę.

          Niedługo ją więził, bo i nie chciało mu się i Wiatru gniew gwałtowny lecz krótkotrwały.
          Znów zaczął hulać po polach.

          Czarownica nie wróciła już do wioski. Honor kobiecy miała. Ale myliłby się ten, kto sądziłby, że zrezygnowała z zamążpójścia...

          Siedzi sobie w kosodrzewinie na Babiej Górze owinięta bieluteńkim muślinem i wypatruje, czy kto z przyjezdnych jej nie przypasuje...
          A może któryś z Was?
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 19.06.24, 11:38
          Co skrywa się pod Giewontem?
          W Tatrach nie brakuje jaskiń, z których wiele mogą łączyć skomplikowane systemy tuneli. Mieszkańcy Podhala od wieków opowiadali sobie historie o tym, co może się kryć w najgłębszych jaskiniach. O dziwo zamiast opowiadać o diabłach i demonach, najchętniej mówili o królu i jego zaklętym wojsku
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 19.06.24, 12:02
          Na zamku w Niedzicy ma straszyć standardowa Biała Dama, która snuje się podobno nocami po dziedzińcu, przed zamkową kaplicą. O ile Białych Dam w Polsce jest pod dostatkiem, o tyle ta z Niedzicy ma niezwykłą historię.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.07.24, 22:48
          Legenda opowiadana przez miejscowych, mówi że ksiądz spojrzawszy w lustro zobaczył diabła i rzucił w nie kluczami, stąd pęknięcia.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.08.24, 19:14
          Legenda o chłopcu i dzwonie Zygmunta

          Pewnego dnia 13-letni Staś, który mieszkał u stóp Wawelu, postanowił razem z kolegami wybrać się tam, gdzie jest dzwon i po prostu go użyć. Misja zakończyła się powodzeniem, a wydarzenie to odnotował nawet „Dziennik Polski”, informując Krakowian, iż Zygmunt tym razem zadzwonił bez okazji.
          Staś wpakował się w kłopoty i musiał stawić się przed biskupem, który dopytywał, czyj to był pomysł. Staś przyznał, że jego, a duchowny wyjaśnił surowo, że na bicie dzwonu trzeba sobie zasłużyć. Butny młodzieniec odparł, że w takim razie sobie zasłuży.
          I... miał rację. Bo mały Staś to Stanisław Wyspiański, dla którego dzwon zabił po jego śmierci.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.08.24, 19:36
          Legenda o Helgundzie i Walgierzu Wdałym – legenda zapisana po łacinie pod koniec XIII wieku w Kronice wielkopolskiej. Zdaniem Gerarda Labudy oryginalny utwór, na którym oparł się autor Kroniki, mógł powstać pod koniec XII wieku na dworze Henryka Sandomierskiego lub Kazimierza II Sprawiedliwego w Wiślicy.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.08.24, 20:01
          Nie można wykluczać, że w legendzie przetrwały dalekie echa wydarzeń sprzed 400–500 lat, konfliktu pomiędzy władcą Wiślan a jakimś niepokornym naczelnikiem niższej rangi, być może rzeczywiście rezydującym w Tyńcu. Niewątpliwie Wiślica nie była wówczas grodem, a ośrodkiem kształtującego się „państwa” Wiślan był raczej Kraków albo potężny gród w Stradowie. W piśmiennictwie średniowiecznym często jednak spotyka się tego typu przeniesienia miejsca zdarzeń. Kazimierz Ślaski w imieniu Wisława widzi echo dawnych rządów nad Wiślanami księcia Wysza, który uległ Świętopełkowi morawskiemu (871–894) i wraz z całym swym rodem migrował na Bałkany, gdzie objął władzę nad Zahumlem
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.08.24, 20:10
          Mianem tym według przekazu Roczników Jana Długosza szlachta określała króla Kazimierza Wielkiego (1310–1370) i bynajmniej nie było to w szlacheckich ustach określenie królowi przychylne.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.08.24, 20:43
          Miejsce niezwykłe, owiane legendami od czasów słowańskich.

          "Są na wzgórzu św. Bronisławy dwa szczególne miejsca. Jedno naznaczone dawnym kultem świętości, drugie -diabelskim śladem.
          Za czasów słowiańskich, na wzgórzu pośród lasów, stała gontyna, a w niej posąg Pośwista – boga wiatrów. Na drugim brzegu Wisły, na innym wzgórzu, zwanym Krzemionkami, stał posąg Śwista – drugiego boga wiatrów. W obu tych świątyniach, przed setkami lat, kapłani składali ofiary swoim bogom i prosili, aby ustrzegli ich przed zarazą, ogniem i wrogiem. Po Chrzcie Polski, posągi powoli odchodziły w niepamięć, obrosły roślinnością, aż w końcu rozsypały się. O dawnych miejscach kultu, zupełnie zapomniano. Obecnie jedynie nazwa jednej z ulic – Gontyna, przypomina o dawnych pogańskich świątyniach.
          Idąc wyżej, przechodzimy przez kamienny most, łączący ul. Malczewskiego z ul. Zaścianek. Mostek wtopił się w krajobraz wzgórza św. Bronisławy i mało kto pamięta o nim legendę.
          Tam gdzie dzisiaj są Błonia, były niegdyś bagna i moczary. Pośrodku nich pozostała mała wysepka porośnięta olchami i wierzbami, które szczególnie upodobały sobie diabły. Na wyspie mieszkał diabeł, który pilnował skarbów, wykonanych przez czarty, na polecenie mistrza Twardowskiego. Ale gdy mistrz uciekł na kogucie, na Księżyc, a bagna wyschły, diabły postanowiły ukryć skarby na wzgórzu św. Bronisławy. Nie było to łatwe, gdyż skarbów było wiele, a letnia noc trwa krótko. Nie zdążyły wykraść całego skarbu. Zapiał kogut, oznajmiając nadejście poranka. Czartom nie pozostało nic innego jak ukryć skarb pod małym, drewnianym mostkiem, gdzie leży do tej pory. Diabły pilnują, by nikt go nie wykradł i straszą przechodniów, którzy chodzą nocami w okolicach mostku.
          Mostek od owego czasu, nazywany jest czarcim, lub - jak się mówi na Salwatorze - diabelskim mostkiem."
          Koniecznie musicie odwiedzić to mniej znane miejsce w Krakowie, gdzie niedaleko siebie położone są trzy świątynie: św. Małgorzaty-na miejscu gontyny, Norbertanek i Najświętszego Salwatora (najstarszej budowli sakralnej na terenie Krakowa).
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 12.09.24, 11:26
          Gmach ten nie cieszy się dobrą sławą. Pałac Wielopolskich zapisał sobie f a c i n u s szkaradne - pisze w swych Miscellaneach biskup Łętowski - Tu Samuel Zborowski zabił Wapowskiego, a później i sam został na Zamku ścięty. Z tego też pałacu Andrzej Tęczyński kasztelan wojnicki, uchodząc przed wzburzonym pospólstwem, doścignięty u Franciszkanów, tam w okrutny sposób na schodach przy zakrystii został zamordowany, a w ślad za tym mordercy śmiercią ukarani byli (...)
          Ale to nic w porównaniu z tym, czego o Pałacu Wielopolskich dowiedzieć się można od starych pracowników magistrackich.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 12.09.24, 11:37
          (...) Lat temu do pięćdziesięciu z górą żył staruszek misjonarz przy kościele Najśw. Panny Marii i taką rzecz opowiadał. Młodym kapłanem zawołany był pod noc z wijatykiem, a powóz czekał nań pod kościołem. Wziąwszy co potrzeba, usadzony był do karety, w której siedział ktoś drugi, a że noc była ciemna, nie widzieli siebie. Kareta jeździła długo z nimi po mieście i za miastem, to tu, to tam, stanęła w końcu na podwórcu, przed jakimś domem wysokim. Obydwóch wprowadzono bez światła po wschodach do obszernej izby, w której leżało rozciągnione czerwone sukno. Po chwili drzwiami bocznymi wszedł staruszek poważny, a zanim dziewica w bieli.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 14.09.24, 13:41
          Jak wieść niesie, córka ówczesnego właściciela zamku, Helena, nieszczęśliwie zakochała się w rybaku – służącym swego ojca. Gdy w chwili szczerości wyznała wszystko matce, została natychmiast zamknięta w jednej z komnat wschodniego skrzydła (owa komnata zachowała się do dnia dzisiejszego). Wytrzymała tam pół roku, odmawiając zgody zarówno na wyrzeczenie się swej miłości, jak i na planowane przez rodziców zrękowiny. Ostatecznie rzuciła się z okna komnaty na dziedziniec. Zabalsamowane ciało, ubrane w czarną balową suknię i złożone w szklanej (a może raczej przeszklonej?) trumnie, rodzice wywieźli pospiesznie do Kazimierza, ale kiedy duch Heleny przez sześć tygodni co noc nawiedzał ich sypialnię, w tajemnicy przewieźli zwłoki z powrotem do Janowca i złożyli w podziemiach miejscowego kościoła.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 14.09.24, 13:46
          Jerzy i Łucja Franciszka Tyszkiewiczowie wraz z sześciorgiem dzieci mieszkali w Kolbuszowej, ale z pewnością często odwiedzali Werynię, którą hrabina wniosła w posagu (stąd tragedię, która się rozegrała, umiejscawia się bądź w Kolbuszowej, bądź w Łohojsku, bądź w samej Weryni). Istnieją dwie wersje owego pamiętnego zdarzenia. Według pierwszej najstarszy syn Tyszkiewiczów i ulubieniec matki – Wincenty czyścił dubeltówkę na ganku weryńskiego dworu, mając u boku swą rodzicielkę. Chłopak najprawdopodobniej zapomniał, że broń jest nabita albo też nieostrożnie się z nią obchodził. Padł przypadkowy strzał i śmiertelnie zranił Łucję. Druga wersja umiejscawia akcję we dworze w Kolbuszowej (lub Łohojsku), a (przynajmniej częściową) winą za zaistniałą tragedię obarcza samą hrabinę. Otóż Łucja Franciszka, jak opisywał związany z tym domem ubogi szlachcic Józef Chamski, miała szczególną skłonność do psot i figlów (co zapewniło jej przydomek „Baba – Kozak”). W grudniu 1811 r., kiedy jej syn Wincenty, utrudzony obławą na wilki, po powrocie do domu położył się spać, matka postanowiła go nieco przestraszyć. Przebrawszy się odpowiednio po męsku i udając rozbójnika, z maczugą w ręce zaczęła wybijać szyby w oknie i wyrywać okiennicę. Zbudzony hałasem młodzieniec kilkakrotnie pytał „kto tam ?”. Odpowiedzi nie było, tylko w międzyczasie zamaskowana hrabina zdołała wejść oknem do pokoju. Wincenty sądząc, że ma do czynienia z bandyckim napadem, złapał dubeltówkę i wystrzelił, niestety celnie, kładąc matkę trupem na miejscu.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 14.09.24, 13:58
          Początek opowieści zaczyna się w połowie XVIII stulecia, kiedy to Sebastian Berzeviczy, węgierski szlachcic polskiego pochodzenia, po licznych podróżach udał się do Peru, gdzie ożenił się z księżniczką Uminą i miał z nią córkę o tym samym imieniu. Po latach Umina młodsza poślubiła bratanka wodza Inków Tupac Amaru II. Gdy wybuchło wielkie powstanie Inków w 1779 r., małżonkowie wraz z synkiem i Berzeviczym uciekli do Wenecji, zabierając ze sobą część słynnego inkaskiego skarbu. Tam męża Uminy dopadli i zasztyletowali szpiedzy hiszpańskiej inkwizycji, zaś Sebastian z córką i wnukiem zbiegł na Węgry, chroniąc się ostatecznie w zamku niedzickim, należącym podówczas do rodu Paloscayów. Ale i ta kryjówka zawiodła, wykryta przez wysłanników Inkwizycji, w wyniku czego nieszczęsną Uminę zasztyletowano na zamkowym dziedzińcu. Pochowano ją w krypcie, znajdującej się pod kaplicą zamkową, a do grobu włożono podobno ów legendarny skarb Inków. Ojciec zamordowanej, aby ratować małego wnuka, przeprowadził 21 czerwca 1797 r. jego adopcję przez swego bratanka Wacława Benesza – Berzeviczy, zamieszkałego na Morawach. Syn Uminy, odtąd Antoni Wacław Benesz (krawiec z zawodu) ożenił się z Polką, z którą miał dwie córki i dwóch synów. Umierając w 1877 r., przykazał dzieciom, aby nigdy nie interesowały się ukrytym skarbem, bo przyniesie to nieszczęście.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 16.09.24, 12:20
          O blisko wiek późniejszym potomkiem tegoż Szafrańca był Stanisław z Pieskowej Skały (1525/1530–1598), gorący kalwin, kasztelan biecki (1569), sandomierski (1576), wojewoda sandomierski (1581–1587) i wojski krakowski (1589). Po śmierci ojca (też Piotra) wychowywał się na dworze Jana Tęczyńskiego, a potem u stryja, Hieronima Szafrańca w Pieskowej Skale – stałego bywalca na zamku wawelskim, sekretarza i ulubieńca Zygmunta I Starego, który dał mu za żonę swoją naturalną córkę Reginę. Stanisław, ożeniony z bogatą Anną Dembińską (wniosła mu w posagu tysiąc florenów), mógł zadbać o rozwój majątku, co nastąpiło w latach 1550–1570. Skupił w swoich rękach nie tylko posiadłości rodowe (klucz Pieskowa Skała i miasteczko Włoszczowa z przyległymi wsiami), lecz także nabył dobra nowe. W okresie 1570–1580 dokonał wielkiej przebudowy i rozbudowy zamku w Pieskowej Skale, odziedziczonego po stryju Hieronimie, co zanotowano w źródłach: „we wszystkich dobrach swoich dwory, a w Pieskowej skale zamek ozdobny nie małym kosztem wymurował „(Niesiecki); „dom był tak sprzętami wytwornymi ozdobiony, iż go z królewskim równano...” (ks. Franciszek Siarczyński). Obok zamku Stanisław Szafraniec założył wspaniały ogród, stawy, a nawet zwierzyniec; chlubił się też bogatą biblioteką (rozdaną po jego śmierci przez spadkobierców).
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 16.09.24, 12:25
          Skała Twardowskiego – jak opisuje Stanisław Ciszewski w 1887, szatany przekręciły, jak Twardowskiego nieśli, co godzinki skompanił. To ją przewróciły do góry szeroką, a na dół szpicem
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 16.09.24, 12:32
          Podobno jeden z nurków, przynosząc wyjątkowo piękną perłę, zmarł z wyczerpania na oczach Daisy, przedtem rzucając na nią straszliwą klątwę.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 22.09.24, 13:24
          Wieść o tym niecodziennym znalezisku kolportowali na zachód Europy m.in. Antoine de Grammont, obecny w Warszawie w 1663 r., Holender Braude de Cleverkerk w 1668 r., a także Pierre Des Noyers. Ten ostatni relacjonował, że jakiś szlachcic zaopiekował się dorastającym chłopcem – niedźwiedziem, lecz trzeba mu było nałożyć kajdanki, ponieważ stał się niebezpieczny dla otoczenia. Choć nigdy nie nauczył się dobrze mówić, podobno wszystko rozumiał. Informacje o nim przekazali potomności jeszcze Philippe Avril, jezuita francuski przebywający w Polsce w latach 1687–1689, i François Paulin Dalerac, francuski dworzanin króla Jana III i Marii Kazimiery.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 22.09.24, 23:04
          Początkiem nieszczęścia, zdaniem Horsta, były najazd Turków oraz inne przykre wydarzenia. Okres smutku i nieszczęść miał natomiast zakończyć się ok. 1600 r., kiedy Tatar, Turek oraz inne tego typu plugastwo zostanie sprzątnięte i wytępione z powierzchni Ziemi. W kolejnych latach po rozgromieniu Turków miała natomiast nastąpić złota era, która z kolei – zgodnie ze starotestamentowym proroctwem Daniela – mogłaby poprzedzać koniec świata. Stąd też swoje rozważania Horst zakończył wezwaniem do czytelników: Czyńcie więc pokutę, aby złote królestwo, które zwiastuje złoty ząb, jak najszybciej nastało.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 22.09.24, 23:37
          Książę Karol był przegranym bohaterem przegranej od początku sprawy. Jednak to on jest postacią z legend, nie jego przeciwnicy. Wygrali na polu bitwy i przegrali w ludzkiej pamięci. Może legenda księcia Karola była po prostu potrzebna Szkotom? Stał się symbolem ich walki o niepodległość, symbolem Arkadii, która odeszła w przeszłość i nigdy nie powróci. A jednak wróciła. W 1999 r., po ponad 300 latach, Szkoci odzyskali swój parlament i swój rząd. Legendy mogą być nie tylko piękne, ale i potrzebne. Dla nas szczególnie miłe jest, że bohaterem tej legendy był syn wnuczki króla polskiego, Klementyny Sobieskiej.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.09.24, 21:39
          Wśród mieszkańców wsi Babice od niepamiętnych czasów krążyły opowieści o tym tajemniczym zjawisku. Widziała je podróżująca autostopem para małżeńska z Wrocławia, Joanna i Stanisław Michalikowie, którzy w lipcu 1972 r. rozbili swój namiot na łące, w pobliżu bukowego lasu. Oto ich relacja: „Noc była ciepła, pogodna, chyba była pełnia. Postanowiliśmy zobaczyć, jak wygląda zamek w świetle księżyca. Szliśmy drogą wśród lasu, ale nawet i tu nie było ciemno... Blask księżyca przesączał się przez liście. Byliśmy już prawie na szczycie wzgórza, kiedy zerwał się wiatr, las zaszumiał, a na drodze, chyba ze sto metrów za nami pojawił się jakiś ciemny kształt, który szybko posuwał się w naszym kierunku. Po chwili można już było poznać, że jest to jakby duża bryczka ciągniona przez trzy pary koni. To spotkanie późnym wieczorem w miejscu przecież odludnym, z niezwykłym zaprzęgiem, było tak nieoczekiwane, że ogarnęło nas zdziwienie. Zeszliśmy na pobocze drogi, a obok nas przesunęła się kareta.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 13.02.25, 12:16
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/6/62/Zumpy_chata.jpg/600px-Zumpy_chata.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 19.02.25, 10:42
          Faktycznie postać karkonoskiego Ducha Gór pozostaje nadal tajemnicza, a kolejne badania rodzą tak naprawdę więcej znaków zapytania niż odpowiedzi. Tu zaryzykujmy tezę (nieco rozwiniętą poniżej), że mamy do czynienia z dawnym bogiem śląskim i karkonoskim, na którego postać mogły nałożyć się spokrewnione przecież w wymowie wierzenia kolejnych ludów indoeuropejskich, a przebywających na terenie Śląska i Bohemii.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 14.05.25, 09:58
          Mogiła. Kościół‎ ‎w‎ ‎Mogile‎ ‎miał‎ ‎fundować‎ ‎kruk.‎ ‎który‎ ‎na‎ ‎tem‎ ‎miejscu, gdzie‎ ‎teraz‎ ‎kościół‎ ‎stoi,‎ ‎składał‎ ‎złoto,‎ ‎za‎ ‎co‎ ‎ten‎ ‎dom‎ ‎boży‎ ‎wybu dowano. ,,Otrząsa‎ ‎się,‎ ‎jak‎ ‎Piętrowa‎ ‎mać“. Matka‎ ‎św.‎ ‎„Pietra‎u‎ ‎była‎ ‎bardzo‎ ‎skąpą‎ ‎i‎ ‎nieuczynną.‎ ‎Przez‎ ‎całe życie‎ ‎żadnemu‎ ‎biedakowi‎ ‎nic‎ ‎nie‎ ‎dała.‎ ‎Raz‎ ‎tylko‎ ‎jednemu‎ ‎bieda kowi,‎ ‎który‎ ‎ją‎ ‎natrętnie‎ ‎prosił,‎ ‎dała‎ ‎„bączek‎ ‎cebuli‎ ‎“‎ ‎(nać‎ ‎z‎ ‎ce buli).‎ ‎Po‎ ‎śmierci‎ ‎poszła‎ ‎do‎ ‎piekła,‎ ‎a‎ ‎syn‎ ‎jej‎ ‎tymczasem‎ ‎zasługiwał sobie‎ ‎na‎ ‎ziemi‎ ‎na‎ ‎niebo.‎ ‎Gdy‎ ‎umarł‎ ‎św.‎ ‎Piotr,‎ ‎prosił‎ ‎Pana‎ ‎Boga, widząc‎ ‎męki‎ ‎swej‎ ‎matki‎ ‎w‎ ‎piekle,‎ ‎ażeby‎ ‎też‎ ‎Pan‎ ‎Bóg‎ ‎wyprowa dził‎ ‎duszę‎ ‎matki‎ ‎z‎ ‎piekła‎ ‎do‎ ‎nieba. Poczęli‎ ‎święci‎ ‎szukać,‎ ‎co‎ ‎ona‎ ‎też‎ ‎dobrego‎ ‎zrobiła,‎ ‎żyjąc‎ ‎na ziemi‎ ‎i‎ ‎nic‎ ‎nie‎ ‎znaleźli.‎ ‎Św.‎ ‎Pietr‎ ‎kazał‎ ‎im‎ ‎drugi‎ ‎raz‎ ‎patrzyć‎ ‎do tych‎ ‎ksiąg,‎ ‎co‎ ‎ona‎ ‎dobrego‎ ‎zrobiła‎ ‎i‎ ‎znaleźli‎ ‎o‎ ‎tym‎ ‎bączku‎ ‎cebuli zapisane. Spuścili‎ ‎ten‎ ‎bączek‎ ‎do‎ ‎piekła,‎ ‎Piętrowa‎ ‎mać‎ ‎uchwyciła‎ ‎się bączka,‎ ‎inne‎ ‎dusze‎ ‎z‎ ‎lamentem‎ ‎pochwytały‎ ‎się‎ ‎jej,‎ ‎wołając‎ ‎„Weź mnie‎ ‎też‎ ‎z‎ ‎sobą‎u‎.‎ ‎Ale‎ ‎ona‎ ‎dumna,‎ ‎otrzęsła‎ ‎się,‎ ‎wołając‎ ‎„Nie‎ ‎we- zme!‎ ‎nie‎ ‎wezme!‎11‎ ‎Kiedy‎ ‎sie‎ ‎zaczęła‎ ‎otrzepować,‎ ‎bączek‎ ‎sie‎ ‎zerwał a‎ ‎ona‎ ‎wpadła‎ ‎do‎ ‎piekła‎ ‎i‎ ‎tam‎ ‎już‎ ‎na‎ ‎wieki‎ ‎została. Zaklęte‎ ‎skarby. Pewna‎ ‎kobieta‎ ‎wyszedłszy‎ ‎z‎ ‎dzieckiem‎ ‎w‎ ‎pole,‎ ‎w‎ ‎kwietną niedzielę,‎ ‎ujrzała‎ ‎piwnicę‎ ‎w‎ ‎ziemi,‎ ‎otwartą,‎ ‎pełną‎ ‎złota;‎ ‎było‎ ‎to w‎ ‎chwili‎ ‎czytania‎ ‎ewangielii‎ ‎w‎ ‎kościele,‎ ‎na‎ ‎której‎ ‎muszą‎ ‎się‎ ‎znaj dować‎ ‎duchy‎ ‎zmarłych,‎ ‎dyabły‎ ‎i‎ ‎pokuśniki.‎ ‎Zobaczywszy‎ ‎skarb, zostawiła‎ ‎dziecko,‎ ‎a‎ ‎sama‎ ‎wyniesła‎ ‎w‎ ‎zapasce‎ ‎dwa‎ ‎razy‎ ‎złota,‎ ‎gdy trzeci‎ ‎raz‎ ‎z‎ ‎napełnioną‎ ‎zapaską‎ ‎uchodziła,‎ ‎przylecieli‎ ‎dyabli,‎ ‎po rwali‎ ‎jej‎ ‎dziecko‎ ‎i‎ ‎znikli‎ ‎w‎ ‎piwnicy.‎ ‎Kobieta‎ ‎napróżno‎ ‎starała‎ ‎się dobyć‎ ‎do‎ ‎piwnicy,‎ ‎ślad‎ ‎jej‎ ‎nawet‎ ‎wraz‎ ‎z‎ ‎dzieckiem‎ ‎zaginął.‎ ‎Stra piona‎ ‎poszła‎ ‎do‎ ‎księdza‎ ‎poradzić‎ ‎się,‎ ‎co‎ ‎ma‎ ‎uczynić,‎ ‎ażeby‎ ‎dziecko powróciło‎ ‎się‎ ‎jej‎ ‎napo‎ ‎wrót.‎ ‎Ksiądz‎ ‎poradził‎ ‎jej‎ ‎ażeby‎ ‎czekała‎ ‎rok a‎ ‎dziecko‎ ‎znowu‎ ‎w‎ ‎czasie‎ ‎czytania‎ ‎ewangelii‎ ‎niezawodnie‎ ‎odzy ska.‎ ‎Kobieta‎ ‎tak‎ ‎uczyniła,‎ ‎czekała‎ ‎w‎ ‎tym‎ ‎dniu‎ ‎na‎ ‎otwarcie‎ ‎pi wnicy,‎ ‎a‎ ‎gdy‎ ‎to‎ ‎nastąpiło,‎ ‎zobaczyła‎ ‎swe‎ ‎dziecko‎ ‎zdrowe‎ ‎i‎ ‎wesoło bawiące‎ ‎się‎ ‎złotą‎ ‎kulą.‎ ‎Pochwyciła‎ ‎co‎ ‎żywo‎ ‎dziecko‎ ‎i‎ ‎kulę‎ ‎złotą i‎ ‎co‎ ‎mogła‎ ‎nabrała‎ ‎złota,‎ ‎tym‎ ‎razem‎ ‎szczęśliwie‎ ‎uniknąwszy‎ ‎przy padku.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 14.05.25, 10:21
          Leki. Babkę‎ ‎używa‎ ‎się‎ ‎na‎ ‎rany,‎ ‎ałe‎ ‎się‎ ‎pod‎ ‎nią‎ ‎ciało‎ ‎„maśli‎a‎. Z‎ ‎„gałgan‎ ‎korzenia‎w‎ ‎robi‎ ‎się‎ ‎wódkę‎ ‎na‎ ‎boleści. Kamień‎ ‎urażny‎ ‎daje‎ ‎się‎ ‎na‎ ‎wzmocnienie. Siarkę‎ ‎z‎ ‎wódką‎ ‎daje‎ ‎się‎ ‎na‎ ‎boleści‎ ‎dla‎ ‎starszych,‎ ‎dla dzieci‎ ‎bez‎ ‎wódki. Cytwor‎ ‎po‎ ‎placuszkach‎ ‎i‎ ‎piwie‎ ‎daje‎ ‎się‎ ‎dzieciom‎ ‎na‎ ‎ro baki,‎ ‎musi‎ ‎się‎ ‎go‎ ‎jednak‎ ‎gotować‎ ‎pod‎ ‎golem‎ ‎niebem‎ ‎a‎ ‎pic‎ ‎przed wschodem‎ ‎słońca. Czosnek‎ ‎nawleczony‎ ‎na‎ ‎nitkę‎ ‎i‎ ‎zawieszony‎ ‎koło‎ ‎szyi,‎ ‎jest także‎ ‎dobrem‎ ‎lekarstwem‎ ‎na‎ ‎robaki. Dziecko‎ ‎w‎ ‎grochowinie‎ ‎ma‎ ‎się‎ ‎kąpać‎ ‎z‎ ‎mąką‎ ‎pszeni czną‎ ‎zmieszanej,‎ ‎a‎ ‎gdy‎ ‎się‎ ‎je‎ ‎w‎ ‎tej‎ ‎kąpieli‎ ‎naciera,‎ ‎wychodzą z‎ ‎por‎ ‎glisty‎ ‎zaskórne. Badyjanek‎ ‎ziarno,‎ ‎podobne‎ ‎do‎ ‎bukwi,‎ ‎gotuje‎ ‎się‎ ‎i‎ ‎zjada. Bzowe‎ ‎ziółka‎ ‎na‎ ‎kaszel‎ ‎a‎ ‎lipowy‎ ‎kwiat‎ ‎na‎ ‎poty‎ ‎mają‎ ‎być dobre. Bez‎ ‎skrobany‎ ‎a‎ ‎raczej‎ ‎tylko‎ ‎jego‎ ‎łodygi,‎ ‎dobry‎ ‎na‎ ‎różę.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 14.05.25, 11:04
          Huknął‎ ‎matkę Przez‎ ‎łopatkę, Matka‎ ‎z‎ ‎pieca‎ ‎—‎ ‎hyc. 3‎. Na‎ ‎krakowskim,‎ ‎żydowskim,‎ ‎obiedzie Tańcowały‎ ‎dwa‎ ‎śledzie, I‎ ‎Bobek‎ ‎i‎ ‎Sobek, I‎ ‎żydowski‎ ‎parobek. O‎ ‎murarzach. 1‎. Wszystko‎ ‎mi‎ ‎jedno,‎ ‎moi‎ ‎ulubieni, Czy‎ ‎jd‎ ‎mdm,‎ ‎czy‎ ‎nid‎ ‎mam‎ ‎pieniądze‎ ‎w‎ ‎kieszeni, Jak‎ ‎jd‎ ‎mam‎ ‎pidniądze,‎ ‎słodkie‎ ‎ciastka‎ ‎kruszę, Jak‎ ‎pieniędzy‎ ‎nid‎ ‎mam,‎ ‎szewskie‎ ‎placki‎ ‎busze. Wszystko‎ ‎mi‎ ‎jedno‎ ‎i‎ ‎t.‎ ‎d. Jak.jd‎ ‎mam‎ ‎pidniądze,‎ ‎kardtom‎ ‎sie‎ ‎woże, Jak‎ ‎pidniędzy‎ ‎nid‎ ‎mam,‎ ‎na‎ ‎d‎ ‎sie‎ ‎płozę. Wszystko‎ ‎mi‎ ‎jedno‎ ‎i‎ ‎t.‎ ‎d. Jak‎ ‎jd‎ ‎mdm‎ ‎pidniądze,‎ ‎ide‎ ‎do‎ ‎Polera, Jak‎ ‎pidniędzy‎ ‎nie‎ ‎mam,‎ ‎tłucze‎ ‎mnie‎ ‎cholera. Wszystko‎ ‎mi‎ ‎jedno‎ ‎i‎ ‎t.‎ ‎d. Jak‎ ‎ja‎ ‎mdm‎ ‎pidniądze,‎ ‎puszczam‎ ‎smaczne‎ ‎dymki, Jak‎ ‎pidniędzy‎ ‎nie‎ ‎mam,‎ ‎gryzę*‎ ‎kawał‎ ‎prymki. Wszystko‎ ‎mi‎ ‎jedno‎ ‎i‎ ‎t.‎ ‎d. Jak‎ ‎jd‎ ‎mam‎ ‎pidniądze,.‎ ‎rosolisko‎ ‎tłuste, Jak‎ ‎pidniędzy‎ ‎nid‎ ‎mam,‎ ‎to‎ ‎ciupie‎ ‎kapustę. Wszystko‎ ‎mi‎ ‎jedno‎ ‎i‎ ‎t.‎ ‎d. 2‎. Nid‎ ‎masz‎ ‎ci‎ ‎to‎ ‎w‎ ‎lecie Jak‎ ‎murarzom‎ ‎panom, A‎ ‎jak‎ ‎przyjdzie‎ ‎zima, Biją(m)‎ ‎wszy‎ ‎pod‎ ‎ścianą. 3‎. Murarze,‎ ‎filuty, Z‎ ‎kutasami‎1‎)‎ ‎buty,
          1‎)‎ ‎Buty‎ ‎węgierskie.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 14.05.25, 11:24
          Z‎ ‎szewca. Święto‎ ‎szewskie‎ ‎=‎ ‎blaumontag.‎ ‎Jeden‎ ‎ksiądz‎ ‎miał syna,‎ ‎dał‎ ‎go‎ ‎do‎ ‎nauki‎ ‎do‎ ‎szewca,‎ ‎a‎ ‎u‎ ‎tego‎ ‎szewca‎ ‎był‎ ‎pies‎ ‎bar dzo‎ ‎zły;‎ ‎gdy‎ ‎chłopakowi‎ ‎raz‎ ‎dokuczył,‎ ‎zabił‎ ‎go.‎ ‎—‎ ‎Szewcy‎ ‎nie chcieli‎ ‎już‎ ‎mieć‎ ‎tego‎ ‎chłopaka,‎ ‎że‎ ‎im‎ ‎taką‎ ‎„zgarde‎u‎ ‎zrobił‎ ‎i‎ ‎wy pędzili‎ ‎go.‎ ‎Ksiądz‎ ‎sprosił‎ ‎szewców‎ ‎w‎ ‎niedzielę‎ ‎na‎ ‎obiad,‎ ‎na‎ ‎którym psa‎ ‎tego‎ ‎podano;‎ ‎szewcom‎ ‎potrawa‎ ‎ta‎ ‎bardzo‎ ‎smakowała.‎ ‎Gdy‎ ‎już. psa‎ ‎zjedli,‎ ‎pyta‎ ‎się‎ ‎ich‎ ‎ksiądz:‎ ‎„No!‎ ‎przyjmiecie‎ ‎teraz‎ ‎syna‎ ‎na- zad?‎u‎ ‎Szewcy‎ ‎wzbraniali‎ ‎się‎ ‎długo,‎ ‎ksiądz‎ ‎wtedy‎ ‎powiedział‎ ‎im, że‎ ‎kiedy‎ ‎psa‎ ‎zjedli‎ ‎i‎ ‎smakował‎ ‎im,‎ ‎to‎ ‎już‎ ‎mogą‎ ‎chłopca‎ ‎przyjąć napowrót.‎ ‎Szewcy,‎ ‎chociaż‎ ‎im‎ ‎smakował‎ ‎pies,‎ ‎zaraz‎ ‎zaczęli‎ ‎splu wać,‎ ‎a‎ ‎każdy‎ ‎z‎ ‎nich‎ ‎cały‎ ‎jeszcze‎ ‎poniedziałek‎ ‎usta‎ ‎płukał:‎ ‎stąd śmieją‎ ‎się‎ ‎z‎ ‎szewców,‎ ‎źe‎ ‎nie‎ ‎pracują‎ ‎w‎ ‎poniedziałek,‎ ‎bo‎ ‎muszą usta‎ ‎płukać‎ ‎po‎ ‎psie. Wyzwalanie‎ ‎szewców.‎ ‎Przy‎ ‎wyzwalaniu‎ ‎chłopaka‎ ‎na czeladnika,‎ ‎puszczano‎ ‎na‎ ‎twarz‎ ‎wyzwalającego‎ ‎się‎ ‎wesz‎ ‎na‎ ‎łańcu chy‎ ‎dopiero‎ ‎kiedy‎ ‎mu‎ ‎na‎ ‎brodę‎ ‎weszła,‎ ‎przystępowano‎ ‎do‎ ‎wyzwo- lin.‎ ‎Poprzednio‎ ‎wesz‎ ‎była‎ ‎uwiązana‎ ‎na‎ ‎złotym‎ ‎łańcuchu,‎ ‎ale‎ ‎pod czas‎ ‎powstania‎ ‎Moskale‎ ‎zabrali‎ ‎ją‎ ‎na‎ ‎„Szyberye“. Z‎ ‎chłopa. (Z‎ ‎szopki). „A‎ ‎skądeś‎ ‎ty,‎ ‎chłopie,‎ ‎chamie?‎u „Od‎ ‎Krakowa,‎ ‎mości‎ ‎panie‎w‎. „A‎ ‎eóz‎ ‎w‎ ‎tobie‎ ‎harda‎ ‎dusa, Nie‎ ‎uchylis‎ ‎kapelusa?‎u (Chłop‎ ‎na‎ ‎spowiedzi). „W‎ ‎imie‎ ‎Ojca‎ ‎i‎ ‎Ducha‎ ‎świętego“. „A‎ ‎gdzieżeś‎ ‎podział‎ ‎Syna?“ n‎A‎ ‎za‎ ‎kościołem,‎ ‎z‎ ‎wołem“. „A‎ ‎cóż‎ ‎ty‎ ‎pleciesz‎?‎u „Koszałki,‎ ‎opałki,‎ ‎mój‎ ‎dobrodzieju‎u‎. G...‎ ‎chłopu,‎ ‎nie‎ ‎zegarek,‎ ‎jak‎ ‎go‎ ‎nakręcić‎ ‎nie‎ ‎u‎ ‎mi. Z‎ ‎górala. Góral‎ ‎ma‎ ‎czarne‎ ‎podniebienie. Z‎ ‎żyda. Przysed‎ ‎Wojtek,‎ ‎siod‎ ‎sobie, Dał‎ ‎se‎ ‎wódki,‎ ‎pił‎ ‎sobie.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 15.07.25, 10:32
          Postać Pana Twardowskiego wzorowana jest prawdopodobnie na jednym z czarnoksiężników króla Zygmunta Augusta, Janie Twardowskim. Tenże miał rzeczywiście istnieć i przypisywane by mu było wywołanie ducha zmarłej Barbary Radziwiłłówny. Z kolei niektórzy badacze za pierwszą historyczną wzmiankę o Twardowskim uznają dokument znaleziony w Archiwum Diecezjalnym w Płocku z 1495 roku wspominający o czarnoksiężniku nazwiskiem Twardosky
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 15.07.25, 10:51
          Na pamiątkę wizyty Pana Twardowskiego w Bydgoszczy ufundowano jego figurę, która pojawia się w oknie jednej z kamienic na Starym Rynku codziennie, punktualnie o godzinie 13:13 oraz 21:13. Pan Twardowski ukazuje się przy akompaniamencie specjalnie na tę okazję skomponowanej muzyki, kłania się zebranym gapiom i macha do nich, po czym ze złowieszczo brzmiącym diabelskim śmiechem wraca do swego ukrycia za oknem.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 15.07.25, 11:24
          Według hipotezy Pantelejmona Juriewa (1904–1983, literat i dziennikarz), na powierzchni lustra znajdują się niewidoczne gołym okiem sztychy dwóch postaci – kobiety i diabła, rzut tego obrazu ma się ujawniać pod wpływem silnego strumienia światła
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 15.07.25, 14:20
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/0/05/Twardowski_mirror.jpg/500px-Twardowski_mirror.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 15.07.25, 14:31
          https://media.tenor.com/CVEq7pIhC5gAAAAM/marcel-czury.gif
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 18.07.25, 17:16
          Według innej legendy nadworny lutnista Bekwark wrzucił do stopu na dzwon srebrną strunę ze swojej lutni, czemu Zygmunt miał ponoć zawdzięczać swój piękny dźwięk
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 18.07.25, 19:36
          Jakiż orszak to wspaniały,
          Pod zamkowe mknie kolumny?
          Białych duchów zastęp biały,
          Cicho zbliża się do trumny.

          Tak ich wstaje wielu, wielu,
          Z pod grobowej swej otchłani...
          Ach! to nasi z pod Wawelu,
          Wodze, króle i hetmani!

          Płyną cienie te olbrzymie,
          Niby białych sznur gołębi,
          Męże — których samo imię,
          Wstrząsa duszę aż do głębi.

          Idą wielcy ci rycerze,
          Niosąc lauru liść na skroni:
          Bolesławy, Kazimierze,
          Dwaj Zygmunci Jagielloni.

          Niegdyś miecz ich z błyskawicy,
          Grzmiał po krańcach ich dziedziny;
          Tronem był im szczyt Łomnicy,
          A podnóżem Bałtyk siny...


          Po Czarnego morza piany,
          Nieśli berło namiestnicze,
          A u stóp im jak brytany,
          Legły kraje hołdownicze!

          Niegdyś oni Polsce klęli
          Wolność świętą... O! ohydo!
          Dziś po wiekach, starce bieli,
          Nad ojczyzną płakać idą...
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 20.07.25, 19:28
          Legenda o Uminie jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. W XIX wieku w zamku odnaleziono tajemniczy dokument - tzw. testament Inków, zapisany w kipu, tradycyjnym inkaskim systemie węzłów. Miał on wskazywać miejsce ukrycia skarbu, lecz jego treść pozostaje zagadką. Niektórzy twierdzą, że skarb wciąż spoczywa gdzieś w podziemiach zamku lub na dnie Jeziora Czorsztyńskiego, strzeżony przez nadprzyrodzone siły. Poszukiwacze skarbów, którzy próbowali go odnaleźć, często spotykali się z nieszczęściami - od wypadków po nagłe choroby. Czy to przypadek, czy klątwa Uminy działa do dziś?
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 20.07.25, 19:37
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/4/we/qa/9d27/2Bs9zyRCAg21atNZCX.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 20.07.25, 19:47
          https://img7.demotywatoryfb.pl//uploads/202210/1666475555_gq3iry_600.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 20.07.25, 20:01
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/8/83/Liw_zamek_1jg.jpg/363px-Liw_zamek_1jg.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 04.08.25, 14:37
          Niemal równie sławny jak ten pasterz z Bierawy był jego brat w Rudzie, znany wśród ludzi jako "Stary pasterz z Rudy”. Obaj byli z zawodu pasterzami, ale po tym, jak ich dominialna zwierzchność zrezygnowała z hodowli owiec, zwrócili się ku "sztuce leczniczej”. Nie ograniczali się w swojej praktyce do określonego obszaru, lecz leczyli wszelkie dolegliwości i choroby u ludzi i zwierząt.
          Każdy z nich miał własną metodę leczenia. Podczas gdy pasterz z Bierawy otaczał się tajemniczą aurą, jego kolega z Rudy witał swoich gości najpierw solidną moralną nauczką, ganiąc ich za złe prowadzenie się. Po tym jak wyjaśnił pacjentowi swoje stanowisko, zgadzał się na obejrzenie moczu przyniesionego w małej szklanej buteleczce i na tej podstawie podejmował swoje decyzje.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 04.08.25, 17:13
          W latach 90. XIX wieku w Pietrowicach Wielkich w powiecie raciborskim był również "cudotwórca”; chociaż był byłym pasterzem, leczył bardziej na sposób słynnego wtedy "doktora Asta”, zazwyczaj na podstawie badania moczu. Miał wielu pacjentów.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 04.08.25, 17:22
          Tłuszcz z zająca jest od dawna znanym i popularnym domowym środkiem na wrzody, stosuje się go na rany ropiejące, służy także do usuwania wbitych pod skórę drzazg i kolców. Kłusownicy i myśliwi używali go do leczenia ran postrzałowych, które często doznawali podczas wykonywania swojego nocnego rzemiosła od strażników leśnych.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 04.08.25, 18:54
          U różnych uczestników procesji pielgrzymkowych, które powracały z Annabergu do Wójtowej Wsi i Ostropy k. Gliwic, widziano pęczki pospolitych górnośląskich ziół leczniczych, takich jak dziewięćsił. Ta roślina jest używana przez ludność wiejską jako środek leczniczy do obkadzania na choroby zwierząt, zwłaszcza na paraliż lędźwiowy (w języku śląskim zwany "postrzół”) u krów i choroby zołzy u koni.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 04.08.25, 19:05
          Oman łąkowy (Inula britannica) i rudbekia (Rudbeckia laciniata L.) są często sprzedawane pod nazwą "arnika”. Korzenie tataraku (Acorus calamus) i łodygi świerząbka (Chaerophyllum aromaticum L.) używane są jako środki lecznicze (do przygotowania kąpieli) na wycieńczenie u małych dzieci. Z jałowca (Juniperus communis) kupuje się niebieskie jagody, a z brzozy zdarte liście i stosuje jako środki lecznicze na reumatyzm.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 04.08.25, 20:47
          W 1359 roku Elżbieta poślubiła Władysława Białego, potomka Konrada Mazowieckiego.
          Przyszły mąż, który był księciem kujawskim, zabrał Elżbietę do stolicy swojego księstwa w Gniewkowie.Książę Albert wiązał, jak się wydaje spore nadzieje z tym małżeństwem, o czym przekonuje fakt, że zabiegał o uznanie przyszłych wnuków za swoich sukcesorów.
          Niestety zły los przerwał ich wielkie uczucie. 9 marca 1360 roku w niewyjaśnionych okolicznościach córka księcia Alberta zmarła.
          Książę Władysław nie mógł znieść tej straty. W akcie rozpaczy postanowił, że już nigdy więcej się nie ożeni, po czym sprzedał swoje ziemie królowi Kazimierzowi III Wielkiemu i wstąpił do zakonu. Pod mnisim kapturem pielgrzymował po świecie, służył w opactwach benedyktyńskich i cysterskich, by ostatecznie ponownie wrócić do kraju i starać się o koronę.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 30.08.25, 09:29
          Legenda o utopcu i jego córkach – najbardziej znana legenda związana z Boronowem, stosunkowo często pojawiająca się w prasie i opracowaniach. Według legendy w stawie, który do II wojny światowej znajdował się przy kościele, miał zamieszkiwać utopiec wraz ze swoimi córkami. W legendzie jest mowa o tym, że dwie młode panny przychodziły do położonej też w pobliżu stawu karczmy (knajpy), lecz przed północą musiały ją opuszczać. Jednak, jak dalej opisuje to legenda, obie panny pewnego razu pozostały dłużej i następnego dnia na powierzchni stawu widoczna była tylko krwawa piana.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 30.08.25, 23:40
          Inna opowieść ludowa mówi, że w pobliżu miejsca na którym wybudowano kościół Świętej Trójcy odkryto wcześniej źródło z uzdrowicielską wodą. Juliusz Ligoń wspomina o tym w jednej ze strof swego wiersza: W kapliczce jest studzienka, w niej wodziczka święta, uzdrawiająca ludzi, także i bydlęta
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 30.08.25, 23:52
          Słońce stało już na południu i ludzie rozchodzili się powoli do domów. Także kupce udali się do zajazdu, aby przygotować się do dalszej podróży. Tylko Wincenty myślał, modlił się i myślał. Ściemniało, zapadła kolejna noc i zaświtał poniedziałkowy poranek. Kupcy ruszyli w dalszą drogę do innych miast, a może i do obcych krajów. Przystanęli jeszcze u źródła pod dębem, pożegnali cudowne koszęcińskie miejsce i pojechali. Po drodze będą znów opowiadać napotkanym ludziom miast i wsi, co widzieli i co przeżyli w Święto Wielkanocne w Koszęcinie. Wincenty przetrwał całą noc na modlitwie. Postanowił, że od jutra rozpocznie budowę świątyni. Przez następne dni i tygodnie wozili drewno na wzgórze „Żydowina”. Ale co dzisiaj zawieźli, następnego dnia zobaczyli w dolinie pod dębem. Podobno niektórzy ludzie widzieli, jak duży rak przetaczał nocą ogromne pnie drewna z góry na miejsce pod dębem. Ale nie mogli nic zrobić, rak był nieuchwytny. Opowiadają także ludzie, że pewnej księżycowej nocy zapolowano na intruza, ale ucięto mu jedynie czubek ogromnego pazura, który do dzisiejszego dnia można oglądać w kościele Świętej Trójcy. Bezradny lud postanowił, że kościół musi stanąć na świętym miejscu. Zasypano staw i rozpoczęto budowę. Cieśle w pocie czoła ciosali ogromne bele drewna, a budowla rosła i rosła. I stanął kościół cudowny i wspaniały, calusieńki z drewna. Stanął przed wiekami i stoi do dziś i będzie stał następne wieki.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 31.08.25, 11:14
          Niedaleko Toszka wznosił się kiedyś wiatrak, do którego wszyscy przyjeżdżali po mąkę na żur. Ale młynarz nie miał łatwego życia. Nocami wciąż przychodził do niego pewien diabeł i płatał mu różne figle: a to rozdmuchał mąkę, a to worki przedziurawił, zawsze coś napsocił. Pewnego razu koło młyna przechodził Cygan z niedźwiedziem na łańcuchu. Cygan poprosił młynarza, żeby mógł przespać u niego jedną noc. Młynarz pozwolił, a Cygan zabrał ze sobą do izby również niedźwiedzia. Traf chciał, że właśnie tej nocy znowu zjawił się diabeł. Jak tylko otwarł okno, leżący pod nim niedźwiedź zaczął ryczeć i nagle ukazał się diabłu w oknie. Diabeł tak się przeląkł, że uciekł i nie pokazywał się przez calutki rok. Dopiero po tym czasie wrócił i zaraz na wstępie spytał młynarza, czy ma jeszcze tego strasznego kota. Sprytny młynarz powiedział, że owszem. Właśnie ostatnio kot okocił się i ma kilka młodych, które są jeszcze gorsze od tego starego. Od tego czasu diabeł już nigdy nie zjawiał się koło starego wiatraka, a ludzie długo jeszcze przychodzili do młynarza po mąkę na dobry śląski żur.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 31.08.25, 11:41
          Zemsta utopców

          Utopce to istoty żyjące w wodzie, które topią pijaków. Pewną historię opowiedział mi dziadek.
          Dawno temu przy stawie w Bojszowie stał młyn. Jego właścicielem był zamożny mężczyzna. Któregoś dnia przyszła do niego staruszka, która z powodu biedy prosiła o mąkę na chleb. Mężczyzna nie chciał jej nic dać i poszczuł ją psami. Te zagryzły kobietę na śmierć.
          Mężczyźnie wpadły narzędzia do stawu. Schylił się, aby je wyłowić, gdy wciągnęły go utopce pod wodę.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 31.08.25, 13:53
          Połednica na pańskiem

          Jest legenda związana z połednicą, która mówi, że pod Chmielnikiem na pańskim młoda matka pomagała przy żniwach. W czasie godzinpołudniowych przerywano pracę, modlono się na Anioł Pański i spożywano posiłek. Kobieta ta nie zdążyła wykonać zadanej pracy i pracowała w południe. Spotkała ją sroga kara. Połednica porwała jej dziecko, którego nigdy już nie znalazła.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 31.08.25, 14:25
          Złota Kaczka z Toszeckiego Zamku

          Czy wiecie, że w podziemiach zamku w Toszku do dziś spoczywa ukryty skarb? Jest to drogocenny kosz ze złotą kaczką, która siedzi na jajkach wypełnionych prawdziwymi dukatami. Ze skarbem tym wiąże się historia sprzed prawie dwustu lat.
          W tym czasie na toszeckim zamku panował hrabia Leopold Gaschin. Właśnie ożenił się on z piękną Gizelą – panną z pobliskiego dworu – i przywiózł młodziutką żonę do swojego domu. Jak mocno zabiło serce Gizeli, gdy ujrzała toszecki zamek! Wydał jej się ogromny i potężny ze swoimi grubymi murami i czterema wieżami, sięgającymi wysoko w niebo. To miał być jej nowy dom.
          Wkrótce jednak młoda hrabina poczuła dziwny smutek. Zamkowy dziedziniec był pusty i cichy! Zatęskniła za gwarem i śmiechem, który rozbrzmiewał na podwórzu jej rodzinnego dworu. Przypominała sobie wesołe zabawy z siostrami i karmieniem hałaśliwego, rozbieganego ptactwa. Hrabia Leopold zauważył, że jego żona posmutniała i domyślił się, jaka jest tego przyczyna. I oto kilka dni później pojawił się w jej komnacie, przynosząc drogocenny podarunek – kosz ze złotą kaczką. Gizela ucieszyła się ze wspaniałego daru; poznała, jak bardzo troszczy się o nią mąż. Obiecała mu strzec kaczki jak oka w głowie.
          Od tej pory życie na toszeckim zamku płynęło spokojnie i szczęśliwie. Młodzi państwo Gaschinowie lubili gości, często urządzali bale, które trwały długo w noc. W czasie jednej z takich nocy wydarzyło się nieszczęście. Gdy zmęczeni goście położyli się spać, w zamku wybuchł pożar. Ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko, odcinając przerażonym ludziom drogę ucieczki. Hrabina Gizela obudziła się, słysząc trzask walących się ścian i głośne krzyki. Na ratunek jednak było za późno. Kiedy otworzyła drzwi, na korytarzu ujrzała stos płomieni. Na szczęście przypomniała sobie o podziemnych korytarzach, którymi można było wydostać się z zamku. Niewiele myśląc, chwyciła złotą kaczkę i otworzyła ukryte drzwi do podziemi. Biegła szybko przed siebie, przerażona panującą wokół ciszą i ciemnością. W końcu zupełnie zgubiła drogę i błąkała się w labiryncie korytarzy. Zmęczona i ledwo żywa, schowała kaczkę w małej niszy przy jednym z podziemnych przejść, a sama powoli posuwała się dalej. Wreszcie na końcu ujrzała niewyraźne światło. Wyjście! Gizela ostatkiem sił wydostała się z podziemi. Zobaczyła nad sobą ciemne, rozgwieżdżone niebo. A więc to jeszcze noc – pomyślała i nieprzytomna upadła na ziemię. Po kilku godzinach Gizelę znalazła zamkowa służba. Jednak hrabina już nie żyła.
          Zgodnie z legendą, złotą kaczkę odnajdzie człowiek o imieniu Piotr, który zejdzie do podziemnych korytarzy w niedzielę wielkanocną i wypowie zaklęcie. Wówczas też toszecki zamek powstanie z gruzów i powróci do dawnej świętości. Tak jak przed wiekami, będzie dumnie górował nad okolicą.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 31.08.25, 14:36
          O diable co się z księdzem zakładał

          W Olszynie ciemną nocą, gdy księżyc złowrogie rzuca cienie, koło Diabelskiego Kamienia usłyszeć można łańcuchów brzęczenie. Niech tam się uda, kto odważny i ciekawy, ale przestrzegam – diabelskie tam się dzieją sprawy! Głaz ten od lat w Olszynie się znajduje. Wielki, jakich mało. I wiele legend przez ten czas o nim powstało. Jedną z nich opowiedzieć wam koniecznie muszę. Mówi ona o zakładzie księdza z samym diabłem o duszę.
          Otóż diabeł z księdzem się założył, tak dawna wieść niesie, że nim ksiądz mszę świętą uroczyście odprawi, to on kamień z Góry Świętej Anny na Jasną Górę przeniesie. Diabeł już ręce zacierał, wierząc w swą czarcią sztuczkę, ale ksiądz go przechytrzył. Odprawił tylko trzy podstawowe części mszy i wygrał, dając diabłu dobrą nauczkę. Tak diabeł zakład przegrał. Wściekł się – ze złości diabeł słynie – i podrzucił wielki kamień właśnie tu w Olszynie. Sprawka to nieczysta samego czarta – złego ducha, podobno zobaczyć można na kamieniu wciąż ślady łańcucha. Bo diabeł kamień obwiązał mocnym łańcuchem, nie sznurem, aby go przenieść szybko z Góry Świętej Anny na Jasną Górę.
          Ponoć w bardzo ciemną noc, gdy księżyc chowa się za lasem, można, stojąc przy kamieniu, usłyszeć czasem chrzęst łańcuchów i diabła zębów zgrzytanie. Może lepiej wtedy tam nie chodzić! Nikt nie wie, co się stanie! Diabeł ze złości czarciej mocy woła, bo chce dotrzeć z kamieniem do pobliskiego kościoła. To tylko legenda, ale jak to w legendzie bywa, podobno każda z nich małą cząstkę prawdy skrywa.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 31.08.25, 14:53
          Hrabia Ballestrem i Kochcice

          Miejscowa legenda głosi że hrabia Ballestrem, poszukując na Śląsku miejsca na osiedlenie się, zawędrował w okolice Lublińca. Kraina otaczająca go wydała mu się piękna i zasobna.
          Postanowił dokładnie ją poznać i pewnego razu podczas konnej przejażdżki zabłądził w lesie. Długo szukał drogi powrotnej, aż w końcu dotarł do starej chaty, gdzie serdecznie go ugoszczono i zaproponowano nocleg. Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, wyszedł na przechadzkę. Za małym zagajnikiem ujrzał dwa stawy, a na nich śnieżnobiałe łabędzie. Ptaki majestatycznie sunęły po połyskującej w świetle słońca ognistej wodzie. Widok łabędzi do tego stopnia urzekł młodego hrabiego, że postanowił właśnie tutaj zamieszkać. Postanowił, że herbem jego posiadłości zostanie śnieżnobiały łabędź na tle niebieskiej wody – symbol szczęścia, zadowolenia i dostatku.
          Po dziś dzień herb jest symbolem Kochcic.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 31.08.25, 15:06
          Wierny pies (wersja w gwarze śląskiej)

          Piyrwyj kole Toszka rosły gynste lasy bogate we zwierzyna. Jedyn ze ksi?nż?nt opolskich wybroł sie do tych bor?w na g?n. G?n sie udoł, służba znosiyła już ubite sorniki i chazoki. Wszyjscy radzi byli, bo miynsa styknie na dugo. Ksi?nże urobi?ny g?nem legnył sie miyndzy paprocie, pod brzimym i usnył. Wachowoł przi nim pies.
          Narozki ze młodnika pokazoły sie dwie dzike świnie i kalupym pogoniyły na ksiyńcia. We służba keby pieron szczel?ł. Niy wiedzieli, co pocz?ńć. Yno wierny pies skocz?ł i ciepn?ł sie na dzike świnie. Larmo ôbudziyło ksiyńcia.
          Pogryzione świnie uciykły do lasa, a pokwawiony pies doczołgoł sie do pana i umrzył mu na rynkach. Pon poślimtoł sie nad swojim psym — kamratym, z kerym bawi?ł sie jeszcze za bajtla. Pochowali psa na polance pod brzimym, kaj ksi?nże się zdrzymn?ł. Jak pan przyijechoł nazod ze g?na, kozoł we lesie wybudować z?mek i osada Toszek — to skuli tego, że take miano mioł jego wierny pies.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 31.08.25, 15:16
          https://media.tenor.com/8yMrP1Cs7ykAAAAM/ninjala-ninjala-season6trailer.gif
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 19.09.25, 13:38
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/c/cf/POL_Babienica_COA.svg/250px-POL_Babienica_COA.svg.png
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 19.09.25, 23:48
          Krzyż z dzwonnicą. Legenda mówi, że zaraz po poświęceniu dzwon zyskał cudowną moc odpędzania nawałnic i klęsk żywiołowych. Pewien urzędnik chciał, by dzwon zadzwonił przy pogrzebie jego córki i prawdopodobnie od tego czasu dzwon stracił swą moc.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 22.09.25, 19:31
          Także inna, starsza pieczęć gminna Babienicy powiązana jest
          z prastarym lokalnym podaniem. Godło pieczęci ukazuje stojącą postać
          kobiecą, która w rękach trzyma kłębek nici. Właśnie tenże kłębek przędzy,
          tak zwana babia nić nawiązuje do legendy, która głosi o tym, że:
          „Bardzo dawno temu Babienica słynęła z wyrobu przecudnych tkanin,
          a wszystko za sprawą przędzy i nici, które wyrabiała jedna z miejscowych
          kobiet. Pewnego dnia kobieta ta opuściła z niewiadomej przyczyny wioskę
          i nikt już nie potrafił wytwarzać tak barwnej i delikatnej nitki. Rzemiosło
          upadło, a o świetności Babienicy i słynących jej tkanin świadczyła tylko
          pamięć o kobiecie umieszczonej na starym tłoku gminnej pieczęci.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 22.09.25, 19:39
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/9/9f/Wo%C5%BAniki_location_map.png/500px-Wo%C5%BAniki_location_map.png
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 22.09.25, 19:48
          https://media.tenor.com/maY0Nqzmda0AAAAM/swan-couple.gif
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 22.09.25, 20:18
          O nadzwyczajnej sile cielesnej jednego z przodków hrabi Gaszynów na
          Żyrowej pod Górą Chełm w powiecie wielko strzeleckim, w przeszłym
          stuleciu zmarłego, wspomina w odległych okolicach lud bardzo wiele, na
          przykład był on w stanie szynę żelaza człowiekowi o szyję niby powróz
          owinąć, powóz z czterema końmi, w najSpieszniejszym pojeździć za koło
          go chwytając, zatrzymać; na każdej wyciągniętej ręce trębacza trąbiącego
          utrzymać, furę z drzewem przez niską chałupę przerzucić.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.09.25, 10:58
          Dawna kolonia powstała w okresie kolonizacji fryderycjańskiej na
          obszarze dóbr dominialnych Lubszy, obecnie w składzie sołectwa Piasek.
          Pierwotna nazwa osady: Schonbrunn - piękne źródło, odnosiła się do
          istniejącego po dziś dzień źródła znajdującego się na skraju osady, pod
          lasem. Nazwę Smolana Buda przyjęła w XIX wieku, w nawiązaniu do
          zajęcia części mieszkańców wypalających węgiel drzewny do znajdujących
          się w okolicy zakładów hutniczych oraz pozyskujących w trakcie tego
          procesu smołę.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.09.25, 11:07
          https://media.tenor.com/765wQ_mYuWQAAAAM/flooding.gif
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.09.25, 11:19
          O warzeniu soli w Psarach
          Na ziemiach śląskich wydobywano różne minerały; brakowało tylko
          soli, która dawniej sprowadzano z Bochni i Wieliczki. Transportowano ja
          szlakami handlowymi od Bochni i Wieliczki przez Kraków - Bytom -
          Opole - Wrocław lub Olkusz - Siewierz - Woźniki - Lubszę - Lubecko -
          Oleśnicę - Wrocław i dalej na Zachód. Wysokiej ceny soli powodowały
          jedna, że poszukiwano jej usilnie także i na Górnym Śląsku.
          W Psarach niedaleko Woźnik, była łąka zwana Solamią. Jak zanotował
          Józef Lompa, starzy ludzie powiadali, że było tam źródło słonej wody, którą
          wydobywano a następnie warzono i sól z niej otrzymywano.
          •••
          O pół mili dalej na zachód jest zaś łąka tegoż imienia, o której to samo
          mówią.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.09.25, 11:38
          O Starczy, Własnej i zbudowaniu Rudnika
          Wioski teraz w Królestwie Polskim, jako to Starcza, Własna, Mały i Wielki Rudnik, należały kiedyś do Szląska, do parafii Lubszeckiej. Jeden z biskupów krakowskich kupił je i wcielił do swego Męstwa siewierskiego.
          •••
          Księstwo [siewierskie], nad granicą Bytomia i Woźnik położone,
          należało po oddzieleniu Śląska od Polski do księstwa cieszyńskiego,
          którego właściciele z pokolenia Piasta już w czternastym wieku
          w hołdownictwie Korony Czeskiej przeszli byli. Książęta cieszyńscy, jako
          i inni Piastowie, frymarczyli darowiznami i przedawaniem swoich włości.
          Na ten sposób nabył biskup krakowski księstwa Oświęcim, Zator
          i Siewierz. Siewierskie sprzedał Wacław na Cieszynie roku 1443, za cztery
          tysiące dukatów, biskupowi krakowskiemu imieniem Zbigniew. Gdy zaś przedawca tylko to sprzedać mógł, co jego było, zostało najwyższe
          zwierzchnictwo Koronie Czeskiej, które następnie na króla pruskiego
          przeszło, lecz biskupi krakowscy tej uznać nie chcąc, samowładnymi
          panami kraju tego się uważali i ku temu w dawniejszym czasie od państwa
          Lubsze i Woźnik kilka mil kwadratowych nabyli, a nawet roku 1632, na
          tymże gruncie, wieś Rudnik wystawili.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.09.25, 11:46
          https://media.tenor.com/KR9RFAekebAAAAAM/water-waterfall.gif
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.09.25, 12:01
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/4/46/G%C3%B3ra_Grojec_2007_04.jpg/500px-G%C3%B3ra_Grojec_2007_04.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.09.25, 12:22
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/2/2a/G%C3%B3ra_Grojec_dewastacja.jpg/330px-G%C3%B3ra_Grojec_dewastacja.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.09.25, 12:31
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/6/67/Babienica_kaplica_2007.jpg/250px-Babienica_kaplica_2007.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.09.25, 12:44
          Chodniki podziemne w Psarach
          Legendy wspominają także o tajemniczych podziemnych gankach
          prowadzących z Grójca do Psar, z Grójca do kapliczki w Babienicy, stojącej
          przy drodze prowadzącej do Kamienicy Śląskiej a także o podziemnych
          przejściach z Grójca do Woźnik, którymi to w czasie najazdu tatarskiego
          mieli udać się w okolice dzisiejszego kościółka św. Walentego obrońcy
          Grójca, późniejsi założyciele osady w Woźnikach.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.09.25, 12:55
          Ten lubszecki zamek stoi tam w dolinie
          Stoi tam kochanka, nie wiem, co jej.
          Płacze ona, płacze swojej urody,
          Miała złoty wianek, wpadł jej do wody
          Nie płacz, ty dzieweczko, stoję ja ci zoń,
          Mam ja dwóch labantów, popłyną ci poń.
          Wionek tynie, labąt płynie do samego dna
          Jezuś ty wionecka, dziewecko, niegodna.
          Jam ci go godna, ale go ty nic
          Darmo mie, złodzieju, darmo zwodzis.
          Ziołko moje ziołko, kiejbych cie znała
          Wszystkich bych młodzieńców poczarowała.
          Jeno jednego bych se szanowała,
          Cobych jo go sobie miłowała
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 00:15
          https://media.tenor.com/8yMrP1Cs7ykAAAAM/ninjala-ninjala-season6trailer.gif
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 09:25
          Tajemnicze światełko wskazuje miejsce powstania kościoła
          w Kamieńskich Młynach
          Wśród mieszkańców Kamieńskich Młynów, Huty Karola i Lubszy krąży
          wiele powiastek o Wawrzyńcu Badurze, pochodzącym z Kamieńskich
          Młynów krawcu, mieszkającym u swego brata w Lubszy. Byli tacy, którzy
          przypisywali „staremu Lorencowi” zdolności przepowiadania późniejszych
          wydarzeń. Miedzy innymi, on to od młodych lat, późną porą, wracając do
          domu „na Młynach” czy to z lubszeckiego kościoła, bądź od swojej rodziny
          w Lubszy, pieszo, przez Graniczną Górę, widywał w oddali dziwne
          migotanie palącego się światła. Widywał je wielokrotnie, zawsze jednak w
          tym samym miejscu. Okazało się, że tam to stała stara, nieczynna już od lat
          karczma. Nieznane są już dzisiaj przesłanki jego stanowczego twierdzenia,
          że w tym to miejscu, długoletnim siedlisku grzechu a niejednokrotnie
          i występku, zbudowany zostanie dla mieszkańców Kamieńskich Młynów,
          Huty Karola i Pakuł, katolicki kościół.
          Po kilkudziesięciu latach, ks. Michał Brzoza, ówczesny proboszcz
          w Lubszy wykupił zabudowania karczmy. Początkowo, sporadycznie
          odbywały się tam nabożeństwa, zaś po latach, mimo sprzeciwu władz, na
          miejscu starej karczmy stanął nowy kościół.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 09:38
          Klątwa proboszcza powodem tragedii
          W drugiej połowie XVIII wieku proboszczem w Woźnikach został
          pochodzący z Sośnicowic ks. Fulgenty Udricki, który nominację otrzymał
          wprost od samego papieża. Nie znał dobrze języka polskiego, więc nie
          umiał za bardzo znaleźć wspólnego języka ze swymi parafianami.
          Jak lud sobie opowiada, pod koniec swego urzędowania miał proces
          sądowy z władzami miasta, który przegrał. Rozgoryczony i w poczuciu
          doznanej krzywdy miał wówczas na miasto zwołać zemstę Bożą.
          Zmarł w 1795 roku. Po jego śmierci, w sierpniu 1798 roku miasto
          zgorzało całkowicie
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 09:49
          „Koci stok” - niezamarzające źródło
          Nigdy niezamarzające źródło, „Kocim stokiem ” zwane, znajduje się
          w parafii lubszeckiej, w powiecie lublinieckim, w bliskości osady Pakuły
          nad granicą polską, nader smaczną wodę wydawające. Powiada lud, gdy
          chory tej wody zażąda, już nie ozdrowieje.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 10:03
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/2/26/Boron%C3%B3w_mapa_XIX_wiek.jpg/500px-Boron%C3%B3w_mapa_XIX_wiek.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 10:16
          Jak szewca obrażono w kościele
          Wśród zachowanego w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek
          w Dębicy tak zwanego archiwum literatury Edmunda Bojanowskiego,
          pomiędzy zgromadzonymi tam także rękopisami Józefa Lompy, znajduje
          się manuskrypt: “Piosneczki i rozmaitości górnoszląskie zebrane w maju
          1842 roku p. J. Lompę”. Lompa zanotował tamże tekst pastorałki, która
          miała być śpiewana w okresie bożonarodzeniowym w lubszeckim kościele
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 10:29
          Krzyż na Górce” w Ligocie 141
          Na północnym skraju Ligoty, przy drodze prowadzącej w kierunku
          Kamieńskich Młynów i Pakuł, znajduje się wzniesienie, potocznie zwane
          “Górką”. Tam też na tej “Górce” od niepamiętnych czasów stał krzyż,
          a jeżeli był czas i warunki atmosferyczne nie pozwalały na dłuższe trwanie,
          w miejsce jego stawiano nowy. Tak też było między innymi w roku 1912.
          Wśród społeczności lokalnej Ligoty utrzymuje się, że w tym to miejscu
          znajduje się cmentarzysko choleryczne, na którym to miejscu grzebano
          ofiary głodu i epidemii, w przeszłości dziesiątkujące ludność Górnego
          Śląska.
          „Jeden z mieszkańców na swym polu budował dom. Jego pole od łąki
          z krzyżem przedziela droga, dziś ul. Karola Miarki. Kopiąc fundamenty,
          natknął się na szkielety ludzkie. Sąsiedzi radzili pochować szczątki pod
          krzyż. On jednak zlekceważył rady i zakopał szczątki pod wiśnią rosnącą
          obok budującego się domu. Po wielu latach zrywając owoce wiśni, spadł
          ów gospodarz (z drzewa) tak nieszczęśliwie, że poniósł śmierć na miejscu
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 10:38
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/7/71/Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_Miotek_%28kalety%29971.jpg/500px-Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_Miotek_%28kalety%29971.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 11:03
          Kapliczka św. Jana Nepomucena w Hucie Karola
          Niemal nad samą starą granicą Śląska, stoi niewielkich rozmiarów
          słupowa kapliczka, w której w oszklonej wnęce umieszczona jest figura
          czeskiego świętego, Jana z Nepomuka. Święty Jan chronił mieszkańców
          okolicznych wiosek, położonych tak po śląskiej jak i po polskiej stronie przed powodziami. Jak informuje umieszczona na szczycie
          gontowego daszku metalowa chorągiewka, kapliczkę wzniesiono
          w początku osiemnastego stulecia, kiedy nie było jeszcze pobliskich
          wiosek: Pakuł i Huty Karola.
          Stare podanie głosi, że od dawien dawna, właśnie w tym miejscu, przy
          tejże kapliczce spotykali się księża z okolicznych parafii i tam wyznawali
          swe grzechy. Wyznawali je przed specjalnie w tym celu sprowadzanym
          spowiednikiem, jak i przed świętym Janem ze starej kapliczki. Jak głosi
          tradycja, Święty Jan Nepomucen poniósł śmierć w nurtach Wełtawy za
          dotrzymanie tajemnicy spowiedzi.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 11:44
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/wCHSOxSkO8rqKkN3X.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 11:59
          „(...) spośród różnego rodzaju istot demonicznych wywodzących się z dawnych wierzeń przedchrześcijańskich, najsilniej zachowały się relikty wspomnień o istotach demonicznych zwanych topielcami, topcami lub też niekiedy diabłami wodnymi. Istoty demoniczne tego typu znane były na całym niemal terenie Słowiańszczyzny. (...) Wieloznaczna nazwa topielca może sugerować, że za tego rodzaju istoty demoniczne uważane były duchy ludzi, którzy ponieśli śmierć przez utonięcie, prawdopodobnie jednak w dawnych czasach rozróżniano dwie kategorie istot demonicznych zamieszkujących odmęty wodne, a więc tzw. diabły wodne, istoty wyjątkowo złe i złośliwe, które starały się łowić kąpiących, a nawet wciągać osoby zbliżające się do brzegów rzek, jezior lub nawet bagien, oraz ich ofiary, które stawały się topielcami niższego rzędu"[
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 12:15
          Utopek w Wyngrodziu
          W nieodległej od Tarnowskich Gór Lubszy, w dawnych czasach, tam
          gdzie dzisiaj znajdują się łąki, zbudowane były groble pełne ryb. W nich to
          pewnego razu na dobre zagościł utopek. Na przebiegającej przez groble
          drodze rozpoczął polowanie na tych, którzy idąc z lubszeckiego kościoła do
          Ligoty, zamiast z błogosławieństwem do domu, wstępowali do żyda na
          sznapsa. Trwało to dobrych kilka lat, aż wytępił wszystkich trunkowych.
          Gdy ich zabrakło zabrał się za rybaków. Ci przestraszeni pospuszczali
          z grobli wodę. Spłynęły ryby, wyniósł się w końcu i utopek a po groblach
          pozostał tylko ślad w postaci nazwy drogi „Wyngrodzie ” , czyli prowadzącej do grodzi.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 12:31
          Utopek w Zielonej
          Powiada lud, ze tam przez wieś Zieloną [topiełek, norek] przechodzi,
          gdzie go niektórzy już, jako chłopczyka w czerwonym ubiorze po rzece
          przechodzić, a nawet nad jej brzegiem spać widzieli.
          •••
          Gdzieś w pobliżu Woźnik, na jakimś potoku czy rzeczce, był głęboki
          dół - ploso. Mieszkał tam utopiec o wyglądzie małego chłopca, ubranego
          w czerwony strój. Od czasu do czasu wychodził ze swej kryjówki i wodą
          wędrował aż do stawu w Zielonej. Gdy ktoś go ujrzał, był to znak, że
          w niedługim czasie w tym miejscu znajdzie się topielec
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 19:00
          Kappa lub kawatarō – japoński złośliwy demon wodny.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 19:08
          Popularne japońskie powiedzenie kappa no kawa-nagare oznacza „każdy może się pomylić” (por. pol. koń ma cztery nogi i też się potknie).
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 19:13
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/9/96/Kappa_water_imp_1836.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 19:20
          Wodnik topił przeprawiające się przez rzekę zwierzęta, a także ludzi wykazujących szczególną niefrasobliwość (nieostrożnych amatorów kąpieli, zwłaszcza kąpiących się nocą) lub wykazujących brak poszanowania dla akwenu zamieszkiwanego przez wodnika[6]. W opowieściach ludowych wodnik jawi się jako postać, którą łatwo zirytować i rozgniewać lub też czyniącą różne (zazwyczaj złośliwe) psoty. Prowokował ludzi rozwieszając na trzcinach kolorowe wstążki i świecidełka. Swoje ofiary wciągał na dno, choć czasami zadowalał się tylko nastraszeniem kąpiącego się przez podtopienie. Tonący wówczas znajdował się całkowicie w rękach wodnika i jego ratunek mógł za sobą pociągnąć więcej ofiar. Stwory mogły też dusić ludzi, dając się przemycić na przykład w worku z piaskiem lub gliną.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 19:26
          Z wiarą w wodniki związany był zakaz kąpieli przed Nocą Kupały, po której to kąpiel stawała się stosunkowo bezpieczna. W późniejszym okresie nadano temu symbolikę chrześcijańską – wówczas to św. Jan miał „chrzcić” wszystkie wody, przez co duchy wodne miały stawać się mniej agresywne
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 19:36
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/6/65/Praha%2C_Festival_ledov%C3%BDch_soch_2016%2C_R%C3%A1kosn%C3%AD%C4%8Dek.jpg/500px-Praha%2C_Festival_ledov%C3%BDch_soch_2016%2C_R%C3%A1kosn%C3%AD%C4%8Dek.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 19:45
          Z bałtycką teorią pochodzenia anczutki polemizuje Rolandas Kregždys, wskazując na to, że deminutywna funkcja sufiksu -utka, po pierwsze, nie zawsze ma pokrycie w przykładach z języka rosyjskiego, np. aniutka (mała rybka) nie ma konotacji pejoratywnych. Po drugie przyrostek ten nie zawsze wskazuje na mały rozmiar istoty (np. kozutka – koza). Pod kątem analizy morfologicznej ewolucja etymologiczna wyrazu „anczutka” zaczyna się od bazowego wyrazu anczut (czart), którego pochodzenie wywodzi się podobnie, jak inne słowa kategorii sił nadprzyrodzonych: buka – potwór, którym straszono dzieci, także niedźwiedź, bukań – człowiek podobny do buki, bukanka – domowik, także niechlujna kobieta. Biorąc pod uwagę tabu w języku rosyjskim, wyrazy tej grupy kształtują wypowiedzi w podobny sposób, np.: nie przeklinaj na noc, bo się przyśni anczutka – mówienie słowa czort jest grzechem
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 19:55
          Wyraz „anczutka” został poświadczony w drodze badań nad dialektami języka rosyjskiego – głównie w zachodniej i północno-zachodniej części współczesnej Rosji (tj. w centralnej europejskiej części dawnego Imperium Rosyjskiego). Granice jego występowania zakreślają linie współczesnych miast:
          od północy Psków–Twer–Uljanowsk,
          od wschodu Uljanowsk–Orenburg–Saratów. Najdalej wysuniętym na wschód miastem, gdzie odnotowano występowanie „anczutki”, jest Tobolsk,
          od południa Orenburg–Saratów–Woroneż, ale „anczutkę” poświadczono też w gruzińskim Tbilisi,
          od zachodu Psków–Smoleńsk–Orioł, dochodząc do wschodnich rubieży Ukrainy na linii Czernihów–Połtawa
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 20:44
          Domowik, domownik, domowy, domowoj – znany na Rusi duch opiekuńczy domu. Strzegł domu i obejścia, pomagał w codziennych pracach, troszczył się także o zwierzęta gospodarskie. Utożsamiano go z duchem dawnego gospodarza domu.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 23:39
          Bannik (ros.), łaźnik, łaziennik (biał.) – wschodniosłowiański demon władający łaźnią. Bannik był zasadniczo wrogi wobec ludzi i mógł utopić kąpiących się.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.09.25, 23:46
          Nazwa kikimora pojawia się w opowiadaniach Andrzeja Sapkowskiego z cyklu o Wiedźminie a także w adaptacjach tej serii, gdzie oznacza bagiennego potwora podobnego do olbrzymiego pająka lub owada
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 00:09
          Jak w Lubszy wykorzystano diabelskie kamienie
          Przed bardzo dawnymi czasy, gdy w Lubszy pierwszy drewniany
          kościółek zbudowano, zwiedziały się o tym diabły, co w Świętokrzyskich
          Górach swoja siedzibę miały. Uradziły więc doszczętnie zburzyć nowo
          powstałą świątynię. Pewnej nocy zebrały więc ile tylko mogły unieść
          kamiennych głazów i udały się w stronę Śląska. Gdy nad jego granicami już
          były, usłyszały pianie koguta. Tracąc swą moc wypuściły kamienie, które
          niby szerokim kamiennym strumieniem opadły od księstwa siewierskiego
          po lubszeckie pola. Kościółek został uchroniony. Gdy po wiekach świątynia
          spłonęła, zebrane i zwiezione z pól diabelskie kamienie wykorzystano do
          budowy nowego murowanego już kościoła. Tak to niezamierzenie, diabły
          przyczyniły się do budowy lubszeckiej świątyni.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 10:21
          Diabeł i wołowa skóra
          Pewien ubogi wieśniak nie mógł wyżywić rodziny i postanowił
          powiesić się. Ulitował się nad nim diabeł w postaci myśliwego i obdarował
          go pełnym workiem złota. W domu przy pomocy ćwierci zmierzono
          bogactwo. Nareszcie też skończyła się niedola. Na trzeci dzień, więcej
          z ciekawości niż z potrzeby, przyszła żona bogatego sąsiada, by pożyczyć
          miarki. Ze zdziwieniem dostrzegła w niej sztuki złota tkwiące za obręczami.
          Wraz z mężem niemało łamali sobie głowy z tego powodu. Uczciwi
          szczęśliwcy wyjawili im całą prawdę. Bogacz postanowił podstępnie
          wyłudzić biedakowi złoto. Ubrany w skórę wołu, straszył wieśniaka w nocy
          i udając diabła żądał wydania złota. Usłyszawszy o tym, myśliwy przybył
          nocą pod dom i porwał bogacza do piekła.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 10:34
          Skrzatki
          O skrzatach powiada lud nasz, że jeden nosi pieniądze, drugi zboże,
          pierwszy lata jak miotła ognista i spuszcza się kominem do domów, gdzie
          ma składy swoje. Drugi podobny jest kurczęciu i bawi przy wodach.
          Kto się nad takowym zwyczajnie zatop lanym kurczątkiem zlituje i do
          domu je przyniesie i chowa, znajduje na miejscu, gdzie go posadzi,
          zwyczajnie trojaki gatunek zboża.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 12:49
          Krasnoludki są też wykorzystywane w różnych krajach w polityce. W Holandii pojawiły się one w końcu lat 60. XX wieku w ramach ruchu anarchistycznego Provos, z którego wyłoniła się Partia Krasnoludków. W Polsce, w drugiej połowie lat 80. sławę zdobyły graffiti krasnoludków Pomarańczowej Alternatywy, której stały się emblematem. Graffiti te były malowane na plamach, powstałych w wyniku zamalowywania przez milicję wolnościowych i antyrządowych haseł. Malowane były w kilkunastu miastach Polski, ich liczba przekroczyła tysiąc.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 12:59
          „Krasnoludki z wszystkich miast
          Urządziły w lesie zjazd.
          O czym tam się mówiło przez dwanaście godzin,
          To pana, proszę pana, zupełnie, ale to zupełnie nie obchodzi!”
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 19:16
          Wyobrażenia wampira związane były z przekonaniem, że niektórzy zmarli mogą wychodzić z grobów i w różny sposób szkodzić żyjącym, głównie poprzez wypijanie ich krwi. W ten sposób demon odżywia swoje martwe ciało i powstrzymuje proces jego rozkładu. Swoją działalność podejmuje tylko w nocy, gdyż światło słońca jest dla niego zazwyczaj zabójcze. Sypia zwykle w trumnie, często w swej rodowej posiadłości. Jego charakterystycznym znakiem rozpoznawczym są wydłużone kły, sporadycznie zęby przednie (Nosferatu). Trudno jest jednak podać jednolity opis wampira, ponieważ w każdym dziele jego cechy różnią się – np. u Anne Rice wampiry od razu umierają od światła słonecznego, a Drakula po wystawieniu na nie tylko traci swoje moce
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 19:22
          Występują od zupełnie łamiących prawa fizyki (Dracula, Hellsing), poprzez graniczące z niemożliwymi (Kroniki wampirze, Kaznodzieja), po nadludzkie, lecz wytłumaczalne fizycznie (Blade, Zmierzch, Co robimy w ukryciu). Zaliczać się do nich mogą:

          lewitacja lub latanie,
          nadzwyczajna siła,
          teleportacja lub bardzo szybkie przemieszczanie się,
          przenikanie przez ściany[3]
          psychokineza,
          hipnoza,
          możliwość zamiany w zwierzęta (nietoperza)
          niewidzialność
          czytanie w myślach
          zatrzymanie czasu
          przewidywanie przyszłości
          zdolność do manipulacji ludzkimi wspomnieniami, uczuciami (gł. strachem, lękiem) itp.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 19:29
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/e/e1/Nosferatu_title.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 19:37
          W tradycji ludowej wampiry zawsze stanowiły śmiertelne zagrożenie dla ludzi, ponieważ piły ich krew, co prowadziło do śmierci człowieka, bądź przemiany w wampira (Wpuść mnie, Miasteczko Salem). W niektórych współczesnych utworach literackich wampiry mogą jednak być przyjazne ludziom, np. poprzez picie zwierzęcej krwi zamiast ludzkiej (Zmierzch, Księżniczka, Kaznodzieja, Pamiętniki wampirów). Niektóre, na przykład Regis, przestają pić krew w ogóle, jeśli mogą sobie na to pozwolić. W serii książek Anne Rice młode wampiry musiały odżywiać się prawie cały czas czując bardzo silny głód, za to stare wampiry mogły żywić się nawet raz na kilkadziesiąt lat. Wampiry mogą też tworzyć z ludzi swoich sług (Co robimy w ukryciu, Drakula, Pamiętniki wampirów).
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 19:57
          Mityczna istota, mieszaniec, wampir półkrwi, rodzący się ze związku ludzkiej matki i wampirycznego ojca, lecz w filmie Hotel Transylwania 2 było odwrotnie. Dhampiry wywodzą się z folkloru romskiego
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 20:05
          Rok 1838. Thomas Hutter jest pracownikiem agencji pośredniczącej w sprzedażach posiadłości w Wisborgu. Przez swojego pracodawcę zostaje wysłany do Transylwanii do hrabiego Orloka, by sfinalizować transakcje sprzedaży posiadłości. Hutter powierza opiekę swojej żony Ellen przyjacielowi Hardingowi i wyrusza w długą podróż.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 20:11
          Drakula (oryg. Dracula) – wampir-arystokrata, hrabia, tytułowy bohater książki Drakula autorstwa irlandzkiego pisarza Brama Stokera.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 20:18
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/3/3b/Vlad_Tepes_coloured_drawing.png/380px-Vlad_Tepes_coloured_drawing.png
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 21:12
          Wykryć upiora można było na przykład poprzez wskazanie jego grobu na cmentarzu przez konia ujeżdżanego przez niewinne dziecko. Upiora można było ujrzeć wieczorem w lustrze, dlatego np. w okolicach Sieradza nie przeglądano się po zmierzchu.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 21:20
          Pozbawianie ludzi życia przez upiory odbywało się bardzo często w postaci duszenia. Najczęściej istoty odwiedzały śpiących w nocy i zabijały, siadając na klatce piersiowej ofiary.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 21:26
          Upiory nie stroniły od bijatyk – napadały na ludzi, atakowały ich. Kolejną cechą charakterystyczną dla upiora była jego siła, co powodowało, że walki z upiorami nie należały do najłatwiejszych.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 21:36
          Część źródeł opisuje, że upiory pochodzą od Judasza – stąd ich wstręt do srebra (kojarzonego ze srebrnikami z Nowego Testamentu) oraz śmierć upiora możliwa za sprawą przebicia go kołkiem z drzewa osikowego kojarzonego z drzewem, na którym powiesił się apostoł-zdrajca
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 21:43
          We wsi Liszki (Małopolska) podawano historię o upiorze, którego nocą w jednej z trzech trumien znalazła pewna gospodyni. Wycięła mu wątrobę na posiłek dla męża. Upiór nękał potem rodzinę tak, że zachorowali i umarli.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 22:00
          W okolicach miejscowości Gradiška, w Serbii, do końca XIX wieku krążyła opowieść o zmarłym ojcu nawiedzającym po śmierci swojego syna z prośbą o jedzenie. Po którejś wizycie, zachorowało i umarło kolejnych sześć osób z rodziny. Po komisyjnym stwierdzeniu nietypowego wyglądu ojca w czasie ekshumacji, uznano go za upiora: kat przebił mu serce, a ciało zmarłego spalono
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 22:19
          GLIWICE. NA BUDOWIE TRASY ŚREDNICOWEJ NATRAFIONO NA WAMPIRY - Interia (archiwum)
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 22:26
          W XVI wieku, gdy wydobywający się z cesarskiej trumny mrok rozlewał się coraz bardziej na Europę Środkową, królowa Izabela Jagiellonka i jej syn, królewicz Jan Zygmunt Zapolya otrzymali od Ferdynanda I Habsburga (za zrzeczenie się pretensji do węgierskiego tronu) księstwo opolsko-raciborskie, czyli Górny Śląsk. Zapolya był pierwszym księciem - uwaga! - Siedmiogrodu. A Siedmiogród to nic innego, jak pogrążona w mroku wampirycznej niesławy Transylwania. Do niej zresztą Jan i jego matka już po kilku latach ze Śląska wyjechali. Ale na tym się nasze związki z kolebką Drakuli nie zakończyły. Pod koniec XVI wieku zawitał na Śląsk książę siedmiogrodzki Zygmunt Batory, odstąpiwszy swe prawa do Transylwanii cesarzowi Rudolfowi II. Znanemu już nam adeptowi czarnej magii.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 23:55
          GROBY ANTYWAMPIRYCZNE W POLSCE - Interia (archiwum)
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 00:20
          WAMPIRZE GROBY W JAWORNIKU - www.eksploratorzy.com.pl
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 07:25
          Cmentarzysko w Gliwicach jest jednym z największych odkryć tego typu w Europie.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 12:06
          W latach 1957–1959 wybudowano nowy kościół. Budulcami były drewno i cegły. Projekt wykonał architekt Vogel. Kamień węgielny poświęcił ks. dziekan Józef Jenderek. Poświęcenia świątyni dokonał biskup Wacław Wycisk 19 października 1975 roku.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 18:48
          Wampira miał zatrzymać w grobie specjalny rodzaj pochówku - najczęściej z przebitym sercem, odciętą głową czy narzędziami krępującymi ciało. Na grobie nierzadko kładziono głaz
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 18:55
          Wierzono, że wampiry mają po dwa serca lub dwie dusze — jedną ochrzczoną, która w momencie śmierci szła do nieba i drugą, która mogła zamienić się w upiora. W momencie śmierci jedno z nich umiera, dlatego należało przebić to drugie. Dla pewności czasem przebijano głowy i nogi bądź obcinano je. Zamiast drewna do przebicia ciała można było użyć metalowych ćwieków. Szyje podejrzanych owijano pędami głogu, do ust wkładano łyżkę maku — wierzono, że zanim zmarły wyjdzie z grobu, musi te ziarenka policzyć. Jeśli będzie ich wystarczająco dużo, to może mu to zająć całą noc. W innych rejonach w tym samym celu wysypywano mak wokół grobu i w stronę wsi. Do liczenia wysypywano też nasiona dzikiej róży. Innym sposobem na zatrzymanie martwego w grobie było umieszczenie mu pod językiem dwóch igieł.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 19:07
          Za wampiry uznawano osoby, u których nie występowało stężenie pośmiertne oraz takie, które robiły się czerwone na twarzy. Podejrzenie kierowano na samobójców, kaleki, skazańców czy osoby zmarłe przedwcześnie. Oskarżano czarownice i zielarki, ale jeśli porządny człowiek pozostawił na ziemi niezałatwione sprawy, również mógł wracać po śmierci. Niemal na pewno upiorem było dziecko poczęte podczas menstruacji. Upiorami mogły stać się osoby niewierzące lub niepraktykujące. Pochówek wampiryczny był również karą za ciężkie przestępstwa — nie dawał nadziei na życie wieczne. Podejrzenia o wampiryzm potwierdzało pierze pod pachą odkopanego nieboszczyka. Upiór, oprócz straszenia i zabijania mógł także wykorzystywać seksualnie członków rodziny. Według legend wampir z Bystrego — za życia młoda dziewczyna — wymordował wszystkie dzieci we wsi. Wierzono, że wszystkie przypadki nagłej śmierci spowodowane są przez wampiry.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 19:17
          Pierwsza wzmianka o wampirach, według historii, pochodzi z IV wieku, a wiara w nie wywoływała panikę, prowadzącą nawet do publicznych egzekucji podejrzanych
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 19:23
          Wielu badaczy widzi w porfirii potencjalne źródło inspiracji dla legend o wampirach, ponieważ jej objawy mogły być interpretowane jako cechy istoty nadprzyrodzonej.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 19:37
          🧛
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 19:53
          Sen

          Biegnie i biegnie,
          pot mu już spływa.
          A co Go goni?
          To wampir chyba.
          Zgłodniały wielce,
          goni człowieka.
          A człowiek przed nim szybko ucieka,
          lecz nagle wampir, hyc w nietoperza.
          Dogania człeka, głód już w nim czeka.
          Wbija więc zęby,
          w człowieka chyle.
          No ta ja powiem,
          że to tylko tyle.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 20:12
          WAMPIR GRZESIU

          Grześ wampirem był dość młodym
          ledwo dwustu lat dobijał
          dziwne miał upodobanie
          bo pijaków krew wypijał

          potem chodził nawalony
          śpiewał przy tym z głębi duszy
          a do tego tak fałszował
          że starszyźnie więdły uszy

          w końcu rada się zebrała
          by mu w głowę wlać rozumu
          kiedy Grześ przed nimi stanął
          we krwi miał kwaterkę rumu

          główny wampir ten najstarszy
          mowę palnął wręcz wspaniałą
          strasznie przy tym się zadyszał
          lecz Grzesiowi to wisiało

          w końcu lekko się jąkając
          rzekł że szczerze obiecuje
          że od jutra się poprawi
          już pijaka nie skosztuje

          potem hepnął dosyć gromko
          i z pokoju się wytoczył
          polatując marzył o tym
          by się pijak napatoczył

          więc widzicie moi drodzy
          obojętne jaka rasa
          młodzież zawsze była lepsza
          ta co żyła w naszych czasach
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 21:01
          Strzygami zostawali ludzie, którzy urodzili się z dwiema duszami (dwoma sercami), czego oznaką mogły być zrośnięte brwi czy podwójny szereg zębów, z czego ten drugi był słabo zauważalny. O bycie strzygą posądzano również lunatyków i osoby bez włosów pod pachami[6]. Uważano także, iż strzygą jest noworodek, który urodził się z wykształconymi zębami, za strzygi mogli też być uznani starcy mówiący do siebie.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 21:08
          Mazowsze czerskieː osoby przemienione po swojej śmierci w strzygi, zamieszkiwały w kościele nad chórem, skąd wydawały różne okrzyki. Wierzono, że jeżeli członek rodziny zostanie zobaczony przez strzygę, umrze w krótkim czasie.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 21:15
          Strzygi były skrzydlatymi demonami, które często przypominały hybrydy kobiety i ptaka o ostrych pazurach. Wierzono, że żywiły się krwią i ludzkimi wnętrznościami, szczególnie noworodków
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 23:34
          Wieszczy – postać z zakresu demonologii słowiańskiej, będąca formą pośmiertnej egzystencji ludzkiej duszy, zbliżona do wyobrażeń upiora lub wampira, posiadająca jednak na wielu terenach własną, odrębną tożsamość, wyróżniającą się szczególnymi cechami.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 23:43
          Wobec ludzi był zasadniczo neutralny, a jego usposobienie zależało od tego, jaki przejawiali stosunek wobec lasu i jego mieszkańców. Bywało, że wypędzał intruzów ze swojego królestwa. Mógł zaprowadzić wędrowców w głąb lasu, bądź bezpiecznie z niego wyprowadzić, wysypać dzieciom zebrane runo leśne z koszyka, uchronić przed atakiem zbójców, wydać na pastwę dzikich zwierząt lub ochronić przed nimi
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 00:22
          Z wiarą w porońce związane były liczne tabu dotyczące kobiet ciężarnych i znajdujących się w okresie połogu, m.in. zakaz zaglądania przez nie do studni i czerpania z niej wody, zakaz wychodzenia z noworodkiem z domu (zwłaszcza na pole) i odbywania stosunków płciowych. Nowo narodzone dziecko poddawano szeregowi praktyk magicznych, jak wycieranie go wiechciem słomy. Dopiero po upływie szóstego tygodnia życia wyprowadzano położnicę, a dziecko stawało się człowiekiem i nadawano mu imię
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 00:29
          https://media.tenor.com/pKUt_bYIatUAAAAM/duck-running.gif
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 09:37
          Oprócz zmór duszących ludzi, były też zmory duszące kamienie, rośliny (wypijają sok z drzew), wodę, ciernie.
          Zmory mogły współpracować z boginkami i czarownicami.
          Wierzenia o zmorach można tłumaczyć zjawiskiem paraliżu sennego.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 09:45
          Mówiono również, że gdy zmora znajdowała się przy ofierze, siadała śpiącemu na klatce piersiowej, po czym długimi palcami otwierała usta śpiącego i wpychała tam długi język. W ten sposób wysysając krew.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 09:53
          Częstym sposobem było położenie snopka/wiązki słomy na łóżku, gdy tymczasem właściciel posłania szedł spać do innego pomieszczenia. Rozgniewana zmora mogła wbić nóż w snopek, po czym nigdy już nie wrócić. Inne zanotowane na terenach Polski sposoby na odpędzenie zmory to np.:
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 11:15
          Konik polny tak długo piłował jabłoń, aż zakuł
          drgający sześcian powietrza w ciągły skrzyp.
          Jest to noc torquemady, pełna mistycznych znaków,
          bo widzę krzyźe i koła ogniste u szyb.
          Musiałem za długo patrzeć, za długo słuchać,
          bo widok wpadł przez okno jak ryba śliska
          i jakby szept nagle przytknięty do ucha
          tłumaczył mi śmierć zupełnie z bliska.
          Kto zaśpiewał wtedy tę piosenkę
          ukrytą na samym dnie źrenic?
          Nawet wieczór i miesiąc ten sam,
          nawet zapach włosów się nie zmienił.
          Znów przebiłaś ściany czarny taran
          eliptycznym lotem trwogi.
          Niosłaś w oczach zielony ogień,
          zamyślona, niedorzeczna mara.
          Ręce smukłe jak błyski nożyc
          obcy cień twój na gardło mi włożył.
          Mocno wrastał wyrwanym korzeniem
          w zabliżnione rany oczu,
          aż do serca kamieniem się toczył
          i jak gałąż zrastałem się z cieniem.
          Niewidzialny promień pajęczyn
          jak łodygi trwogi - rwałem w lęku.
          Kto przypomniał wtedy tę piosenkę?
          Kto zaśpiewał wtedy tę piosenkę?
          Sucho sypał się trzask meteorów,
          gdy chwyciłem za ciszy krawędż
          i księżycem płaskim jak toporem
          rozrąbałem twoją straszną zjawę.
          2
          Właśnie z jabłoni wraz z rosą zerwały się ptaki
          jak liście płoche,
          za oknem stał świeży świt
          jak rozkrojony, dymiący jeszcze bochen.
          Pies przebudzony nagle węszył ślady krwi.

          Krzysztof Kamil Baczyński
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 11:46
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/0/05/Katowicki_Bebok.jpg/500px-Katowicki_Bebok.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 12:01
          Prawdopodobnie postać południc utożsamiano z często występującymi w okresie letnim małymi wirami powietrznymi, powstającymi w gorące dni przed nadchodzącą burzą, prawdopodobnie wskutek nagłej zmiany ciśnienia; wir powstaje nagle, osiąga wysokość do kilku metrów, porusza się niczym mała trąba powietrzna i znika równie szybko, jak się pojawił. Od starszych ludzi można usłyszeć ostrzeżenie przed wejściem w ów wir, ma to bowiem grozić „przetrąceniem”. Możliwe również, że napadem południcy tłumaczono udar słoneczny.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 12:23
          W sztuce terminem meluzyna określa się element zdobniczy przedmiotów użytkowych (najczęściej świeczników), w postaci figurki przedstawiającej postać kobiecą z ogonem ryby lub węża
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 18:44
          Polskie tłumaczenie romansu o Meluzynie, autorstwa Marcina Siennika, ukazało się po raz pierwszy w 1569 jako Historia o Meluzynie. Tłumaczenie to ukazywało się drukiem aż do początku XX wieku i wpłynęło na język i folklor. W XVII wieku określenie "meluzyna" stosowano wobec kobiet, które "nie grzeszyły nadmiarem cnoty"
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 18:55
          Wisiołek
          Na południe od Lubszy rozciąga się pas lasów należących do
          ogromnego kompleksu znanych wszystkim „Lublinieckich Lasów”. Tam
          też, niedaleko od Smolanej Budy, gdzie kiedyś z drewna, bogactwa tego
          terenu, smolarze produkowali węgiel drzewny i smołę, znajduje się część
          lasu o dość pofałdowanym piaszczystym podłożu. Teren ten przez
          miejscową ludność nazywany jest “Wisielokiem”. Nazwa ta związana jest
          z wydarzeniem, jakie miało tutaj miejsce przed dziesiątkami lat. Otóż
          w dworze należącym do majątku hrabiów Donnersmarek pracował
          młodzieniec, odbywający tutaj praktykę rolną, który nieszczęśliwie
          zakochał się w jednej z lubszeckich panienek. Nie wiedzieć, dlaczego
          narzeczona rzuciła go a chłopak nie mogąc znieść bólu po utraconej swej
          dziewczynie, targnął się na swoje życie wieszając się na drzewie
          w pobliskim lesie. W miejscu tragedii, na drzewie zawieszono małą
          kapliczkę, która wisiała do 1939 roku.
          Starsi ludzie powiadają gdy zrywa się nagły wiatr a drzewa uginają się
          prawie do ziemi, to znaczy, że ktoś wieszając się zakończył samobójczo
          swój żywot. Z tego też powodu diabli się cieszą tańcząc swym
          zwariowanym krokiem, drzewa uginając łamią i wiry powietrzne powodują
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 19:03
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/2/24/Marzanna_Matka_Polski.jpg/500px-Marzanna_Matka_Polski.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 19:10
          Nie wiadomo, od kiedy na Śląsku kultywuje się tradycję topienia marzanny i chodzenia z gaikiem. Uważany przez kościół za zwyczaj pogański i tępiony przez tę instytucję, zdołał przetrwać na Śląsku nawet wówczas, gdy prawie zanikł w innych rejonach Polski
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 19:16
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/8/8e/Topienie_Marzanny_w_Miasteczku_%C5%9Al%C4%85skim_-_21_marca_2015_09.jpg/500px-Topienie_Marzanny_w_Miasteczku_%C5%9Al%C4%85skim_-_21_marca_2015_09.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 19:26
          Niektórzy naukowcy zauważają z kolei, że utopienie marzanny ma charakter ofiarny i może być odczytywane jako złożenie ofiary zimie, by odeszła albo – jak proponują autorzy „Wyrzeczyska” – jako ofiara dla demonów wody, których przychylność była konieczna, by zapewnić rolnikom plony w nadchodzącej wiośnie.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 19:36
          O tym jak dawniej grunta chłopi nabywać mogli
          W cieszyńskim rękopisie „ Rozmaitości śląskich” z marca 1844 roku,
          Lompa odnotował podanie o zaistniałym wydarzeniu w ligockim przysiółku
          zwanym Skrzesówką jak to miejscowy chłop nabył od hrabiego [Gaszyna]
          kawał roli:
          „Przy osadzie Skrzesówka w państwie woźnickim był kawał dobrej roli,
          obejmujący morgów jedenaście.
          Hrabia rzekł jednemu polubionemu gospodarzowi:
          - Trzymaj tę rolę; dasz mi od niej na rok jeden talarek płatu.
          Minęło lat dziesięć, a chłop płatu nie dawał ani go on nie napomina. Dał
          tedy hrabia chłopa zawołać i rzekł mu:
          - Dłużeneś mi dziesięć talarów, daj jeszcze jedenaście, a ja ci dam
          prawo na tą rolę na wieczne czasy.
          I stało się tak.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 19:46
          Otylia
          Był rok 1905. W Zielonej, niewielkiej miejscowości w powiecie
          lublinieckim, Guido książę Henckel von Donnersmarck zorganizował
          polowanie. Zjechali na nie możni ówczesnego świata. Pomiędzy nimi był
          znany berliński bankier wraz z małżonką. Po zakończonym polowaniu,
          w miejscowym myśliwskim zameczku, odbyło się przyjęcie. Wśród
          usługujących dziewcząt z Zielonej znajdowała się Otylia B., półsierota ze
          Starej Zielonej. Była niezwykle rezolutną a do tego niezwykle urodziwą
          dziewczynką. Przypadła do serca małżeństwu bankierów, którzy
          postanowili za zezwoleniem matki zabrać Otylię do Berlina, aby tam
          zapewnić jej wykształcenie jak i utrzymanie na poziomie bankierskiej
          rodziny. Po latach, Otylia wyszła za mąż za berlińczyka i ze związku tego
          miała syna, który wielokrotnie w okresie międzywojennym odwiedzał
          swoją babcię w Zielonej oraz zaprzyjaźnił się z rodziną młynarza
          z pobliskiego Zielonej Mokrusa.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 20:22
          I przezwyciężać wszystko, co by w drodze stało
          Dopiero za tym wszystkim na górze migota
          Źródło wody żywota pod drzewem żywota.
          Pomyśleli ze słów tych dwaj bracia rodzeni
          Komu się przezorności więcej w oczach mieni;
          I powiedział brat drugi: „Znam świat doskonale,
          Znam się też na przechwałkach i prawdziwej chwale;
          Umiem odczytać księgi, przejrzałem ich stosy,
          To mnie nie zbłąkają byle jakie głosy.
          Nie darmo mnie we szkole całe dnie ćwiczono,
          I nie darmo z nauki wszędzie mnie chwalono;
          Przeto pójdę ja z księgą, w której są zaklęcia,
          I nie zlęknę się zwierza, ani też diablęcia."
          Zabrał więc kropieinicę, księgi i kropidło
          Na wszelakie potwory i wszelkie straszydło;
          I na ciężką wyprawę poszedł organista
          A w ślad za nim strzeliła modlitwa ognista.
          Nieraz niebo przyjęło podobne modlitwy,
          Nieraz cuda robiło wśród duchowej bitwy.
          Więc poszedł organista i trafił na bory
          Gdzie na niego skoczyły przeróżne potwory.
          Te się srożąna niego, wyszczerzają zęby
          A z pysków im buchają różne dymów kłęby.
          Lecz organista z księgo rzucił wraz zaklęcie,
          Zaraz wszystko uciekło w największym zamęcie.
          A tu znowu na niego wypadła gromada,
          I dopadły go w boru wilkołaków stada.
          Lecz organista czynił chrzest z wody święcone,
          Tak, że wszystko uciekło na wsze świata strony.
          I szedł prosto przed siebie i odpędzał gady,
          Strachy, różne upiory i wszelkie szkarady.
          Już przeszedł był dwa bory i wszelkie przepaście,
          Już zwyciężył po drodze przeróżne napaście;
          Bo gdy się pokazały gady i straszydła
          Wraz do święconej wody brał się do kropidła.
          Aleści w trzecim borze trafił na gęstwiny,
          I na parzące zielska, kolące krzewiny;
          I ciernie go dojmują, głóg go srodze drapie,
          O mało nie utonął w jakiejś błotnej chlapie.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 22:56
          Kostroma – w wierzeniach Słowian wschodnich personifikacja wiosny i płodności, prawdopodobnie echo umierającej i zmartwychwstającej bogini regulującej cykl wegetacyjny
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 23:02
          Mimo podobieństwa do Dziadka Mroza – Ziuzia nie stał się patronem rozdawania podarunków na Nowy Rok. W tej – powstałej w XX wieku – funkcji zastępuje go rosyjski Dziadek Mróz. W gospodarstwie leśnym Prudniki w rejonie postawskim obwodu witebskiego organizowane są imprezy turystyczne pod hasłem „W gościnie u Ziuzi Pojeziernego”, które cieszą się coraz większą popularnością na Białorusi.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 23:12
          Nocnica – postać demoniczna z zakresu demonologii słowiańskiej, wywodząca się z wierzeń przedchrześcijańskich, określana jako pośmiertna forma egzystencji ludzkiej duszy. Wskutek licznych przeobrażeń, jakie zaszły w demonologii ludowej, zazwyczaj utożsamiano ją ze zmorą. Wzmiankę o nocnicach znajdziemy m.in. w trzynastowiecznym Katalogu magii Brata Rudolfa, kazaniu polskiego husyty z XV wieku, czy też w Czarownicy powołanej z wieku XVII
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 23:20
          Mamuna, mamona (także: dziwożona, boginka) – demon żeński z wierzeń dawnych Słowian.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 23:26
          stare kobiety porośnięte włosami na całym ciele (np. słowacka runa)
          półkobiety-półzwierzęta, dzikie kobiety/żony (Słowacja, Czechy), co nawiązuje do dziwożon lub jest z nimi równoznaczne
          piękne, nagie lub odziane kobiety
          rodzaj czarownic (górale pienińscy)
          leśne demony (Śląsk)
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 23:45
          Artefakty:
          🎀czerwona wstążeczka zawiązana na rączce niemowlęcia (Górny Śląsk)
          🎀czerwona czapeczka na główce dziecka osłona przed światłem księżyca
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 23:53
          Złośliwość: Mamuny były złośliwe i chytre.
          Porwania: Porywały nowonarodzone dzieci z kołysek, zastępując je swoimi "odmieńcami", często niezdolnymi do życia.
          Nękanie: Prześladowały kobiety w ciąży i rodzące.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 00:01
          Na wsi podkarpackiej praktykowano chowanie odmieńca pod blaszaną wanienką na podwórkuː matka uderzała w nią patykiem, prowokując dziecko do płaczu, a tym samym – przywołując boginki
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 00:20
          W języku czeskim wyraz ten występuje jako diva żena, u Hucułów istniała dykaja żena, u Łużyczan wódna żona. Z kolei na terenach Rusi Czerwonej do opisu dziwożon pasuje wyraz bohynie („boginie”)
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 00:29
          uratowanie porwanej kobiety z rąk dziwożon (kobieta zaczepia napotkanego na brzegu mężczyznę i opowiada mu o swoim losie, następnie razem planują ucieczkę, wykorzystując w ostatnim momencie ochronną moc dziurawca)
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 10:48
          Według górali pienińskich boginki miały czarne włosy, czarne oczy i śniadą cerę. Mieszkały w potokach i jarach w pobliżu wsi. Ponieważ lubiły zielony groch, zakradały się na pola, gdzie był wysiany i niszczyły zbiory. Podmieniały także nowonarodzone dzieci i porywały kobiety w połogu
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 10:56
          Boginki również płoszyły konie przy wodopoju i bydło na polu, niszczyły też sieci rybackie.
          Zapisy terenowe wykazują szczególne podobieństwo działań boginek, dziwożon i mamun.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 11:34
          Na Mazowszu, w Sandomierskiem, w Krakowskiem i na Mazurach nazywano rusałki majkami, a u górali tatrzańskich znane były jako dziwożony. Rusałki zwane były też na terenach Polski pannami wodnymi lub boginkami. Na Pomorzu wodne rusałki nazywano morianami, a w Polsce wodianami – te pojęcia ewoluowały potem w ogólne pojęcie topielic/topielnic. Nazwa kojarzona z rusałkami to także nawka (l.mn. nawki).
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 11:44
          Na Rusi w okolicach Zielonych Świątek obchodzono rusałczy tydzień, podczas którego składano rusałkom w ofierze chleb i urządzano uczty, a dziewczęta śpiewały specjalne pieśni o rusałkach/dla rusałek[6]. W czasie od dnia św. Trójcy do dnia św. Piotra był zakaz kąpieli, ponieważ w tym okresie rusałki przebywały na Ziemi.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 11:51
          O starosłowiańskim święcie obchodzonym we wtorek lub środę około Zielonych Świąt wspomniał także Kosmas z Pragi, odnotowując, że tańce i igrzyska poświęcone były duchom przodków. Również na Rusi w siódmy czwartek po Wielkanocy zbierano się pod brzozami, składano ofiary z kaszy, pierogów i jajecznicy, a następnie śpiewano i tańczono. Na obszarze Rusi w okolicach Zielonych Świątek obchodzono także podobne do wspomnianego przez Długosza Stada tygodniowe święto, zwane rusałczym tygodniem. Możliwe zatem, że było to ogólnosłowiańskie święto, którego obchody trwały nawet tydzień, a jego kulminacją była Noc Kupały
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 12:04
          Chabernica (żytnia baba, chaber – roślina z rodziny astrowatych) – polny demon żeński na Śląsku, w okolicach Prudnika. Odpowiedniczka południcy
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 12:35
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/Q0alivhFyPuwfix8X.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 13:20
          Przyjmij‎ ‎ten‎ ‎dar,‎ ‎o‎ ‎mia‎ ‎donna! Od‎ ‎pierwszej‎ ‎chwili‎ ‎ujrzenia‎ ‎Cię Dusza‎ ‎ma‎ ‎bóstwo‎ ‎uwielbiać‎ ‎skłonna I‎ ‎potwarz‎ ‎ludzka‎ ‎nie‎ ‎straszy‎ ‎mnie! Takiej‎ ‎miłości‎ ‎wierzyć‎ ‎potrzeba! Wzroku‎ ‎nie‎ ‎kryje‎ ‎tajemnic‎ ‎mgła, Tobie‎ ‎fałsz‎ ‎obcy,‎ ‎zesłanko‎ ‎Nieba, Za‎ ‎świętą‎ ‎na‎ ‎to‎ ‎jest‎ ‎dusza‎ ‎Twą. Wyznać‎ ‎Ci?‎ ‎Słuchaj!‎ ‎Mój‎ ‎los‎ ‎surowy I‎ ‎dola‎ ‎ciężka‎ ‎po‎ ‎wszystkie‎ ‎dni. Pierwszy‎ ‎brzask‎ ‎szczęścia,‎ ‎ten‎ ‎dar‎ ‎Jehowy Miłością‎ ‎swoją‎ ‎dałaś‎ ‎mi‎ ‎Ty!

          Zimny‎ ‎jak‎ ‎demon,‎ ‎wiecznie‎ ‎szydzący, Poiłem‎ ‎ducha‎ ‎goryczy‎ ‎złem, Obłudą‎ ‎żyłem—a‎ ‎w‎ ‎piersi‎ ‎wrzącej, Jad‎ ‎ukrywałem‎ ‎na‎ ‎sercu‎ ‎swem. Dziś,‎ ‎jako‎ ‎Demon‎ ‎wdziękiem‎ ‎Tamary Olśniony,‎ ‎sercem‎ ‎odżyłem‎ ‎znów, Dla‎ ‎świętych‎ ‎uczuć‎ ‎miłości,‎ ‎wiary, I‎ ‎dla‎ ‎nadziei‎ ‎jasnych‎ ‎snów.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 13:29
          I‎ ‎niemej‎ ‎duszy‎ ‎jego‎ ‎drgnienia, Dały‎ ‎mu‎ ‎odczuć‎ ‎wzniosły‎ ‎czar: W‎ ‎myśli‎ ‎zjawiły‎ ‎się‎ ‎wspomnienia Pierwszych‎ ‎dni‎ ‎bytu‎ ‎—‎ ‎piekła‎ ‎kar! Miłości‎ ‎—‎ ‎wiary‎ ‎i‎ ‎nadziei.... I‎ ‎długo‎ ‎Demon‎ ‎wzrokiem‎ ‎pił Ponętne‎ ‎wdzięki,‎ ‎lilii‎ ‎młodej Serce‎ ‎mu‎ ‎biło‎ ‎z‎ ‎całych‎ ‎sił!‎ I‎ ‎zachwycony,‎ ‎snuł‎ ‎wspomnienia O‎ ‎dawnem‎ ‎szczęściu‎ ‎jasnych‎ ‎dni, Gdy‎ ‎z‎ ‎Archanioły‎ ‎głosił‎ ‎pienia.,.. Dziś‎ ‎wszystko‎ ‎przeszło‎ ‎jako‎ ‎sny! Jakieś‎ ‎uczucie‎ ‎niezgłębione Zabiło‎ ‎w‎ ‎piersi. —‎ ‎Z‎ ‎górnych‎ ‎stref Nadbiegły‎ ‎dźwięki‎ ‎mu‎ ‎znajome‎ ‎— To‎ ‎cherubinów‎ ‎zabrzmiał‎ ‎śpiew! Lecz‎ ‎mimo‎ ‎całej‎ ‎swojej‎ ‎mocy Bał‎ ‎się‎ ‎przestąpić‎ ‎raju‎ ‎próg. Zapomnieć‎ ‎nie‎ ‎mógł‎ ‎wiecznej‎ ‎nocy, Bo‎ ‎mu‎ ‎zapomnieć‎ ‎nie‎ ‎dał‎ ‎Bóg! X. Kurzem‎ ‎i‎ ‎pianą‎ ‎koń‎ ‎okryty, Kopytem‎ ‎granit‎ ‎górski‎ ‎rwie.‎ ‎—
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 13:47
          A‎ ‎tylko‎ ‎zemną‎ ‎—‎ ‎tylko‎ ‎przezemnie, Spokój‎ ‎zawita‎ ‎w‎ ‎serduszku‎ ‎twym! Twa‎ ‎łza‎ ‎gorąca‎ ‎pali‎ ‎powieki, Cudownych‎ ‎źrenic‎ ‎przygasa‎ ‎żar! On‎ ‎już‎ ‎daleko‎ ‎—‎ ‎odszedł‎ ‎na‎ ‎wieki, Więc‎ ‎przyjmij‎ ‎serca‎ ‎mojego‎ ‎dar. On‎ ‎w‎ ‎lepsze‎ ‎strony,‎ ‎w‎ ‎nieznane‎ ‎światy Poszedł,‎ ‎wezwany‎ ‎do‎ ‎Boga‎ ‎stóp. Niczem‎ ‎dlań‎ ‎ocząt‎ ‎twoich‎ ‎bławaty, Ziemską‎ ‎powłokę‎ ‎jego,‎ ‎skrył‎ ‎grób! Wierz‎ ‎ukochana‎ ‎—‎ ‎życie‎ ‎człowieka, Nie‎ ‎warte‎ ‎twojej‎ ‎jedynej‎ ‎łzy. Spiesz‎ ‎w‎ ‎me‎ ‎objęcia‎ ‎bo‎ ‎czas‎ ‎ucieka, W‎ ‎rajskie‎ ‎rozkosze‎ ‎zmienię‎ ‎twe‎ ‎sny! Cicho‎ ‎płyną‎ ‎w‎ ‎dal‎ ‎bez‎ ‎końca, W‎ ‎nieobjętą‎ ‎myślą‎ ‎dal‎ ‎— Gwiazd‎ ‎miljardy,‎ ‎jasne‎ ‎słońca‎ ‎— Wśród‎ ‎eteru‎ ‎czystych‎ ‎fal! Chmur‎ ‎legjony‎ ‎nieuchwytne, Nieprzerwanym‎ ‎pasmem‎ ‎mkną, Ńiczem‎ ‎dla‎ ‎nich‎ ‎ból‎ ‎i‎ ‎troski, Gardzą‎ ‎szczęściem,‎ ‎gardzą‎ ‎łzą. Niczem‎ ‎ludzie‎ ‎z‎ ‎dzieły‎ ‎swemi, Wspomnień,‎ ‎marzeń,‎ ‎zwodne‎ ‎sny: Taką‎ ‎samą,‎ ‎dla‎ ‎tej‎ ‎ziemi Obojętną,‎ ‎stań‎ ‎się‎ ‎ty!
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 13:56
          tam‎ ‎stromą‎ ‎ścieżką,‎ ‎codzień‎ ‎zrana, Spieszą‎ ‎Gruzinki,‎ ‎czerpać‎ ‎z‎ ‎fal Czystych‎ ‎strumyka,‎ ‎tam‎ ‎źródlana Wytryska‎ ‎woda,‎ ‎płynie‎ ‎wdał, A‎ ‎het‎ ‎na‎ ‎skraju,‎ ‎jak‎ ‎na‎ ‎straży, Okryty‎ ‎płaszczem‎ ‎śnieżnych‎ ‎chmur‎ ‎—• W‎ ‎promieniach‎ ‎słońca,‎ ‎wciąż‎ ‎się‎ ‎żarzy‎ ‎— Kazbek‎ ‎olbrzymi,‎ ‎—‎ ‎król‎ ‎tych‎ ‎gór! y. Ale‎ ‎przepięknych‎ ‎dzieł‎ ‎przyrody, Już‎ ‎dla‎ ‎Tamary‎ ‎niczem‎ ‎czar. Umysł‎ ‎jej,‎ ‎łaknie‎ ‎tej‎ ‎swobody, Co‎ ‎jest‎ ‎występną‎ ‎ze‎ ‎wszechmiar. Wszystko‎ ‎ją‎ ‎męczy,‎ ‎drażni,‎ ‎nudzi, Wszystko‎ ‎serdeczny‎ ‎zwiększa‎ ‎ból.‎ ‎— Unika‎ ‎słońca,‎ ‎światła,‎ ‎ludzi, Śpiewu‎ ‎słowika,‎ ‎woni‎ ‎pól! Gdy‎ ‎przed‎ ‎ołtarzem‎ ‎zamodlona‎ ‎-— W‎ ‎zbolałej‎ ‎piersi‎ ‎tłumi‎ ‎łzy. Gdy‎ ‎kornie‎ ‎chwyta‎ ‎krzyż‎ ‎w‎ ‎ramiona. I‎ ‎szepcze:‎ ‎Chryste,‎ ‎ratuj‎ ‎Ty! Jej‎ ‎głos‎ ‎jęczący,‎ ‎z‎ ‎ścian‎ ‎świątyni Echo‎ ‎roznosi‎ ‎nocą‎ ‎tak: Ze‎ ‎zabobonny‎ ‎góral,‎ ‎czyni W‎ ‎około‎ ‎siebie,‎ ‎krzyża‎ ‎znak‎ ‎!
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 18:26
          Miłości‎ ‎pragnę,‎ ‎ty‎ ‎ją‎ ‎daj!‎ ‎— T‎ ‎amara. —‎ ‎Lecz‎ ‎kto‎ ‎ty‎ ‎jesteś? Demon. —‎ ‎Słuchaj‎ ‎droga: Pamiętasz‎ ‎owej‎ ‎nocy‎ ‎czar, Gdy‎ ‎serce‎ ‎zdjęła‎ ‎jakaś‎ ‎trwoga, A‎ ‎w‎ ‎piersiach‎ ‎płonął‎ ‎ognia‎ ‎żar‎ ‎? Duszy‎ ‎twej‎ ‎—myśl‎ ‎moja‎ ‎szeptała‎ ‎— Sen‎ ‎miły‎ ‎dawał‎ ‎obraz‎ ‎mój‎ ‎— Tyś‎ ‎mą‎ ‎tęsknotę‎ ‎odczuwała‎ ‎— Jam‎ ‎zsyłał‎ ‎marzeń‎ ‎cudnych‎ ‎rój!‎ ‎— Jam‎ ‎ten,‎ ‎którego‎ ‎świat‎ ‎ów‎ ‎cały, Lęka‎ ‎się‎ ‎—‎ ‎brzydzi‎ ‎—‎ ‎z‎ ‎gniewem‎ ‎klnie. Jam‎ ‎wróg‎ ‎miłości‎ ‎—‎ ‎piękna‎ ‎—‎ ‎chwały, Mnie‎ ‎nienawidzą!‎ ‎Kocham‎ ‎Cię! Jam‎ ‎Król‎ ‎występku‎ ‎i‎ ‎swobody‎ ‎— Jam‎ ‎kat‎ ‎cierpiących‎ ‎—‎ ‎cnoty‎ ‎wróg‎ ‎— Jam‎ ‎pan‎ ‎ciemności‎ ‎—‎ ‎zło‎ ‎przyrody:‎ ‎— A‎ ‎oto,‎ ‎klęczę‎ ‎u‎ ‎Twych‎ ‎nóg! Dla‎ ‎mnie‎ ‎czas,‎ ‎przestrzeń,‎ ‎nie‎ ‎istnieje‎ ‎— Jam‎ ‎wszechpotężny‎ ‎grozą‎ ‎sił‎ ‎— Gdy‎ ‎ludzkość‎ ‎płacze—ja‎ ‎się‎ ‎śmieję‎ ‎— Jam‎ ‎dawniej‎ ‎Bóstwu‎ ‎równym‎ ‎był! Do‎ ‎ciebie‎ ‎ślę‎ ‎ja‎ ‎w‎ ‎upojeniu Pierwszej‎ ‎modlitwy‎ ‎słowa‎ ‎me!
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 18:33
          Demon. —‎ ‎O‎ ‎Niebo‎ ‎dba‎ ‎jedynie, I‎ ‎słaby‎ ‎tylko‎ ‎przed‎ ‎Nim‎ ‎drży!
          Tamara. A‎ ‎męka‎ ‎wieczna? Demon. Nas‎ ‎ominie, Bo‎ ‎razem‎ ‎zemną‎ ‎będziesz‎ ‎ty!‎ ‎— !Tam‎ ‎ara. Ktokolwiek‎ ‎jesteś‎ ‎—‎ ‎nieszczęśliwy, Coś‎ ‎spokój‎ ‎duszy‎ ‎stracił‎ ‎swej, Z‎ ‎rozkoszą‎ ‎pewną,‎ ‎przez‎ ‎Bóg‎ ‎żywy Ja‎ ‎cudnej‎ ‎mowy‎ ‎słucham‎ ‎Twej! Lecz,‎ ‎jeśli‎ ‎kryją‎ ‎słodkie‎ ‎dźwięki Fałsz‎ ‎i‎ ‎obłudę,‎ ‎grzech‎ ‎i‎ ‎błąd: Litości‎ ‎błagatn‎ ‎—‎ ‎ukróć‎ ‎męki, Niekuś‎ ‎mnie‎ ‎biedną‎ ‎—‎ ‎odejdź‎ ‎ztąd‎ ‎! Takich‎ ‎jak‎ ‎ja,‎ ‎więcej‎ ‎być‎ ‎może Choć‎ ‎w‎ ‎tym‎ ‎aule,‎ ‎pospiesz‎ ‎doń. Tam,‎ ‎jak‎ ‎i‎ ‎u‎ ‎mnie,‎ ‎dziewicze‎ ‎łoże Nie‎ ‎pokalała‎ ‎męzka‎ ‎dłoń. Wyrzecz‎ ‎się‎ ‎buntu,‎ ‎pychy,‎ ‎złości, Wyrzecz‎ ‎się‎ ‎wrócić‎ ‎do‎ ‎nich‎ ‎znów!
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 18:41
          Tak‎ ‎—‎ ‎najwyraźniej‎ ‎on‎ ‎to‎ ‎słyszy. Na‎ ‎głowie‎ ‎starca‎ ‎staje‎ ‎włos. Siła‎ ‎nieczysta‎ ‎tutaj‎ ‎działa. Wtem‎ ‎—‎ ‎krzyk‎ ‎rozpaczy,‎ ‎potem‎ ‎jęk... Ręka,‎ ‎krzyż‎ ‎Pański‎ ‎czyniąc‎ ‎drżała, Ogarnia‎ ‎serce‎ ‎dziwny‎ ‎lęk. Uciekło‎ ‎wszystko,‎ ‎tylko‎ ‎zdała Zefir‎ ‎kołysze‎ ‎róży‎ ‎krzew— W‎ ‎dole,‎ ‎Tereku‎ ‎szumi‎ ‎fala Grobowce‎ ‎milczą‎ ‎pośród‎ ‎drzew. Stróż‎ ‎spiesznym‎ ‎krokiem‎ ‎mija‎ ‎celę, Milcząc‎ ‎klasztorny‎ ‎mija‎ ‎mur Wieżowy‎ ‎zegar‎ ‎na‎ ‎kościele Dwunastą‎ ‎bije.‎ ‎Pieje‎ ‎kur. Bojaźnią‎ ‎dziwną‎ ‎ogarnięty Stróż,‎ ‎krzyżem‎ ‎znaczy‎ ‎czoło‎ ‎swe... I‎ ‎szepcząc‎ ‎zcicka:‎ ‎—Boże‎ ‎święty, Za‎ ‎duszę‎ ‎zmarłych‎ ‎modły‎ ‎śle. XIII. Jako‎ ‎Peri‎ ‎miła,‎ ‎śpiąca, Na‎ ‎dziewiczem‎ ‎łożu‎ ‎swem, Chłodna,‎ ‎niby‎ ‎blask‎ ‎miesiąca.... Śpi‎ ‎Tamara‎ ‎wiecznym‎ ‎snem. Nie‎ ‎pobladły‎ ‎ust‎ ‎karminy‎ ‎— Nie‎ ‎pociemniał‎ ‎oczów‎ ‎blask— Nie‎ ‎znikł‎ ‎urok‎ ‎z‎ ‎lic‎ ‎dziewczyny, Co‎ ‎miłości‎ ‎pragnie‎ ‎łask.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 18:52
          Po‎ ‎nad‎ ‎doliną‎ ‎Kajszauru, Na‎ ‎granitowym‎ ‎szczycie‎ ‎skał, Odnajdziesz‎ ‎łatwo,‎ ‎szczątki‎ ‎muru Gdzie‎ ‎Ów‎ ‎nieszczęsny‎ ‎klasztor‎ ‎stał! Bluszcz‎ ‎pokrył‎ ‎groby‎ ‎i‎ ‎ołtarze, Zawisł‎ ‎z‎ ‎żelaznych‎ ‎okna‎ ‎krat. Ze‎ ‎strachem,‎ ‎góral‎ ‎ci‎ ‎pokaże, Łez‎ ‎kusiciela‎ ‎wieczny‎ ‎ślad. Natura‎ ‎skarby‎ ‎swe‎ ‎roztacza, Wiatr‎ ‎niesie‎ ‎wonie‎ ‎łąk‎ ‎i‎ ‎pól. Czas‎ ‎łzy‎ ‎osusza‎ ‎—‎ ‎błąd‎ ‎przebacza‎ ‎—» Koi‎ ‎największy‎ ‎serca‎ ‎ból. Rzeka‎ ‎się‎ ‎pieni‎ ‎w‎ ‎swym‎ ‎korycie, A‎ ‎tajemniczo‎ ‎szumi‎ ‎bór, I‎ ‎cicho‎ ‎spływa‎ ‎ludziom‎ ‎życie, Wśród‎ ‎niebotycznych‎ ‎Gruzyi‎ ‎gór. Zamek‎ ‎Gudali‎ ‎pusty‎ ‎stoi Po‎ ‎nad‎ ‎Tereku‎ ‎brzegiem‎ ‎tam, Przechodzień‎ ‎spocząć‎ ‎tu‎ ‎się‎ ‎boi, Gość‎ ‎nie‎ ‎zastuka‎ ‎do‎ ‎tych‎ ‎bram.
          W‎ ‎dzień,‎ ‎pełzające‎ ‎spotkasz‎ ‎gady, Jaszczurek‎ ‎spłoszysz‎ ‎cały‎ ‎rój... A‎ ‎kiedy‎ ‎księżyc‎ ‎wejdzie‎ ‎blady, Puchacz‎ ‎—‎ ‎głos‎ ‎słyszy‎ ‎tylko‎ ‎swój. Zginęły‎ ‎nawet‎ ‎ślady‎ ‎ludzi, Surową‎ ‎dłonią‎ ‎starł‎ ‎je‎ ‎czas. Zmarli‎ ‎—‎ ‎i‎ ‎nic‎ ‎ich‎ ‎nie‎ ‎obudzi, Już‎ ‎się‎ ‎nie‎ ‎zjawią‎ ‎pośród‎ ‎nas! Lecz‎ ‎niewzruszony‎ ‎jak‎ ‎opoka Na‎ ‎której‎ ‎stoi‎ ‎pośród‎ ‎chmur, Przybytek‎ ‎Boży‎ ‎—‎ ‎tam‎ ‎z‎ ‎wysoka Strzeże‎ ‎tajemnic‎ ‎owych‎ ‎gór! Od‎ ‎wieków‎ ‎w‎ ‎nim‎ ‎zamarło‎ ‎życie, Choć‎ ‎słońce‎ ‎blaski‎ ‎sieje‎ ‎swe‎ ‎— Lodowce‎ ‎iskrzą‎ ‎się‎ ‎na‎ ‎szczycie, Wicher‎ ‎tumany‎ ‎śniegu‎ ‎rwie, A‎ ‎chmur‎ ‎całunem‎ ‎upowity, Potężny‎ ‎Kazbek,‎ ‎w‎ ‎łonie‎ ‎swem, Kamiennych‎ ‎grobów‎ ‎kryje‎ ‎płyty‎ ‎— Gdzie‎ ‎spią‎ ‎umarli‎ ‎wiecznym‎ ‎snem

          Demon Michaił Lermontow
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 19:16
          Część badaczy uważa, że wiara w wiły jest wynikiem zapożyczenia przez bałkańskich Słowian greckiej wiary w nimfy
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 19:28
          Uważano, że miawki corocznie zstępowały na ziemię do pól, kiedy zboża wysypywały kłosy. Były to zmarłe nieochrzczone dzieci. Były małe jak koty, stąd pochodzi ich nazwa kociego głosu miau. Tańczyły na trawie. Były wielkiej urody, wesołe i żywe, ale okrutne. Napadały na osoby zabłąkane pośród łanów kłosów. Przez różne sztuczki wprowadzały ofiary w dobry nastrój, a potem łaskotaniem zmuszały do najgwałtowniejszego śmiechu, aż do śmierci. Karmiły się krwią takiej ofiary.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 19:36
          Mężyk, mały mąż, mały człowiek, mały mężczyzna – demon rodzaju męskiego występujący w wierzeniach ludu pomorskiego, groźny dla kobiet w połogu, podmieniający lub porywający niemowlęta. Odpowiednik żeńskich dziwożon, mamun, sybieli, boginek.
          Z długą do ziemi brodą, chwytał dziecko z kolebki, rzucał je na ławę u komina, a jeśli zawczasu ktoś od tego nie uchronił, porywał je i uprowadzał ze sobą do podziemi.
          Aby zapobiec takim sytuacjom kładło się do kołyski stal lub stalowy przedmiot
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 19:44
          Srala Bartek, srala-bartek, sral, srela, srala, strala, sroła, srella, kręciek – w wierzeniach słowiańskich demon tkwiący w wirze powietrza lub występujący w postaci małej trąby powietrznej, występujący na terenie całej Polski, a popularny zwłaszcza na terenie Zagłębia Dąbrowskiego.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 19:52
          Gumiennik miał bardzo zmienną naturę. Strzegł zboża w gumnie przed ogniem, złodziejami i szkodnikami, jednak łatwo było go obrazić, m.in. lekceważąc go lub młócąc zboże podczas silnego wiatru lub w dzień świąteczny. Trudno było go wówczas przebłagać. Rozgniewany gumiennik zanieczyszczał zboże lub podkładał pod nie ogień.
          Gumiennikowi należało oddać pierwsze przyrządzone z ziaren danie w roku
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 20:01
          Graniecnik – polny demon, pochodzący z okolic Nowego Targu, z kategorii błędnych ogników; pokutująca dusza niesprawiedliwego geometry.
          Graniecnik to pokutująca dusza, która wyznaczając granice, skrzywdziła chłopów.
          Pojawiał się nocami na granicach wsi. Nie interesował się ludźmi, chyba że napotkał ich na drodze. Przeistaczał się w różne postacie: chłopa z odciętą głową, któremu z szyi buchał płomień, albo świetlika mknącego nad polami.
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 20:10
          Żmij – skrzydlata gadzia postać z wierzeń dawnych Słowian, związanego ze sferą chtoniczną i wodami.
    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.10.11, 20:22
      Towarzyska wizyta

      Gdy Aleksander Mieroszewski został ordynatem Mysłowickim obaj panowie dość często się spotykali z sobą. Raz w niedzielę po południu jednocześnie wybrali się do siebie w odwiedziny. Aleksander jechał z Mysłowic do Gzichowa. Stangret Józefa z daleka ujrzał powóz Aleksandra i mówi do Józefa:
      - Pan ordynat do nas jedzie
      - A skoro tak, to zawróćże zaraz, bo bym go chciał godnie w domu przyjąć i ugościć - odpowiedział na to Józef
      W tym samym czasie stangret Aleksandra zauważył powóz stryja Józefa i zwrócił się do niego:
      - Pan hrabia do nas jedzie
      - A skoro tak, to zawróć że natychmiast bym godnie przygotował się na przyjęcie stryja
      I w taki sposób żaden z wizytą do drugiego nie dojechał. Dość długi czas minął zanim to porozumienie się wyjaśniło.
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.10.11, 20:29
        Innym znów razem podczas spotkania obu panów rzekł Józef do Aleksandra:
        - Opowiadaj mopan a ja będę spał
        - O nie stryju - odpowiedział Aleksander - wówczas byśmy się za dobrze obaj bawili
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.10.11, 20:30
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/Ipax4AsBAFViHHYlaA.jpg
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.10.11, 20:35
        Dosyć często Józefowi zdawało się że jest chory na nogi. Kazał się więc swoim służącym nosić. Raz w czerwonym, ulubionym szlafroku zanieśli go do obory. Wówczas, gdy go byk zobaczył zerwał się z łańcuszka i pobiegł w kierunku hrabiego. Wówczas Józef zeskoczył z noszy i co sił uciekał do dworu. Ale od tej pory już na nogi nie narzekał.
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.10.11, 20:37
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/FbkVWdokegpK95t1FA.jpg
      • madohora Tajemnicze barany 23.10.11, 20:51
        Idąc z Sosnowca do Zagórza na skraju wsi po prawej stronie drogi widnieje mały kopiec ułożony z kamieni na stercie którego widnieje żelazny krzyż. O tym kopcu legenda opowiada tak:
        Było to mniej więcej przed 90-laty. Ówczesny dziedzic Zagórza za namową swojej małżonki postanowił w wiosce wznieść kościół. Wybrał w tym celu plac na którym obecnie stoi kopiec. Plac ten jednak nie spotkał się z aprobatą żony Mieroszewskiego, która pragnęła wznieść kościół w pobliżu starożytnej kapliczki. Na tym tle doszło do sporów pomiędzy małżonkami. Czasem przybierały nawet dość gwałtowny charakter. Ostatecznie Mieroszewski postawił na swoim. Wyznaczył plac, uroczyście poświęcił miejsce i zaczął zwozić kamienie pod fundamenty. Zaledwie kilka fur zwieziono, gdy w nocy zjawiły się na placu tajemnicze barany, które rozwaliły całą kupę kamieni a następnie poodciągały je w różne strony. Świadkowie tego zdarzenia opowiedzieli je dziedzicowi. Ten najpierw obił opowiadających a potem poszedł przekonać się o prawdziwości ich opowieści. Gdy znalazł się na miejscu zobaczył porozrzucane kamienie. Kazał je zwieźć na jedno miejsce a wieczorem na placu ustawił straże. Nic to nie pomogło. W nocy znowu zjawiły się tajemnicze barany i historia po raz kolejny się powtórzyła. Przestraszeni wartownicy w panice rozbiegli się po całej wsi. Dowiedział się o tym dziedzic i sam pobiegł w nocy na plac. Zaledwie znalazł się na miejscu wielki baran natarł na niego. Potłuczony dziedzic zrezygnował z budowy kościoła w tym miejscu i zgodził się na plac wyznaczony przez żonę. Od tego czasu tajemnicze barany już się nie pokazały. Na miejscu wydarzenia postawiono żelazny krzyż.

        "Z przeszłości Zagłębia Dąbrowskiego"
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.10.11, 20:53
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/HKyc1qBNvUWWAREw2A.jpg
      • madohora Kazimierz z Gzichowa 23.10.11, 21:19
        W parku Gzichowskiego pałac znajdują się dwie rzeźby Bachusa i Bachtanki. Około północy można zobaczyć zastygłą między nimi postać mężczyzny. Kiedy pierwszy kur zapieje postać dosiada dziwnego konia, rozlega się tętent i koń wraz z jeźdźcem znikają w porannej mgle.
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.10.11, 21:20
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/0BzlziLWYgZVLMCHzX.jpg
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 12.01.12, 11:13
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/9/96/POL_COA_Trzaska.svg/200px-POL_COA_Trzaska.svg.png
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 10.07.12, 20:11
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/HKyc1qBNvUWWAREw2A.jpg
    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 23.10.11, 20:26
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/25PEt3bnTyVaroLAJA.jpg
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.08.24, 19:24
        Legenda o zaczarowanych gołębiach

        Według legendy krakowskie gołębie nie są zwykłe, ale zaczarowane.
        Gdy na książęcym tronie zasiadł Henryk IV Prawy, zapragnął zjednoczyć wszystkie ziemie księstwa, ale nie miał pieniędzy. Wtedy wróżka zamieniła książęcą drużynę w gołębie. Obsiadły one kościół Mariacki i zaczęły wydziobywać kamyki, które spadając na ziemię zamieniały się w złote monety.
        Książę ze złotem wyprawił się do Rzymu po poparcie papieża. Ale po drodze ucztował, bawił się i stracił pieniądze. Nigdy już nie wrócił do Krakowa, a jego drużyna pozostała zaklęta...
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 22.09.24, 20:37
        Duchy w kieleckim pałacu
        Do najpiękniejszych zabytków architektonicznych z epoki Wazów w Polsce należy barokowy pałac biskupi w Kielcach, wzniesiony w latach 1637 – 1641 przez biskupa krakowskiego Jakuba Zadzika. Ten dygnitarz – dyplomata zatrudnił architektów Jana Trevano i Tomasza Poncino oraz malarza Tomasza Dolabellę; w efekcie powstała okazała rezydencja, będąca niejako skrzyżowaniem pałacu w Czemiernikach z zamkiem w Ujazdowie pod Warszawą. Fundator zmarł w rok po jej zbudowaniu; potem – do czasów rozbiorów – rezydowali w niej biskupi krakowscy, a w 1816 r. Stanisław Staszic założył tam Szkołę Akademiczno – Górniczą. W latach międzywojennych mieścił się w gmachu urząd wojewódzki, podobnie w latach 1945 – 1971 zlokalizowano tam Wojewódzką Radę Narodową. Od 1971 r. gmach oddano do dyspozycji Muzeum Świętokrzyskiego, przemianowanego w 1975 r. na Muzeum Narodowe.
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 22.09.24, 23:01
        Wieść o odkryciu cudownego zęba rozeszła się szybko po okolicy. Złoty trzonowiec i jego właściciela mieli oglądać za drobną opłatą książęta legnicko-brzescy, biskup wrocławski Andrzej Jerin oraz liczni przedstawiciele szlachty śląskiej.
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 13.01.25, 13:39
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/ObvdnXxa4J4v4DzXWX.jpg
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 25.09.25, 21:06
        Upiorami zostawali ludzie, których za życia ktoś przeklął; zmarli śmiercią gwałtowną; ci, których zwłoki sprofanowano; zmarli, nad którymi przeskoczyło zwierzę, samobójcy i wiedźmy oraz nieochrzczone dzieci; także ci, którzy zginęli na skutek ataku innego upiora.
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.09.25, 23:52
        Lud z Ropczyc i okolicy wyobraża sobie gnieciucha jako małego chłopca, który zawsze zimny i milczący mlaszcze ustami, gdy zbliża się do człowieka, żeby go zgnieść. Nosi czerwoną czapeczkę. Jeśli komuś udało się ową czapeczkę zabrać gnieciuchowi, ten prosił o jej zwrot i ofiarował za nią tyle pieniędzy, ile się zmieściło w tej czapeczce, bądź mścił się za wydarcie mu jej
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 11:39
        W polskich wierzeniach ludowych bobo był małą, brzydką i złośliwą istotą, którą straszono dzieci w celu ich zdyscyplinowania. Wzmianka o bobie znajduje się w pochodzącej z początku XVII wieku Peregrynacji dziadowskiej – według niej bobo miał bić dzieci i czynić w domu różne szkody. Można go było przebłagać ofiarą z żywności.
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 27.09.25, 12:12
        Południca, jako zły bąk lub giez
        Południca to paskudne stworzenie. To duch pod postacią bardzo chudej
        i wysokiej starej kobiety, której obecność daje się boleśnie odczuć
        szczególnie latem i to południową porą. Często jest niewidoczna a o jej
        obecności świadczą tylko drgające latem powietrze, nagłe zawirowania
        powietrza w zbożu lub kręcące się słupy kurzu na polnych drogach.
        Południca czyni ludziom i zwierzętom wiele zła. Może oślepić, pomieszać
        w głowach a nawet doprowadzić do ciężkiej choroby. Często także
        zamienia się w bąka lub gza, nieznośnego owada. Taki to przemieniony giez
        lub bąk wybiera sobie pasącą się na pastwisku lub łące krowę na swoją
        ofiarę. Wtedy to ugryzione przez południcę, dotychczas potulne zwierzę,
        nagle staje się rozszalałym „bydlęciem”. Podnosi ogon do góry i jak
        oszalałe, tratując wszystko po drodze, pędzi przed siebie. Czasami nawet do
        sąsiedniej wioski. Ludzie powiadali, że gdy bydło się „gzi”, wtedy
        południca ma najwięcej satysfakcji.
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.09.25, 11:06
        ▪️kobiety po porodzie nie mogły przez jakiś czas wychodzić za próg, by uniknąć porwania dziecka.
    • madohora Rozpustny Kazimierz z Gzichowa 28.10.11, 18:40
      W parku Gzichowskiego pałacu ws księżycowe noce można zobaczyć koło północy męską postać zastygłą między stojącymi tam rzeźbami Bachusa i Bachtanki. O porze pierwszego kura postać dosiada dziwnego konia, rozlega się tętent i koń wraz z jeźdźcem znikają w rannej mgle. Ostatnio widział ich jeden z mieszkańców osiedla zamkowego późną jesienią ubiegłego roku.
      To Kazimierz Mieroszewski budowniczy pałacu z przełomu XVII/XVIII wieku pan, który przywrócił świetność kluczowi gzichowskiemu, ale w kawalerskich czasach zbytnio gustował w płci pięknej i trunkach. To on właśnie kończąc budowę kazał postawić tu te figury, jako symbol swoich zamiłowań. Bachus wszak to bożek ekstazy i wina a Bachtanka jedna z towarzyszek uciech. Jak powiadają starzy mieszkańcy Gzichowa na wniosek zgorszonych mieszczan rozpustnego Kazimierza odwiedził kiedyś miejscowy pleban, by go do porzucenia grzesznego życia nakłonić. Pora odwiedzin, która księdzu wydawała się najlepsza - przed jutrznią - była zarazem zwieńczeniem kolejnej pałacowej orgii. Rozpustny Kazimierz wyszedł tedy do kapelana niezupełnie trzeźwy i ubrany niecałkowicie. Napomniany imieniem Bożym obelgi jął rzucać na sługę bożego, konia kazał prowadzić i włóczeniem po majdanie plebanowi groził. Ten uciekając przeklął rozpustnego pana, każąc mu po śmieci co noc w towarzystwie Bachusa i Bachtanki o grzechach swych rozmyślać a na dni do czyśćca na koniu o dwóch głowach powracać. I choć kolejny kapelan zdjął klątwę - jednak wkrótce po śmierci Kazimierza okazało się że skrucha przyszła za późno.
      • madohora Re: Rozpustny Kazimierz z Gzichowa 28.10.11, 18:42
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/0BzlziLWYgZVLMCHzX.jpg
        • madohora Błękitna Ludwika 28.10.11, 18:59
          Błękitna Ludwika pokazuje się tylko raz w roku w nocy z 21 na 22 kwietnia. Wspomniany wcześniej Kazimierz w końcu się ustatkował a być może wystraszony klątwą plebana pojął za żonę stateczną pannę i spłodził z nią trzech synów. Otóż jego prawnuczka Ludwika córka Józefa zakochała się głęboko w pewnym młodym arystokracie. Prawdopodobnie o nazwisku Niemojowski lub Niemojewski. Rodzice związkowi pobłogosławili, zwłaszcza że panicz był i piękny i bogaty. 21 kwietnia- w okresie wojen napoleońskich - w pałacu Gzichowskim odbyły się huczne zaręczyny. Oblubienica wystąpiła w błękitnej sukni, specjalnie z Warszawy sprowadzonej a narzeczony we wspaniałym mundurze. Jednak narzeczony Ludwiki zaginął w wojnach napoleońskich. Wojna się skończyła, narzeczony nie wracał a Ludwika ciągle czekała. Lata biegły i w końcu rodzice zmusili ją do innego małżeństwa z hrabią Wincentym Leszczyc - Siemieńskim. Małżeństwo było korzystne również dla pałacu w Gzichowie, gdyż hrabia Wincenty rządził dobrze i mądrze. Tymczasem gdzieś po 1830 roku w pałacu zjawił się wspaniałym zaprzęgiem możny pan z głową przyprószoną siwizną. Hrabina Ludwika miała zemdleć na jego widok, zaś gdy opuścił pałac w parę miesięcy umarła z żalu i melancholii. W każdą rocznicę najszczęśliwszego dnia w swoim życiu powraca i spaceruje po komnatach Gzichowskiego pałacu.
          • madohora Re: Błękitna Ludwika 28.10.11, 19:02
            https://spbedzin.cmdok.dt.pl/upload_i//foto/legenda_o_blekitnej_ludwice.gif
            • madohora Legenda o powstaniu Będzina 28.10.11, 19:09
              W zamierzchłych czasach, kiedy kraj nasz pokryty był nieprzebytymi puszczami pełnymi dzikich zwierząt, a wśród gęstwiny lasów rozlewały się głębokie rzeki, żył rycerz Benda. Był on najbliższym towarzyszem króla Bolesława Chrobrego. Benda i Bolesław wychowywali się razem, razem uczyli się rycerskiego rzemiosła, razem chodzili na wojny z Niemcami i na Ruś. Wreszcie ramię w ramię walczyli w wyprawach wojennych, podejmowanych przez króla celem podbicia plemion słowiańskich i wcielenia do królestwa. Wiele lat później, kiedy wrogowie przestali najeżdżać granice państwa Bolesława Chrobrego. Benda za wierność i ofiarną służbę otrzymał od króla kawał puszczy nad Czarną Przemszą z przyległymi osadami. Zaś sam król, aby mieć bliżej przyjaciela, przeniósł stolicę z Gniezna do Krakowa. Benda przyjechawszy w tę okolicę po odbiór darowizny, długo szukał miejsca, w którym mógłby wznieść bezpieczną siedzibę, wartownię chroniącą go skutecznie przed wrogami. Wiele razy przemierzał puszczę, aż któregoś dnia znalazł się pod górą otoczoną gęstym lasem, skąd widać było w dole rozlewającą się rzekę. Po drugiej stronie rzeki widać było białe skały piętrzące się wysoko ponad puszczańską okolicą i właśnie w tym miejscu, na tej skale Benda postanowił zbudować swoją siedzibę. Tak też się stało. Mając jednak zbyt mało ludzi, potrzebnych do wzniesienia warownego grodu, wydał surowe polecenie, aby z wolą czy po niewoli zegnać ludność osad leżących pod górą. Sprowadzonym siłą, rozkazał drążyć, łupać skały, wycinać drzewa, nadzorując osobiście budowę grodziska. Kiedy po długiej i morderczej pracy budowę zniesiono, rozpuścił ludność do domów, nie dawszy nikomu zapłaty.
              To była pierwsza krzywda wyrządzona ludziom jeszcze do niedawna wolnym. Za pierwszą poszły inne coraz cięższe. Ciemiężony lud przez pana l jego służbę, przeklinał swoją niedolę. Tak było przez długie lata, aż spadła okrutna kara Boska. W jednym dniu stracił całą rodzinę. W czasie przechadzki pod murami zamku od skały oderwał się głaz, który zmiażdżył żonę i dzieci. Zrozpaczony przywdział szaty mnicha i opuścił zamek. Zamieszkał w pustelni w Gołonogu, żyjąc w ubóstwie i pomagając miejscowym osadnikom. Od tego czasu tegoż Bendy miasta otrzymało nazwę Benzyn, która później zmieniła się w Będzin.
              • madohora Re: Legenda o powstaniu Będzina 28.10.11, 19:12
                https://spbedzin.cmdok.dt.pl/upload_i//foto/legenda_zamek.gif
                • madohora Re: Legenda o powstaniu Będzina 28.10.11, 19:13
                  W drugiej połowie XV wieku w Będzinie pojawili się arianie. Pod wodzą Jana Firleja, pana na Ogrodzieńcu, podbili oni miasto,a księdza, broniącego swojej parafii, zabili. Nie chciał on innowiercom otworzyć drzwi świątyni, których bronił z krzyżem w ręku. Kościół Św. Trójcy, położony na górze nieopodal zamku, został całkowicie splądrowany. Na próżno katolicka ludność Będzina próbowała odbić swoją świątynię. Mieszkańcy zebrali się i postanowili wybudować nowy, istniejący do dziś, Kościół pod wezwaniem Św. Tomasza.
                  • madohora Re: Legenda o powstaniu Będzina 28.10.11, 19:16
                    https://fotoforum.gazeta.pl/photo/0/wa/qa/uuil/cDnaenz45LpqjtkryA.jpg
                    • madohora Re: Legenda o powstaniu Będzina 28.10.11, 19:19
                      Na szlaku wiodącym przez Będzin, u zbiegu dróg prowadzących w cztery strony świata, widać w górze majestatyczną sylwetkę warownego zamku. Swoją malowniczością przykuwa wzrok każdego, kto znalazł się w jego magicznym zasięgu. Mury tego zamczyska widziały wiele, a opowieści o wydarzeniach najmniej prawdopodobnych niesamowitych zostały w legendach zapisane. Wiele razy okoliczni mieszańcy widzieli jak nocą, z baszty wyłania się postać rycerza bez głowy. Spaceruje po murach zamczyska, a czasami kroczy przed nim młoda kobieta trzymająca w dłoniach ludzką głowę. Na przełomie XIV i XV wieku żył burgrabia - Mikołaj Kornicz - Siostrzeniec - dowódca królewskiego zamku i zastępca starosty. Przybywszy z Moraw do Polski, znalazł w Polsce chleb o dostojeństwo, lecz zasmakował w rzemiośle rycerzy - rabusiów rozpoczął rozboje po okolicznych drogach. Chcąc uniknąć kary, zbiegł na Śląsk, skąd ponownie zaczął grasować na pograniczu. W borach miedzy Trzebieczką a Ciesiołką istniało miasteczko o nazwie Wesiołka i tutaj burgrabia przetrzymywał w ukryciu, pod strażą, córkę bogatego Żyda z Będzina, piękną Surę. Pewnego razu podchmielony pragnąc się jeszcze zabawić poszedł wieczorem do Wiesiołki. Tam kazał przyprowadzić Surę, sadzając koło siebie, kazał jej mizdrzyć się do niego, a gdy odtrąciwszy go usiłowała uciekać, rozwalił jej piersi czekanem. Żydówka umierając przeklęła mordercę, mówiąc: Bodaj Jehowa twoje wnętrzności dał krukom na pożarcie. Burgrabia jeszcze wiele miesięcy napadał i rabował, aż wreszcie został przez sąd królewski skazany na śmierć. Uciekając przed wojskiem królewskim schronił się w baszcie. Otoczony, po kilku dniach wyszedł na mur i rzucił się w przepaść. Upadł na ziemię z roztrzaskana głową i pękniętym brzuchem. Wczesnym rankiem kruki miały ucztę, trupowi odcięto głowę, a ciało pochowano pod murem.
                      • madohora Re: Legenda o powstaniu Będzina 28.10.11, 19:22
                        https://spbedzin.cmdok.dt.pl/upload_i//foto/legenda_o_rycerzu_bez_glowy.gif
                        • madohora Re: Legenda o powstaniu Będzina 28.10.11, 19:25
                          Legenda o powstaniu kościółka na „ Dorotce" Przy budowie kościółka na „Dorotce" zdarzyło się, że to, co murarze jednego dnia wybudowali, zostało w nocy rozburzone. Gdy ówczesny pleban ks. Lipnicki zauważył psoty, postawił straż nocą przy budowie, z poleceniem ujęcia sprawców. Pierwszej nocy wartownicy nic i nikogo nie zauważyli. Na druga noc, około północna, usłyszeli jakieś okropne szumy w powietrzu, a za chwilę spostrzegli, jak kawały skał zaczęły spadać dookoła budującego się kościółka. Przestraszeni strażnicy pouciekali ze swych stanowisk, a rano rozniosła się po osadzie wieść, że złe duchy znoszą kamienie, aby nimi zburzy ć budującą się świątynię. Ksiądz pleban oglądnąwszy kamienie, postanowił egzorcyzmami przepędzić złe duchy ze wzgórza. W najbliższą niedzielę z procesją wyruszył z kościoła na wzgórze i tu wśród modlitw poświęcił jeszcze raz szczyt góry na cztery strony świata. Gdy wieczór się zbliżał, wyszli wartownicy na swoje miejsce, by pilno-wać rozpoczętej roboty.Do północna cisza panowała dookoła. Lecz o samej północy znów cos straszliwie zaszumiało. Od strony północnej zjawiła się zgraja czarnych diabłów. Spadłszy na polanę otaczającą budowlę, już uchwycili w pazury olbrzymie kamienie, aby nimi zburzyć mury świątyni. Lecz w tym momencie od wschodu pojawiło się kilka aniołów, którzy rozpo-częli walkę z szatanami, wytracając im z łap kamienie z taką siłą, że spadły aż w okolicach Siemianowic, gdzie do dzisiaj leżą potłuczone na mniejsze odłamki, na przestrzeni kilku mil z widoczny-mi śladami pazurów. Część naznaczonych przez szatany kamieni, dotychczas oglądać można obok murów kościółka na „Dorotce". Ale od tego czasu już złe duchy więcej nie ukazały się na wzgórzu i nie przeszkadzały w dokończeniu budowli kościółka.
                          • madohora Re: Legenda o powstaniu Będzina 28.10.11, 19:27
                            https://fotoforum.gazeta.pl/photo/0/wa/qa/uuil/h3pxnPvwZfrU8abn7A.jpg
                            • madohora Re: Legenda o powstaniu Będzina 28.10.11, 20:00
                              Boruta, który był „przypisany" do łęczyckiego zamku, zawarł w piekle umowę, iż w zamian za jakieś niecne usługi będzie mógł przez pół roku wędrować po kraju. Resztę roku miał spędza w lochach Łęczycy. Umowa została spisana i Boruta rozpoczął swoja wędrówkę. Najpierw upodobał sobie Łysą Górę i zapewnie nie opuściłby tego miejsca szybko, gdyby nie zbudowano tam klasztoru. Uciekł ze Świętego Krzyża w Karpaty, skąd zamierzał udać się w drogę powrotną do Łęczycy. Po drodze zatrzymał się w Suchej Beskidzkiej, bawiąc się w karczmach nie domawiał sobie najlepszego jadła i przednich trunków. Wkrótce wyruszył w dalszą drogę. Byłą noc, gdy Boruta stanął pod będzińską twierdzą. Zamek pięknie oświetlony zachęcał przybysza do wejścia i zabawienia, chociaż przez krótki czas. Diabeł ubrany w czarny żupan, bogato zdobiony złotem i drogimi kamieniami został wpuszczony przez straż do środka. Oświadczył, iż jest węgierskim szlachcicem, który jeździ na Litwę, by przejąć spadek po zmarłej babce. Wszyscy sądzili, iż tak zamożny pan jest zaproszony przez starostę Goławskiego - właściciela zamku w Będzinie. Akurat zbliżał się Sylwester. Goławski, za-prosił więc Borutę na noworoczny bal i przedstawił go swojej żonie Annie i pięknej córeczce Halszce, w której diabeł się natychmiast zakochał. Na balu, Boruta nie tańczył, lecz wodził bez przerwy wzrokiem za tańczącą starościanką. W przerwach miedzy tańcami wychylał pełne puchary starego węgrzyna i miodu, nie mogąc zbliżyć się do Halszki, gdyż na szyi wisiał złoty krzyżyk, czego diabelska dusza znieść nie mogła. Jednakże Boruta postanowił dłużej zabawić w Będzinie. Powiedział starościnie, iż wybierając się pośpiesznie na Litwę, zapomniał zabrać ze sobą ważny dokument niezbędny do egzekucji i testamentu. Wyśle, więc pachołka na Węgry po ów dokument, a po jego powrocie wyruszy na Litwę. Państwo starostowie przychylni Borucie, zauważyli, że Halszka podkochuje się w przybyszu. Powiedzieli mu, że może by ich gościem tak jak długo zechce.Niedługo potem rozeszła się wieść po Będzinie, iż Halszka i Boruta sposobią się do ślubu. Nikt nie mógł przypuszczać, że do małżeństwa dojść nie może. Wszak diabeł nie mógł wyjawi, kim jest i że łączy go umowa powrotu do ciemnych lochów zamku w Łęczycy. Niebawem też zgłosił się, do Boruty ciemny osobnik rodem z piekła i przypomniał mu, że zbliża się termin powrotu. W rezultacie musiał powędrować do Łęczycy, gdzie zaszył się w mrocznych lochach zamczyska, a nieszczęsna Halszka poszła do klasztoru. Zirytowany Boruta, przed wyjazdem z Będzina, oderwał od swych szat czarny guz i rzucił go do przepływającej tędy rzeki, mówiąc, by zawsze toczyła ona czarne wody.
                              I rzeczywiście, do dziś rzeka, która nazywa się Czarna Przemsza, toczy czarne wody.
                              • madohora Re: Legenda o powstaniu Będzina 28.10.11, 20:02
                                https://fotoforum.gazeta.pl/photo/0/wa/qa/uuil/TrPNLIAmT4bDqyN5pA.jpg
    • madohora Legenda związana z herbem Godziemba 11.01.12, 12:48
      Interesującą legendą owiane jest powstanie tego herbu. W roku 1094 wojewoda krakowski Sieciech wkroczył na czele polskich wojsk na Morawy. Szybko też doszło do starcia. Polski rycerz Godziemba (Godzamba) stracił w walce broń. Jeden z nieprzyjaciół widząc Polaka bezbronnym skoczył, aby go pojmać. Godziemba nie tracąc ducha podjechał do pobliskiego lasu i wyrwawszy z ziemi młodą sosnę stanął do walki, po czym pokonał wroga i pojmał go w niewolę. W nagrodę za swój czyn otrzymał herb z wizerunkiem sosny.
      • madohora Re: Legenda związana z herbem Godziemba 11.01.12, 12:49
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/c/ce/POL_COA_Godziemba.svg/200px-POL_COA_Godziemba.svg.png
        • madohora Re: Legenda związana z herbem Godziemba 01.07.19, 12:45
          Zmarły miał odciętą głowę, jego czaszka leżała pomiędzy kośćmi nóg. W taki sposób grzebano niegdyś ludzi uznanych za wampiry. Wampir z Gliwic? Zanosiło się na sensację. Z dnia na dzień odkrywano kolejne szkielety z odciętymi głowami. Wówczas stało się jasne, że to nie izolowane groby, lecz całe cmentarzysko. Ostatecznie w 44 grobach stwierdzono 17 takich pochówków. Archeolodzy byli początkowo ostrożni w klasyfikowaniu ich jako „groby wampirów".
        • madohora Re: Legenda związana z herbem Godziemba 06.10.19, 23:50
          O trzech braciach
          Był tez jeden świec (szewc), miał trzech synów; dwóch było mądrych a trzeci był głupi. I ón musiał każdy dzień po drwa do 22 K O I.BIflRG-U DZIELĄ 1160] boru chodzić. I jak tego drzewa przyniós, tak porzucił i na piec wiaz i na tym piecu siedział. I dostał se ty z wiadomość od króla, izeby ten sołtys oznamił w ty wsi. coby się poschodzili bogaci i ubodzy, i zeby do miasta se ześli w tym a w tym miesiącu, ize ten krói wywiesi tam chustę i miano jego pryncessy (królewnej), a chto tę chustkę poradzi złapić, to go ta pryncessa wziąśó musi. Tak ten świec się (r)ozchorował i umar(ł) i ci dwaj bracia tak buty syli, jak przedtem z ojcem syli, i ten głupi tak chodził na drwa, jak przy ojcu chodził. Niz ten ojciec umar, powiedział im przed śmiercią: Moi synowie będziecie mnie kazden jedną noc stróżować na grobie na śmętarzu. I jak go pochowali, tak ten naj- starsy syn musiał iść naprzód. I o dwunasty godzinie w nocy wzion się grób otwirać. I ón się bał i do dom uciek(ł) i w domu nic nie powiedział. I przysło na drugą noc, tak musiał juz drugi iść i tak 0 dwunasty godzinie znów się grób otwira i ón się ulęk(ł) i uciek(ł) 1 nie powiedział nic w domu, jaki strach był. I na tę trzecią noc musiał iść- ten głupi potem. I jak zased, siad se na grobie i sie dział. I o dwunastej godzinie wzion się grób otwirać zaś. I ón się umknąn na bok, i stał i dziwał się, co z tego będzie. I wyłaz koń cały carny z tego grobu i osiodłany był i zakiełznany w uzdę. I na tym siodle oblec (suknie) była dla tego głupiego. I ten koń mu powiadał: Suchaj! przewlec te swoje oblecenie a oblec te moje eoch, ci przywióz na siodle. I ón oblek i bardzo pićkny princ był. I ten koń: Siadaj terazki na mnie. On na niego wsiad i objechał trzy razy ten kościół do koła i stanąn przy tym grobie i kauzał mu śleźc. I jak ślaz tak powiada koń: Syjm (zdejm) huzdę (uzdę) z głowy, a schowaj ją se dobrze. On huzdę sjon (zdjął) i sewlek się i na niego (siodło) pokład i koń posed nazad do grobu. I 011 posed do boru i przyniós wiązkę drzewa i położył pod ścianą i wlaz do izby na piec i siedział na piecu a nic nie mówił. A ci jego bracia się pytali: Coś ty głupcu tam widział? — A ón im na to nic nie odpowiedział. I jak przysła noc on zaś posed na ten smętarz, ten głupi i o dwunastej godzinie wyłaz znowu koń, ale taki strzeniasty (po- siwawy). a jesce na nim było piękniejse oblecenie, jak na tym pirsym. I ten koń mu powiadał: Sewlec swoje oblecenie, a weź te, co ja ci przywióz, i w(ł)óz huzdę na głowę moję i siednij na mnie. I jak wsiad. objechał trzy razy kościół do koła i stanąn nad gro- bym i ón ślaz i kauzał mu się sewlec, a swoje oblecenie oblec. I tak zaś na siodło pokład i huzdę z głowy jego zdjon. I ten koń zaś do grobu wlaz. I on posed do boru i przyniós związkę drzewa i cisnąn pod ścianę, i przysed do izby i wlaz na piec. I trzeci raz zaś posed na ten cmentarz. Ino wyłaz bieluśki koń i zaś oblecenie, jak przedtem było. Jak się oblek był jesce piękniejszy i trzy razy kościół objechał i posed za pieTen król dał wiadomość do sołtysów po kraju, zeby się zjezdzali. I ci synowie dwa pośli na dziwy (dziwowisko) do tego miasta. A ten głupi wzion swoją huzdę, brząknąn nią nad grobym i koń corny wyłaz. I oblek się bardzo pieknie i pojechał do tego miasta, ale na samym pośladku (ostatku). Juz wsyscy panice byli odskakali, a ón dopiero jedzie. — Ale żaden nie miał takiego konia pieknego, ani był tak piękny, jak ón. I ten koń mu powiadał: Jak przyjedziemy. tak ja obejdę trzy razy do koła i skocę do góry, daj pozór, izebyś niespad, i ty tej chusty byś dopad, ale ij jesce nie łapaj. I on wjechał w miasto i jak jechał po ulicy, to az jasność od niego się zrobiła. I przyjechał. Król w oknie leżał i panice — i dziwowali—i ón się ino po kłonił i pojechał. Król: Jak przyjedzies jutro, to ty mnie nie ucie- ces. nie ujedzies. I ci dwa bracia mądrzy powiadali swoi matce w domu. Wyłaz na drugi dzień ten strzeniaty koń—i (jak poprzednio). Trzeci raz wyłaz bardzo bialuśki koń i złote siodło na nim i złote strzemiona - a oblecenie jesce piekniejse, I koń: Jak sie- dnies na mnie. to się trzymaj, co nie spadnies. bo wsystkie bramy pozamykają i stróze na cię bydą, bo chustkę złapies. I jak jechał, tak ino się iskrzyło. I tak objechał trzy razy i koń skocył, on jak chmajchnął (machnął) ręką, chustkę złapał i za kosulę ją se schował. I król i ona kłaniają się i prosą go na gościnę, ale ón się pokłonił i po jechał fort. Król: Nieprzejedziesz, bo bramy pozamykane i stróze za nią. A koń: Trzymaj się dobrze, bo my i przez bramę prze- skocemy. I rozegnał się i przeskocył. Przyjechał nazad na smętarz i koń: Przewlec się teraz i oblec się w swoje. I on chciał huzdę ś niego zdjąć, a koń mu niedał; ino mu dał miec a powiedział: Utnij mi teraz g(ł)owę. I ten głu piec niby powiada do konia, że mu go żal i że taki piękny. A koń: Jak mnie ty głowy nie utnies. to ja ci utnę. I ón wzion miec, ten gupiec i ucion temu koniowi głowę. Jak mu ją ucion, tak się ten koń stracił (znikł), ino się biała gołębica zrobiła, i ta gołębica po wiada: Wies co ja jest? — A ón: Toć by eh ja rad wiedział coś ty jest, kiedy ty gadać poradzis?— A gołębica: Ja jest ociec twój, a panie Boże ci zapłać za to, coś mię wybawił i ty terazki zosta- nies królem. I ta gołębica podziękowała, mu drugi raz za waystko: Bo ja terazki pójdę do Boga!—I wyleciała w górę ku niebu, a ón posed uazaud dó dóm. I ón zaś wzion swój postronek, swój sukma- nek oblókł i posed na drzewo, i nazbierał chrustu i kijów, przysed do dom, porzucił pod ścianę i na piec wlaz i siedzi. I przęsło para dni a ón się z tą chustką nie znajduje do tego króla. Przęsło i para tygodni. Ten król dał (r)ozpisać po swoij ziemi, zeby się ten znaj dował. który te chustkę odebrał od tej princessy, coby się znaj24 KOLBERG- UDZIELA [ 162 ] do wał ś nią razem przyjść. I ón się dowiedział, ze ten król rozka zał, ale ón nie posed ś nią. I ten król drugi raz pisał po swoji ziemi i po insych ziemiach, zeby się schodzili, i powiedział: Niech będzie z jakiego stanu, cy prostego, cy ślacheckiego. aby się sta wił. I ón znów nie posed ś nią, z tą chustką. Trzeci raz. I ten król potem nakazał księdzom, aby pościli, do Boga się modlili, i we wsystkieh bramach dal lampy porobić i stróżów postawić, ze jak ten c(ł)owiek pójdzie i wlezie pod tę bramę z tą chustką, to się wsystkie lampy mają (r)ozświecić (tak jak od Boga było), a ci stróżowie mają go do króla przywieść, tego cło wieka, który z tą chustką pójdzie. I ón oblek potargane portki, boso, sukmanek zły, i tę chustkę wraził za kosulę, zanadry, i posed do miasta. Jak wlaz pod bramę, tak się wsystkie bramy wraz (r)ozświeciły i ci stróżowie go razem złapali i do króla go zaprowadzili. Jak go przyprowadzili, taki roztargany, a tu król powiada do niego: A mas ty chustkę tej princessy?— A ón odpowiedział: A mam. — Król: A coś ty jest za jeden? — A on odpowiedział: A ja jest syn ubo giego siewca (szewca). Król posed i przyprowadził swoję córkę do niego: Na, moja córko, to jest ten twój princ, ty go teraz musis wziąć. A óna: Nie chcę go, abym (choćbym) miała zginąć ze światu. A ojciec: Musis. I tak, onego przewlec, do kąpieli wody nagrzać i kąpać go, głowę pięknie ostrzydz. I oblekli go potem w prynckie buciory i był ślicny princ ś niego. Tak potem: Iść do księdza, do kościoła i ślub wziąć. I po ślubie wesele stroili. Król potem mu oddał swoje królestwo i pozostał królem. — A ten ojciec, ten starv. był tak przy nich. I ci jego bracia dwa mądrzy, powiedzieli swoij matce: My bych tóż byli radzi iść do miasta, tego nowego króla zobacyć. I matka im dozwoliła iść. I oni jak pośli do tego miasta, i zaśli przed tę kamienicę królewską i biegają i gadają sobie: Kie- by my też mogli jako tego nowego króla zobacyć. A on lezy w oknie w swoim pałacu i przygląda im się i powiada: A coście wy są za jedni, cego potrzebujecie? A oni mu odpowiedzieli: My są ze wsi. ubogiego sewca synowie dwa. On się ich zapytał: A mieliście tez jesce więcej bratów? — A oni: A mieliśmy jesce jednego brata, ale g
        • madohora Re: Legenda związana z herbem Godziemba 07.10.19, 00:16
          Aniele - Stróżu. Od Opola.
          Był tez to jeden pan. i nimóg żadnego śtangreta utrzymać u siebie, bo mu żaden śtańgrćt wygodzie nimóg. Co którego ugodził, to za parę dni wybił go i wygnał. I jednego easu przysed je den meldować się do niego, jeżeliby służby nie dostał. I pan po wiada: Dobrze, nimam stangreta, mozes pozostać u mnie. I ugodził go do służby. I ten pan powiadał: Ale s(ł)uchaj, u mnie jest taka ugoda: jak się rozśmiejes, to będzie twój rok; i oddał mu konie i wsyśko. Nazajutrz na rano powiedział pan swemu lakaj owi. Idź no do stajni, zobac co ten śtangret robi, jeżeli on juz wstał, abo koniom obrok dał. I lakaj do stajni zased, a śtangret jesce śpi i koniom obroku nie dał; i lakaj mu powiada: Co tv robis? A wstańze-z! A koniom daj obrok, bo jakby pan przyseł tobyś batem dostał. I ón, śtangret, dźwignon głowę do góry. i znów się nazad położył i lezy. I lokaj zased do pałacu i powiedział: Stan gret, lezy i koniom jesce obroku nie dał. Pan bardzo był zły i po wiedział lokajowi: Idź, a powiedz mu, niech namaze (smaruje) po wóz, bo pojedziemy do kościoła, i konie niech nastroi w te piekne chomonta. I lokaj do stajni zased i stangret lezy, i lokaj mu po wiada : A wstawaj-zes, nie lez, bo mos namazać powóz i kónie w piekne chomonta nastroić, co pojedzies z panem do kościoła. I ón wstał, i wzion maźnicę ze smołą i cały powóz nasmarował, d\ r sel, koła i wnątrz, gdzie państwo mieli siedzieć, cały powóz zma zał smołą. I pan lokaja posłał: Jeżeli juz ten powóz namazał. I lo kaj przyseł i zobacył, cały powóz zmazany, zbabrany, i tam gdzie państwo mają siedzić wnątrz. I lokaj mu powiada: A cóześ ty naj- lepsego porobił? Kiejś ty ino osi miał namazać, a ty^ś cały powóz zmazał. A ten śtangret mu odpowie: Ha, kiejś mi kazał cały zma zać, to-ch zmazał. I lokaj przysed do pałacu i powiada: Panie, on cały powóz zmazał. Ten pan powiada: Za pięć minut niech za- prząga, a przed pałac przyjedzie. I pięć minut przęsło, a lokaj wo łał na stangreta : Zaprzągaj, a przed pałac przyjezdzaj. I pan zło śliwy, juz sobie bat nasykował; jak by nie był za pięć minut przyjechał, to by go był tym batem obił. Ale śtangret zaraz konie zaprząg i przed pałac przyjechał. I powóz taki cysty, wypucowany, jak nigdy przedtem nie był; juz nie był smołą zbabrany. I pan z panią siedli i do kościoła jechali. I w tym powozie sobie pan z panią gadali, ize jesce takigo śtangreta nie mieli, coby tak pię knie powóz wypucował i tak dobrze jechał. I przyjechali przed jedną figurę (krzyz) i pan capkę zdion i przeżegnał się, a śtangret ani capki nie zdion, ani się nie przeżegnał, i pana to bardzo gor- syło. Przyjechali do wsi, ku ka(r)cmie, a tam przed tą kacmą stoi na podwórzu jeden zołnierz i jeden kawaler, i mają przy sobie wódkę, i oba są juz bardzo pijani. I ten pan powiada: A to sam dwa pijacy stoją ! — A ten śtangret, zjon (zdjął) przed niemi capkę i przeżegnał się, przed temi pijakami. I przyśli przed kościół, i tam dziadek siedzi przy drzwiach, i ten pan mu dał parę grosy jał mużny a ten - śtangret nogą go kopnął. I niedaleko przy tym dziadstał piękny kawaler, pieknie oblecony, i ten stangret mu dał jał mużnę pary grosy, temu kawalerowi. I ten pan był straśnie zło śliwy na śtangryta. I wleźli do kościoła i po kościele jechali dó dom. Jak przyjecbali dó dom, tak panowie śleźli i pośli do pałacu, a śtangret konie powyprzągał i do stajnie. I pan posłał lokaja po tego śtangróta, aby ino przysed do pałacu do niego. I śtangret przyseł i pan mu powiada : Słuchaj ino mój kochany, powiedz mi ty ino, jakemy do tego kościoła jechali, kiedy ja zdjon capkę i przezegnałech się przed figurą, a ty nie. A śtangret powiada : Pa nie, tyś się przeżegnał, ale nie przed figurą, ino przed diabłem, bo na tej figurze diabeł siedział. I pan mu powiada: A cemu ty capkę sjon i przeżegnał się przed karcmą, przed temi pijakami. A śtan gret powiedział: Panie, to byli dwa bracia, ten jeden był przy woj sku a ten drugi w domu ; tak oni pili wódkę, bo się bardzo cie- syli jeden drugiego, ize się już dawno nie widzieli, a pan Bóg we środku między niemi stał, tak-ech ja capkę zjon przed panem Bo giem nie przed niemi. A pan powiada : Cemuześ ty dziadka nogą kopnąn, com ja mu dał jałmużnę? — A śtangret: Panie, bo on tej jałmużny nie godzien, bo ón te parę grosów, coś mu pan dał, prze pije. Tak go się znów zapytał pan. A cemuś ty temu kawalerowi, co tak pieknie był oblecony, jałmużnę dał. — A śtangret mu od powiedział: Panie, ten kawaler jest ubogi, i ón sobie zapracował na te oblecenie, tak ón godzien jes(t) tej jałmużny. I pan powiada: Terazki mi pódzies do sewca, das mi obstałować dobre buty. A ón się w tóm rozśmiał, ten śtangret. Ten pan mu powiedział: A wi- dzis, juz teraz jes v t) twój rok, boś się miał nie rozśmiaó a tyś się rozśmiał. I ten śtangret mu powiada: Panie, a cemu by ja sie nie miał rozśmiaó, kiedy ty jutro będzies urairał, a jesce chces dobrych butów, cóz ci po nich będzie? — I przysło nazajutrz, i pan się (r)ozchorował i umar(ł). I ten śtangret, to nie był cowiek, ino był stróż - anioł tego pana.
        • madohora Re: Legenda związana z herbem Godziemba 07.10.19, 00:28
          O mądrej dziewce
          Byli w jedny wsi dwa gospodarze. Jeden był bardzo bogaty a drugi bardzo ubogi. A byli oba ko(u)mowie. Tak ten bogatv sial tego ubogiego grunt juz kiełka lat. I tak go drudzy ludzie ze wsi namawiali tego ubogiego, coby temu bogatemu ten jego grunt swój odebrał nazad, co go wypuścił temu bogatemu, i coby innym lu dziom we wsi go najon (w}majął, wydzierżawił), co mu lepsćj zapłacą, jak ten bogaty. On mu go chciał odebrać, a on (bogaty) nie chciał mu go oddać i powiedział: Ja go juz sieję kiełka lat, tak juz grunt teraz jes(t) mój, kumie. I tak pośli do sądu. A ten sąd ich (r)ozsądzić nimóg, bo nie wiedział, cyj grunt, a ubogi po wiedział to mój grunt, a ja go najoł temu bogatemu. I ten sądca (sędzia) powiedział: Przyńdziecie tu nazajutrz do mnie i ja wam zadam jednę gadkę, cy zagadkę, przypowiastkę, a który mi zgadnie, to jego grunt będzie. I on im zadał taką gadkę: Co jes(t) naj- wartse (najprędse) na świecie i co najtuściejse (tłuścięjse) i naj- słodse? — Tak ten bogaty się (r)ozśmiał, a ten ubogi się (r)ozpłakał. I ten bogaty przyjechał do dom, powiada swoji żonie: Ja mam ta kiego wieprza, co juz najtuściejsy na świecie, i mam takiego wartkiego źdrzebca (źrebię), co juz niema warciejsego na świecie, i mam parę becek miodu, co juz nima słodsego na świecie, i ja to weznę i zawiezę temu sądcowi, i źdrzebca i wieprza. I tak sądca to odbierze, i grunt mój zostanie, abo będzie; a ten ubogi kum nic mu nie da, bo nic nie miał, tak mu grunt przepadnie. Ubogi kum się tern bardzo martwił, a miał dziewcynę (córkę) osiemnaście lat starą; óna pyta go się: Ojce, o co się tak martwicie? — A on: Córko, kiedy mi grunt mój przepadnie juz; a sądca nam zadał gadkę, a ja nie wiem. co mu odpowiedzieć, a zaś bogaty ma tustegO' wieprza, wartkiego źdrzebca i słodki miód, i on zawiezie sądcema a mnie grunt przepadnie. Córka mu powiada: Nie martwijcie się,, mój ojce, bo to nic nie znacy, choć on mu to zawiezie, bo ja wam powiem, co jes(t) najwarciejse, najtuściejse i najsłodse na świecie. A ojciec: Moja córko, cózbyś ty wiedziała; ty nic nie wies, bo ty do szkoły nie chodzis, ani z izby daleko nie wyńdzies. A ona mu. powiedziała: Ojce, jak się dostawicie do sądu, tak tćmu sądcowi powiedzcie tak, ize najwarciejse są na świecie myśli, bo jak sobie c(ł)owiek zamyśli, to juz kiela tysięcy mil te myśli zalecą; a CO' jes(t) najsłodse na świecie? To jest śpik (spanie), bo każde jedzenie i picie przy nim gorzkie, a c(ł)owiek nie będzie jad, ino będzie spał; a najtuściejse na świecie jes(t) ziemia, bo nas wsystkich ludzi na świecie żywi. Tak wy powiedzcie temu sądcowi tę gadkę, to' was grunt będzie. Ten bogaty wzion tego zdrzebca, zaprowadtemu sądcowi i wieprza i para becek miodu, a ten ubogi kum nic. bo ni miał nic. I powiada: Przyprowadziłech panu sądcowi zdrzebca najwartsego. — A sądca: A dobrze, zaprowadźcie go do moji stajnie. I przywiózech najtuściejsego wieprza. — A sądca: A dobrze, zapro wadźcie go do mego chlewa. A przywiózech parę becek miodu. — A sądca: A dobrze, wstawcie do moji piwnicy. I sądca powiedział bogatemu: Dobrze, twój grunt jes(t)! — I potem spytał się ten sądca tego ubogiego: Powiedz ty terazki swoją gadkę. I ubogi kum po wiedział sądcemu, ize najwarciejse na świecie są myśli, a naj- tuściejsa ziemia, bo wsystkich żywi, a najsłodse spanie. A sądca mu odpowiedział: Prawie! twój grunt jes(t)!— I ten sądca go się spytał tego ubogiego, ckto go tej gadki naueył?— A ón odpowie dział: A moja córka. A sądca: Wiela ta córka ma lat? A ubogi odpowiedział: Osiemnaście lat ma. Ten sądca mówi: A to mi ją tutaj przyprowadź do mnie, iz ona taka mądra jes(t). A ubogi: Ja koż ja mam przyprowadzić, kiedy ona bez odzienia jes(t), nagata. i óna na dwór nie wyńdzie ino za piecem siedzi. I ten sądca po wiedział: Niech sobie siednie na wóz do słómy, to ji żaden nie uzdrzy, a ty ją tu do mnie przywieź. On córkę wzion, włożył do słomy, i temu sądcemu ją zawióz i posed do jego kamienice po wiedzieć mu, ze jego córka juz na wozie przywieziona jes(t). I sądca odpowiedział: A dobrze jes(t), idź a przywiedź mi ją tu do kance- laryje. A jakoż ja mom przywieźdź, kiedy óna bez odzienia. A sądca mu dał swój płasc i powiedział: Idź, tym płascem ją odziej, a przy wiedź. I ón posed i odział i przywiód córkę. A sądca ji się pytał. Zkąd ty to wićs, taką gadkę? — A ona mu na to odpowiedziała: Panie sądca, sama ze siebie! — A on: Kiedy tyś taka mądra, to ty moją panią będzies. Posed do sklepu, nakupił oblecenia, i dziewcynę odział i tego ubogiego ojca prosił, coby mu ją dał za żonę. I ubogi się z tego ciesył, i tak wesele zrobili. Po tem weselu sądca iej po wiedział: Moja żono: tyś jes(t) mądrzejsa, jak ja, ale mi się musis zaprzysiądź, ze mi w sądach przeskadzać nie będzies. I ona mu przyobiecała, ze mu się do sądu nie będzie wtykać. Tak ten ubogi ojciec dostał ten swój grunt nazad. I był w jednym tygodniu targ w tym mieście. I zajechał ch(ł)op na targ z kobyłą, i z małym źdrzebackiem. a drugi eh(ł)op zajechał z koniem — i ten źdrzebacek zased do tego konia, i ten ch(ł)op, co miał tego konia powiedział, ze to jego źdrzybak jes(t), bo mie się mój koń oźdrzebił. A ten drugi, co miał kobyłę, po wiada: Nie można, coby koń zdrzybaka móg mieć. I tak zaśli do sądu. I ten, co mu odebrał tego źdrzybaka, to temu sądcemu parę talarów dał, i on źdrzybaka wzion i przysądził mu, ze to źdrzybak jego, ize się koń oźdrzebił; a ten wzion źdrzybaka i pojechał do domu. A ten drugi, co był z kobyłą, bardzo się o swego źdrzybaka martwił. Ujźdrzała go ta pani sądcego oknem i pyta g[197] GÓHNY SZ LASK 59 się on tak martwi? — A on ji odpowiedział: Jakoż nie martwić się, kiedy mi się kobyla oźdrzebiła, i źdrzebie zasło do drugiego, co miał konia, i ten mi tego źdrzybaka odebrał, i ja go skarżył w sądzie, a sąd mu go przydał, bo on zapłacił parę talarów w są dzie. A ona mu odpowiedziała: Mój kochany gospodarzu, jeżeli mnie nie wyzdradzis, to ja ci doradzę jak mas robić, co swego źdrzybaka nazad dostanies. A 011: Wielmożna pani, nie wyzdradzę, Ona : Przyńdź nazajutrz raniuśko wcas do mego sadu i przynieś ze sobą sieć i łapaj tą siecią po ulicach ryby; jak mój panie (w)stanie, i zobacy cię oknem to cię zawoła i spyta ci się : Co ty tam robis? A ty mu odpowiedz, ize ryby łapas. On nazajutrz przy- sed ze sicią i zaciąga po ulicy i łapie ryby — i sędzia (w)stał, zo- bacył go i pyta, go się: Co ch(ł)opie robis? On: Panie sądca ryby łapię. A sądca : Głupi ch(ł)opie, jakobyś ty na ulicy ryby móg ła pać ! Ryby ni mogą być na ulicy w piasku, ino we wodzie. A on mu odpowiedział: Tak dobrze ryby mogą być na ulicy, jak koń źdrzybca ulądz może, bo koń nimoze. ino kobyła. I sądca go za wołał do swojej kancelarye i pyta się : elito go tego naucył. A on: Naucyła. mnie pani sądcowa. I ón mu dał list do tego ch(ł)opa, co mu to źdrzebie odebrał, zeby zaraz to źdrzebie oddał. I on ch(ł)op musiał mu oddać. I sądca swojej żony zawołał do kancelaryje a po wiedział: Zono, widzis mówilech ci, ażebyś mi w sądach nie prze- skadzała, bo ja se móg zarobić parę talarów, a bez cię nimogę. boś ty jes(t) mądrzęjsa. jak ja i ty sprawiedliwiej gadas ; tak ty seblec (zewlecz) swoje oblecenie, coch ci sprawił, a idź do swego ojca do dom; potrzebować cię nie mogę, bo mi w sądach przeska- dzas. Ona mu odpowiedziała : Mój kochany mężu. kiedyć juz tak to juz pójdę; ale na tym ostatku, to się jesce dobrze napijmy wódki. Dała przynieść parę kwart wódki i pili oboje na tę roze- staną. A ino go prosiła, coby pił jak najwięcy. I on tak pił, az się bardzo opił, a z ostał leżeć. I óna kazała zaprządz kónie i ónego na wóz \v(ł)ozyć i do swojego ojca pojechała ś nim. Jak do ojca przy jechali, tak go do oborv między krowy s(ł)ozye kaza(u)ła. I on jak się przespał, tak ocucił i powiada se: (G)dzie-ch ja tez to jes,t), taki tu smród i ciemno! — S(ł)ysy bydło łańcuchami scerkać przy zdlobach (żłobach) i jego żona zejdzie krowy doić a on w gnoju lezy. I wstydził się na nią zawołać, ize taki pan w gnoju leży. Ale óna posła do niego i powiada: Mój panie, cóz ty tu r
        • madohora Re: Legenda związana z herbem Godziemba 13.10.19, 21:37
          Gdy wszystkie wydał rozkazy do drogi,Gdy mógł wypocząć przed trudami boju: Starcowi stanął na myśli skarb drogi,Jedyne szczęście wśród cierpień i znoju.Ten śpiew, co nakształt anielskiego pienia W cichych akordach dolatywał z góry, Słodszy niż harfy eolskiój westchnienia,To głos jedynój Stanisława córy.I tak ja k oracz , gdy nagle usłyszy Srebrny głos dzwonu wiejskiego kościoła, Porzuca pracę i w wieczornej ciszy Cicho spoczywać powraca do sioła —Tak na głos świeży piosenki dziewczęcćj,W znużonćj głowie cały myśli wątek Schronił się w serca najczulszy zakątek,B y tam odpocząć lżćj, milej, goręcćj.Łza błysła w gniewnćj przed chwilą źrenicy, I biedny ojciec pospieszył w te strony K ędy płynące, harmonijne tony, Obecność młodćj zdradzały dziewicy
          Gdy się ukazał, zamilkło śpiewanie,Harfa się z białćj wysunęła ręki,Lecz milszy stokroć, niżli harfy wdzięki, Zabrzmiał wesoły okrzyk powitania;Dwie rączki ojca objęły ramiona,Oczy ku niemu wzniosły się figlarne,Lecz starzec gładząc śliczne włosy czarne, Z westchnieniem córkę przycisnął do łona. „Cóż ci to ojcze? — dziewczyna zapyta — Na twą Nawojkę coś smutno spoglądasz? Czy cię co martwi? może czego żądasz? W iesz, że najbardzićj pali rana skryta,A jeśli powiesz — to może też zdoła Moja pociecha usunąć, co b o li;Pamiętasz, nieraz czułością powoli Spędziłam smutek z pochmurnego czoła!"
          „Oj nie pociechy moje biedne dziecię!Mnie trzeba siły i odwagi z nieba,Bo nas jest dwoje samotnych na świecie I jeszcze ciebie opuścić mi trzeba!Opuścić samą i to w taką chwilę!Gdy wróg zacięty grasuje dokoła
          92Gdy niebezpieczeństw otacza cię tyle,Ja muszę jechać — Ojczyzna mnie woła !
          Nawojka słucha, pobladło jćj lice,Zda się, źe nagle jćj postać się wzniosła, Eoztwarte oko rzuca błyskawice,Z młodćj dzieweczki niewiasta w yrosła!„Ojcze — odrzekła — idź, gdzie Bóg iść każe! Bez jego woli z głowy włos nie zginie:Ja tu zostanę i męztwem okażę,Iż w moich żyłach krew Hetmanów płynie.Dla mnieżby jednćj miał cierpieć kraj cały? W ojska bez wodza i Król bez obrony?B y na mój głowie łzy matek ciężały? ...Ojcze — idż bronić kraju i korony!
          Umilkła. — Kycerz z głębokiem wzruszeniem, Jakby starego towarzysza broni,Zaszczycił córkę szczerćm uściśnieniem Swćj dzielnćj, kraju poświęconćj dłoni.Lecz modre oczy, tak mężne przed chwilą,Już się zalały wrzącym łez potokiem;A drżące usta napróżno się silą Na słaby uśmiech. — Przyspieszonym krokiem Dąży dó okna — tam wietrzyk zachodu Wonną i letnią owionął ją fal
          Ona nie była z tych, które się żalą Gwiazdom lub słońcu; ją ojciec za młodu Uczył odwagi szukać w niebie — wyżćj Nad wszystkie gwiazdy i nad wszystkie słońca, Gdzie wieczny spokój i siła bez końca.Tam więc westchnęła, i znów uśmiech świeży Zabłysł na ustach, jak tęcza na niebie,I łzy osuszył. — Mową i skinieniem Biednego ojca przy ciągła do siebie,Już się z nim zwykłćm podziela siedzeniem I białą rączką gładzi włos srebrzony,Smutnego plącze w długi tok rozmowy,Ciesząc i tuląc, aż zegar zamkowy Ogłosił północ głębokimi tony
        • madohora Re: Legenda związana z herbem Godziemba 13.10.19, 21:48
          Żyje na świecie jakiś duch skrzydlaty,Co smutne wieści dokoła roznosi,Z zamku do zamku i z chaty do chaty,Jak dzwon umarłych płacz i żałość głosi. Nigdy tak dobra nowina nie spieszy:Może to wskutek Bożego zrządzenia Człek wcześnie płacze i późno się cieszy,I wprzód nim szczęścia — wygląda cierpienia.I tak wieść czarna do obozu bieży —Przez puste pola i dymiące sioła,Nim dojdzie celu, okrąża dokoła,Obiega liczne szeregi rycerzy I w ślad zostawia żal i przerażenie.Kędy wódz przejdzie, ustają rozmowy, Smutnieją twarze, i ukłon wojskowy Poprzedza długie litości spojrzenie
          I on. nareszcie dosłyszał.... Nie wierzy,On ni« chce wierzyć! przecież strach go ima,I jak m goryczce stają przed oczym a:Bunt jeńców, mordy, i włos mu się je ż y !.. „Dziecię me, dziecię!" — woła bezprzytomny I każe siodłać najlepszego konia,I z garstką ludzi pędzi wcwał przez błonia; Wcwał kawał drogi przebyli ogromny,A ż zajechali przed zamkowe wrota.Tam wiatr z dziedzińca rudawy kurz miota, Pusto... przed bramą nie widać już straży, Przez most spuszczony każdy przejść się waży, Lecz nikt nie przejdzie — chyba pies zbłąkany, Co głodny wyjąc obgryzuje kości.A kruki krążą ponad zamku ściany I patrzą w okna... o ! tych czarnych gości Okropna tutaj przyciąga biesiada!Pan Wojewoda milcząc, z konia zsiada I w zamek idzie, straszliwie spokojny;Z brwią pomarszczoną i ściętemi usty,W nadziemską siłę i powagę zbrojny Stąpa. Krok jego budzi odgłos pusty,A ściany odgłos powtarzają echem.Starzec krok zwalnia, wstrzymuje co chwila,
          124Nad każdym trupem uważnie się schyla Z sercem bijąeem , stłumionym oddechem,I pilnie szuka pomiędzy zmarłymi,Czyli nie znajdzie może między nimiSwego dziecięcia__I tak przez komnatyI przez krużganki powoli przechodzi... Każdy krok w sercu większą boleść rodzi; Nie spojrzy nawet na ów sprzęt bogaty, Który przed laty dla małżonki młodej Sprowadził, huczne wyprawiając gody,A który teraz leży potrzaskany I w brudnym pyle wala się bez ładu.Na ścianach wiszą złociste łachmany...Lecz w tym nieładzie najmniejszego śladu Nawojki niem a!... Gdzież ona? gdzież ona?! Może w tćj chwili przez stepy kozacze Na dzikim koniu uwieziona płacze I z dzikich objęć rwie się zrozpaczona?... Na tę myśl starzec zżyma się, przeklina Jeńców i siebie, i włos targa siwy I dalćj smutną wędrówkę zaczyna__Nagle znów staje... spostrzega, o dziwy! Postać niewieścią biegnącą ku sobie... Trwożny jak gdyby w obliczn widziadła, Drży i wyciąga ku niej ręce o b ie,—Lecz wnet dłoń każda po boku opadła.
          Nadzieja ledwie zabłysła i znikła,A jakże długiem jest rozczarowanie ...Zda się, że dusza do cierpień przywykła; Lecz niech najmniejsza nadzieja powstanie, Już chciwa mdłego promyka się czepia I na niem szczęścia ogromy ulepia!...Tak biedny ojciec przez chwilę złudzony,W postaci, która do nóg mu się tuli,Poznaje bladą twarzyczkę Annuli.Lecz jakże wyraz tćj twarzy zmieniony!Na ustach zamiast dziecinnój radości,Dzisiaj zwątpienie i dziki strach go ści,I obłąkanie z jćj oczu się śm ieje...Biedna dziewczyna chce mówić — nie może. Sili się cała i jak listek chwieje,Wreszcie się łzami zalała. — O, Boże! Otwiera usta! Starzec drży i słucha Jakby przed sędzią, bez ruchu, bez skargi, Jakiż nań wyrok wydadzą te wargi,Czyli z nich rozpacz wyjdzie, czy otucha?...Dziewczę niepokój w niemej czyta twarzy,I sił dobywszy z zapewnieniem spieszy,Iż kiedy zamek złupiwszy Tatarzy,Ruszyli w drogę — wpośrodku ich rzeszy
          Pani nie było__Próżno Hassan starySzukając, przebiegł cały gmach szeroki, Tylko Selima znalazł zimne zwłoki,I wyszedł Chrześcian przeklinając czary. Ciało młodzieńca zawinął pobożnie,Przed się na konin ułożył ostrożnie,Dał znak i cała wyzwoleńców tłuszcza Milcząc się wali; sam Hassan na przedzie Z drogim ciężarem dziedzińce opuszcza,I na wschód ręką wskazując, rej wiedzie! Może wiatr chłodny, co od stepu wionie, Koznieci iskrę życia w martwćm łonie I zwróci w wieczność wzlatującą duszę! Któż wić? któż wielkie zbadał tajemnice, Któż straszne zgonu badając katusze, Rozpoznał życia i śmierci granice?...Zamek pozostał głuchy, spustoszony,Przez liczne okna i bramy strzaskane W iejący zimno, jak grób odwalony,W iejący smutek, jak serce złamane__W tedy dopiero Annula nieśmiała Waży się ciche opuścić schronienie,Gdzie ją zbawiło może zapomnienie,Może i litość__Sama pozostałaŻyjąca jedna wśród zmarłych tak wielu!I odtąd błądzi bez myśli, bez celu,
          Lecz nie śmie zamku opuścić, bo w ciszy,Gdy już umilkły konających jęk i,Ona co chwilę najwyraźniej słyszy Głos ukochany, głos swojej panienki!Lecz głos tak słaby, żałosny, stłumiony,Iż echo ledwie w czułćm sercu budzi.Annula słucha, czy jćj sen nie łu d zi...Słucha — i nie w ić, z której płynie strony Ów ton rozpaczy. Słucha, słucha jeszcze,Zda się, że głos ten leci z niebios szczytu; Lecz n ie... spokojnie, cieho wśród błękitu,I tylko ptaki krakają złowieszcze__Tutaj dziewczynie płacz przerywa mowę.Starzec się zatrząsł, na pierś spuszcza głowę I w zadumaniu stoi długą chwilę.Snać, że myśl nowa wszczyna się, rozszerza, Kształci się w łonie, walezy, rośnie w sile, Wreszcie zwycięża i światłem uderza:„Tam w górę za mną!“ — głosem woła dzikim I pierwszy biegnie z szybkością młodziana.Tam jest kryjówka jemu tjdko znana;On tajemnicy nie zdradził przed nikim ,A przecież, przecież — któż w ić, o mój Boże Do tej kryjówki drzwi niema widomych,I plam ka, którą ledwie dojrzeć może W zrok dobrze wprawny, porusza kryjomych,
          Cichych podwoi misterną sprężynę.Dość lekko dotknąć, już ściana roztwiera Na krótką chwilę swoje łono sine I milcząc, skarby rzucone pożera.
        • madohora Re: Legenda związana z herbem Godziemba 04.12.19, 15:17
          NAWIEDZONY DOM W MYSZKOWIE

          W Myszkowie, przy jednej z głównych dróg znajduje się ponoć jedno z najsłynniejszych nawiedzonych miejsc w naszym województwie. Według opowieści ludzi, dom został wybudowany 40 lat temu przez dwóch samotnych braci - Zygmunta i Jerzego. Starzy kawalerowie byli opanowani manią fantastyki i ufologii. W środku budynku przeprowadzali seansy spirytystyczne, próbowali nawiązać kontakt z obcymi cywilizacjami. Próby zakończyły się niepowodzeniem, a dla samych braci miały tragiczne skutki. Obaj trafili do szpitala psychiatrycznego. Podobno jeden z nich, nadal tam przebywa. Drugiemu udało się uciec, jednak jedynie po to by popełnić w swoim domu samobójstwo. Podobno ludzie widzieli tu zjawy czy tajemniczą postać polerującą powybijane szyby.
        • madohora Re: Legenda związana z herbem Godziemba 04.12.19, 15:24
          HUBERTUS

          Hubertus - to jeden ze starszych obiektów w mieście, choć, tak naprawdę, nie wiadomo kiedy dokładnie powstał. W Encyklopedii Dąbrowy Górniczej można jedynie przeczytać, że budynek powstał z inicjatywy Spółki Francusko-Włoskiej - właścicieli kopalni Paryż i pełnił funkcje mieszkaniowe dla pracowników zakładu. Podczas pobytu w Dąbrowie Górniczej przebywać miała w nim podobno Maria Konopnicka. Później Hubertus stanowił własność prywatną. W czasie przebudowy miasta w latach 70. miał zostać wyburzony, ostatecznie jednak urządzono w nim restaurację. Dziś obiekt jest zamknięty, chociaż z zewnątrz prezentuje się nie najgorzej. Obraz ten niszczą krzaki i kilkumetrowe już samosiejki drzew, które rozpanoszyły się wokół zajazdu. Mieszkańcy pobliskiego osiedla uważają, że Hubertus stoi w złym miejscu. - To dziwne, że taki obiekt stoi pusty. On chyba po prostu przeszkadza - uważają. Dlaczego w Hubertusie nic się nie dzieje? - To albo ekonomia, albo... duchy - uważają mieszkańcy. Jak dodają, swego czasu mówiło się, że w środku budynku... straszy. Mieszkańcy mówili o białej postaci, którą podobno można zaobserwować w jego oknach. Cechą charakterystyczną rzekomej zjawy jest to, że zawsze pojawia się późną wiosną i latem, tuż przed wschodem słońca.
        • madohora Re: Legenda związana z herbem Godziemba 04.12.19, 15:32
          NAWIEDZONY DWOREK W MIASTECZKU ŚLASKIM

          Jest to podobno jedno z miejsc nawiedzonych w naszym województwie. Chodzi o Dworek u Rubina, który znajduje się w Miasteczku Śląskim. Legenda głosi, że ponad 150 lat temu do Miasteczka Śląskiego (powiat tarnogórski) sprowadził się nauczyciel Michael Rubin, który miał syna - Ryszarda. Je go potomek od najmłodszych lata chciał zostać w przyszłości lekarzem. Swoje marzenie spełnił! Bogaty lekarz, przy ul. Dębina, był właścicielem małego dworku, który do dzisiaj w mieście stoi. Mieszkał w nim z żoną Klarą, która była od niego młodsza o 20 lat. Jako ciekawostkę można dodać, ze to było pierwsze dziecko jakie w swojej zawodowej karierze odbierał właśnie Rubin. Mieli oni dwójkę dzieci - Elżbietę i Lotara. Córka niestety zmarła bardzo szybko, mając zaledwie dwa latka. Po jej śmierci Klara znienawidziła najmłodszych. Parę lat później na tamten świat zawędrował także Ryszard, a ich syn poszedł do wojska i do domu już nie wrócił. W dworku następnie stworzono przedszkole - spowodowało to, że Klara jeszcze bardziej stroniła od dzieci. To wszystko ją załamało, wpadła w depresję, a w 1949 zmarła. Od tamtego momentu zaczęły się dziać tutaj dziwne rzeczy. Ma ona nawiedzać to miejsce i straszyć mieszkańców, razem ze swoim kompanem: bezgłowego handlarza solą, który wprowadził się do dworku po jej śmierci. Od 50 lat w tym budynku, gdzie w przeszłości uczyły się niemieckie dzieci, znajduje się przedszkole. Maluchy z Przedszkola nr 1... lubią natomiast słuchać historii o duchach.
        • madohora Re: Legenda związana z herbem Godziemba 08.12.19, 18:27
          Okoto połowy XVI w, zamieszkiwało dwóch młodzieńców w Ferrarze — kwitła ona podówczas pod panowaniem swych wspaniałych i szlachet­nych książąt dwóch młodzieńców, noszących imiona: Fabjusza i Mucjusza.Rówieśnicy a blizcy krewni nie rozłączali się prawie na chwilę i łączył ich węzeł serdecznej przyjaźni. Obaj pochodzili ze starożytnych rodów, obaj byli zamożni, obaj te same posiadali upodo­bania artystyczne. Mucjusz z zapałem poświęcał się muzyce, z a śFabjusz malarstwu. A byli tak pięk­ni, wykwintni i wykształceni, iż chlubiła^się niemi Fer­rara, niby najprzedniejszą swoją ozdobą... jeno ze­wnętrznie nie zachodziło pomiędzy przyjaciółmi po­dobieństwo — gdy nieco wyższy wzrostem Fabjusz cerę miał bladą, włosy złociste, zaś w oczach jego przeglądał się lazur morza — Mucjusz odwrotnietwarz śniadą, krucze włosy i niby rozżarzony wę* giel oczy, których prawie nie rozświetlał nigdy błysk wesoły, ani jego oblicza nie krasił uśmiech pogodny, będący nieodłącznym towarzyszem twa­rzy Fabjusza. W rozmowie również był bardziej milczącym — obaj jednak przyjaciele podobali się paniom, gdyż słusznie uchodzić mogli za wzór ry­cerskości i szlachetnego postępowaniaW tym czasie mieszkała w Ferrarze dziewica imieniem Welerja. Była to piękność skończona, jedna z najpiękniejszych panien w mieście i wielu słało za nią rozmarzone spojrzenia, mimo, iż żyła w wielkiem odosobnieniu, nie odwiedzając zebrań liczniejszych, a cały czas, poza codzienną modlitwą w kościele, przepędzała z matką, niezamożną wdową, która prócz córki nie posiadała innej rodziny. Nie­którzy, co prawda, twierdzili, że zbyt nieśmiałą i bojaźliwą jest panną, że trudno z niej wydostać słówko weselsze i niewiadomo nawet czy przyjemny ma głos, bo z nikim wdawać się nie chce w roz­mowę. Inni natomiast opowiadali tajemniczo, że wczesnym rankiem, gdy jest jeszcze miasto uśpione, śpiewa u siebie w komnacie stare sentymentalne pieśni, sama sobie do nich wtorójąc na lutni. A sta­rzy ludzie postrzegając Walerję szeptali:— „O, jak szczęśliwym będzie ten młodzian, który potrafi wzbudzić uczucie w tym kwiatuszku i pod czyim wpływem ten dziewiczy i nierozwi- winięty pąk rozwinie się w bujne kwiecie”Walerję w czasie wielkich uroczystości ludowych, jakie wyprawił książę Ferrary Ercolo — syn słyn­nej Lukrecji Borgia — na cześć dostojnych gości) którzy przybyli z Paryża na skutek zaprosin księż­nej, jego małżonki, córki króla Ludwika XII. Wraz z matką siedziała Walerja pośrodku pięknej try­buny, wybudowanej wedle rysunku Paladjusza, którą przeznaczono dla szlachetniejszych dam miasta.Obaj — Fabjusz i Mucjusz — zakochali się w niej namiętnie od pierwszego wejrzenia, a po­nieważ nie zwykli byli czynić przed sobą tajemnic, wkrótce każdy z nich wiedział, co się działo w sercu drueiego. Wtedy postanowili zbliżyć się do Walerji i starać o jej względy, a jeśli ona którego z nich zechce wybrać — to drugi bez szemrania, podda się swemu losowi.W parę tygodni później, dzięki dobremu imie­niu, jakie w mieście posiedli, udało im się zdobyć wstęp do domu wdowy, nie przyjmującej niemal nikogo i uzyskać zezwolenie od niej bywania i na­dal. Od tej chwili codziennie widzieli Walerję i codziennie mogli z nią rozmawiać — a ogień żarzący się w ich sercach, wzmagał się z coraz większą siłą. Walerja nie wyróżniała z obu żad­nego szczególniej — choć znać było, że rada prze­bywa w ich towarzystwie. Z Mucjuszem dosko­naliła się w muzyce, z Fabjuszem częściej zatowiodła rozmowy, z nim jakby się czując mniej onieśmieloną.W reszcie postanowili przyjaciele wyjaśnić swe sprawy i wysłali do Walerji list, pisząc, aby zechciała się wypowieć, któremu z nich zechce oddać swą rękę. Walerja wręczyła list matce i oświadczyła, że gotowa nadal trwać w panień­stwie, wyjdzie atoli za mąż, jeśli matka tego za­pragnie i tego wybierze, na kogo ona jej wskaże. Zacna wdowa rozpłakała się na myślo rozłące z córką, ukochanem dzieckiem — odma­wiać jednak nie miała powodu, gdyż obaj mło-' dzieńcy jednako godni byli ręki jej córki. Jęła rozważać, a że osobiście bardziej jej do serca przypadł weselszy Fabjusz i podejrzewała, że ku niemu to również skłania swe uczucie Walerja — wskazała na niego. Nazajutrz Fabjusz dowiedział się o swem szczęściu. Mucjuszowi zaś nie pozosta­wało nic innego, jeno dotrzymać słowa i się po­godzić z tym wyrokiem.1 ak też postąpił świadkiem jednak szczę­ścia swego przyjaciela a rywala być nie mógł. Natychmiast sprzedał większą część swego ma* jątku i zebrawszy parę tysięcy dukatów, wybrał się w podroż daleką na W^schód. Żegnając się z F abjuszem, oświadczył, iż nie rychlej po­wróci, nim zagasną ostatnie iskierki tkwiącej w sercu namiętności. Bolała Fabjusza rozłąka z to­warzyszem lat dziecinnych, radość jednak, iż stnął u ćelu swych marzeń — głuszyła chwilowo inne uczucia.Niezadługo później odbył się jego ślub z Wa- lerją i wtedy dopiero poznał on, jaki to skarb po­siada. Ponieważ miał w okolicach Ferrary piękną willę,- otoczoną cienistym ogrodem, tam zamieszkał wraz z żoną i jej matką. Piękne nastały wtedy czasy. Małżeńskie pożycie wydobywało na jaw nowe zalety Walerji, a Fabjusz rozkochany w—tym pełnym harmonji bycie—udoskonalił się w malar­stwie, stawał się ze zwykłego, jak dotąd miłośnika sztuki, prawdziwym mistrzem. Matka Walerji skła­dała Bogu dzięki, spozierając na szczęśliwą parę. Tak niespostrzeżenie zbiegły cztery lata, niby roz­koszny sen. Jedno martwiło tylko młodych małżon­ków — nie mieli dzieci.. . ale jeszcze nie tracili nadzieji... Pod koniec czwartego roku, po raz pierwszy nawiedziło ich dom nieszczęście — matka Walerji umarła, po parodniowej chorobie...Łez dużo wylć ła Walerja, długo nie mogąc się uspokoić po stracie. Lecz przeszedł rok, czas ukoił cierpienia i życie znów popłynęło dawnem łożyskiem.., I oto, pewnego pięknego letniego wie­czoru, nie upzredziwszy nikogo, do Ferrary znów powrócił Mucjusz
        • madohora Re: Legenda związana z herbem Godziemba 18.12.19, 21:52
          Śpiąca Królewna

          Może zobaczysz w czarodziejskiej baśni
          Wysnutej z podań ludowych legendzie
          O tym co było i o tym co będzie
          Niby widzenie mgliste ideału
          Śpiącą Królewnę na górze z kryształu
          Którą z rąk odbić złego czarodzieja
          Trzem braciom słuszna jaśniała nadzieja
          Jak dwaj z nich w morze pobiegli płomieni
          I nie wrócili więcej - zwyciężeni
          Ale ten trzeci najmłodszy w siermiędze
          Oprze się pokus i czarów potędze
          I pnąc się z wolna mimo straże gniewne
          Ze snu zaklętego obudzi królewnę

          Adam Asnyk
        • madohora Re: Legenda związana z herbem Godziemba 14.01.20, 23:50
          Roku tysiąc sz e ść se t czterdziestego szóstego
          W Wigiliją Matki Boskiej — grudnia dnia siódm ego
          Trzy były grana w ielkie wykopane
          W górze M achnowskiej, ale tak nazwane:
          N ajśw iętsza Matka, Antoni, Barbara,
          Tu dla K arczów ki wspaniała ofiara,
          A to za biskupstwa Piotra G ębickiego
          Krakowskiej katedry k sięcia Siew ierskiego;
          Starosta C zechow ski kazał ich obrobić,
          By temi statuami kościoły ozdobić.
          W K ielcach katedrze Marja została,
          W Borkowicach Antoni,—to pismo zeznaje.
          Hilary Mała, ze wsi Niewachlowa,
          On to wynalazł—masz w ieść co do słowa.
          Ksiądz Andrzej Kuźniarski, gwardjan tutejszy,
          Z archiwum ułożył te szesn aście wierszy.
        • madohora Re: Legenda związana z herbem Godziemba 14.02.20, 16:35
          *
        • madohora Re: Legenda związana z herbem Godziemba 15.09.20, 23:54
          http://fotoforum.gazeta.pl/photo/0/wa/qa/uuil/jfZG3H41GrzIOQUMaB.jpg
    • madohora Nie tylko śląskie legendy 11.01.12, 16:48
      Herb ten się w Polsce urodził: bo gdy Bolesław Krzywousty z Prusakami wojował, rycerz Dołęga nazwany, herbu Pobóg, z boku z zasadzki, wodza Pruskiego wojska, tak dobrze z kuszy ugodził, ze go z konia zwalił i z życia wyzuł; czym przestraszeni ludzie jego, snadniej potem od Polskiej szabli porażeni zostali. Za tę przysługę od Króla do ojczystego herbu swego, wziął strzałę w przydatku, a herb od imienia jego Dołęga nazwany. Mnie się zda, że starszy ten herb od czasów Bolesława Krzywousta: bo dobrze za panowania jego, już tego domu familianci w senacie zasiadali. Niektórzy przydają, że herb Niezgoda, od Dołęgi wziął swoje początki.
      • madohora Re: Nie tylko śląskie legendy 11.01.12, 16:50
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/b/bd/POL_COA_Do%C5%82%C4%99ga.svg/200px-POL_COA_Do%C5%82%C4%99ga.svg.png
      • madohora4 Re: Nie tylko śląskie legendy 20.05.18, 20:48
        LEGENDA O BIAŁEJ DAMIE Z SZAŁSZY:

        Było to tak dawno temu, jak jeszcze panowie z Szałśzy mieszkali w starym zamku. Zamek pobudowali w 1781 roku a już niedługo po zbudowaniu zamku straszyła tam Biała Dama. Niektórzy ludzie nie dowierzali, że w Zamku mieszka Biała Dama, więc im za karę się pokazywała i straszyła. W okresie wojen napoleońskich do Szałszy trafił jeden z francuskich oficerów i on szczególnie nie chciał wierzyć w Białą Damę. Żarty sobie stroił i z Białej Damy i z kompanów, którzy mu o niej opowiadali. Po posiłku poszedł spać. Prawie już kładł się do łóżka, gdy drzwi się otwarły i stanęła w nich jakaś biała postać. Francuz tak się przestraszył, że zaraz wymierzył do niej z pistoletu i próbował ją zabić. Ale przecież nie da się zabić ducha, kula tylko poturlała się po izbie i zatrzymała się obok ducha. Francuz złapał więc za szablę ale z szabli został mu tylko gryf w ręce a szabla upadła z dźwiękiem na podłogę. Francuz pobladł tak, że już prawie przypominał zjawę i padł na ziemię. Jego serce nie wytrzymało. Po wsi rozniosła się plotka, że to nie była żadna Biała Dama, tylko pokojówka, która chciała dać żołnierzowi nauczkę. Ale jak zamek odnowili to Biała Dama zniknęła. Mówi się, że jej się już ten nowy zamek nie podobał i została w tym starym.
    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 11.01.12, 17:15
      Nazwa Abdank pochodzi od podziękowania, jakie skierował cesarz niemiecki do polskiego posła Skarbimira (Skarbka) w czasach Bolesława Krzywoustego. Niemiecki władca, chcąc zaimponować polskiemu posłowi bogactwem, pokazał mu wielkie skrzynie pełne złota. Skarbek zdjął wówczas z palca pierścień i ze słowami "Idź złoto do złota. My Polacy bardziej się w żelazie kochamy i żelazem bronić będziemy." wrzucił go do cesarskiego skarbca. Zaskoczonemu cesarzowi nie pozostało nic innego jak powiedzieć "Habdank – dziękuję". Słowa te stały się nowym zawołaniem rodu, przez co zmieniono pierwotną nazwę herbu ze Skarbek na Abdank. Po śmierci św. Stanisława, ród Awdańców udał się wraz z Bolesławem Śmiałym na emigrację na Węgry.
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 11.01.12, 17:16
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/3/3e/Guzik_herbowy_Abdank.jpg/200px-Guzik_herbowy_Abdank.jpg
    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 11.01.12, 17:39
      Szlachcic nazwiskiem Gierałt długo opierał się przyjęciu wiary chrześcijańskiej. Dopiero podczas pobytu w Rzymie przyjął chrzest i nawrócił się. Otrzymał herb ten z łaski papieskiej. Na klejnocie umieścił cietrzewia, gdyż poprzednio legitymował się herbem Cietrzew. Powróciwszy do Polski finansował budowę licznych kościołów i fundacji kościelnych. Od jego nazwiska herb nazwano Gierałt, a z racji ośmiu niby-rogów na krzyżu – Osmoróg lub Rogów.
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 11.01.12, 17:40
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/8/82/Herb_Giera%C5%82t.PNG
    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 12.01.12, 11:12
      Jak głosi legenda podana przez Niesieckiego, herb został nadany przez Bolesława Chrobrego kawalerowi nazywanemu Trzaska, za niezwykłą odwagę i poświęcenie w walce z nieprzyjacielem. Otóż w krytycznym momencie bitwy doszło do sytuacji, w której w niebezpieczeństwie znalazł się sam król. Nie bacząc na nic rycerz Trzaska rzucił się do obrony monarchy i czynił to tak zapamiętale, że aż pękł mu miecz – przy samej rękojeści. Na szczęście znalazł się drugi (podobno szybko pożyczony przez samego Bolesława) i rycerz mógł ponownie rzucić się w wir walki. Jednak olbrzymia siła, jaką odznaczał się kawaler Trzaska spowodowała, że i ten drugi miecz wkrótce pękł. Na szczęście niebezpieczeństwo było już zażegnane i rycerz mógł zwrócić resztkę naprędce pożyczonego miecza. Bolesław Chrobry sowicie nagrodził swojego obrońcę i nadał mu herb nazwany od jego imienia. Trzaska jest herbem wymienianym przez Jana Długosza, jednak nie występuje w materiałach o bitwie grunwaldzkiej. Niestety, nie są nam znane wizerunki pieczętne tego herbu.
    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 12.01.12, 11:44
      Mąż jeden sławny w Morawie, w cudzej ziemi z poganami o sztukę strzelał z łuku, potem z nim i za pasy chodził i dziwnych sztuk rycerskich z sobą próbowali. On Poganin widząc, że nań szczęścia z mocy niemiał, przed monarchą krainy onej, znając łaskę Pańską; dla tego, że mu się z każdym nieprzyjacielem fortunnie w potrzebach zdarzało, chcąc i nad onym górę otrzymać, o szczudłkiz nim przed Cesarzem czynić chciał. On z gniewu, mając to sobie za zelżywość, uchwycił go za gębę, którą mu z wąsem i nosem oderwawszy, na strzałę wetknął i ukazał Panu, który wzgardziwszy onym oszpeconym Poganinem, dał temu za wieczny upominek, onej jego zwierzchności nad nim, strzałę przez wąs przewleczoną, i nazwał go Odrzywąs, aż per corruptionem sermonis [przez skażenie mowy wymawiają] Odrowąż po ten wiek

      — Kasper Niesiecki, Herbarz, VII, s. 24
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 12.01.12, 11:45
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/7/70/POL_COA_Odrow%C4%85%C5%BC.svg/200px-POL_COA_Odrow%C4%85%C5%BC.svg.png
    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.03.12, 23:29
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/WWT5e46bp3SWH6BohX.jpg
    • madohora Ta akurat nie ze Śląska 11.11.12, 10:27
      Po Kórnickim zamku chodzi Biała Dama
      Trochę zamyślona, trochę zatroskana
      Choć minęły wieki, migracje ludności
      Ona wciąż dogląda swoich starych włości
      Znają ją kustosze, znają robotnicy
      Tych co ją widzieli - moja dłoń nie zliczy
      Nie jest tam złym duchem, żadnych psot nie czyni
      Ot przechadza się parkiem wśród dawnej zieleni
      • madohora Re: Ta akurat nie ze Śląska 11.11.12, 10:35
        Gdzieś w pewnym pałacu skarbów wciąż szukano
        Tam rodzice dziewczę żywcem pogrzebali
        Nie wiedział ten, co opukiwał ściany
        Że zobaczy szkielet a na nim łachmany
        Historia miłosna tak jak nasz świat stara
        W nieodpowiednim chłopcu się panna zakochała
        Co więcej złożyła mu potajemne śluby
        Bo tylko on był dla niej ten luby
        Rodzice inne mieli zgoła plany
        Jest kawaler godny, szykowali wiano
        A były to czasy - tak dawnymi laty
        Że to rodzice ustalali swaty
        A dziewczyną krnąbrna, no i młoda była
        (no i na dodatek - wiecie to już sami
        Te śluby zataiła i przed rodzicami)
        Miała już jednego, drugiemu odmówiła
        Rodzice srogą wymierzyli karę
        I dziewczę z wyprawą - zamurowali
        Umarła dziewczyna z trwogi i rozpaczy
        Zobaczy jej ducha, ten co dobrze patrzy
        A co więcej jeszcze tak w północną porę
        Krążą ze dwa duchy nad dużym jeziorem
        Nikogo nie straszą, nikomu nie wadzą
        Ot wkoło jeziora w uścisku się prowadzą.
    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.11.12, 16:01
      W Żywieckim zamku dudni beczka
      Świetlista postać już ją toczy
      Może przydałaby się świeczka
      Lub uciekajmy co koń wyskoczy

      Chcesz być rabusiem - śmierci kara
      W beczce a gwoździ w niej bez liku
      I tak dziś krąży legenda stara
      Jeden drugiemu ją szepcze po cichu
      • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.11.12, 16:02
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/0/wa/qa/uuil/nhBZm0luyANhxbaWOB.jpg
        • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.11.12, 16:07
          Na ogromnej skale mieszkał pan bogaty
          Było to zgoła przed 500 laty
          Legenda głosi że bliskich rabował
          I że dotąd po śmierci będzie pokutował

          Dopóki nie odkupi w pełni swojej winy
          Czy skarb gdzieś ukrył w zamkowej jaskini
          I po nocach przychodzi i szuka ich z żalem
          I czy tak jak jest tak będzie dalej...
          • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 24.11.12, 16:09
            https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/Ipax4AsBAFViHHYlaA.jpg
    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 20.12.12, 11:29

    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 08.02.13, 10:32
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/c876o95tq7pDczwmbA.jpg
    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 15.04.13, 22:06
      A Utopce z Janowa gdzie?
    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 26.01.14, 16:20

    • madohora Re: Śląskie Legendy, również te z Janowa:) 28.04.14, 17:00
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/L4CJvnHHfiQ7AxbZUA.jpg
    • madohora Legenda o powstaniu Byczyny 26.06.14, 16:37
      Legenda o powstaniu Byczyny

      Legenda głosi, że w miejscu tym, z którego widok rozciąga się na wiele kilometrów, pewnego razu zatrzymali się wędrowcy, podróżujący wraz z dobytkiem. Tutaj czuli się bezpieczni, bowiem dzięki korzystnemu usytuowaniu wzgórza nie mogli być znienacka zaskoczeni przez wroga. Wówczas to byczek ze stada owych wędrowców, grzebiąc racicą w ziemi natrafił na naczynie wypełnione złotymi monetami. Wędrowcy, uznawszy to za dobry i szczęśliwy znak, postanowili się osiedlić w tej okolicy a założoną osadę nazwać Byczyną.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 26.06.14, 16:38
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/L4CJvnHHfiQ7AxbZUA.jpg
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 30.05.23, 19:05
          Lecz by Wpanu nieznudzić powieści, Powiem mu tylko co się w końcu stało. Smutniały wtenczas góry i doliny,' Jesień do grobu dążyła spokoynie, A wiatr tak strącił listeczki z drzewiny, Jak Bóg wie za co śmierć ludzi na woynie. Ku wieczorowi czas szybko upływał, Czarną się chmurą niebo zasępiało, Gdy 011 jey swoje sztuki pokazywał, Tu niedaleko, pod tą siwą skałą.— Lziwnie mi onich mawiał praddziad stary, ^e z mecherzyny wyrabiał talary, z grzebne łachy nic niewarte wcale, Zmieniał na chustki i tureckie szale. D ość gdy ją mamił, tak ciągłem odurzeniem, Wtenczas dziewczyna co bym zato'dala, Rzekła do niego z pewnem przymileniem Gdybym i ja tez z tego coś umiała. — Wszystko uczynię, o co się pokusisz, Ale koniecznie chwilą poprzedniczą, Jeden warunek tylko spełnić musisz, Inaczey władza moja niewolniczą. A wtem niebaczna jakby zaślepiona, Z naywiększą chęcią i żywym wyrazem,
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 30.05.23, 22:50
          Ale se borok niy wejrzoł, że to gynau był pôłnocek. A uo tyj porze złe siły zowdy miały nojwiynkszo moc. I besto na te chichranie grofowe uoros przed krziżym z wielkim hukym ziymia sie rozwarła i piekło pochłônyło grofa! Kôń stanył jak wryty, tôż diosi ino zebrali jego pôna, a samego kônia uostawili w pokoju. Ale kyj kôń uobocył co sie robi, a potym te piekło, kaj tak fes uogyń goroł i jak te diobły uwijały sie wele rostômajtych grzysznikôw, to uciyk gibko z tôm lampkôm na karku na drugi koniec wsi! Ale potym żol mu sie zrobiło swojego pôna, ftory lepij traktowoł tego kônia niźli ludzi. I tak zowdy uo pôłnocku prziłaził tyn kôń pod krziż w nodzieji, że jego grof wylezie spode ziymie. Ale tak sie niy trefiło. Grof sie niy pojawił, ale kôń z lampkôm na karku kożdo noc już ja. I straszył ludzi! I tak kôń loto pod kopciowski krziż uo pôłnocku do teraska. I skuli tego ludzie miarkujôm, że grof ciyrpi w piekle na wieki wiekôw!
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 26.06.14, 16:39
        Inna legenda mówi, że w pobliżu Wzgórza Krzyżowego odbywały się wielkie targi mięsem wołowym, które wówczas nazywano bykowiną, i stąd pobliską osadę nazwano Byczyną. Najprawdopodobniej, nazwa miasta wywodzi się od staropolskiego wyrazu byczyna, którym określano miejsce hodowli lub wypasu byków. Możliwe, że nazwa ta oznaczała również mięso z byka.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Żor 29.12.14, 14:10
          Legenda opowiada, że przed wiekami mieszkały w okolicach Żor, trzy siostry bardzo piękne i bogate. Ponieważ okolica była niespokojna, bo na drogach zdarzały się częste napady zbójników, postanowiły coś zrobić dobrego dla ludzi. Po długim namyśle postanowiły wybudować ogromne miasto. Jedna zbudowała domy, druga mury grube i wysokie dookoła miasta a w środku zamek, trzecia zaś piękny kościół. Gdy już wszystko było gotowe otoczyły miasto wałem z ziemi i nazwały je Żorami.
          • madohora Re: Legenda o powstaniu Żor 29.12.14, 14:11
            https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/wb/qa/5ixj/cUYccp6U9rnAZCBYBB.jpg
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 30.05.23, 22:47
          Jedyn z kopciowskich grofôw niy krziwdził za fes ludzi. Ja. Jak ftoś niy robił jak było trza, to pora batôw na pukel dostoł. To niy idzie pedzieć. Ale tak za darmo, to niy koroł. Ale mioł jedyn feler. Uod bajtla tyn grof śmioł się z prziwiarek. Jak widzioł ludzi topić Marzana, to sie ś`nich śmioł. Jak widzioł, że pobożnie rzykajôm pode krziżym, to sie z tych ludzi śmioł. Jak widzioł, że na Wielkanoc świyncôm pola i dowajôm krziżyki, to tych ludzi wyśmiywoł, że sôm gupi, a w prziwiarki wierzôm. Niy szło z tym grofym szczimać. Taki był pośmiywny
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 26.06.14, 16:40
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/WWT5e46bp3SWH6BohX.jpg
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 28.06.14, 18:55
        Wieczorem

        Wieczorem cicha mgła
        Na senne drzewa spada...
        I jawi mi się twoja
        Twarzyczka blada

        Żałosnych ptaków chór
        Zawodzi smutne tony...
        Przedemną samotności
        Szlak niezmierzony

        Wieczorem cicha mgła
        Na senne drzewa spada
        Żałosna ptaków rzesza
        Tęsknotę śpiewa...

        Wieczorem cicha mgła
        Na senne drzewa spada
        I jawi mi się twoja
        Twarzyczka blada

        Oczęta twoje znów
        Się rozśmiewają do mnie
        Ach! Jakże mnie ta zjawa
        Męczy ogromnie!

        Koralem wabisz ust
        Dzieweczko blada
        Wieczorna cicha szarość
        Na drzewa spada...

        W komnacie pełnej róż
        Ty czekasz mnie - daremnie...
        Ach! Nie ma nie ma żadnych
        Sił młodych we mnie...

        Nie zajdę tam ach nie, nie
        Królewno śnień o cudzie!
        Wszak żyjesz tylko w bajce
        W sennej ułudzie!

        Wieczorna cicha mgłą
        Na senne drzewa spada....
        I jawi mi się twoja
        Twarzyczka blada

        Old
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 28.06.14, 18:56
        https://i.ytimg.com/vi/RvOaIABDeJI/default.jpg
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 28.06.14, 20:47
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/KWbPa1zfi25apr5DgX.jpg
      • madohora Re: Legenda o świętym Janie 04.07.14, 11:58
        Legenda mówi, że święty Jan będąc dzieckiem i rówieśnikiem Chrystusa miłując bardzo wszelkiego rodzaju zioła często prosił o takie nasiona, które by mogły przynieść ulgę cierpiącym. Został wysłuchany i na ziemi pojawiło się wiele roślin pochodzących prosto z nieba. Rośliny wyrastały bujnie a każda z nich posiadała ukrytą moc i leczyła ludzi z różnych chorób. Wierząc w tę legendę uważa się świętego Jana za specjalnego patrona urodzajów, tym bardziej że 24 czerwca zaczynają się zbiory plonów, którym przoduje koszenie siana.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 04.07.14, 11:59
        https://img1.glitery.pl/dev1/0/085/899/0085899573.gif
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 23.07.14, 20:45
        Legenda o Janowie

        Do najstarszych zabytków Janowa należy dworek myśliwski Mieroszewskich
        Z dworkiem myśliwskim w Janowie związana jest następująca legenda. Jeśli macie
        ochotę to posłuchajcie...
        W czasie Powstania Listopadowego dworek służył nie tylko jako baza dla
        myśliwych wyruszających na polowania, ale tam miały też miejsce zebrania
        konspiracyjne Polaków walczących o wolność Ojczyzny. Często przybywali do
        Janowa spiskowcy z Królestwa Polskiego. Nocą przekraczali oni nielegalnie
        bardzo blisko położoną granicę na Brynicy i korzystając z gościnności
        właściciela dworku ordynata Aleksandra Mieroszewskiego uczestniczyli w tajnych
        naradach.
        W tym czasie ordynat miał u siebie dwie osierocone siostrzenice - panny
        Ratajskie, których rodzice zmarli w czasie zsyłki na Sybir. Jeden z pruskich
        oficerów stacjonujących w Mysłowicach, rotmistrz von Rosenberg zakochał się w
        starszej z dziewcząt - pięknej pannie Ratajskiej. A ponieważ rotmistrz cieszył
        się zaufaniem ordynata, był wiec częstym gościem w domu Mieroszewskich.
        Pewnego razu, gdy nie zastał Ratajskiej w Mysłowicach zaczął snuć podejrzenia,
        że przebywa ona w dworku janowskim i tam spotyka się z kimś innym. Postanowił
        to sprawdzić i nocą pojechał do Janowa. Mimo straży podszedł do dworku i przez
        okno spostrzegł ze odbywa się tam konspiracyjna narada, której przewodniczy
        ordynat Mieroszewski. Kiedy starał się podejść bliżej jego guzik z płaszcza
        odbił się na świetle księżyca i pruski oficer został zauważony. Padły strzały
        - rotmistrz osunął się na ziemię martwy.
        Zwłoki Rosenberga pogrzebał daleko w lesie janowskim wierny sługa ordynata
        Wratys Ogon, który na prośbę Ratajskiej postawił na mogile drewniany krzyż.
        Piękna Ratajska z żalu wstąpiła do klasztoru. Prusacy prowadzili długie
        poszukiwania zaginionego rotmistrza. W tym celu przeczesywali dokładnie całą
        okolicę, ale poszukiwania nie dały żadnego rezultatu. Dopiero po 17 latach, w
        czasie usuwania skutków burzy, w lesie znaleziono zwłoki rotmistrza. Nie znano
        jednak nadal okoliczności śmierci. Całą tajemnicę wyjawił dopiero po kolejnych
        28 latach leżący na łożu śmierci Wratys. Opowiedział on o okolicznościach
        śmierci Rosenberga leśniczemu, którego córka następnie ową historię spisała
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 23.07.14, 20:45
        Katarzyna Sydonia, druga żona cieszyńskiego księcia Adama Wacława przepadała za
        polowaniem. Całe godziny potrafiła spędzać bez śladu zmęczenia na siodle, miała
        bystre oko i pewną rękę, niezmiernie rzadko pudłowała. Trzymała całą sforę
        wyśmienitych psów, przedmiotem uzasadnionej dumy księżnej była również jej
        stajnia. Przyjście na świat dorodnego źrebaka fetowano niemal jak narodziny
        pierworodnego a chorobę a nawet chwilową niedyspozycję ulubionego rumaka płaciła
        natomiast stajenna służba garbowaniem skóry. Myśliwski zameczek, skromniejszy od
        cieszyńskiej rezydencji, ale urządzony z gustem i wygodnie, mieścił się w
        Marklowicach, dzisiejszej dzielnicy Cieszyna. Pewnej jesieni już po śmierci męża
        Katarzyna poprosiła tam gości. Przyjechali z Bielska i z Pszczyny, Raciborza a
        nawet dalekiego Opola. Przez kilka dni z rzędu niebo zasłaniały ołowiane chmury,
        bez przerwy siąpił deszcz a konie z trudem wyciągały kopyta z rozmiękłej ziemi.
        O urządzeniu polowania nie mogło być mowy. Ucztowano więc po nocach, w dzień
        natomiast zasłaniano okna komnat, goście spali a w kierunku Cieszyna podążały
        ciężkie wozy, by uzupełnić jadłem i napitkiem topniejące zapasy. Księżna była
        wściekła. Z uprzejmym uśmiechem zapraszała wprawdzie do stołu, nie kładła się
        póki ostatni gość nie udał się na spoczynek. Codziennie obmyślała nowe potrawy i
        rozrywki, ale ci którzy znali ją bliżej wiedzieli, że się powstrzymuje resztką
        sił. Służba spełniała w mig najdrobniejsze życzenia, zgadywała zda się nawet
        myśli pani, drżąc aby się czymkolwiek nie narazić. Wszyscy od prostego kuchcika
        poczynając, zdawali sobie sprawę, że księżna musi na kimś swój gniew wyładować,
        że nie odzyska dobrego humoru póki nie znajdzie dla swego afektu ujścia. W końcu
        rozpogodziło się nieco i przed południem zatrąbiono na polowanie. Dosiedli koni
        znakomici goście, przodem pocwałowała księżna - jako jedyna w tym gronie
        amazonka. Osadziła rumaka na skraju znanej sobie polanki, zgrabnie zeskoczyła z
        siodła. Usłyszała pokrzykiwania naganiaczy. Jeszcze chwila i zobaczy dzika. Tak
        było umówione. Oparła strzelbę o rozwidlenie gałęzi, złożyła się. Od emocji
        zapłonęły jej policzki, nerwowo zadrgały nozdrza. Ale strzał nie padł.
        Naganiacz, którego zadaniem było skierowanie dzika na polanę przestraszył się
        pędzącego na wprost niego odyńca, upuścił sieć i pomknął w bok. Księżna
        zatrzęsła się z oburzenia. W pierwszej chwili wydawało się,że zastrzeli
        przestraszonego chłopa, wzięła go nawet na muszkę, ale w ostatniej chwili
        zmieniła zamiar. Kazała naganicza oćwiczyć, a następnie popędzić do zamku. Tam
        przywiązała nieszczęśnika do buhaja, najdzikszej bestii jaka znajdowała się w
        stadzie, przypalono zwierzęciu ogon i puszczono. Oszalały byk pognał z furią w
        kierunku lasu, wlokąc za sobą niczym worek bezwładnego chłopa. Jego potwornie
        zmasakrowane ciało znaleziono kilka godzin później a nazajutrz pochowano.
        Ale księżna choć wyładowała już złość na biedaku, nie zaznała spokoju. Śniło jej
        się co noc zmasakrowane ciało biedaka, zrywała się i dygocząc ze strachu
        zapalała świecę i chodziła z kąta w kąt, z komnaty do komnaty. Katarzyna
        zmieniła się nie do poznania. Nie urządzała więcej zabaw i biesiad, zrezygnowała
        z ulubionych polować, ubierała się na czarno od stóp do głów niczym mniszka. A
        kiedy zmarła lud nazwał ją Czarną Księżną
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 23.07.14, 20:46
        Jeśli podczas wieczornego spaceru brzegiem Olzy zobaczysz w pobliżu wody dziwnie
        zachowującą się postać masz szczęście ale uważaj...spotkałeś Utopca we własnej
        osobie. Kiedyś te dziwne istoty zamieszkiwały tutejsze rzeki, stawy i potoki.
        Jedno twierdzą, że Utopce to duchy, które jak świat światem władały wodną
        krainą. Inni, że stali się nimi ludzie utopieni lub ci, którzy wybrali
        samobójczą śmierć w wodzie. Dawniej wszyscy wiedzieli, że zbliżanie się do wody,
        kąpanie się przed Świętym Janem mogło rozzłościć nawet najłagodniejsze Utopce,
        które zazwyczaj poprzestawały na płataniu ludziom niemiłych figli. Jednak
        wciąganie ludzi i zwierząt domowych w wodne czeluści było po prostu przypisane
        ich naturze. Jedne topiły aby przerwać swą pokutę, inne wyjątkowo złośliwe z
        zazdrości, że nie mogę być zbawione, wciągały do wody wszystko co się ruszało na
        brzegu. Dusze utopionych nieszczęśników przechowywały utopce w obróconych do
        góry dnem doniczkach ustawionych rzędem w sekretnej izbie swej podwodnej
        siedziby. Stare Utopce przybierały najchętniej ludzką postać człowieczka
        niewielkiego wzrostu ociekającego wodą o szpetnej twarzy i zielonych
        wytrzeszczonych oczach osadzonych na nieproporcjonalnie dużej głowie. O długich,
        zawsze zielonych rękach, który odziany był w zielony kubraczek, czerwone
        spodenki i tegoż samego koloru czapkę. Większość Utopców mieszkała na wsi,
        bywało jednak że niektóre z nich z własnej woli przenosiły się do miasta.
      • madohora Rokita z Cieszyna 23.07.14, 20:47
        Zanim sprowadził się do Cieszyna mieszkał wraz z rodziną w rzece Tyrce pod
        Jaworowym. Z czasem jednak podgórska siedziba stała się niewygodna i Rokita
        zdecydował się na przeprowadzkę. Aby dotrzeć przez Cieszyn do Olzy opłacił setką
        reńskich mieszkającego pod Jaworowym gospodarza. O północy zalękniony chłop
        podjechał wozem nad brzeg Tyrki. Zanim Utopiec zaczął pakować swój majątek
        przykazał przewoźnikowi aby nie ważył się oglądać za siebie. Gazda był jednak
        niezmiernie ciekawy co Utopiec zabierze ze sobą pod Cieszyn. Zgiął się wpół i
        zerknął z tyłu. Na widok kłębiących się w wodzie ryb, raków, żab przeszły go
        ciarki, jednak nie dał nic po sobie poznać. Na żądanie Rokity ruszył w drogę do
        Cieszyna, Utopiec wiedział jednak że chłop nie dotrzymał słowa. Przy rozstaniu
        nakazał mu aby nikomu o tym nie mówił, gdyż spotka go nieszczęście. Wystraszony
        groźbą gazda wrócił do domu z postanowieniem że nie puści pary z ust. Jednak
        natrętne pytania żony rozwiązały mu język...
        Kilka miesięcy później chłop wybrał się na targ do Cieszyna. Przejeżdżając przez
        płytki odcinek Olzy nagle jego konie zaczęły tonąć wraz z gospodarzem. I wówczas
        pojawił się Utopiec spod Jaworowego, który grożąc mu palcem oznajmił, że stracił
        konia gdyż nie umiał trzymać języka za zębami
      • madohora Czantoria 23.07.14, 20:47
        Czantoria

        Zazwyczaj wchodzę z Polany czerwonym szlakiem
        Pionierki ubieram mocne i nie byle jakie
        Jak już stoję na Czantorii szczycie
        Czeskim Pilznerem podniebienie zachwycę
        Bo tam już za granicą najbliższe schronisko
        Na szczęście od szczytu góry bardzo blisko
        Potem bukowym lasem na Szoszów podążąm
        Tam stoi schronisko na herbatkę zdążam
        Z Soszowa na Stożek Wielki dalej "pedałuję"
        Na Stożku zawsze dobrze się czuję
        Mam takie marzenie że z wiosną
        Moje wycieczki o nadgraniczne szlaki wzrosną
        Tam też jest taki sam szlak czerwony
        Z Nydka prowadzi na polską stronę
      • madohora Czantoria 23.07.14, 20:48
        W grocie pod Czantorią jakiś Rycerz śpi
        Ciekawe co też przez wieki mu się śni
        Zgodnie z krążącą starą legendą
        Obudzi się gdy złe lata nasz kraj dosięgną
        Nie wiem kiedy to wszystko się stanie
        Od lat na świecie złe duchy mają używanie
        Czy jeszcze większa tragedia nas czeka
        człowiek będzie wilkiem dla człowieka
        Śpiący Rycerz ponownie się zbudzi
        i ku lepszemu poprowadzi ludzi
      • madohora Czantoria 23.07.14, 20:48
        Równica

        Pod Równicą jest "Bar pod Czarcim Kopytem"
        Tam podają grzane piwo znakomite
        Piwo jest z miodem i korzeniami
        i przepięknie pachnie goździkami
        Legenda (reklama)krąży w tym względzie
        Kto tam usiądzie ten szczęśliwy będzie
        Po kilku godzinach pieszego łażenia
        Szczęśliwy jest człowiek gdy siądzie na kamieniach
        i chociaż na chwilę oddech swój złapie
        Bierze plecak i dalej gdzieś człapie
        Na Równicę też od Polany szlak wybieram
        Nawet na takiej górce z przyrodą nie zadzieram
        Bo nie uwierzy mi żaden piechur młody
        że pod Równicą przeżyłam załamanie pogody
        Na górze już na samym szczycie
        czasem występy zespołów zobaczycie
        W schronisku herbata gorąca smakuje
        gdy się jeszcze po szlaku dalej rajzuje
        Potem gdy schodzę czasem zapalę świecę
        W miejscu gdzie ewangielicy mają kaplicę
        Tam gdy ich prześladowano
        W lesie, wśród drzew nabożeństwa odprawiano
        Tam też jest kamień, w kamieniu tablica
        Warto ją sobie czasem przeczytać
        Obok potoku Gościeradowiec dalej szlak prowadzi
        Nim się do Ustronia Zdroju schodzi
      • madohora Magurka 23.07.14, 20:51
        Magurka

        Magurka, literę jedną pomylić prosto
        Najpiękniejsza jest wczesną wiosną
        Tam się piękny widok rozpościera
        Na "Kotlinę Żywiecką" się spoziera
        A jeszcze przy dodrej pogodzie
        Widać jezioro gdzie leży Międzybrodzie
        Jak dojść do Magurki, kto mi to zdradzi
        Na Magurkę czerwony szlak prowadzi
        A że radzę się wybrać na wiosnę
        To też podaję szlaki najprostsze
        Nie wiem czy to już wszystko?
        Acha! Na Magórce jest schronisko
        Tam zawsze zimą, wiosną czy latem
        Można się napić gorącej herbaty.
        Jak komuś znudzi się już łąka
        Zielonym szlakiem idzie tam gdzie Straconka
        Kaźniami tam się nikt nie kala
        To jest dzielnica miasta Bielsko - Biała
        A jak ktoś chce pobyć wśród zieleni
        Niech na Magurce szlak na niebieski zmieni
        i dojdzie wyżej gdzie góra Czupel się nazywa
        I teraz rozterka. O ja nieszczęśliwa
        Bo taki sam szlak czerwony
        Prowadzi w dwie różne strony...
        Jednym nad Jezioro Międzybrodzkie się schodzi
        Gdy upał, można w wodzie się schłodzić
        A w drugą stronę do Łodygowić
        A stamtąd pociągiem prosto do Katowic
        No i gdzie pójść kto mi to powie
        Ja wiem, ktoś inny też pewno się dowie
        A chyba to wiecie sami
        że chodząc po górach
        "Nie wraca się tymi samymi szlakami"
      • madohora Magura 23.07.14, 20:52
        Jest też w Beskidzie poważniejsza góra
        No i zwie się po prostu Magura
        Cóż, ze zmęczenia jeszcze nie konam
        A dojść na nią najlepiej ze Zwardonia
        Nie wiem czy ja się w czerwonych szlakach lubuję
        że dzisiaj tylko takimi wędruję?
        Ale gdybym tak chciała jakiejś odmiany
        Po Słowackiej stronie nieieski promowany
        Na niebieskim jest góra co zwie się Kikula
        A po naszej stronie rozsiadła się właśnie Magura
        Czy z jednej czy z drugiej trochę w dól się schodzi
        By za chwilę na Przysłop Wielki podchodzić
        A potem niewprawny turysta rozpacza
        Bo przed nim jeszcze stoi Wielka Racza
        Na wielkiej Raczy schronisko, widoki
        Ale za chwilę tzreba iść z powrotem
        Jak pójdę, gdy mnie ktoś zapyta
        Odpowiem. Usiądę gdzie Hala Śrubita
        Potem przez Przełęcz Przegibek
        zielonym lub czarnym szlakiem się gibnę*
        Nie ważne jakim szlakiem prowadzi mnie góra
        Bo dojdę do miejscowości Rycerka Górna
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 23.07.14, 20:52
        Młada Hora (Mlada Hora)

        Tutaj już z nazwą może być pomyłka spora
        Bo jest w Beskidzie jeszcze Młada Hora
        Na nią z Rycerki Dolnej szlak prowadzi
        Dzisiaj coś ten czerwony za bardzo mi wadzi
        Nie wiem czy nudna będzie ta trasa
        Bo ona cały czas schowana gdzieś w lasach
        Potem jakaś kapliczka i zabudowania
        To Młada Hora Beskidom się kłania
        Tutaj dodam tylko w kilku słowach
        że zwieńczeniem wycieczki Wielka Rycerzowa*(Rycerka)
        Inaczej również zwana Bukowiną
        I tak już pozostanie choć lata przeminą
        Tutaj patrząc na Słowację można rozważyć
        czy czarnym szkakiem do Soblówki "złazić"
        A może tak zielony, poczta, restauracja, stoły
        Miejscowść na końcu szlaku nazywa się Ujsoły
      • madohora Barania Góra 23.07.14, 20:53
        Barania Góra

        Nie wiem czy dobrze na tym wychodzę
        Wybrałaś szlak, którym ja wchodzę
        On wzdłuż Wisełki w górę prowadzi
        Ale czasami może nas zdradzić
        Sama pisałaś, że tak się stało
        Kiedy gdzieś deszczem z góry polało
        Szlak rzeczywiście nie jest zbyt czysty
        Bo i miejscami bardzo kamienisty
        Lecz i niejeden z zazdrością zerka
        Napić się wody, z Wisły źródełka
        Szlak może być czarny, może być czerwony
        On się miejscami przeplata z zielonym
        Na Baraniej Górze Wisła swój poczatek bierze
        Najpierw Czarną Wisełką w dół bieży
        Jeszcze w Wiśle, Ustroniu powoli się toczy
        By coraz dalej swą wodą zauroczyć.
        Wracając do góry, Góry Baraniej
        Zejść z niej można różnymi szlakami
        Niebieskim, dość szybko, mój drogi kolego
        Prosto i krótko do Wisły - Czarnego.
        Zielono - czerwonym na Magurkę Wiślaną
        Tutaj już szlaki się rozstaną
        Zielony przez Cyrhlę do Wisły Malinki
        schodzą nim chłopcy, schodzą dziewczynki
        Czerwonym dość krętym i długim do Węgierskiej Górki
        Tam po drodze mijamy aż dwie Magurki.
        Można też wyżej na Malinowską Skałę
        Tutaj do Szczyrku zejście doskonałe
        A gdy czasu nam jeszcze zmrok nie przytnie
        Możemy iść dalej aż na górę Skrzyczne
        Że Skrzycznego droga wiedzie spora
        do Szczyrku, Szczyrku - Salmopola.
      • madohora Skrzyczne 23.07.14, 20:53
        Skrzyczne

        Na Skrzyczne ze Szczyrku drogi prowadzą
        Tą, którą ja chodzę będę wam doradzać
        Niebieski jest krótszy, lecz zgubiłam drania
        Bo przechodzi przez środek zabudowania
        Zielony. Zielonym idzie się przez Skalite
        Na Czyrnym zimą warunki narciarskie znakomite
        Na górze, na Skrzycznym jest schronisko
        Frytki, hamburger - na ten temat wszystko
        Tam teraz tak trochę jak na Jarmarku
        Ściana z linami i wietrzyk na karku
        Lecz, gdy człowiek tylko sięodwróci
        Spojrzy w dół, przestaje się smucić
        Spojrzy na Żywiec, jezioro w dole
        i lasy i zielono - żółte pole
        Świat, świat ma jak na dłonie
        I gdzieś tam w oddali jak pudełka domy...
        A potem już można pójść w strony różne
        Wszystkiego dobrego w dalszej podróży!
      • madohora Szyndzielnia 23.07.14, 20:54
        Szyndzielnia

        Na Szyndzielnię czy zimą czy tak przy wiośnie
        Kolejką na sam szczyt jest wjechać najprościej
        Z góry się patrzy na doliny, lasy...
        Idziemy pieszo, bo to nie są wczasy.

        Na Szyndzielnię się drapię od strony Dębowca
        O, tutaj przed laty na łące stała czarna owca
        i wychylała się zza drzewa cienia
        A przecież czarna owca ma aż dwa znaczenia
        Trasa na Szyndzielnię, miejscami jak droga
        Raz prosta, raz kręta i bardzo szeroka...
        Jestem już na górze, schronisko już blisko
        O rany! Mgła dziś przesłoniła wszystko
        A ta mgła taka, że krajać ją nożem
        co ja teraz zrobię, ja sama, niebożę
        Słyszę głosy, głosy gdzieś w oddali
        Ale czy to schronisko dzisiaj mi zarali?
        A to schronisko jest piękne, czy wiecie
        że to największe w tym Beskidzkim Świecie?
        Tutaj tylko się napiję, nigdy się nie najem
        Bo ja na Szyndzielni nigdy nie zostaję
        Tutaj na świat patrzę z wysoka
        Bo idę dalej w stronę Klimczoka.
        A Ty wędrowcze, gdy jesteś znużony
        Możesz stąd zejść aż w trzy różne strony
      • madohora Klimczok 23.07.14, 20:55
        Klimczok

        Teraz historią was trochę zabawię
        i o Klimczoku inaczej rozprawię
        Ta nazwa wiąże się ze zbójnikami
        Jak nazwa wskazuje braćmi Klimczokami
        Wojciech i Mateusz w górach zbójowali
        Pewno dziś ich to nie obchodzi, że w górach zostali
        W XVII wieku rzecz się miała
        Rada na śmierć Klimczoka skazała.
        Ja, bo tak mi jest po drodze
        na Klimczok z Szyndzielni zachodzę
        Droga tu prosta, nie sprawia trudności
        A jagód pełno, gdy lato zagości
        Na chwilę usiądę pod murem, gdzie schronisko
        Lecz w moich wędrówkach to jeszcze nie wszystko
        Ja potem w stronę Błatni się udaję
        Na Błatni kawę wypiję, no i się najem
        Ja temu schronisku naprawdę winszuję
        Mnie tam najlepiej jedzenie smakuje
        A was, gdyby wędrówka znudziła
        Czerwonym szlakiem do Szczyrku bym sprowadziła

        www.schroniskoklimczok.com.pl/galeria.php
        "Tylko drzewa na Klimczoku szumią czasem opowieść o szlachetnym
        zbójniku, który rabując bogaczy a pomagając biedakom, starał się już
        w tamtych czasach stworzyć świat sprawiedliwy i lepszy"
      • madohora Błatnia 23.07.14, 20:55
        A z Nydka na Polską stronę
        Znowu prowadzą szlaki czerwone
        Można też zacząć gdzie leży Trinec
        Jestem zawzięta, widać po minie
        Przejść Dolni Listna tam gdzie jest Wróżna
        Droga od naszej chyba jest różna
        Lżejsze podejściam tak mi się zdaje
        Aż na Czantorię wejdę i dalej
        Albo szybciutko zejdę, gdzie Nydek
        na Dworcu w Bystrice nie czuję już łydek
        Mogę też zrobić tak jak przed laty
        Dojść aż na Stożek niebieskim szlakiem
      • madohora Pilsko 23.07.14, 20:56
        Błatnia

        Błatnia inaczej Błotnym zwana
        Piekna jest i z wieczora i z rana
        Z Jasienicy dość długi szlak czerwony prowadzi
        O szczyty Łazek i Czupel tam zawadzi
        Natomiast prosty niebieski jest z Jaworza
        Pod górkę prosta i lekka jest droga
        Można powiedzieć, że szlak bardziej spacerowy
        Przez Palenicę i Przykrą dojść jesteś gotowy
        Na samej Błatni stoi schronisko
        Ze szczytu zielonym szlakiem do Brenny jest blisko
        Pod samym szczytem Błatni stoi hotel "Jawor"
        Dzisiaj nowoczesne SPA, brawo, brawo
        Ja go pamiętam gdy tam ceny były jak w schronisku
        Nieraz nocowaliśmny bo w góry było blisko
        W starym "Jaworze" swoją magisterkę oblewałam
        Jak żeśmy tam zajechali na trzy dni zostałam
        Już wówczas były baseny, dyskoteki
        A mnie się wydaje, że to już minęły wieki
        • madohora Re: Pilsko 30.05.23, 22:55
          Camu na Ławki prziszeł tyn gizd? Tego żodyn niy wiy. Może chopy za fes przeklinali, jak wypili moc gorzoły a piwa w gospodzie? A może to baby za fes klachały uo swojich sômsiadkach? Abo bajtle niy chciały suchać swojich uojcôw? A może za mało lotali do kościoła? Cosik złego wisiało w ławeckim lufcie, bo tyn rogaty gizd zacôn sie dobrze cuć miyndzy ludziami.
        • madohora Re: Pilsko 30.05.23, 23:05
          Jedni mieli krôtszo noga, inni byli świdraci abo mieli przewrôcony ślyp. Niyftorzi mieli glaca, bo jym wosy wyleciały i padali, że to skuli uroku, ftory ucyniła heksa. Ja, heksy miały wielo moc w robiyniu złego ludziôm. Nawet poradziły te gizdy mlyko ściôngać krowôm. Jedne krowy dowały mlyka myni, ale za to inksze, u drugigo gospodorza, dowały wiyncyj. Abo jak widzieli, że krowa mo wiele wymiôncko, to tysz wiedzieli, że to sprawa heksy. I zaros śli do inkszyj, coby urok uodcyniła!
        • madohora Re: Pilsko 31.05.23, 21:53
          Jednego razu stowiali z kamratym obudowa. Na rusztowanie wyloz kamrat, a Ymil stoł na dole i mu podowoł wszysko co trza. Uoros zacło wszysko zgrzipieć. Ale za chwila przestało. Ino, że chopy widzieli, co naprynżynia sôm coros wiynksze. Pedzieli se, że trza sie uwijać, bo niy wiadomo, co z tego bydzie. Ale za chwila zaś zacło zgrzipieć. Ino że zaros na poczôntku zacôn sie suć wôngel ze stropu. A tak zacło szelôntać, że strach chopôw uobleciôł. Chopa z rusztowanio ściepło w strôna zabezpieczônego chodnika, a Ymila w drugo strôna. Tak nim ciepło, że polecioł gowôm w strôna przodka, kaj stoł kômbajn. Na dodatek tak dostoł bergôm w kark, że straciył przitômnoś. Pamiyntoł ino kupa pyłu i to, że nic a nic niy widzioł! A potym jusz była ino była cisza.
        • madohora Re: Pilsko 31.05.23, 21:59
          W lesie, miydzy Kosztowami a Dzieckowicami, stoji fyśtrôwka. Wiycie, stoji blisko gościńca, co leci bes las, to jôm dojrzicie. Przeca stoji do teraska. Jak haf pudziecie, abo pojedziecie autobusym, to pewnikym bydziecie jôm widzieli!
        • madohora Re: Pilsko 31.05.23, 22:04
          Uojcôm to fes dziwne było, bo bajtel uosprowioł ino uo tym kociku. I zacli sie zastanowiać, co tysz w tyj jejich fyśtrôwce może żyć, bo niypodobne, coby bajtel durś wymyśloł uo tym kociku!
        • madohora Re: Pilsko 01.06.23, 16:28
          A jedyn kôncek polo zowdy niy był uorany. Haf posali krowy. Trowa na tyj łônce była fes dobro. Niy, jo tego niy jod, ale moja babka uosprowiała, że zowdy zaglôndała, jak przepadzicie ta trowa jodajôm krowy. A potym sie je dojyło. A mlyko było take masne, że sie w gowie niy mieści. I z tego mlyka wyrobiali masło a i nojlepsze syry gospodyni poradziyła zrobić. Take dobre były, że pôł Brzynskowic chodzowało do nij, coby je kupić. Lepszego syra niy było nikaj. Polokowe pole było nojlepsze. Ale miało jedyn feler. Żyło na niym cosik dziwnego.
        • madohora Re: Pilsko 01.06.23, 17:01
          Smoki mieszkać też miały często na pustyniach, gdzie kryły się w jaskiniach. Gdy wychodziły przed wejście, powietrze zaczynało wirować i unosiło je w powietrze, wedle niektórych autorów, latać smoki mogły też dzięki sile swego jadu, przed którym uchodziło nawet morze.
        • madohora Re: Pilsko 01.06.23, 18:16
          Richtig, ta nocnica zrobiyła sie nerwowo, bo Francek swojymi śpiywami zbulił cołko cisza na polach. A tego Świtu Deptu niy poradziył ściyrpieć. Jak sie niy dało po dobroci, to trza po złości. Bestôż Świtu Deptu sie rozpyńdziyło i gich w pijoka. Jak go prasło we brzuch, to Francek noreście przestoł śpiywać! A zdumioł sie tak fes, że go cosik napodło, że szkoda godać! Ale szlag nocnice ino niym trocha zakolyboł. Francek utrzimoł sie na nogach. Nocnica zrobiyła sie wiynkszo, i z jeszcze wiynkszôm siłôm prasła w chopa! To dopiyro zachwioło pijokym. I jak dugi sie uobalył, gynał w tako leko uobeschło kałuża, kaj było kupa marasu. Jak chop wpod do tyj ciaplyty, tak pocuł, że cosik po niym depto. Zwyrtnył sie drapko w tym marasie i dojrzoł, że to tyn uognik po niym skoko! To skocył na brzuch, za chwila po nogach, a nawet tam, kaj... chopa boli nojbarzij! To Francek się nazot zwyrtnył na brzuch. A Świtu Deptu zaś doł sie do skokanio i deptanio tego boroka. A po puklu, a po karku a po rzici. Tu go tysz kopnył z cołkij siły! A na kôniec... na kôniec to jeszcze Francka uobejscoł! Taki to pierôn uognisty był zły na tych, ftorzi mu psuli cisza na polach!
        • madohora Re: Pilsko 01.06.23, 18:19
          Jak macocha zwiedziała sie, że Zeflik sie poro magijôm to go sie zacła boć. Ale tysz zacła go przezywać, że z diobłym trzimie, że je zły cowiek, że diobli go kejsik weznôm do piekła. A nojlepij, coby sie wykludziył i poszeł w świat. Ale dobrze godać. Kaj tam mody synek bydzie szukoł kômory do miyszkanio. Jak ni mo ani łôżka, ani gorka, coby se zupa uwarzić, ani betôw, coby mieć w cym spać. Tak Zeflik uo wykludzaniu ani myśloł. Ale besto żył w niyzgodzie ze swojôm macochôm. A wadziyli sie durś, że aże to sômsiedzi syszeli. Uo tych carach magiera Zefla a tysz uostudach z macochôm to godoł cołki Larysz!
        • madohora Re: Pilsko 01.06.23, 18:25
          Jedne były ino pośmiywne, inksze robiły ludziôm na bozny, jeszcze inksze były groźne, bo poradziły wciôngnôńć nawet wielego chopa pod woda, a go zaros utopić. A potym... potym brały jego duszycka i zawiyrały jôm we krauzie, ftoro trzimali u sia w dôma! Besto ludzie sie boli utopcôw jak pierôn!
        • madohora Re: Pilsko 01.06.23, 18:28
          Ale jak przeszeł cołki tydziyń, to chop prziszeł do dôm. Cołki corny, uobwolany marasym, niy był uogolôny. Aże żol było na niego patrzeć. Ale cołko familijo fes sie radowała z powrotu uojca! A chop aże rycoł, jak uobocył swojich! Zaros tysz pouosprowioł swoji babie a bajtlôm, co mu sie trefiło.
        • madohora Re: Pilsko 01.06.23, 18:36
          Na Polokowy Stow ludzie radzi lotali tysz sie trocha uokômpać. Ale to musiała być fes wielo hica. Wtyncos właziyli do stowu i pływali. Ale zowdy robiyli to ze strachym, bo w tym stowie żyło jeszcze cosik. Ludzie nazywali to utopcym. To był taki mały chopek, cołki zielony. I fes brzidki. Mioł taki szyroki pysk i wyłupiaste ślypia. Nô i glacaty łep. Niy tak blank glacaty, bo pora cornych wosôw tam mioł, ale niy za dużo. Normalnie wyglôndoł, jakby mioł uojca cowieka, a matka żaba! Abo na uodwrôt. Ale tysz był taki, jak wyglôndoł. Szpetny pysk i szpetny charakter. Niyros go ludzie widzieli, jak siedzioł we stowie i ino tyn paskudny pysk wystowioł nad woda a zaglôndoł, kogo by tu ukrziwdzić. Abo siedzioł na brzegu stowu a zaglôndoł we woda, jakby jakigo skarbu wypatrowoł!
        • madohora Re: Pilsko 01.06.23, 18:47
          Było to ze sto lot nazot abo nawet wiyncyj. Na Kosztowach, na Imielyńskich Morgach, miyszkoł se jedyn modziok. Wołali na niego Jônek. Poznoł roz tyn Jônek piykno dzioucha z Ławek. Ale tako piykno była, że durś ino uo nij myśloł. W kożdym wolnym casie. I rano i wiecôr. Jake miała piykne uocy, licka, wargi. Niy poradził sie nakwolić jeji fajnistych wosôw. Take strônkate a jasne jako sôńce na niebie! Fes ji pszoł.
        • madohora Re: Pilsko 01.06.23, 19:14
          Zmory to poradziły być do ludzi istnôm utropôm. Piyrwy było jich kupa. Rade lotały po nocach a gryzły i cyckały ludzi. To było uokropne, bo pônoć taki cowiek niy wiedzioł se z tym rady! Normalnie wiedzioł, co sie wyprowio, ale ani niy poradził sie ruszyć ani wołać uo retunek. Ale tysz taki cowiek, co był zmorôm tysz uo tym niy wiedzioł. Niy wiedzioł, że je zmorôm i loto po nocach ludzi gryź!
        • madohora Re: Pilsko 01.06.23, 19:50
          Synek prôbowoł godać uo tym z kamratami, ale ci sie ino śmioli z prziwiarek. To wiycie, jak to je! Jak sie je modym, to cowiek sie boji, że sie bydôm ś`niego śmioli. To lepi nic niy godać, niż narożać na pośmiywisko. Nawet jak sie mo prowdziwo utropa. A tyn synek jôm mioł a niy wiedzioł se z tym rady.
        • madohora Re: Pilsko 01.06.23, 21:37
          Uojcowie mieli chałpa i mały kônsek polo, ftore uobrobiali. Sadziyli kartofle a tysz żyto, coby było na zur. To była dobro zupa, a jak to ludzie piyrwy godali, ze zuru chop z muru. Besto matka pora razy na tydziyń tyn zur warziła. Suła do niego zimioki a dowała trocha tustego i jako było. Abo kartofle, co sie na polu urodziyły. Uwarzyła, pożgała i z kiszkôm dała na uobiod. A niyros upiykła ku tymu zecaj i tysz było dobre. Bo chowali kury. A kaj sôm kury, to i jajca sie tysz mo. Przi kurach to sie z godu niy pomre. Niy starejcie sie. W ernestowyj familii jeszcze chowali jedna gowiydź. Jak padałach, polo mieli trocha, to krowy z tego niy szło uchować. Ale kozy jusz sie dało. Besto mieli dwie kozy. Ja, dobro to gowiydź, bo i mlyko dowo, z ftorego idzie porobić syra i miysa tysz idzie ś`nij pojeś. A nojlepsze je to, że tako koza zezre bele co. Toć, i kupa uostudy może być z tego, jak wlezie w szkoda, zwłoszcza sômsiadowi, ale jak sie ś`niôm połazi po jakisik chaboziach i barzołach, to tako koza zowdy znojdzie se cosik do pożarcio.
        • madohora Re: Pilsko 01.06.23, 21:48
          We wiecôr wszyjscy se siedli do wiecerzy i uosprowiali, co sie richtig na rzyce trefiyło. Babka Ernesta wysuchała tego wszyskigo. I dopiyro uôna jym pedziała, co sie tam Ernestowi podzioło. Babka pedzieli, że haf nad rzykôm żyje utopiec. I uôn mo tako moc, że poradzi sie zmiyniać. A nojcyńści w lalka. I taki utopiec jako lalka kusi bajtle, coby wlazły do rzyki, bo chcioł je potopić. Tyn piernik musioł tysz pokusić naszego Ernesta. Ino jak uobocył, że synek fes dobrze pływo, to musioł mu połômać rynka, coby mu niy uciyk. Ale mimo to, Ernest wiedzioł se rady i do brzegu dopłynył. Może tego niy wiedzioł, ale uciyk utopkowi. Mioł synek pierzińske szczyńście, że go tyn utopiec niy utopiył!
        • madohora Re: Pilsko 02.06.23, 12:49
          Był słoneczny majowy dzień. Piękna królewna Gustebalda wraz z dziewczętami wyszła nad Łynę. Siadła nad brzegiem a dziewczęta koło niej. Wiły wianki, a potem rzucały je do wody i śpiewały piosenki. W pewnej chwili Gustebalda spojrzała na wodę i zauważyła jak ku brzegowi płynie złota rybka, a za nią z rozwartą paszczą duży szczupak. Zaledwie dwie fale dzieliły go od tej małej rybki.

          Królewna widząc to rzuciła swój wianek pomiędzy obydwie ryby. Spłoszony szczupak uciekł w bok, a złota rybka przepłynęła do stóp pięknej królewny. Ta schyliła się i wzięła rybkę w dłoń. – Rybko moja złota, powiedz, co się stało? – zapytała. – Jestem córką króla ryb i wracam z wycieczki do domu. Dziękuję za ocalenie mnie od paszczy szczupaka – usłyszała w odpowiedzi.

          Gustebalda schyliła się i wpuściła rybkę do wody, a ta wesoło odpłynęła do swojego pałacu. Król ryb surowym wzrokiem zmierzył swą córkę, gdyż długa jej nieobecność zniecierpliwiła go trochę. Pociągnął nosem i zadrżał cały.

          - Czuję zapach człowieka! Mów, co ci się stało? Pewnie byłaś w niewoli u niego? – zapytał.

          - Mój ojcze – zaczęła mała rybka – Nie gniewaj się! Kiedy wracałam do domu gonił mnie straszny szczupak. W obawie przed nim skręciłam na brzeg, gdzie stała piękna królewna Gustebalda. Ona właśnie odstraszyła szczupaka ocalając mnie od śmierci. Tatusiu, mój drogi! Nie wyobrażasz sobie jaka ona piękna, jaka dobra i mądra.

          Rybi król zadumał się. Po chwili odezwał się. – Muszę ukarać szczupaka. Wszystkie ryby niech dołożą wszelkich starań i pomogą nam wyrzucić szczupaki poza naszą rzekę. W moim królestwie musi zapanować pokój! – powiedział. I jak powiedział król, tak też się stało. – Za ocalenie życia mojej córki należy się nagroda. Żabo, idź więc i powiedz tej pani, żeby stawiła się nad brzegiem, gdzie uratowała moją córkę – rozkazał żabie król. Nie trwało długo, a nad Łyną zjawiła się piękna Gustebalda. – Proś mnie o co chcesz! Wszystko ci dam za uratowanie mojej córki! – powiedział król. Królewna siadła nad brzegiem i zamyśliła się. Po chwili odparła: - Słyszę śpiew ptaków w naszych pięknych lasach, ale o czym one wyją - nie wiem. Słyszę szum wszystkich naszych rzek i jezior, ale o czym one mówią – tego również nie wiem. Królu, słyszałam, że ty rozumiesz tajemniczy język wszystkiego, co jest na świecie. Proszę cię, naucz mnie tego języka. - Żądasz bardzo wiele, Gustebaldo – odrzekł król. – Zbyt wielkie to brzemię - taka mądrość. Obawiam się, że nie zdołasz jej unieść i załamiesz się. Zastanów się nad tym jeszcze raz. Ja mej obietnicy nie cofnę. Dam ci to, o co prosisz. Po chwili Gustebalda rzekła stanowczo: - Wielki władco ryb nie lękam się niczego. Król ryb podpłynął do Gustebaldy, otworzył paszczę, potrząsnął głową, aż wyrzucił mały czarny kamyk. – Ten kamień, który ci daję – to wielka część mojej siły i wiedzy. To, co dostałaś ode mnie, niech nie przejdzie od ciebie do nikogo. Pamiętaj byś dochowała tajemnicy, jeśli ją zdradzisz, zamienisz się w kamień – powiedział król.

          Nazajutrz o wschodzie słońca piękna Gustebalda pobiegła do lasu, by posłuchać, co mówią zwierzęta o kraju swoim. – Jedzcie, moje dzieci, odżywiajcie się dobrze i używajcie świata, bo nadejdzie czas, że na tej ziemi nie będzie żadnych niedźwiedzi. I tak jak nasz ród wyginie – tak wyginą Prusowie. Przyjdą tu bowiem ludzie z zachodu, zabiorą wszystko i wszystkich. Za tysiąc lat ludzie ogniem i mieczem zniszczą naszą ziemię – powiedziała stara niedźwiedzica, która karmiła swoje dzieci plastrami miodu.

          Okrutnie stroskana tym co usłyszała Gustebalda wróciła do domu. Następnego ranka zanim wynurzyła się z łóżka usłyszała głos kukułki. – Tam w kraju na południu żyje taki sam jak wy lud. To wasi bracia. Żyjcie między sobą zgodnie, a nie zginiecie, bo gdy się kłócić będziecie, nieprzyjaciel wasz przyjdzie, wytraci i ograbi. A tym, którzy pozostaną, każą na siebie pracować. I poleje się przez to więcej łez, krwi i potu, aniżeli jest wody w Łynie. Gustebalda słysząc to wszystko pobiegła do ojca i opowiedziała mu przestrogę, jednak ten zbył ją uśmiechem. Postanowiła więc, że zwoła okoliczny lud i obwieści im swoje proroctwa. – Zwołałam was po to, by odkryć tajemniczą przyszłość – zaczęła Gustebalda. – Starajcie się zachować wszystko co usłyszycie, by ujść zagładzie. Utrzymajcie przyjaźń z Sarmatami i Litwinami, byście mogli wspólnie utrzymywać granice. - A czemu mamy wierzyć w te prorocze słowa? – zapytał ktoś z tłumu. – Lepiej byłoby, gdybyś mnie oto nie pytał. Przysięgam, że nie złamię tajemnicy, od tego zależy moje życie. Jeśli ją złamię, stanę się kamieniem – odpowiedziała Gustebalda .Lud jednak w dalszym ciągu nie chciał wierzyć. Gustebalda otworzyła więc usta i wyjęła kamyk spod języka. – Ten kamień dał mi król ryb – powiedziała pokazując go wszystkim zebranym. – Ma on niezwykłą siłę. Dzięki niemu słyszę o czym rozmawiają zwierzęta. I właśnie od nich dowiedziałam się o tym, przed czym was ostrzegłam. Gdy tylko to wyrzekła jej nogi zaczęły drętwieć, zamieniając się w szkarłatno- czerwony granit. – Żegnaj ludu mój umiłowany. Żegnaj. Ja kamienieję... – to były ostatnie słowa pięknej Gustebaldy.
        • madohora Re: Pilsko 02.06.23, 22:03
          Jak umar jeji chop, jeszcze jaki cos żyła na Brzezince. Ale lata ji uciekaly i Dynkowsko miała coros wiynkszo utropa ze starościôm. To jôm boloł kryngosup, to zaś szłapy. Tedy uowdy zabocyła se uo jednym abo drugiym. Jako to na stare lata bywo. I besto jeji cera Waleska wziyna jôm do sia do dôm. A żyła w naprowda piyknym kôncku świata. We Brzynskowicach na Podgôrze. Ja, to było nad samom Przymsôm. Był haf taki wiely jor, we ftorym postawiône były chałpy, a bes postrzodek tego jora leciała drôga, ftoro wiydła fôrt nad rzyka. Ale chałpa, kaj miyszkała Waleska niy stoła we tym jorze. Była postawiôno trocha dali w strôna Brzezinki. I noleżała do huty, bo chop uod Waleski, Jôntek, robiył na hucie we Szopynicach. I dziynnie, piechty wele rzyki drałowoł do roboty.
        • madohora Re: Pilsko 02.06.23, 22:21
          Stary Borcek z Wesołyj to był naprowda zaradny chop. Mioł wielo familijo, bo ze swojôm babeckôm dockoł się aże siedym bajtli. Tôż musioł i dać jym co jeś i w co uoblyc. Ale wiedzioł se z tym rady, niy starejcie sie! Robił na grubie, to mioł trocha geltu. Lotoł tysz do lasa na gôn. Besto mio w dôma giwera, ftoro zowdy chowoł na gôrze w starych szmatach. Aże ni mioł pozwolyństwa ksiôży pszczyńskigo, do ftorego tyn las noleżoł, to sie zowdy boł, cy aby niy przidôm po niego jake siandary
        • madohora Re: Pilsko 02.06.23, 22:27
          Borcek wiedzioł, kaj to je. Bo niyros, jak chodzowoł na gôn, to łaził wele tyj gôrki i tego fes wielego drzewa. Ale nigdy do gowy mu niy prziszło, że tukej je skarb. Ale teros jusz wiy.
        • madohora Re: Pilsko 03.06.23, 18:35
          Kwiat paproci, perunowy kwiat – w wierzeniach słowiańskich mityczny, legendarny kwiat, mający zakwitać raz w roku, w czasie przesilenia letniego, podczas najkrótszej nocy w roku (około 21-22 czerwca). Znalazcy zapewniać miał bogactwo i dostatek, przez co jego poszukiwania stały się stałym elementem obchodów słowiańskiego święta Kupały.
        • madohora Re: Pilsko 03.06.23, 18:41
          Motyw kwiatu paproci wystąpił także w kulturze popularnej, np. na początku XIX w. we wspomnianych tu baśniach Braci Grimm, w dramacie Baśń nocy świętojańskiej Jana Kasprowicza oraz w powiastce Kwiat paproci Józefa Ignacego Kraszewskiego. Piosenkę „Kwiat jednej nocy” z tekstem Jonasza Kofty nagrał w 1969 roku polski zespół Alibabki. W 2004 roku powstał film animowany Tajemnica kwiatu paproci w reżyserii Tadeusza Wilkosza
      • madohora Pilsko 23.07.14, 20:57
        Pilsko

        Ta góra niby taka sama jak inne
        I na mapie i w naturze wygląda niewinnie
        Lecz inaczej jest Diablą Górą zwana
        Dlaczego? Opowiem wam tę historię z rana
        A mnie to z kolei przewodnik opowiedział
        Wyszedł ze schroniska na kamieniu siedział
        Nagle mgła zeszła wiatrem zawyło i zawiało
        i jemu przez chwilę kierunki pomieszało
        Chociaż wiedział skąd wyszedł i gdzie dojść musi
        Bardzo mu się ciężko zrobiło na duszy
        Dobrze, że człowiek był doświadczony
        Przeczekał to wszystko i poszedł w swoją stronę

        Na Pilsko można dojść z Sopotni szlakiem zielonym
        Albo z Korbielowa tutaj dla odmiany szlak czerwony
        Czarny szlak prowadzi z miejscowości Krzyżowa
        Przed Pilskiem pierwsza jest Hala Miziowa
        Tutaj "Rezerwat Pilsko" i schronisko
        I do samego szczytu Pilska jest już bardzo blisko
        Jednak jeszcze raz przestrogę powtarzam
        Niedoświadczony turysta niech uważa
        W gwarze Pilsko to jest Diabla Góra
        Która potrafi zaskoczyć i zdradzić jak mało która
        Zejść można tutaj również w różne strony
        A może na Romankę dojść szlakiem czerwonym
        A potem niebieskim gdzie Sopotnia Mała
        Lecz jak wrócić do domu nie będę pisała
        Można też czerwonym dojść na Babią Górę
        Lecz tutaj już naprawdę doświadczenia potrzebujesz
        Lub tymi szlakami, które już wcześniej podałam
        Ja bym do Krzyżowej dość szybko zleciała
      • madohora KRASZANKI 23.07.14, 20:57
        KRASZANKI

        Kiedy żydzi Pana Tezusa wiedli na stracenie szedł sobie chłop jeden do Jerozolimy, wielkiego miasta. Szedł sobie podśpiewując i licząc w myśli ile mu też zapłacą za kobiałkę jaj, którą niósł w ręce. Jajka były białe, duże, świeże. Idzie sobie chłop drogą, patrzy, - a tu wali ludu kupa. Żydostwa w chałatach wrzaskliwa gromada, draby sążniste, wojaki a środkiem Pan Jezus idzie
        i dźwiga krzyż ciężki. Idzie wolno, dyszy, gdyż pot uperlił mu czoło, a żydzi go poganiają:
        - A nuże, a dalej
        Okrutnie się chłopu żal zrobiło Pana Jezusa. Postawił koszyk swój przy drodze, poszedł i rzecze:
        - Daj Panie ja wam krzyż dźwigać pomogę.
        - Bóg zapłać, chłopie - rzekł mu Pan Jezus.
        Chwycił więc chłop za krzyż i począł nieść. Zaszli już na Golgotę. Tam chłop złożył drzewo na ziemi. Zapłakał głośno nad biednym Jezusem i wrócił do swego koszyka.
        - A nuż mi go kto ukradł? - pomyślał po drodze
        Ale nie - koszyk był. Patrzy chłop a tu zamiast białych jajek czerwone, niebieskie, żółte kraszanki, cudne pisanki. Ukląkł chłop na murawie, Bogu podziękował a potem wesoło poszedł na targ. O! hojnie mu ludzie zapłacili za piękne jajeczka. Odtąd ludzie kraszą jajka wielkanocne.
      • madohora Skąd się wzięły niewieście kaprysy-podanie ludowe 23.07.14, 20:58
        Adam, ojciec rodu ludzkiego, miał siedmiu synów i jedną córkę. Lecz ta córka była wzorem dziewczyny: Łagodna, pobożna, skromna, ustępliwa, uprzejma, jednym słowem był to zbiór wszelkich cnót. Nie dziw też, że gdy bracia dorośli i żenić się chcieli, każdy z nich chciał siostrę wziąć za żonę i o mało byliby się o nią pobili. By zapobiec tym sprzeczkom, Adam zrobił siedem wielkich beczek, i do jednej z nich wsadził swą córkę, a do pozostałych sześciu beczek włożył: gęś, węża, owcę, kota, psa i niedźwiedzia. Po czym beczki zamknął i zawołał synów by każdy z nich jedną beczkę wybrał. Każdy naturalnie chciał dostać beczkę z siostrą, i wszyscy byli ciekawi któremu ona się dostanie. Gdy każdy wybrał swą beczkę, Adam kazał zdjąć pokrywy. Jakie było zdziwienie młodzieńców, gdy z każdej beczki wyskoczyła dziewczyna cudnej urody. Lecz każda z tych pięknych dziewic zachowała swe dawne właściwości: jedna pytlowala niczem gęś, druga była fałszywa jak wąż, trzecia była głupia jak owca, czwarta drapała jak kotka, piąta szczekała jak
        pies, szósta mruczała i była powolna jak niedźwiedź. Jedynie siódma była zupełnie dobrą i cnotliwą.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.08.14, 14:00
        Stało się to przed cztyestoma rokmi. Przez Bobrówka od Libórnie szła ława a obok ni stoi kapliczka, jako i terozki stoi. Roz szła baba wieczór do dom a Utoplec jom tak dugo smykoł po wodzie aż jom utopił. Utopiec Rokitka mioł snoci miyszkać w Bobrówce przy tej kapliczce ale potem go ludzie stamtąd wygnali. Rokitka musioł se inszo kwatera znojść. Przekludził się do Boguszowic bo tam snodź je dość kwatyr.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.08.14, 14:10
        https://i.ytimg.com/vi/RvOaIABDeJI/default.jpg
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 25.08.14, 23:11
        Szychta. Chwała Bogu! Jako najmłodszy musiołech zabezpieczyć wszystkie bariery. Tymczasym kamraci szybko się oddalili. Ostatni trzasnął tamą i zostałoch som, bez światła. Zapałek ani śladu...Poczon żech wołać. Byli już jednak daleko. Teroz dopiero żech spostrzeg że kole mie je ciymno, przeraźliwie ciymno. A więc omackiem - po szynach na szyb. Żeby ino ominąć "dusik" i "dziura"....Ach "dusik" pryndzy, pryndzy....To tu przeca Froncek Warzecha "stroso" (straszy) to tym co zawsze śpiywoł "Pierońskie trepy!" Naroz od "Dusika" światło, słabe, zamglone i ...guchy chichot: "Pierońskie trepy..."Froncek Warzecha był już za mnom
        - Jezus Maryja!
        Nocni wydobyli mnie z "dziury" z połomanymi żebrami.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 25.08.14, 23:21
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/L4CJvnHHfiQ7AxbZUA.jpg
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 25.08.14, 23:37
        Czy państwo wierzycie w dobrego skarbnika? Nie? To posłuchajcie. Pracowałem na jednej z tutejszych kopalni jako "elektrykorz". Pewnego razu byłem zmuszony zjechać na dół. Po ukończeniu roboty usiadłem niedaleko zawaliska. Wtem widzę zbliżające się światło, jakby ktoś szedł do tej kupy kamieni, zbliżając się ku mnie. Przestraszyłem się okropnie i skoczyłem na nogi, zrobiłem zaledwie dziesięć kroków, gdy nagle gwałtowna fala powietrza powaliła mnie na ziemię. Po chwili podniosłem się, zaświeciłem karbidową i o zgrozo, na miejscu gdzie siedziałem leżała oderwana ruda kamieniu około 200 cetnarów a obok ani żywej duszy.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 26.08.14, 21:05
        Jako chłopak 13- letni nie wierzyłem w "duchy". Gdzie tylko miało "pokutować" zgłaszałem się aby się z owym duchem zobaczyć. Miałem jeszcze dwóch kolegów, którzy również nie lękali się duchów i żeby ostatecznie sprawę z duchami załatwić postanowiliśmy w Dzień Zaduszny o płłnocy być w podziemnych grobowcach kościoła farnego w Poznaniu. Uzbrojeni w latarki elektryczne udaliśmy się do katakumb. Z spróchniałych trumien sterczały kości i czaszki ludzkie. Pierwsze minuty spędziliśmy z latarkami w ręku siedząc na gzymsie muru. Wkrótce dla oszczędności latarki zgasiliśmy. Nagle ni stąd ni zowąd opanował mnie lęk. Ponurą ciszę przerwał szmer i nagły łoskot. Równocześnie zapaliliśmy latarki. Nie chcąc zdradzić się jeden przed drugim ze strachu razem udaliśmy się na stronę skąd doszedł nas szmer i łoskot, nic jednak nie zauważyliśmy. Znów zapanowała cisza. Nagle czuję jak jakaś zimna, mokra ręka chwyta mnie za prawą rękę i zaczyna ściskać. Ze strachu nie mogłem otworzyć ust. Chciałem uciekać lecz nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Przerażony oczekiwałem śmierci. Jednocześnie z uściskiem mokrej ręki usłyszałem strasznie przeraźliwy krzyk stojącego obok mnie kolegi. Wówczas trzeci z kolegów zaświecił latarkę i wtedy spostrzegłem, że to kolega Górski ściskał mnie za rękę a nie jakiś duch. Sprawa wyjaśniła się. Górski poprzednio trzymał rękę na zimnym i mokrym murze. Kiedy pod nogami przebiegł mu jakiś szczur odruchowo chwycił mnie za rękę...Opuściliśmy przybytek umarłych. Na ulicy, wśród żywych była godzina 12 minut 17 (oczywiście 12 w nocy)
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 26.08.14, 21:06
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/UnqAODxtyHPweMiaLA.jpg
      • madohora Śpiący rycerze 04.09.14, 23:10
        Śpiący Rycerze

        Tam gdzie Czartoria, góra nie tak mała
        Mieści się w niej zakryta pieczara
        Ko chce niech nie wierz, kto chce niech wierzy
        Od wieków śpią tam waleczni rycerze
        Oni walczyli kiedyś z Tatarami
        A potem wszyscy razem się pospali
        Po ogromnym wojennym trudzie
        Śpią tam ukryci przed wzrokiem ludzi
        Co jakiś czas zadają pytanie
        A jak przyjedzie czas - to wojsko wstanie
        I znowu zerwą się do walki do bou
        Rusz cała gromada wojów
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 04.09.14, 23:11
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/wb/qa/5ixj/AE7DxDH7FaDDyrY5mX.jpg.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 04.09.14, 23:12
        W Bytomiu pod zamkiem jest ukryta brama
        A w lochach podobno kompania zaspana
        Od wieków śpią tak Jadwigo woje
        Co zasnęli głęboko po tatarskiej wojnie
        Zamek ze wszystkich stron obrasta las
        A gdy któryś wstanie pyta - czy już czas
        Przeszły już wojny i przeszły powodzie
        Lecz czas na nich jeszcze nie nadchodzi
        Lecz gdy znowu przyjdzie na nich pora
        To każdy z nich obudzi towarzysza - woja
        I znów staną w starego zamku bramie
        I będą za nas walczyć ramię w ramię
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 04.09.14, 23:12
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/wb/qa/5ixj/AE7DxDH7FaDDyrY5mX.jpg
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 04.09.14, 23:13
        Złota kaczka

        W Toszeckim zamku mieszkała księżniczka
        Panna dość smutna, chociaż prześliczna
        Pan zamku by ją rozweselić dał jej kolorową paczkę
        A w niej złote jajka i złocistą kaczkę
        Chciał by radosną była jego żona piękna
        Więc dla niej wydawała rauty i przyjęcia
        Lecz raz płomienie ognia pochłonęły pałac
        Każdy się ratował i tutaj i zaraz
        I biegali ludzie po zamku krużgankach
        I zmarła księżniczka także tego ranka
        Lecz księżna kaczkę gdzieś w lochach schowała
        Zanim jeszcze ofiarą ognia się stała
        A złota kaczka gdzieś tam w lochach śpi
        Szukali jej już ludzie dość odważni
        Mówią że gdy znajdzie kaczkę jakiś Janek
        Blaskiem znów rozbłyśnie ten Toszecki zamek
        Szepcze o tym służba, panowie i praczki
        Lecz nikt do tej pory nie odnalazł kaczki.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 04.09.14, 23:13
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/wb/qa/5ixj/0mQIIF6GzaaqngMxdX.jpg
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 04.09.14, 23:14
        Gdzieś pod Warszawskim zamkiem mieszka złota kaczka
        Szepcze o tym szlachta i lokaj i praczka
        Ona w tych podziemiach wielkich bogactw strzeże
        A kto to usłyszał zaraz w to uwierzył
        Raz zapuścił się Jasiek głęboko w te lochy
        Odszedł od Marysi co stroiła fochy
        Stoi w tej piwnicy, smutny, zadumany
        Wparł rękę na murze, wodą zapłakanym
        Nagle...mur się rozwarł...patrzy...kaczka złota
        Uciec jak najprędzej naszła go ochota
        A kaczka do niego tak się tam odzywa
        Ja jestem księżniczka i to nieszczęśliwa
        Masz tu drogi Jasiu cały worek złota
        I wydaj pieniądze na co ci ochota
        Lecz pamiętaj o tym by uwolnić moce
        Musisz wydać wszystko w ciągu jednej nocy
        Jak tego dokonasz to ta tego nie wiem
        Lecz wszystkie pieniądze masz wydać na siebie
        Nie możesz biednemu dać ani grosika
        I zabrać Marysi tam gdzie gra muzyka
        A Jasiek pomyślał - przecież prosta sprawa
        Wydawać pieniądze to świetna zabawa
        Tak poszedł do knajpy i kupił jedzenie
        Następnie na targu najdroższe odzienie
        I nową chałupę i pięknego konia
        Oj będę jak panicz...galopem po błoniach
        Zagląda to kiesy ależ to są dziwa
        Bo z tego majątku nic nic nie ubywa
        Zatrwożył się wielce jak wydać to wszystko
        Za oknem już ciemno, pewno północ blisko
        Chcę wrócić do domu do mamy i taty
        I wcale nie pragnę być taki bogaty
        Niech skarbów pilnuje dalej złota kaczka
        A on wszystko wrzucił do torby żebraka
        Gdzieś pod Warszawskim zamkiem mieszka złota kaczka
        Szepcze o tym szlachta i lokaj i praczka
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 04.09.14, 23:15
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/wb/qa/5ixj/QHc2gGWC0NAsWUfydX.jpg
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 26.09.14, 21:15
        T am w Nazarecie przy ostatnim domu,
        K ędy trzy palm y w niebo czoła wznoszą,
        Grdzie ranne słońce z niebieskiego stropu
        Na mur ogrodu zsyła żar prom ieni,
        L eżał pies zdechły na środku ulicy,
        W kurzu i pyle, gdzie padł m oże z głodu,
        A lbo też może skonał ze starości.
        A ludzie, którzy rankiem tutaj idą,
        Zatrzym ują się nad zdechłóm zwierzęciem
        I szydzą z n ie g o : — do kata z tem ścierwem,
        Co nam powietrze smrodem zanieczyszcza!
        T a k rzecze jeden , a inny znów szemrze,
        Ż e sąsiad z drogi nie sprzątnął plugastwa,
        A trzeci znowu chude żebra liczy
        I z w yciągniętych nóg się na głos śm ieje; —
        W życiu kopano biedaka i bito,
        A i po śmierci nie dadzą pokoju. —
        W tem, gdy tak stoją i szydzą, przypadkiem
        Przechodzi Jezus, syn cieśli, taż drogą;
        Jeszcze trzydzieści lat nie ma m łodzieniec,
        A w je g o chodzie tyle szlachetności,
        A w jego tw arzy pow aga i dobroć,
        A w jeg o duszy niebieskie są myśli.
        Z b liży ł się, stanął skromnie śród naśmiewców,
        Ł agodnym w zrokiem popatrzał na zw ierzę:
        „P iękne ma zęby, białe jakby p erły ,“
        Pow iedział mile, i znów poszedł dalej.
        I tak w najbrzydszem upatrzy stworzeniu
        Ślad Stw orzyciela m iłujące o k o :
        Ten, co na krzyżu zbójcę ułaskawi,
        I psu zdechłem u pochwały nie szczędzi.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 26.09.14, 21:16
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/UnqAODxtyHPweMiaLA.jpg
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 05.10.14, 00:52
        Legenda o kowalu i Śmierci

        Gdy Jezus i Piotr apostoł po świeeie chodzili
        Do pewnego kowala na nocleg wstąpili.
        Kowal ich też przyjął, jak się należało,
        Za jgoiścinność swoją żądał „bardzo mało“ .
        Gdy na drugi dzień rano jgoście odchodzili,
        Pytali się kowala coby winni byli.
        Kowal rzekł, że to przecież nie jest nic takiego,
        By wynagrodzenia żądać pieniężnejgo.
        Że on podróżnego chętnie przenocuje
        Lecz za 'to zapłaty nigdy nie przyjmuje.
        Tedy rzekł mu Jezus: „Nim pójdziemy w drogę,
        Co sobie życzycie, uczynić wam mogę“ . —
        „O moje życzenie dość skromne by było,
        Cieszyłbym się bardzo, gdyby się spełniło:
        Na tym tu stołeczku, jeśli kto usiędzie,
        Niechaj dotąd siedzi, aż ma wola będzie
        Kazać lub poprosić, by się podniósł z niego,
        Inaczej niech siedzi aż do dnia sądnego". —
        Jezus rzekł: „Pobożne nie jest to życzenie,
        By kogoś zasądzić na wieczne siedzenie
        Ani też w tem żadnej nie widzę skromności,
        Owszem, że jesteście człowiek bez litości.
        Ale jeśli radość z tego mieć będziecie,
        To niechaj się stanie tak, jako wy chcecie,
        Danego wam słowa cofnąć już nie molgę“ .
        No, i Jezus z Piotrem poszli w! swoją drogę.
        Kowalowi podobał się interes taki
        I stołeczek schował jak talisman jaki
        Myśląc, ja na świecie jeden się ostoję
        Będę żyć na wieki, śmierci się nie boję.
        Więc po kilku latach tak jak po każdego
        przyszła niespodzianie także śmierć po niego.
        Lecz kowal do niej rzecze: Hola, moja miła!
        Jeszcze mi się robota W’ kuźni nie sprzykrzyła,
        Masz dosyć próżniaków, c o . żyją na świecie
        I chleb darmo jedzą tak w zimie jak w lecie,
        Ale śmierć odrzekła: Co mnie tam do tego,
        Jam przyszła po ciebie z rozkazu boskiego.
        Po kogo ja przyjdę, wszyscy mnie słuchają,
        Cesarze, królowie, zaraz umierają.
        „Ale dziś zaczekasz trochę, moja droga!
        Inna ci jest jeszcze wola Pana Boga,
        Akuratnie z tobą nie mam iść ochoty,
        Patrz, ile tu w1 kuźni mam jeszcze roboty!
        To wszystko najpierw podokończać muszę
        Zanim ci będę mógł oddać moją duszę.
        Dołożę podwójnej siły i pilności,
        By nienadużywać twojej cierpliwości.
        Masz oto stołeczek, wypocznij się z drogi,
        Bo jesteś zmęczona i bolą cię nogi.“ —
        Śmierć dała się uprosić, na stołeczku siadła,
        Lecz wi krotce ze złości jeszcze bardziej zbladła,
        Niezliczone razy wstawać próbowała,
        Ale jakaś siła wstać nie pozwalała.
        A tu w drogę śmierci bardzo pilno było,
        Bo się jej do różnych ludzi już śpieszyło.
        Kowal na śmierć nie zważa, lecz pilnie pracuje,
        Pogwizduje wesoło i żelazo kuje.
        Na duszy się mu bardzo legutko zrobiło,
        Bił młotem w kowadło, aż w kuźni dudniło.
        1 tak przy robocie zeszedł mu dzień cały,
        Dął miechem do ognia, aż iskry leciały.
        A tymczasem na stołku śmierć czeka i czeka:
        Jakże też to będzie, — woła i narzeka,
        1 nad swoim losem płacze, lamentuje,
        Że kowala zaraz nie wzięła żałuje.
        Z innych ludzi nikogo także wiziąść nie może,
        Ludzie żyją i żyją, ach Boże, mój Boże!
        Tak śmierć bez przestanku wciąż biedzi i biedzi
        jak uwiązana na stołeczku siedzi.
        Lata na nim spędziła tu w: niecierpliwości,
        Nasz kowal się później doczekał starości,
        Ale gdy do pracy już siły nie było,
        To i kowalowi życie się sprzykrzyło.
        Śmierć się mu dopiero teraz przypomniała,
        Co tu na słołeczku z nudów już drzemała,
        Więc rzecze do śmierci: „Wstań ty moja droga,
        Że umrzeć raz trzeba, to jest wyrok Boga!"
        Śmierć, jak te kowala słowa usłyszała
        Ucieszona prędziutko ze stołeczka wstała.
        Kowal umarł, śmierć potem poszła sobie dali,
        Odtąd ludzie na świecie znowu umierali
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 05.10.14, 00:53
        Szewc i jego uczeń

        Pewien uczeń szewski oddał się dumaniu
        Właśnie, Igdy to z majstrem siedział przy śniadaniu,
        Tak czemś zajęta była jego dusza,
        Że ani swego śniadania nie rusza.
        Majster go pyta, co ci jest takiego?
        Czyś zachorował z zmartwienia jakiego?
        Nie, mówi uczeń, sen dziwny dziś miałem,
        I właśnie igo wam opowiedzieć chciałem.
        Chcecie Igo słyszeć, choć w1 nim, nic mądreigo,
        To myślę, że i także nic głupiego.
        Opowiedz — mówi majster -— ja sny bardzo lubię,
        Gdy śnię co pięknego sam się tem pochlubię.
        Jeśli będzie ładny, opowiem majstrowej,
        Jeśli nie będzie z twojej głupiej głowy
        Zmyślony, jak to u ciebie bywla we zwyczaju,
        Boś zadrwił nieraz już ze mnie, hultaju ---
        Znanyś już dawno z twych szatańskich sztuczek,
        Z których to miałeś dość smutnych nauczek.
        To co masz powiedzieć, jeśli nie jest głupie,
        To powiedz zaraz, nie trzymaj W skorupie". —
        „Jak się wprzód nasłucham waszejgo kazania,
        To mnie wnet odleci także do !g’adania
        Chęć, i zapomniałbym, co mi się to śniło,
        Taki sen zapomnieć, szkoda by go jyło.
        Ten mój sen wam może nawet radość sprawi
        I po jedzeniu was też trochę ubawi.
        Otóż mnie ważnie majstrze posłuchajcie,
        W mern opowiadaniu mi nie przeszkadzajcie.
        Śniłem, żem. stał w beczce, z niej tylko głowa mi sterczała
        Naprzeciwko zaś mojej druga beczka stała.
        Jakąś też głowę z niej sterczeć widziałem.
        Że to była wiasza, w prędkości poznałem,
        Domyśliłem; się, co za ciecz W niej była,
        Bo się Warn broda od miodu lepiła.
        A w jakiej ty tam kąpieli siedziałeś? —
        Majster się pyta —, co ty W beczce miałeś?
        Ja? mówię wam: prawdę i jak1 w1 Boga wierzę,
        Stałem po uszy wi mazi czyli w1 terze.
        Żeś tak śnił, to jest szczęście twoje,
        Bo gdyby wi terze stały nogi moje,
        To byś nie uszedł teraz mojej złości,
        Pod poeięglem by trzeszczały twoje kości.
        O majstrze, mój sen jeszcze nie skończony!
        Mówi, lecąc do sieni uczeń wystraszony, —
        Gdyśmy się szczęśliwie z beczek wydostali,
        Tośmy potem jeden drugiego lizali.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 10.10.14, 00:20
        Śpiący Rycerze z Góry Czantorii

        — Jaśku, pojedziesz do Oświęcimia, do brata mego — powiedział książę Bolko do młodego rycerzyka, stojącego przed nim. — Zawieziesz mu oto te listy i nasze pozdrowienia.
        Rycerzyk odebrał listy i ukłoniwszy się księciu, opuścił komnatę. Niebawem zamknęła się za nim Wyższa Brama. Towarzyszyli mu w tej podróży dwaj giermkowie. Radość wielka zagrała na strunach duszy Jaśka, gdy wyjechał za mury Cieszyna. Krzyczeć i śpiewać chciałby, powstrzymał się jednak z całej siły, gdyż nie uchodziło rycerzowi śpiewać wobec podwładnych mu giermków. Na kilka dni bodaj opuścił zamek Cieszyński, gdzie panowała powaga, a młodemu rycerzowi uciechy tylko były w głowie.
        — A tam co za górą — zapytał, gdy wyjechali z lasów puńcowskich. Nie znał bowiem Jaśko okolicy, bo niedawno przybył na zamek Cieszyński z księżną mazowiecką Ofką. — To góra rycerzy — odpowiedział Jurek giermek. —Ładna góra — pochwalił Jaśko.
        Góra majestatycznie rozłożyła się nad dolinami, dumnie patrzała przed siebie, a zarazem jakoś miłośnie, jakby chciała objąć te pola, łąki i bory w dolinie, jakby je chciała przytulić do swego łona. Wielkie lasy pokrywały ją zupełnie i podnosiły jeszcze bardziej jej urok.
        — Ta góra sławna jest na cały nasz Śląsk — powiedział Jurek.
        — Dlaczego? — zapytał zaciekawiony Jaśko.
        — Kiedy Wielki Bolesław zakreślał granice tworzącej się Polski, jego rycerskie hufce zawitały i do tej ziemi. Król sam stał na ich czele i prowadził je do zwycięstw. Zajęli owi rycerze wielkie obszary krajów. Przeszli ci nasz Śląsk, zdobyli Morawy, tam za Ostrawicą się rozciągające, podbili Czechy ze stolicą Pragą. Kiedy król Chrobry wracał do Polski, wysłał hufiec rycerski
        na Śląsk. — Pilnujcie mi tej pięknej ziemi, boć ona prawdziwą perlą jest w mojem królestwie. Pilnujcie mi jej, choćby nawet mnie nie stało. A dyby lud jej ucisk znosić musiał, wy wyrwać go macie z niego. A gdyby lud jej w niewolę popadł, wy wyzwolicie go i wroga precz odpędzicie, bo chcę, by lud ten w wolności żył. Takie rozkazy odebrali owi rycerze od swego wielkiego króla. Posłuszni im, bronili narodu śląskiego, aż pomęczyli się i wrócić chcieli do swych domów. Ale wódz ich odezwał się do nich: — Azali król nasz, Chrobry, nie kazał nam po wieki strzec tego kraju? Azali nie powiedział nam, że chronić mamy lud przed uciskiem
        i niewolą? Nie dla nas powrót w rodzinne pielesze, nie dla nas nasze zamki. Tu zostaniemy, wierni rozkazom naszego króla I zobaczy} ich wódz cudną górę przed sobą. Tam na tej górze będzie miejsce naszego postoju i naszego spoczynku. Stamtąd strzec będziemy kraju.
        Ruszył hufiec, posłuszny słowom wodza, w stronę onej pięknej góry. Kiedy wjechał w jej lasy, wódz rozglądał się, gdzieby najlepiej było spocząć. A tu nagle stanął przed rycerzami starzec olbrzymi. Twarz zdobiła biała długa broda, a ubrany był również w bieluteńką szatę. — Witam was w mojem królestwie, dzielni rycerze — odezwał się gromkim głosem. — Witam was serdecznie i cieszę się wielce, że właśnie tu na tej górze chcecie dać odpocznienie strudzonym
        członkom. — Ktoś zacz? — zapytał się wódz. — Panem tej góry i tych lasów jestem, pustelnikiem jestem. Ot moje całe królestwo! Słyszałem o was i wyszedłem powitać tak zacnych i rzadkich gości. Obrońcami ludu mojego byliście i dalej nimi być macie. Rycerze patrzeli ze zdziwieniem na starca, który zwał siebie panem góry i lasów. — Proszę, chodźcie za mną, już przygotowałem miejsce spoczynku dla was. Ruszył naprzód, a rycerze, gnani jakąś silą, szli za nim. Stanęli przed otworem podziemnej groty. — Proszę zejdźcie z koni i wejdźcie do onej groty — odezwał się znów starzec. A taka siła biła od niego, taka moc dziwna, że rycerze usłuchnęli i pozsiadali z koni. Starzec szedł naprzód i wprowadził rycerzy do olbrzymiej skalnej jaskini. Na jej środku paliło się wielkie ognisko. Giermkowie podskoczyli do koni i poprowadzili je do tyłu. Rycerze zaś posiadali koło ogniska, posłuszni rozkazom dziwnego starca. Ten stanął koło ogniska, popatrzał na jaskinię, na rycerzy. W blaskach ogniska postać jego wyrosła jeszcze bardziej. Biała broda srebrzyła się cudnie w promieniach czerwonego światła. Starzec podniósł rękę w górę i gromkim głosem zawołał: — Tu będziecie czuwali. Gdy padnie zew, czy z dolin, czy z gór, ruszycie! Na zew czekać wam trza! Ziemi tej nie wolno wam opuścić! Król Chrobry tak wam kazał, gdyż ziemia ta perłą jest wśród ziemie polskich! Więc gdy padnie zew, ruszycie stąd nieść wolność i wybawienie! A teraz spocznijcie sobie, teraz możecie spoczywać, bo zrobiliście swoje. Ale czujnymi bądźcie, abyście słyszeli, gdy padnie zew! Rycerze wpatrzyli się w niego i pod wpływem czarodziejskiej siły zaczęły opadać im głowy, miecze oparły się na kolanach i wszyscy posnęli. Starzec jeszcze raz rozglądnął się po jaskini i po chwili w y szedł. Zamknął wejście głazem, koło którego porosły krzaki. W dolinach w następnych dniach dziwowano się tajemniczej postaci starca. Przebiegał sioła i dwory i głosił tajemnicze słowa: — Rycerze czuwają, gdy padnie zew ,pójdą nieść wybawienie. I poleciał znowu dalej. Pokazał się raz tylko, a potem słuch o nim zaginął. Pozostała jednak wieść, że w Czantorii czuwają rycerze, którzy ruszą w doliny, gdy padnie zew
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 10.10.14, 00:21
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/wb/qa/5ixj/AE7DxDH7FaDDyrY5mX.jpg
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 15.10.14, 22:58
        Posłuchajcie dzieci bardzo ważnej sprawy
        Co wam śpiewać będę dla waszej poprawy

        Co się raz stało i o czem śpiewają
        We wsi Sylandorfie co jest w saskim kraju

        Pewnemu człowiekowi z małżonką swą miłą
        Dwanaście się dziatek na ten świat zrodziło

        Najstarsi synowie już się pożenili
        I córeczki za mąż też powychodziły

        Najmłodszy syneczek ojca swego prosił
        Kiedy jest już stary by mu statek puścił

        Ja was chcę oboje aż do śmierci chować
        I uszanowanie względem was zachować

        A rodzice starzy na to się zgodzili
        I swe gospodarstwo synowi puścili

        Syn przez czas niejaki dawał liche jadło
        Aż nie spełna w roku i to im przepadło

        Teraz jest ciężki rok, żywić was nie mogę
        Macie więcej dzieci, wiecie do nich drogę

        Sędziwy taciczek laskę w rękę bierze
        I z żoną wychodzi i zapłakał szczerze

        Do najstarszej córki skierował swe kroki
        Gdzie zamiast pociechy znalazł ból głęboki

        Bo gdy go ujrzała prędko podskoczyła
        I przed rodzicami swymi drzwi zamknęła

        Kąsek chleba oknem rodzicom podała
        "Męża nie ma w domu - idźcie" powiedziała

        Z płaczem ten chleb wzięli, precz się wybierali
        Ku najstarszemu się synowi udali

        I weszli w dom jego, Boga pochwalili
        Synu pożywże nas w naszej smutnej chwili

        Komuście oddali gospodarstwo swoje
        Ten was niech odziewa i żywi oboje

        Z domu ich wypędził, drzwi zawarł za nimi
        Że wieczór był więc się pokładli na ziemi

        Rano wstawszy poszli do syna trzeciego
        Przed domem się bawią małe dzieci jego

        Skoro ich ujrzały do izby biegały
        Babka z dziadkiem idą na ojca wołały

        Ten skoro usłyszał dzieci swych wołanie
        Rzekł: Czart nam tych starych wiedzie na śniadanie

        Ach synu zlituj się dla Boga miłości
        Pamiętaj żeśmy cię żywili w młodości

        Idźcież precz do piekła wy dziady niezdarne
        Ja tu mojej pracy nie wydam na marne

        Komuście oddali bogate swe włości
        Niech was opatruje i żywi w starości

        Gdy te słowa stara matka usłyszała
        Żal jej serce ścisnął na miejscu skonała

        Drugie też nie dały dzieci pożywienia
        I tak ojciec umarł z głodu i zmartwienia

        Nie mógł Pan Bóg patrzeć na nieprawość mnogą
        I zesłał na dzieci karę swoją srogą

        Młodszy syn do ziemi aż po pas się przepadł
        Straszny ptak piekielny na głowie mu usiadł

        Drugiemu czarny pies zawsze był przeszkodą
        Gdy jeść chciał albo pić aż umarł od głodu

        Dwa inni synowie gdy z pola wracali
        Od zwierząt drapieżnych rozdarci zostali

        Jedna córka dziwną zrodziła potworę
        Która miała końską i głowę i skórę

        Druga zaś w powietrze porwały dwa kruki
        I ją na tysięczne potargały sztuki

        Dwie zaś kiedy jadły wieczór swoją strawę
        To je udławiły dwie żaby plugawe

        Piąta biega wciąż do dnia dzisiejszego
        A nie może znaleźć miejsca spokojnego

        Przetóż pamiętajcie o tem miłe dzieci
        Że tego Bóg skarze kto rodziców nie czci
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 05.06.23, 00:19
          Baśń Świętojańska.
          Cyt!.. O. cyt! już, słowiku, w gęstwinie
          ucisz swoje rozgłośne piosneczki,
          Baśń po lesie Świętojańska chodzi,
          kwiat cudowny zakwita paproci...
          Moc zaklęta z tchnieniem wiatru płynie,
          Dziw na leśne wyszedł nikłe stecki,
          Czar w srebrzystej księżyca powodzi
          w dziuplach próchno zapala i złoci,
          Hen, nad leśną w gęstwinie skrytą strugą,
          pośród czeremch rozkwitłych i kalin —
          z latarkami snują się świetliki,—
          błędny ognik milczkiem się przekrada.
          W ciemnej toni błyska jasną smugą,
          między krzewy sunie dzikich malin,
          tam, gdzie młode zwarte z gajniki—
          i gdzieś w gąszczach omrocznych przepada.
          f\ Baśń chodzi sobie borem—lasem—
          het! po dawno zapomnianych drogach...
          Czar się ubrał w sznur paciorków szklany —
          Dziw z za dębów patrzy wielko-oczy...
          I w liljowe dzwonki dzwoni czasem,
          gdy rozkwita na leśnych rozłogach
          kwiat paproci, kwiat zaczarowany,
          co swym blaskiem wzrok śmiertelny mroczy.
          Józef Batorowicz.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.06.23, 00:22
          Ojciec Ruszel był człowiekiem niepospolitego miłosierdzia, rozumu, dobroci i pobożności. Braciszkowie twierdzili, że lampkę oliwną przed obrazem Matki Boskiej w jego celi zapalają aniołowie. Toteż gdy umarł, żal i płacz był tym większy, że ciało jego znikło bez wieści. Z czasem ludzie wytłumaczyli sobie, że pan Bóg razem z ciałem zabrał do nieba swego wiernego sługę i oddawali mu cześć jako świętemu. Bo gdzieżby się podział? Kto by go skraść pozwolił? Braciszkowie trzymali wartę u tych zwłok najdroższych i odprawiali modły przez dnie i noce. Więc nagłe zniknięcie ciała tylko nadprzyrodzonemu zrządzeniu przypisać można było. Pewno zdrzemnęli się znużeni wartownicy i przez ten moment stał się dziw.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.06.23, 00:26
          Murowany kościół i klasztor Dominikanów w podanym roku zostały ufundowane i powstawały etapami. Dominikanie znaleźli się w Lublinie ok. 1260 roku i pierwsza ich świątynia, najpewniej drewniana kaplica św. Krzyża, stanęła w miejscu obecnego kompleksu zabudowań. "Kronika Wołyńska" z 1288 roku, jak się uważa, przytacza szczegóły dotyczące właśnie ówczesnego klasztoru Dominikanów.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.06.23, 20:16
          Dlatego, aby Lublin stał się jej siedzibą, wielka księżna Anna (X wiek) poślubiwszy Włodzimierza, księcia kijowskiego, nie chciała wyjechać z Konstantynopola, dopokąd nie wyprosiła sobie ze skarbca królewskiego Św. Drzewa. Dlatego w kilka wieków potem książę kijowski Iwan w zamian za spaloną przez Tatarów katedrę katolicką wybrał jako rekompensatę dla jej biskupa Andrzeja z Krakowa właśnie św. relikwię, spoczywającą w skarbcu od czasów Anny Włodzimierzowej. Dlatego biskup Andrzej w drodze do Krakowa zatrzymał się na odpoczynek u dominikanów w Lublinie.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.06.23, 20:36
          Gdy w roku 1649 Bohdan Chmielnicki stanął na czele wojska pod Lublinem, strwożeni mieszkańcy przypadli do stóp ołtarza w dominikańskim kościele. Przeor zgromadzenia zarządził procesję z Drzewem Św. Krzyża po Ratuszu. I oto gdy procesja dobiegała końca, na ściemniałym nagle firmamencie ukazał się potężny i groźny w przedziwnej jasności miecz i zaczął płynąć nad miastem, ciskając promienie jak błyskawice. A z każdego z nich tworzył się miecz nowy, aż niebo całe okryło się znamionami walki, jakby hufce anielskie wyległy przeciwko wrogowi pokoju. I ujrzał znaki na niebie Chmielnicki, a zabobonnym strachem zdjęty, dał hasło odwrotu i uciekł w popłochu.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.06.23, 23:29
          Święte relikwie, adorowane przez króla Jana Kazimierza, króla Stanisława Augusta i niezliczone pielgrzymki lat dawnych i dzisiejszych, czuwają nad Lublinem
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.06.23, 23:33
          Tajemniczy skarb

          Noc była ciemna jak smoła, a wiatr przetaczał nad Lublinem ulewę. Gdy kolejny piorun strzelił, oświetlając trupim blaskiem rynek, oświetlił także stojący przed ratuszem wóz. Zdumieli się wszyscy, którzy przed burzą schronili się do ratusza, bo bramy miasta dawno już były zamknięte i żaden wóz nie mógł wjechać. Zdumieli się jeszcze bardziej, gdy zobaczyli, że wóz zaprzężony w dwa ukraińskie woły był bez woźnicy. Na wozie stała skrzynia.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.06.23, 23:39
          Łokietek przyjął ich bardzo życzliwie, wysłuchał opowieści o mieście, dowiedział się jak to podczas najazdu Tatarów ocalała koza, która wyżywiła w wąwozie wiele dziatek i przyrzekł posłom przywilej lokacyjny. Pozostało jedynie nadać herb nowemu miastu. I tu książę wraz z posłem dominikaninem uradzili, że w herbie powinna znaleźć się koza na pamiątkę tatarskiego najazdu oraz winnica. Herb miał zaprojektować i namalować krakowski herbator Mikołaj. Ale herbator pijaczyna gdzieś zaginął i lubelscy wysłannicy dotarłszy w końcu do jego domu po odbiór dzieła dostali jakieś zapakowane malowidło. Gdy je w drodze rozpakowali, przerazili się, że sprowadzą hańbę na miasto - ujrzeli bowiem starego długowłosego capa, obżerającego się winogronami. Nie mieli racji, mieszczanie tak cieszyli się z nadania praw miejskich, że na herb nie zwrócili w ogóle uwagi.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.06.23, 23:43
          Bo chyba tylko tatulek nie wiedział, że nocami do pięknej panienki przemykają starsi i młodsi panowie. Zaś młoda dama miała tak wielu adoratorów, ponieważ każdemu z nich zapewniała pełną dyskrecję. Wchodzili jedną bramą, a wychodzili drugą, nigdy się nie spotykając. Jedynym świadkiem nocnych schadzek w pokoju na piętrze Domu Złotnika był złoty kogucik na Wieży Trynitarskiej, który do dziś dnia pieje tylko wówczas, gdy przez bramę przechodzi jakiś wierny mąż.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.06.23, 23:47
          Panicz był bliski omdlenia, ale nie z powodu nadmiaru uczuć spełnionych, tylko z powodu perspektywy poinformowania rodzicielki, że oto jej wychuchany jedynak wybrał sobie latawicę bez majątku i reputacji. Wyjaśnił więc słodkiej Inez, że nie musi się tak dla niego poświęcać i łamać sobie scenicznej kariery. - Będę cierpiał straszliwie - cedził słodko nikczemnik - ale będę dzielny. Inez popatrzyła na panicza strasznym wzrokiem i zniknęła. A w czasie ostatniego występu, gdy szybowała pod samym teatralnym dachem, zamiast chwycić trapez - runęła w dół.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.06.23, 23:51
          Kto to był Boczarski? Kiedy Radziwiłłowie po latach użytkowania pałacu po Sobieskich zdołali doprowadzić go do ruiny, sprzedali zabudowania lubelskiemu prawnikowi Dominikowi Boczarskiemu. Boczarski w murach budynku postanowił urządzić młyn. Wybudował wieżę i umieścił na niej skrzydła wiatraka. Tyle, że umieścił je poziomo. Żaden wiatr tak ustawionych skrzydeł poruszyć nie mógł. I Boczarski zbankrutował.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.06.23, 23:55
          https://media.tenor.com/XLuV1Ht8CiEAAAAM/fish-spinning.gif
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 07.06.23, 00:00
          Tamara, młodziutka mężatka o niezwykłym temperamencie, nieobliczalnych zachciankach i nielicząca się z obowiązującymi konwenansami, zdradzająca męża z ambitnym oficerkiem, spragnionym szybkiej kariery, w pewnym momencie stała się ciężarem dla obu tych mężczyzn. Mąż nie potrafił zapanować nad jej zachciankami, dla ambitnego zaś oficerka przeciągający się i głośny romans z rozkapryszoną i ekscentryczną mężatką nie ułatwiał kariery. W Lublinie, w latach międzywojennych, znano dwie wersje tej śmierci. Jedni byli przekonani, że padła ofiarą nożownika wynajętego przez kochanka, inni mniemali, że zasztyletował ją zbir z polecenia zazdrosnego i upokorzonego męża
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 07.06.23, 00:26
          Kronikarz grzechów z Poręb Dymarskich
          Drewniany kościół parafialny św. Stanisława i św. Wojciecha w Porębach Dymarskich posiada nietypowe malowidło z XVII w., przedstawiające diabła Tutivillusa, popularnego w średniowiecznym folklorze. Tutivillus miał się trudnić spisywaniem ludzkich grzechów, by na Sądzie Ostatecznym móc oskarżać ludzi przed Bogiem.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 07.06.23, 00:34
          Widmowy patrol

          Całkiem oryginalne nawiedzenie przyciąga łowców duchów i miłośników dreszczyku do lasów koło Brzózy Królewskiej.
          Nocami kierowcy mają tu napotykać przy drodze ducha policjantki na patrolu, który stara się zatrzymywać samochody.
          Nie wiadomo, co się stanie, jeśli kierowca faktycznie się zatrzyma. Według niektórych relacji widmowa policjantka po prostu znika.
          Możliwe, że to duch z gatunku popularnego np. w USA widmowego autostopowicza, który sprawia wrażenie zwykłej, choć małomównej osoby, po czym nagle znika i dopiero tym zdradza, że nie był zwykłym turystą.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 07.06.23, 00:41
          Ołtarz ku czci słońca

          W lesie nieopodal wsi Nowiny Horynieckie na Roztoczu znaleźć można dziwaczny kamień. Wystaje z ziemi na niewielką wysokość, ale to nie rozmiar jest tu ważny, lecz okrągła dziura ziejąca w środku głazu. Sam kamień otoczony jest przez inne głazy, skryte wśród korzeni i liści.
          Jest całkiem prawdopodobne, że układ kamieni nie jest przypadkowy, a nietypowy głaz z dziurą był kiedyś miejscem pogańskiego kultu słońca, być może boga Swaroga. Dziura pośrodku kamienia mogła mieć znaczenie astronomiczne, a przechodzące przez nią pierwsze lub ostatnie promienie słońca w danym dniu (może np. w czasie przesilenia lub równonocy) wyznaczały ważne święto.
          Dziś kamień nazywany bywa „Roztoczańskim Stonehenge” i ołtarzem słońca.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 07.06.23, 00:49
          Na obrzeżach Woli Mieleckiej stoi kompleks opuszczonych budynków inwentarskich, nazywany Baraniarnią.

          Wiąże się z nim kilka opowieści o duchach, które być może stanowią jedną całość. Gdzieś na terenie Baraniarni miało dojść do morderstwa - zginęła dziewczyna. Niedługo później w tym samym miejscu życie odebrał sobie chłopak. Być może chodzi o dwie różne tragedie, lub o jedną podwójną – chłopak mógł rozpaczać po stracie ukochanej. Jak by nie było – w Baraniarni straszą podobno dwa duchy.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 03.07.23, 13:45
          W niektórych regionach wierzono również w istnienie muszli nazywanej horagai, która po przeleżeniu przez trzy tysiące lat w górach, trzy tysiące na lat na równinie i kolejne trzy tysiące lat w morzu przemieni się w smoka, który sprowadzi wielkie opady deszczu, które spowodują powódź
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 03.07.23, 14:01
          Najstarszy zapis legendy o smoku wawelskim pochodzi z przełomu XII i XIII wieku. Jego autorem był Wincenty Kadłubek. Na kartach Kroniki polskiej, w uczonym wywodzie, mistrz Wincenty powiązał dzieje Polski z historią starożytnego Rzymu i uczynił jednym z władców kraju Grakcha, utożsamianego przez późniejszych kronikarzy z Krakiem
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 03.07.23, 14:07
          Opowiadanie Kadłubka podjęli kronikarze z przełomu XIII i XIV wieku – na Śląsku autor tzw. Kroniki polsko-śląskiej oraz tworzący w Krakowie bezimienny franciszkanin, zwany zazwyczaj autorem Kroniki Mierzwy. Ten ostatni zauważył podobieństwo tekstu mistrza Wincentego do deuterokanonicznych dodatków do Księgi Daniela i opatrzył go uwagą: tak jak Daniel, który zabił smoka babilońskiego. W Wulgacie bowiem, którą znał autor Kroniki Mierzwy, wąż z 14 rozdziału Księgi Daniela nazwany został smokiem: wziął tedy Daniel smoły, łoju i sierści, ugotował to razem, zrobił ciasto i dał w paszczę smoka. Smok zjadłszy rozpękł się. Tedy rzekł: Zobaczcie przedmiot waszej czci
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 03.07.23, 14:12
          Wersję Długosza powtórzyli Maciej Miechowita w Kronice polskiej z roku 1521 oraz Bernard Wapowski w swojej zaginionej Kronice (jak wynika z zachowanych fragmentów tego dzieła). Najstarszy tekst w języku polskim o smoku wawelskim znalazł się na kartach Kroniki świata Marcina Bielskiego z 1551 roku. Najprawdopodobniej była to krótka parafraza wersji Wapowskiego. Bielski wprowadził najpopularniejszy wariant śmierci smoka, który miał pęknąć z przepicia wodą wiślaną: Grakus książę rozkazał w wywnątrzonym cielcu siarki, smoły a saletry z ogniem przyprawionym zadać zaprawiwszy, a przeciw jamie jego położyć. Który gdy uźrzał, mnimając, by cielę, pożarł. A gdy w nim tlało, pił wodę, aż się rozpukł. U Bielskiego (być może za Wapowskim) po raz pierwszy padła też data śmierci smoka – rok 700 po Chrystusie
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 03.07.23, 14:19
          Wśród badaczy występują dwa stanowiska w sprawie wyjaśnienia genezy legendy o smoku wawelskim. Część z nich uważa, że zapisana przez Wincentego Kadłubka legenda oparta została na żywej w końcu XII wieku ustnej tradycji krakowskiej. Inni natomiast są zdania, że twórcą legendy był sam mistrz Wincenty, a fragment w jego kronice był uczonym zastosowaniem do dziejów Polski popularnych w literaturze średniowiecznej opowieści o smokach
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 03.07.23, 14:25
          Plezia odrzucał jednak próbę powiązania krakowskiej legendy z Biblią lub opowieściami o świętym Jerzym. Według niego legenda o smoku wawelskim była w tej postaci, w jakiej jest współcześnie znana z zabytków literackich, skrzyżowaniem prastarego wątku, występującego w literaturze antycznej i średniowiecznej, o zabiciu smoka przez założyciela miasta z zaczerpniętym przez mistrza Wincentego z Romansu o Aleksandrze Wielkim motywem zgładzenia potwora przez podsunięcie mu palącego pokarmu. Marek Parchem zwraca jednak uwagę, że na biblijne podłoże legendy o smoku wawelskim u Kadłubka może wskazywać specyficzna terminologia użyta w odniesieniu do zwierząt podrzucanych potworowi na pożarcie. Parchem zauważa też, że w badaniach nad genezą legendy o smoku wawelskim zbytni nacisk kładzie się na znalezienie jednego jej źródła, pomijając możliwość, że Kadłubek mógł połączyć miejscowe podania, legendy dotyczące Aleksandra i św. Jerzego i tradycję biblijną.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 27.10.14, 23:24
        Żarnowiec - w miejscu, gdzie obecnie znajduje się kościół św. Wojciecha, stał posąg Świętowita
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 27.10.14, 23:25
          Miejscowe podania mówią również o obecności na ziemi żarnowieckiej św. Wojciecha, podążającego z Krakowa do Gniezna w 996/7 r. Za sprawą modlitw wspomnianego biskupa miało wytrysnąć źródło, aby zaspokoić pragnienie słuchaczy Słowa Bożego. Żarnowiec już wtedy stanowić musiał tzw. czoło opola, czyli główny ośrodek wspólnoty sąsiedzkiej na tym terenie.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 27.10.14, 23:26
          Żarnowiec stanowi przykład miasta wędrującego, co oznacza, iż w przeciągu lat zmieniło się jego pierwotne położenie. Początkowo usytuowany był na terenie dzisiejszych Łanów Wielkich, skąd został przeniesiony 3 km w górę rzeki Pilica, gdzie pozostaje do dnia dzisiejszego. Przyjmuje się, że lokacji miasta na nowym miejscu i prawie magdeburskim dokonał Kazimierz Wielki (lata pomiędzy 1326 a 1340 r.). Dawną osadę przemianowano na Stary Żarnowiec (w 1388 r. nazywała się już Łany, a w 1529 r. Łany Wielkie). Istnieją racjonalne hipotezy, jakoby Żarnowiec posiadał prawa miejskie tzw. polskie już w XIII w. (z nadania prawdopodobnie Bolesława Wstydliwego). Nie zachowały się jednak jakiekolwiek zapiski źródłowe definitywnie potwierdzające to przypuszczenie
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 27.10.14, 23:27
        https://img1.glitery.pl/dev1/0/085/899/0085899573.gif
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.12.14, 23:47
        Przed 500 laty nad Rawą ciągły się moczary i bagna, nad któremi rosły olchy, brzozy i potężne dęby. W gałęziach nadrzecznych drzew rozlegał się śpiew ptasząt, w czystej wodzie strumyka pluskały się rybki a w kałużach i moczarach w letnie wieczory rechotały żaby. Naokoło rósł gęsty i" wielki las, w którym żyły zwinne sarny i jelenie. Po strumyku pływały łódki z rybakami łowiącymi ryby w sieci lub ba wędki. Nad tym strumykiem po lewej stronie w pobliży dzisiejszych Katowic leżała wioska wśród lasu, założona przez człowieka zwanego Boguła. Przybył on tu nie wiadomo skąd. Od jego nazwiska wioskę nazwano Bogucice. Na zachód w odległości kilku kilometrów od Bogucic powstała wioska zwana Załężem. Naprzeciw Bogucic zaś stanęły ubogie chaty Zawodzia. Około 1486 roku w pobliżu Bogucic i Zawodzia kowal Kleparski Jerzy postawił sobie kuźnię, którą zwano Bogucką Kuźnią - Kuźnia ta przetrwała przeszło 300 lat. Obok tej kuźni około 1598 roku powstała nad stawem, który tworzyła tu Rawa mała wioska. Ta wioska zwała się Katowice od nazwiska pierwszego kolonisty który dał początek wiosce a zwał się Kat lub Kot. Około roku 1835 połączono Katowice przez wybudowanie dróg z wioskami obok leżącemi, a także z miasteczkiem Mysłowicami. W roku 1840 Katowice posiadały już stację kolejową i od tego czasu stale się rozwijały, otrzymując w roku 1865 tytuł i prawa miasta. W tym czasie Katowice liczyły 5000
        mieszkańców. Swój szybki rozwój zawdzięczają Katowice kopalniom węgla, które powstały
        naokoło. W r. 1897 liczba mieszkańców wzrosła do 25 tysięcy. Około roku 1870 ukończono budowę Kościoła Mariackiego, który został dnia 20 listopada 1870 poświęcony przez Biskupa Wrocławskiego. W roku 1902 ukończono cono prugi kościół Sw. Piotra. i Pawła. Obecnie Katowice posiadają wiele ładnych budynków i gmachów, piękne ogrody i parki. Miasto jest
        siedziba władz wojewódzkich i Sejmu Śląskiego.Stąd rozchodzą się drogi żelazne (koleje) na wszystkie strony do Warszawy, Lublina, Lwowa i Zdołbunowa do Wrocławia i Berlina, -
        do Poznania i Gdańska, - do Pragi i Wiednia.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.12.14, 23:48
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/wb/qa/5ixj/1hJUEKhsgRmFGn3GxB.jpg
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.12.14, 23:55
        Było to przed tysiącem laty, jak w okolicy dzisiejszego Bierunia, w czasach jeszcze pogańskich mieszkały dwie wielkie rodziny słowiańskie, które pokłóciły się o swych bogów i żyły w nie-
        zgodzie. Jedna z tych rodzin czciła swoje bóstwa w świątyni zwanej kontyną, zbudowanej na górze Lędzińskiej (dzisiaj ta góra zwie się "Górką Klemensową") - zaś druga rodzina chwaliła swych bogów w gaju pod świętym dębem, którego pilnowali pogańscy kapłani. Razu pewnego piorun uderzył w ów dąb i roztrzaskał go w kawałki. Wyznawcy bogów ze świątyni na górze Lędzińskiej mówili, że to zagniewane bóstwa zesłały piorun, - zaś czciciele świętego dębu mówili że to kara za grzechy kapłanów, stróżów dębu. Uradzili więc pozabijać grzesznych kapłanów aby przebłagać gniew bogów. Jak uradzili tak zrobili, pozabijali kapłanów, a sami rozeszli się. Jedni powędrowali na prawy brzeg Wisły - tu odnaleźli dąb wielki i założyli nowe
        osiedle nazwane Zabrzegiem (miejscowość leżąca nad samą Wisłą, niedaleko ujścia Przemszy). Inni podążyli do Lędzin (miejscowość na drodze z Mysłowic do Bierunia) i połączyli się z tamtejszym rodem. Reszta zaś pozostała na miejscu przy strzaskanym dębie, nie chcąc opuszczać ziemi na której lata całe żyli. Lędzinianie nazwali tę osadę Piorunem, z czego później powstała nazwa Bieruń.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 06.12.14, 23:58
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/wb/qa/5ixj/BINOGPMhEaA3No2IAB.jpg
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 08.12.14, 15:45
        Ojców naszych ziemio święta,
        Ziemio wielkich cnót i czynów,
        Tyś na wskroś jest przesiąknięta
        Krwią ofiarną swóich synów.
        l niedarmo w twoje rano,
        O spuścizno przodków droga,
        Ziemią świętą ciebie zwano,
        Boś najbliżej stała Boga.
        Byłaś ziemią poświęcenia,
        Przytuliskiem licznych gości,
        Dziwny' ciebie opromienia,
        Czar męczeństwa i świętości.


        Niegdyś ze stron tych pątnicy,
        Z wiarą w sercu niewymowną,
        Do Piotrowej szli stolicy,
        Po relikwii kość cudowną.
        l gdy o ten dar nieśmialo
        Dla ojczyzny swej prosili,
        Papież skłonił głowę białą,
        I tak odrzekł im po chwili:
        "O Polacy! o pielgrzymi I
        Na cóż wam relikwia nowa?
        Wasza ziemia krwią się dymi
        I dość świętych kości chowa
        Wszakże jeszcze do tej pory,
        Jako przykład waszej wiary,
        Świeci w blaskach krew Cecory,
        Kędy legł wasz hetman stary":.
        I wziął w rękę swą sędziwą,
        Polskiej ziemi grudkę małą,
        I na dłoń mu siC;; - o dziwo,
        Kilka kropli krwi polało.
        Weźcie, rzecze, proch ten z sobą
        I cud Boży głoście wszędzie;
        Niech ta ziemia wam ozdobą
        I relikwią świątyń będzie.
        Niechaj ten proch z' waszych progów,
        Wciąż wam świadczy przed oczyma:
        Jak nad Boga niema bogów,
        Nad tę ziemię świętszej niema!"

        Wł. Bełza
      • madohora Legenda o pająku 17.12.14, 16:32
        Legenda o pająku

        Przędła Najświętsza Panna cieniutkie niteczki na koszulki dla biednych sierotek, a pracy tej przyglądał się pilnie pająk, siedzący na uboczu. Oczy jego błyszczały zawiścią i zarozumiałością, a lekceważeniem Prządki Najświętszej.
        - Ha! ha! Ładna mi tam przędza! - zawołał wreszcie oburzony - ja cieńszą uprząść potrafię.
        Więc zaczął snuć niteczki delikatne, cieniutkie, lśniące, a równiutkie i naprawdę prześcignął w swej sztuce Pannę świętą i z dumą i z triumfem patrzył na swoje dzieło. Zasmuciła się Marja Panna, że nie jest tak doskonałą prządką, jak pająk, - ale Pan Bóg, który umiłował nad wszystko Mateczkę Syna swego jedynego, ukarał pająka za jego pychę, za jego zarozumiałość, czem Matkę Bożą zasmucił i obdarzył go jadem, aby wszelkie stworzenie
        unikało go z bojaźnią i ze zgrozą odwracało od niego
      • madohora Legenda o czapli 17.12.14, 16:36
        Legenda o czapli

        Przy stworzeniu świata przychodziły do Pana Boga różne zwierzęta i zanosiły do Niego nieraz najdziwaczniejsze prośby. Stwórca, naj dobrotliwszy ojciec, obdarzał je wszystkiem, czego chciały. Szczęśliwe były te, które prosiły o dobre rzeczy, a najszczęśliwsze te, które w skromności swojej zdały się na wolę Bożą, bo Pan Bóg najlepiej wie, czego komu potrzeba i tem skromnego obdarzył. Wilk przyszedł z czaplą i obydwoje prosili o pieniądze, bo to za pieniądze wszstkiego dostanie i temu najlepiej, kto ma grosza sporo. Dostało też każde po
        pełnym worku, czego chciały. Wilk chytry, obawiając się, aby skarbu swego nie zgubił, porozpożyczał pieniądze pomiędzy ludzi i teraz odbiera sobie od nich procenta w bydle od tej pożyczki. Czapla głupsza nie mogła - się prędko namyśleć, co zrobić z otrzymanemi pieniądzmi, gdzie je umieścić. Myślała długo i chodziła z workiem koło wody, a że worek był ciężki, wysunął jej się z dzióba i utonał. - Zmartwiona przyleciała do wilka i krzyczy:
        - Przyjacielu, ratuj! Pieniądze wpadły mi do wody! Poradź, jak je wydobyć.
        - A gdzież ci utonęły? - pyta wilk zdziwiony_
        - Nie wiem, nie wiem - żali się czapla - chodziłam koło wody i upuściłam worek.
        - Ha, jakże ci poradzę, skoro nie możesz mi powiedzieć, gdzieś je zgubiła?
        Idź i szukaj. Poszła czapla smutna nad wodę szukać zguby i szuka jej tam do dnia dzisiejszego. Czasem stanie i wpatruje się bystro w wodę, czasem zdaje się jej, że dojrzała już
        na dnie worek z pieniędzmi, więc szybko wtyka głowę w wodę, aby przyjrzeć się lepiej, a potem wyciąga ją również szybko z powrotem bo na dnie zobaczyła tylko kamień
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 17.12.14, 16:38
        Legenda o koniu

        Koń ciągle je i we dnie i w nocy i nigdy nie jest syty. A wiecie dlaczego? Oto posłuchajcie:
        Zanim Chrystus posłał po oślicę, aby na niej wjechać tryumfalnie do Jerozolimy, chciał odbyć podróż tę konno. Ale gdy zamierzał dosiąść konia, ten nie chciał wziąć Chrystusa Pana na grzbiet, tłumacząc się, że jeszcze nie podjadł. Więc Chrystus rozżalony powiedział:
        - Tak, - to sobie nigdy nie pojesz!- i na oślicy wjechał do Jerozolimy.
        Odtąd też koń ciągle je i je i nie może się dosyć nasycić, a osiołek zadowoli się byle czym i nie potrzebuje jeść wiele.
      • madohora Legenda o bocianie 17.12.14, 17:12
        Legenda o bocianie

        Jest w całej Polsce piękny zwyczaj, że ludzie spotykając się witają się ze sobą, chwaląc przy tem Pana Boga, albo życząc sobie, aby Pan Bóg poszczęścił ich pracy, dodał sił do jej wykonania i pobłogosławił, by ta praca wyszła człowiekowi na pożytek i przyczyniła się do jego szczęścia. Piękny to jest zwyczaj i bardzo dawny, a tak szanowany, że lud z oburzeniem patrzy na takiego, kto by przechodząc, nie pochwalił Pana Boga. Opowiadają też o nieszczęściu, jakie miało spotkać złych ludzi przed wiekami, o karze doraźnej za to, że nie odpowiedzieli na boskie słowo, ale wyszydzili je nawet. Było to w lecie. Sianokosy rozpoczęły się wszędzie, dookoła słychać było brzęczenie kos i wesołe śmiechy kosiarzy, bo czas był ładny, a trawy bujne na łąkach. Drogą szedł staruszek, biedny dziadek, a przechodząc mimo kosiarzy, życzył im powodzenia i jak to zwykle bywa, zawołał:
        - Szczęść Boże!
        Na takie chrześcijańskie pozdrowienie powinni byli robotnicy odpowiedzieć pięknie:
        - Daj Boże szczęście!
        Tymczasem biedny dziadek trafił na ludzi złych, bezbożnych, którzy poczęli się śmiać, poczęli wydrwiwać jego pobożne życzenia. Nieszczęśni, nie wiedzieli, nie przeczuwali że tym biednym dziadkiem był sam Pan Jezus, który szedł pomiędzy ludźmi aby zobaczyć jak im się żyje.
        Zabolało serce Pana Jezusa na to że wśród ludzi dużo jest przewrotnych i zagniewany przemienił ich w ptaki. Dostali długie nogi a z rąk zrobiły się skrzydła a nosy zamieniły się w długie, czerwone dzioby. Były to pierwsze bociany. Nie wydają też głosu żadnego, bonie chcieli odpowiedzieć na chrześcijańskie pozdrowienie, - ale też płaczą tak, jak ludzie, a wtedy płyną im z oczu łzy duże, jak groch i kroplami spadają na ziemię.
      • madohora Legenda o jaskółkach 17.12.14, 17:14
        legenda o Jaskółce

        Największemi elegantkami między ptaszkami są jaskółki. Zawsze czysto czarno ubrane, z białemi lub czerwonemi kokardkami pod szyją, zgrabne, wysmukłe. ruchliwe, wesołe świergocą i szczebiocą bezustannie. Lubią towarzyskie zabawy i zbierają się często gromadkami, uganiając swawolnie w powietrzu z piskiem w kółko i w kółko bez zmęczenia niekiedy całemi godzinami. Taką wesołą, niefrasobliwą była już jaskółka od stworzenia świata. Aby się zabawić, aby się o nic nie troskać, ot, wszystko. Pan Bóg stworzywszy ryby w wodzie,
        zwierzęta czworonożne na ziemi i ptaki w powietrzu, wyznaczał każdemu stworzeniu, co ma jeść. Jaskółce powiedział, aby nie jadła pszczół, boby wnet umarła. A wesoła ptaszyna zaśpiewała na to:
        - Czy dług-o żyć, czy krótko żyć aby tylko użyć!
        Od tego też czasu tak śpiewa i tak będzie zawsze śpiewała, aż do sądnego dnia.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 17.12.14, 17:23
        Niedźwiedź

        Grupkami stanęli ludzie przed chałupami przy drodze i rozmawiali żywo, bo rozeszła się wieść lotna, że jacyś święci Pańscy ni to podróżni ni ubogie dziadki chodzą od wsi do wsi i biedy ludzie łagodzą i wszędy przynoszą ze sobą szczęście i wesele. Wiec się ludziska dopytywali skad ta wiadomość przyszła, którą przyniósł, gdzie byli oni święci kto ich widział, kto ich słyszał co o nich i wiele jeszcze, wiele pytań jeden drugiemu zadawał a każdy chciał na pewno wiedzieć, że prawdą jest co mówią. Najbardziej zaś dopytywali się o nowiny biedacy i serca ich radowały się na myśl, że może, może Pan Bóg się ulituje i ulży ich złej doli. Ale młynarz dowodził zawzięcie, że to wszystko bajki, bo gdzieżby tam po grzesznej ziemi święci Pańscy chodzili i zaglądali do chałup, kiedy dla nich pobudowali ludzie wspaniałe kościoły, gdzie sobie stoją złoci po ołtarzach i przyjmują z powagą prośby Ludzkie, aby je zanieść do Boga. Zakrzyczał go ten i ów, bo we wsi chcieli mieć świętych w gościnie, aby żywym boleści swoje przedstawić, prośby swoje opowiedzieć.
        -Nie uwierzę, nie uwierzę!-wołał zaperzony młynarz - chociażby tu byli, chociażbym ich widział na własne oczy, dopóki się sam nie przekonam, że to nie jakie przybłędy, nie oszusty jakie i wykpigrosze!
        Słońce już zachodziło, więc ten i ów wracał do domu, bo przed nocą trzeba było jeszcze bydło nakarmić i napoić; krowy "Wydoić i wieczerzę nagotować, Młynarz został sam jeden, mruczał
        coś jeszcze pod nosem o głupocie ludzkiej i zabierał się także do młyna, co klekotał zawzięcie, jakby chciał przegadać te baby, co tutaj przed chwilą przemawiały się na wyścigi. Wtem da
        mu się spojrzeć w stronę lasu i widzi, że drogą ku wsi idą dwaj mężczyźni. A może to ci podróżni, o których ludzie gadali, których wyglądali tak gorąco?
        - Zaraz ja się o tern przekonam. Schowam się pod most i ciekawym, czy zgadną, kto się tam ukrył? Tymczasem rzeczywiście zbliżali się mężowie święci, bo sam Pan Jezus ze świętym Piotrem odbywał zwyczajną wędrówkę swoją po ziemi. Od czasu do czasu zaglądał On pod strzechy wieśniacze, błogosławił dobrych, a złym kazał pokutować, aby kiedyś weszli do
        królestwa niebieskiego. Mają już wejść święci na most, a wtedy młynarz, który tymczasem odwrócił kożuch kudłami na wierzch, wygląda i mruczy groźnie, udając zwierza dzikiego i tak zbliża się do podróżnych.
        - Panie, ja się boję! - zawołał Piotr święty w przestrachu.
        A Pan Jezus na to podniósł rękę do góry i zawołał:
        - Idź, niedźwiedziu, do lasu!
        I w tej chwili przemienił się młynarz w niedźwiedzia, którego na świecie nie było i pobiegł szybko do lasu pobliskiego. Ponieważ niedźwiedź pochodzi od człowieka, to też umie chodzić na dwóch łapach, jest bardzo przemyślny, da się łatwo wyuczyć sztuk rożnych, a nawet
        tańczy przy muzyce.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 17.12.14, 17:32
        Bytomska legenda

        Na pamiątkę, że miasto Bytom dwóch księży utopiło, na bramach i nad drzwiami kościelnemi
        były po dwa kielichy kamienne wmurowane. Po rozburzeniu bram tylko kielichy przy kościele zostały. Powiadają, że jak wszyscy z pokoleń tych umrą, którzy natenczas w Bytomiu żyli, gdy
        księży utopiono, zaś się kruszce srebrne znajdą. Jeszcze ma być pięciu mężczyzn z owych pokoleń pochodzących (Zapis. 1841 r.)
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 17.12.14, 17:36
        Legenda Tarnogórska

        Szachty kruszcy srebrnych przy Górach Tarnowskich przypadkiem odkryte były. Gdy bowiem byk kawał czyli bryłę kruszczu wytoczył, którą wędrowni saksońscy górnicy znaleźli, z trafunku tego, bacznymi będąc, dalsze śledztwa uczynili. Tak Góry Tarnowskie dzięki ryciu byka mają powstanie swoje do podziękowania (Zapis 1042)
      • madohora KAMIEŃ FURMAŃSKI 17.12.14, 19:56
        KAMIEŃ FURMAŃSKI

        Kamień furmański Na psim grzbiecie niedaleko Treiwalde w Śląsku Cieszyńskim szła droga przez tę górę. Furmanowi, który tą drogą jechał, zepsuło się coś u wozu. Aby go na pochyłości zatrzymać, podłożył chleb pod koło - a w tym momencie wóz, konie i furman wszystko się w kamień przemieniło. (Zapis w październiku 1842 r)
      • madohora JEZIORO GRZECHOWE 17.12.14, 19:59
        JEZIORO GRZECHOWE.

        Na łąkach przy Treiwalde na Śląsku Cieszyńskim. Chłopiec gniewał się nad chlebem suchym,
        który mu dano. Porzucił chleb na ziemię i biczował go. Zapadł się z chlebem do ziemi, a na tem miejscu powstało jezioro. Roku 1806. chciał nieznajomy głębokość jego zmierzyć, ale utonął. Woda jest tam czarna, nie ma ryb żadnych przystęp dla topielisk niepodobny. Chciano to jezioro spuścić, ale nie było pozwolenia, ponieważby woda cały Śląsk zatopiła. Nad jeziorem miało być w dawnych czasach miasto, Hunerstadt, zwane, które się oraz zapadło. (Zapis w październiku 1842 r.)
      • madohora WIELKI KAMIEŃ 17.12.14, 20:03
        WIELKI KAMIEŃ

        WELKI KAMIEŃ

        Jest to wieś rodzinna świętego Jacka. Dlatego tam na litanii śpiewają.: "Swięty Jacku z Wielkiego Kamienia...Jak dawniej chłopi grunta u nas nabywać mogli. - Przy osadzie Skrzesiwka w państwie Woźnickiem był kowal dobrej roli, obejmujący morgów jedenaście. Hrabia rzekł jednemu polubionemu gospodarzowi: "Trzymaj tę rolę; dasz mi na rok jeden talarek płatu".- Minęło lat dziewięć; a chłop płaty nie dawał, ani grosza. Mimo że go napminano. Hrabia chłopa zawołał i rzekł- mu: "Dłużen mi jesteś dziewięć talarów; daj jeszcze jedenaście, a ja ci dam prawo na tę rolę na wieczne czasy. Stało się tak.
        (Zapis w marcu 1844 r.)
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 17.12.14, 20:07
        O księżach śląskich w dawniejszych czasach.

        Nie dobrze, że podług woli regencyj w miej snach niektórych obchodzą kolendowne ustawy. Przedtem miał farosz sposobność poznać wszystkie członki w każdąj familji. U państw także był chętnie widziany. W parafji naszej wspominają, że się i hrabia dziedziczny nie wstydził się zjechać z faroszem u zamożnego kmiotka na kolendę. Jednego razu hrabia uczynił dosyć ciężki zakład, kto wprzód na Skorzesowce (pustkowie w państwie Woźnickiem) będzie. Ksiądz go uspieszył, ale dał czem prędzej skryć powóz do stodoły, sam zaś, kościelni, organista i żacy zataili się w humorze. Po małej chwili nadjeżdża hrabia, wstępuje do izby i mówi: Ja wygrałem"- A w tem zaczyna ksiądz w humorze z ministrantami swojemi: "Puco nacus in Betlejen etc." i wychodzą w pluwiale.-Hrabia składa adium, chłopek stawia na stół kapłana, gęsi pieczywa i miodek którego sam nawarzył.
        (Zap. w marcu 1841)
      • madohora WILK I OWCA 19.12.14, 23:30
        WILK I BARAN (po góralsku) - 1926 rok

        Hej! Pon Bóg na pocątku dawał zwierzętom talenty, kużdymu osobny, aby się mogły wyżywić. Wilkowi powiada:
        - Bedzies oroł.
        - No, a potem już bedem jod'? - pyto wilk.
        O, ni! Potem zasiejes.
        I już bedem jod?
        O ni! Potem bedzies żeł.
        I już bedem jod? "
        O ni! Potem zmłócis.
        I tak opedzioł mu Pan Bóg syćkie roboty około chleba, a wilk zawsze pyto:
        "cy juz bedem jod"?
        To za duzo wilkowi sie zdało i pyto o coś łotwijszego.
        - No, -tak mu Pan Bóg powiado - jes tam kobylsko na młace idź go zjedz.
        No i poseł wilk i kcioł sie kobyły chycić i jeś, a jak on do ni z przodka, to ona do nigo zębami, a jak keioł z zadu złapać, to ona do nigo zadniemi nogami. Poseł sie skarzyć, a Pan Bóg mówi:
        - Jak ino do ciebie z zębami, to i ty z zębami, - jak ona zadem, to i ty zadem.
        Posed wilk jesce raz ku ty kobyle probować tak, jako mu Pan Bóg powiedział, ale jej nie móg rady dać, bo prasła go zadniemi kopytami i zabiła w zęby.
        - No, - mówi Pan Bóg - kiej rady dać nie mozes kobyle, jes tam baron na młace, idź go zjedz.
        Seł wilk ku baronowi juz wystrojony z zębami, ale baron w prośbę, coby go po kawałku nie jod.
        - Mój wilcosku, nie jedz mie tez po kawałku, bo mnie tez zjedz całego. Idź dalej do brzezka 5 zaprzyj sie do brzezka zadem, a ozedrzyj kufe, to ci wskocem cały.
        Wilk ozdar kufe i baron jak sie rozpędzi, jak wyrznie rogami, oglił wilka i ten lezoł na brzezku długo, Potem wilk wstał i mówił sobie:
        - Hm, cym go zjod, cym go nie zjod?
        Eh, musiołek go zjes, bo nacco nie rod sipiom.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 23.12.14, 14:03
        Sześć dni pracował Pan Bóg nad stworzeniem świata, a pracy miał wiele. Stworzył niebo, a na niebie słońce, księżyc i gwiazdy. Stworzył ziemię, a na ziemi drzewa, krzewy, kwiaty, zioła i trawy, stworzył wszelkie zwierzęta czworonożne, ptaki w powietrzu i ryby we wodzie. Stworzył na koniec człowieka, a siódmego dnia odpoczął. Przyglądał się szatan tej twórczej pracy bożej, zazdrościł Mu wszechmocy i chciał popróbować swej złej siły, aby dzieła boże uszkodzić, aby je na złe obrócić. Gdy Pan Bóg stworzył pszczołę, aby ludzie miód mieli, aby woskowe świece gorzały po świątyniach, djabeł przyglądał się tej pracy i powiedział.
        - Ja też to potrafię!
        - To stwórz pszczołę - rzekł Pan Bóg.
        Djabeł wziął się do roboty i zrobił - osę, która kłuje boleśnie a nie przynosi ludziom pożytku.
        Gdy Pan Bóg stwarzał owcę, djabeł patrzył i patrzył pilnie i rzekł: .
        - Ja też to potrafię.
        - To stwórz owcę - rzekł Pan Bóg.
        Wziął się djabeł zaraz do roboty, lepił z gliny, toczył, gładził i zrobił - kozę. Chwycił ją za ogon i podniósł do góry, aby Panu Bogu dzieło swoje pokazać. Koza miała ogon słabo przyprawiony, więc się urwał, a koza bęc o ziemię. Odtąd też ma koza krótki ogonek, bo jej nie może odróść do tej pory. Osę i kozę nazywają ludzie stworzeniami diabelskimi.
      • madohora Re: Legenda o nietoperzach 23.12.14, 14:07
        Nietoperze

        Szatan zły, przewrotny, pyszny, nie może znieść tego, że ludzie oddają cześć i chwałę
        Panu Bogu, a nie jemu, to też zawsze stara się przeszkodzić oddawaniu tej czci, stara się
        odwieść ludzi od pobożnych modłów, utrudnić je zmylić i cieszy się, jeżeli mu się chociaż
        w drobnej mierze udadzą te zabiegi. Gdy ludzie na dzień wielkanocny ustroili kościół, ubrali ołtarze, kwiatami ozdobili świece i obok ustawili wspaniały paschał, - tę największą świecę, którą tylko na święta wielkanocne zaświecają przed wielkim ołtarzem, - szatan nie posiadał się ze złości. Aby zmniejszyć przepych tej uroczystości, nasłał do kościoła mysz i kazał jej poniszczyć i pogryźć świece. Dużo szkody narobiła mysz, naciąwszy wiele wosku drobne mi ząbkami i poogryzawszy co najładniejsze świece; ale gdy chciała wziąć się do poświęcanego paschału, strąciła go z lichtarza. Rozległ się łoskot po kościele, zbiegła się służba, a spostrzegłszy mysz zabierającą się do ogryzania tej świecy olbrzymiej, byłaby ją schwyciła i ubiła. Ale szatan, nie chcąc stracić spólniczki swoich złych czynów, pożyczył jej skrzydeł
        i przy ich pomocy wyleciała przez otwarte okno, jak gacek. . W taki to sposób powstał gacek, czyli nietoperz, a skrzydła djabelskie przyrośnięte do myszy, służą jej dalej do jej nocnych wzlotów.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 23.12.14, 15:02
        Niedaleko wioski Ossa koło Spały nad Pilicą znajduje się pagórek, na którego szczycie wznosiła się skromna, murowana kapliczka. Przytuliła się do cienistych brzóz płaczących, jakby kryła się pokornie przed ludzkim wzrokiem. Omijali pobożni ludzie samotną kapliczkę na pustkowiu. Powiadali niektórzy, że w niej klęczy przed obrazem bosa niewiasta i pokutuje za grzechy swoje. Rzeźba to była, czy żywa osoba, nikt nie starał się badać. Gdy Pan Jezus chodził po Polsce wraz ze św. Piotrem i przechodził przez spalskie lasy, odwiedził i ową samotną kapliczkę na pustkowiu wśród płaczących brzóz. Gdy pokutnica zobaczyła Świętego Wędrowca, zawołała: Boże! Boże! - Czego pragnie serce twoje? zapytał się jej Pan
        Jezus. - Ratunku, wybawienia z mocy złych duchów i łaski Twej proszę. Wtedy Pan Jezus darował jej grzechy. Dziś ludzie zapominają już o tej kapliczce w której fantazja naszych dziadów kazała zamieszkać Łasce i Przebaczeniu...Pamiętają natomiast o karze. Do tej samej wioski przyszedł raz na wesele Pan Jezus ze św. Piotrem. Obaj przebrani za żebraków. Weselnicy nie tylko nie dali im jałmużny, ale jeszcze potrącali św. Piotra i naigrawali się z jego
        łachmanów i pokornie schylonej głowy. Wtedy Pan Jezus zawołał: Tacy wy chrześcijanie!? O pijatyce i tańcach pamiętacie, a biednych odpychacie? W tej chwili cały dom napełniła światłość, jakby słońce z nieba zeszło i nad głową Boga zawisło. Zaledwie święci wędrowcy opuścili niegościnne progi, dom zapadł się. Do dziś dnia pokazują ludzie tej wioski bagno, które zalało dom bezbożnych weselników i widzą w niem ślad karzącej ręki Boga. Czy nie piękniejsza pierwsza legenda? Jeszcze ruin małej kapliczki we wsi Ossa nie porosła trawa, a już ginąć zaczyna wśród ludu piękna wieść o Miłosiernym Chrystusie, co po Polsce chodził...
        Notujmy podania i legendy, związane z przepięknemi kapliczkami polskiemi. Są to cenne dokumenty, czerpane z bogatych źródeł żarliwej wiary polskiego ludu. Pomagają nam one wyjaśnić nieprzebraną skarbnicę piękna ludowych kapliczek.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 03.07.23, 15:46
          Była też wersja, że Waleska była pogańską dziewicą, która weszła w konszachty z diabłem. Dzięki temu była okrutna i zła, a zarazem piękna i mężna. Nie dorównywał jej w walce żaden rycerz. Jej siła była zaklęta w pięknych, długich włosach. Była bezlitosna dla poddanych, a układ z diabłem sprowadzał na okolicę nieszczęścia. Poddani zbuntowali się. Nocą, gdy Waleska spała, obcięli jej włosy, przez co stała się bezbronna. Uwięziono ją, a następnie zamurowano w murze zamkowym. Złote włosy oraz cudowny łuk złożono w świątyni, która znajdowała się na Zamkowej Górze. Okazało się przy tym, że łukiem potrafiła władać tylko sama Waleska, a w innych rękach był bezużyteczny
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 29.08.23, 19:23
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/2/29/SobienKmitha.jpg/360px-SobienKmitha.jpg
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 23.09.23, 21:03
          W ciągu dnia mieszkańcy chętnie oprowadzają turystów po ruinach zamku w Ogrodzieńcu, ale po zmroku trzymają się od nich z daleka. Ze strachu, że mogliby wówczas zobaczyć coś, czego do końca życia nie da się zapomnieć. Tak przynajmniej twierdzą ci, którzy spotkali zjawę.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 23.09.23, 21:06
          Wkrótce potem na podzamczu gruchnęła wieść o trójce turystów, którzy wieczorem przyjechali samochodem pod zamek. Dwóch mężczyzn i kobieta udali się do ruin. Około północy mieszkańcy pobliskich domów usłyszeli przeraźliwy krzyk kobiety, a zaraz potem ujrzeli mężczyzn niosących ją do samochodu. Towarzystwo natychmiast odjechało, więc nikomu nie udało się dowiedzieć, co zaszło w ruinach. Ale od tego czasu miejscowi omijali nocą zamek jeszcze szerszym łukiem.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 23.09.23, 21:10
          Brutalnie traktował nawet własne żony. Pierwszą wychłostał kiedyś na dziedzińcu w obecności służby. Drugą, o 40 lat młodszą od niego, którą podejrzewał o niewierność, zamurował w skrzydle zamku, które następnie kazał wysadzić. Miał liczne procesy sądowe, głównie w sprawach kryminalnych. Raz oskarżono go nawet o zabójstwo szlachcianki.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 23.09.23, 21:14
          Historie ze zjawami czarnych psów krążą na całym świecie. Są to pokutujące dusze grzeszników i okrutników, a często nawet sam diabeł. Upodobały sobie najbardziej Wyspy Brytyjskie. Pierwsze wzmianki o nich znajdują się już w kronikach z XII w. Stały się elementem angielskiego folkloru, mającym własnych badaczy. Jednemu z nich, Theo Brownowi, udało się nawet sfotografować takie zwierzę w miejscowości Black Dog.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 10.10.23, 20:29
          Liczne legendy o Ściborze opowiadają o srogim Panu na Beckovie, który to miał zginąć potworną śmiercią za swoje złe czyny w stosunku do ludności. Jedna z legend opowiada o tym, jak żmija mu oczy wyżarła i w mózg jego się wpiła, a jego żona z rozpaczy z murów zamku się rzuciła. Inna legenda opowiada, że kiedy Ścibor zasnął na skale, to z niej później spadając właśnie tak zakończył swój żywot. Najbardziej jednak znana do dziś legenda, którą zna prawie każde dziecko na Słowacji, to ta o trefnisiu Ściborowym zwanym „Butzka”. Od jego to imienia ma się według legendy nazwa zamku w Beckovie. Inne legendy przytaczają dobroduszność wielkiego Ścibora, opisując go zarazem jako osobę z silną wiarą w Boga i dobroć człowieka.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 11.10.23, 12:24
          Sabaty, uroki, mroczne rytuały - wszelkie przejawy konszachtów z diabłem przez stulecia zajmowały opasłe tomy kronik sądowych. "Maleus Maleficarum", dzieło niemieckich zakonników popularnie znane jako "Młot na Czarownice” wywołało histerię i doprowadziło do śmierci setek tysięcy kobiet. W drugiej połowie XVIII wieku gorączka polowań na czarownice dobiega powoli końca. Wkrótce polska konstytucja sejmowa zakaże karania śmiercią oskarżonych o czary. Zanim to nastąpi, jeden z ostatnich krwawych procesów rozegra się w Tyliczu.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 11.10.23, 15:38
          Osiemdziesiąt lat po tych wydarzeniach w Państwie Muszyńskim toczy się kolejny proces o czary. Oryna Pawliszanka staje przed obliczem sądu kryminalnego. Na świadka zostaje wezwany Jan Chowaniec - były burmistrz Tylicza. Na dowód, że mieszczka konszachtuje z ciemnymi mocami opowiada, że podał niegdyś owcom święcone drzewko zmieszane z solą – miksturę przywołującą czarownice - i wkrótce po tym zobaczył Orynę. Przypomniał też, że przed laty mieszczka została oskarżona o "różne czarostwa", ale udało się jej wówczas uniknąć kary. Kolejny świadek zeznaje, że idąc bladym świtem na targ widział, jak zbiera rosę do konewki. W toku przesłuchania padają kolejne dowody: ktoś widział kobietę nago w oborze, inny pamiętał, jak złorzeczyła i rzucała uroki.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 11.10.23, 15:57
          Działo się to pewnego roku w okresie Wielkiego Piątku przed Wielkanocą. W prastarej osadzie był, od wielu pokoleń przestrzegany zakaz - kiedy nastanie dzień, gdy Zbawiciel umiera na krzyżu za grzechy ludzi, nie wolno pracować, kobiety mają się modlić. Jeżeli która z kobiet pójdzie do rzeki i wypierze białe chusty, wówczas na osadę spadnie straszliwa kara. Przez wiele lat nikt nie ośmielił się złamać świętego dla mieszkańców zakazu, bano się bowiem kary. W jednym czasie nikt tego nie umie powiedzieć, słonecznym porankiem w wielkopiątkowym dniu kobieta poszła prać białe chusty. Gdy je zamoczyła w rwącym potoku, ziemia zatrzęsła się, dzwon w małej Świątyni zadzwonił na trwogę, co się dzieje ?. Powoli z wielkim hukiem osada zapadła się pod ziemię.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 11.10.23, 16:03
          Rycerz złamany bezsilnością, ostatni tak wielki w Rzeczpospolitej opuszcza ziemię ojczystą, na zawsze, by walczyć o wolność innych narodów. Na pamiątkę bitwy górę Czerteż mieszkańcy nazwali Huzary, a wzgórze w Muszynce na którym był obóz Konfederatką.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 31.10.23, 23:24
          Kolejna z legend mówi, że Rokita razem z Borutą udali się do karczmy znajdującej się w Łodzi, aby napić się tamtejszego piwa. Ich pragnienie było naprawdę wielkie i wypili wiele piw. Karczmarz tym faktem się zaniepokoił i zainteresował się, czy goście mają czym zapłacić. Więc powiedział im, że nie przyniesie kolejnego piwa, dopóki nie zapłacą za te, które wypili. Rokita się jedynie zaśmiał, rzucił na blat kilka złotych monet i zażądał, aby karczmarz przyniósł im więcej piwa. Gdy ten wrócił z kolejną porcją trunku i próbował podnieść złote monety rzucone przez diabła, okazało się, że palą one skórę żywym ogniem. Karczmarz jedynie krzyknął z bólu i usłyszał diabelski śmiech dochodzący z kłębów dymu unoszących się w miejscu, w którym jeszcze chwilę temu siedzieli jego goście. Piwo, które chwilę wcześniej przyniósł, było już wypite, a po monetach nie został żaden ślad
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 31.10.23, 23:36
          Istnieje wiele wersji wyjaśniających jak Boruta stał się później diabłem. Ponoć w końcu XIV wieku książę mazowiecki miał powierzyć Borucie skarb, którego jednak nie zdołał odebrać. Dlatego do dziś w lochach zamku siedzi Boruta i pilnuje zdeponowanych skrzyń ze złotem. Kolejna z legend mówi, że Boruta razem z Rokitą udali się do karczmy znajdującej się w Łodzi, aby napić się tamtejszego piwa. Ich pragnienie było naprawdę wielkie i wypili wiele piw. Karczmarz tym faktem się zaniepokoił i zainteresował się tym, czy goście mają czym zapłacić. Powiedział im, że nie przyniesie kolejnego piwa, dopóki nie zapłacą za piwa, które wypili. Rokita się jedynie zaśmiał, rzucił na blat kilka złotych monet i zażądał, aby karczmarz przyniósł im więcej piwa. Gdy ten wrócił z kolejną porcją trunku i próbował podnieść złote monety rzucone przez diabła, okazało się, że palą one skórę żywym ogniem. Karczmarz jedynie krzyknął z bólu i usłyszał diabelski śmiech dochodzący z kłębów dymu unoszących się w miejscu, w którym jeszcze chwilę temu siedzieli jego goście. Piwo, które chwilę wcześniej przyniósł, było już wypite, a po monetach nie został żaden ślad
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 16.01.24, 22:10
          Pewną jest rzeczą, iż to, co zw)kle za strachy i pokazywanie się duchów uważają łatwowierni ludzie, najczęściej naturalnym dzieje się sposobem. Lecz gdy już raz bojaźń człowieka ogarnie, natenczas najmniej sza rzecz wystraszyć go może.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 16.01.24, 22:26
          JNfie wijwoluj wilka z lasu! Pewien młodzieniec zawadyaka pił — jak niesie- stare podanie ludowe — dnia jednego z swymi to warzyszami w karczmie. Gdy mu już zabrakło pie niędzy, odezwał się, iż zapisze temu swą duszę, kto zapłaci za niego należność za piwo. Niedługo potem wszedł do karczmy jakiś podróżny, który począł przy- pijać do młodzieńca, zapytując, czy w istocie chciałby on duszę swoję sprzedać. Otrzymawszy odpowiedź po twierdzającą, przybysz zapłacił zań całodzienną pijaty kę. Wieczorem, gdy młodzieniec był już pijanym, nie znajomy zapytał innych obecnych w karczmie uczestni ków: »Panowie, cóż o tern sądzicie? czy ten, kto ku puje konia, nie stajeż się zarazem i właścicielem sio dła, uzdzienicy i cugli?* Słysząc obecni, potruchleli i odpowiedzieć nie śmieli, a gdy ich nieznajomy naglił, odrzekli: »Tak jest w istocie, i siodło i cugle należą do kupującego.« W tej chwili djabeł (bo tym był ów nieznajomy) schwycił młodzieńca i uniósł go przez po wałę z sobą, tak, że już odtąd nikt się nie dowie dział, co się z nim stało
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 19.04.24, 13:10
          Z synagogą Starą związana jest jeszcze jedna legenda, będąca jakby odpowiednikiem tradycji urywającej się nagle melodii hejnału Mariackiego w Krakowie. Wspomina o tym Natan Gross w swej książce „Był dom”. W ostatni dzień Sukkot – w Simchat Tora Żydzi uroczyście i radośnie świętują odczytanie ostatniego rozdziału Pięcioksięgu i rozpoczęcie czytania od nowa. „Na początku stworzył Pan niebo i ziemię” – świętują tańcem i śpiewami, przy czym tradycyjnie wszyscy modlący się biorą udział w tanecznym okrążeniu synagogi z księgami Tory w ramionach. Tych okrążeń – hakofoth – jest siedem. Tylko w jednej jedynej synagodze na świecie - w krakowskiej synagodze Starej - w połowie czwartego okrążenia urywa się nagle fala radości i świętujący zaczynają czytać Psalmy. Była to tradycja związana z tragicznym wydarzeniem, kiedy to przed wiekami hordy Tatarów wtargnęły do ówczesnej synagogi właśnie w czasie Święta Szałasów, w połowie czwartego okrążenia bożnicy i wycięli w pień modlących się Żydów
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 11.05.24, 18:51
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/HQLh1hRyLikIY9ccX.jpg
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 26.05.24, 19:20
          »Bóg wam zapłać, żeście mię przyjęli, na wielką się słotę zanosi; objechałem wszystkie gospody w mieście, nikt mię przyjąć nie chciał; niech ich nie znam, jacy nie dobrzy mieszkańcy; przecież do biesa nic złego nie patrzy mi z oczu.* To mówiąc zsiadł z konia szlachcic podróżny, a konia oddawszy Markowi, szedł ku izbie szynkownej, otrząsając z czap ki krople deszczowe. — »Wielmożny Pan z daleka?« zapytał żyd. — »Ho, ho, z daleka, aż od Sandomierza jadę.* — »Od Sandomierza? — jak słychać tam wojna w Sandomierskim.« — »Ho, ho, starosta rawski, Grudczyński, zuch, nie da sobie w kaszę dmuchać, a sam dmucha i do brze; zuch, jakby drugi Czarniecki.* — »To tam niebezpieczno jechać,* zagadał żyd. — »Nie wiem o tem, bo nie znam co niebezpie czeństwo; jak długo żyję, nigdym o tem nie myślał; nikomum nic złego nie zrobił, więc i mnie nic złego nie zrobi żaden.« Rozgościł się szlachcic w izbie, palnął gorzały, a po wieczerzy, nie długo się bawiąc, odmówił pa cierz, przeżegnał się i ległszy na posłaniu zasnął, i chrapał dobrze. Żyd z Markiem, stróżem, gwarzyli jeszcze długo. Nazajutrz, skoro świt, zerwał się szlachcic, gospo dyni uwarzyła mu polewkę z piwa, ze śmietanką, chlebem, nie żałowała sera i kminku: przy śniadaniu żyd znowu do szlachcica pokłoniwszy się zagadał: — »Bez urazy... wielmożny pan, w którą stronę jedzie?« — »Otóżto właśnie, że sam nie wiem, i ciebie się zapytać muszę o drogę, jeżeliś dobry, to ini powiedz., daleko ztąd Lipinki?* — »Nie daleko, dwie mile, nie więcej.* — >Na południe stanę w Lipinkach
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 26.05.24, 19:43
          Dałem słowo!« rzekł szlachcic, »tam do biesa prawda, dałem: ergo zanocuję — nie pokaże się to na mnie, żebym kiedy nie dotrzymał słowa. I masz prawdę żydku, czasy nie pewne, łotrów pełno wszę dzie wszelako żebym miał rzec prawdę, łotra się nie boje Oho! nie jeden dobrze się pierwe] po swoim łbie poskrobie, nim się do mojej weźmie czuprynj; ale kiedym dał słowo, zanocuję tuta] i me spóźnię się w drodze, bo natomiast jutro co świt kopnę się da lej- idź Marku — wszakże, jak pomnę, Marek tobie na imię, idź Marku.... konia do stajni, dać obrok, siano, co się patrzy — mnie pościelisz tu, oto na zie mi- jestem znużony podróżą.« Po odejściu Marka szlachcic ozwał się do żyda: - »Karczmarzu! gdybym zaspał, bo sypiam twar do nie zapomnij mię obudzić przed świtaniem, słyszą- w’l jKTiJ’pita, i radbym błyskawicy lotem być u mojej Marysi; nieboga pisała do mnie, umyśl nego posłała z listem, w którym mi donosi oto, że synek nasz, dziecina śliczna jak malowanie, zasłabł nagle, rady sobie nie wie kobiecina. Boże Ty! Boże. gdyby mi odumarł, onaby go nie przeżyła, jabym ją nie przeżył...« , . Łza wytrysła mu z oka, nie zdążył ją otrzeć, sto czyła się i kapła mu na wąsy Żyd przechadzał się po izbie zamyślony; po ma łym przestanku do gościa swego zagadał. — » Wielmożny Pan me pozwoli sobie służyć Jud kiem — mam parę garncy starego lewockiego. o ry trunek na frasunek.« Szlachcic nic nie odpowiedział. — »Na co te turbacye,« mówił dalej żyd, »syneK W. Pana będzie zdrów, a jejmość znów się pocieszy, skoro Wielmożnego Pana obaezy i dowie się o sukce- syi po księdzu Wieścińskim.«
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 19.06.24, 00:12
          Jasiek zajmował się uzdrawianiem, odganianiem burz i przepowiadaniem przyszłości. Jak sam twierdził, do południa służył Bogu, po południu diabłu. Kiedy poczuł, że zbliża się śmierć, Jasiek kazał wykopać dla siebie grób przy chałupie, a na nim postawić krzyż. Kiedy krzyż upadnie – zapowiedział czarownik – przyjdzie wielka wojna, jakiej wcześniej nie było. Kazał też ustawić potem drugi krzyż i zapowiedział, że gdy ten z kolei upadnie, przyjdzie wojna jeszcze większa. A kiedy przewróci się trzeci krzyż, to już będzie najgorsza wojna i chyba koniec świata.
      • madohora Re: Legenda o dzięciole 23.12.14, 15:06
        Dzięcioł

        Dzięcioł żyje cicho i spokojnie w lasach, gajach i sadach, a ciekawy jest bardzo i radby wszystko wiedzieć, wszystko widzieć. Gdzie tylko zaleci, tam obejdzie i obejrzy drzewa, jedno za drugim, od korzenia aż do wierzchołka, dlatego zna je najlepiej ze wszystkich ptaków, a nawet On tylko jeden wie, gdzie rośnie taka trawa, która otwiera nawet najtrudniejsze
        zamki, ale tej tajemnicy nie chce zdradzić nikomu. A taka trawa cudowna przydałaby się
        niejednemu, szczególnie złodziejom, którzy też wzdychają na samą myśl, że mogliby ją posiadać. Kto chce zdobyć tę trawę, musi najpierw wyszukać gniazdo dzięcioła, następnie w tym czasie, kiedy będą w nim pisklęta, zabić kołkiem otwór do gniazda. Dzięcioły stare, powróciwszy do gniazda, będą się starały kuciem dzióbami wyrwać kołek, aby dzieci uratować od głodowej śmierci. Skoro im się to nie uda, lecą szukać cudownej trawy. Gdy ją znajdą,
        przynoszą w dzióbie i dotkną się kołka, który w tej chwili odskoczy a gniazdo otworzy się znowu. Wtedy dzięcioł upuści trawkę cudowną, bo mu już nie potrzebna, ale upuści ją w takie miejsce, aby jej nikt nie znalazł, bo nie chce zdradzić tajemnicy, jak wygląda owa trawa cudowna, by jej kto na złe nie użył. Wtedy, gdy dzięcioły polecą szukać owej trawki, trzeba pod gniazdem podesłać na ziemi chustkę czerwoną. Niezadługo powróci dzięcioł, przy pomocy przyniesionej trawki otworzy gniazdo kołkiem zatkane, a trawkę usiłuje zniszczyć. Zobaczywszy pod drzewem chustkę czerwoną, sądzi, że to jest żar palącego się ognia,
        upuści trawkę na chustkę, aby się spaliła. Należy zaraz podnieść ją i dobrze schować.
        Dotąd przecież nikt się nie przyznał, że posiada taką cudowną roślinę.
        • madohora Re: Legenda o dzięciole 26.05.24, 20:18
          — » Marku, cóż się tobie stało? przyrzekłeś sam go zabić, a teraz....® — »A teraz powiadam, że mu nic nie będzie. Nikt go zabić nie potrafi.« — »Nie potrafi? a czegóżby to nie mógł potrafić?® — »Otóź żaden człowiek nie potrafi go zabić, po wiadam wam, i jeżeli nie wierzycie, co mówię, idźcie sami i próbujcie, czy potraficie.® — »Gadasz od rzeczy, mój Marku, jak przez sen oto.« — »Nie przez sen to gadam, bo wiem co gadam... Słyszeliście jak śpiewał szlachcic: Kto się w opiekę poda Panu swemu, tę pieśń dawniej w Rzepienickim dworze, kiedym służył, śpiewałem wraz z wszystką, czeladzią co wieczora, i pan z nami śpiewał, boć to pewna, że kto ją śpiewa przed zaśnięcie*, pewien ży cia i bezpieczny od zabicia, żaden go nóż ni« przebije, całe ciało jego jakby kościane.® — » Pleciesz Marku, radbyś, żebym ci wierzył: oto powiedz raczej, źe nie masz odwagi.® — »Wy ją może macie? więc idźcież i próbujcie, czy przebijecie pierś szlachcica nożem waszym: idźcie jeno, a przekonacie się, że prawdę mówię.® Słysząc tę dziwną Marka mowę, zamyślił się żyd i, lubo nie przestawał namawiać i prosić Marka, aże by go nie opuszczał i dopomógł zamierzonego dokonać zamysłu, w duchu dawał może poniekąd wiarę tej cu downej mocy, jaką miała ta pieśń staroświecka: Kto się w opiekę poda Panu swemu. Po chwili namysłu, w którym to przysunęły mu się na myśl i rozwagę wielkie szlachcica pieniądze, a łakomstwo podłechtało go na nowo, jął do Marka przemawiać znowu, pra gnąc go przekonać, iż rzeczy, o których prawi, do wiary nie są podobne.- Ale nie przekonał Marka, bo mocna i niezachwia na była jego wiara, od młodości w jego wszczepiona serce, nie dała się wykorzenić, pozostała w niem, cho ciaż w późniejszem życiu wszystkie chrześeiańskie po tracił cnoty i nie wzdrygał się nawet, wy chłostany z dworu za kradzież, przyjmować służbę u żyda. Czy sto religijna ta wiara w Opatrzność Boską tyle na nim wywarła wpływu, iż przekonany o zabezpieczonem tą opieką Boską życiu człowieka, do przedsięwzięcia morderstwa, jako do spełnienia niepodobnego, należeć nie chciał; ale więcej nic mu jego nie dyktowało serce, ani litość; więcej dla szlachcica nic nie zrobił. Żyd widząc, iż słowa jego daremne, szeptając coś po cichu, wrócił napowrót do szynkownej izby. Cicho było w izbie i ciemno: szlachcic oddychał głośno i spokojnie. Żyd zbliżał się ku niemu... drżał i dygotał cały: zaszeleściały drzwiczki, nóż wypadł z ręki mordercy. — »Rupert! czy to ty tam stoisz?* zapytała ży dówka we drzwiach od alkierza stojąca. — »Cicho! cicho!« mówił żyd, przychodząc do sie bie; schylił się i macał po ziemi, dopóki nie wyszukał upuszczonego noża. — »A gdzie Marek?« zaszeptała żydówka. Żyd podniósłszy nóż upuszczony, przesunął się na palcach do alkierza i drzwi przymknął za sobą. — »Gdzie Marek?« zapytała się znowu żydówka. — »Na co nam Marka? Marek ogłupiał; ja nie wiem, co mu się stało, jakieś plótł bajki, a potem nie chciał słuchać, com gadał do niego; nakrył się z gło wą i śpi. Ale na co nam Marka, obejdę się bez niego, szlachcic śpi jak zabity.
      • madohora Re: Legenda o kukułce 23.12.14, 15:12
        KUKUŁKA.
        Opowiadają ludzie o dziwnych rzeczach, jakie miały się dziać w dawnych, bardzo dawnych czasach. Bywały kiedyś takie chwile, że coś wtedy wypowiedział, to się stało zaraz. Gdybyś był powiedział w takiej chwili: "chcę mieć parę pięknych koni..." już rżały wesoło przy tobie wesołe rumaki. Zapragnąłbyś pięknego pałacu, otóż i pałac stanął na życzenie. Chciałbyś mieć worek pieniędzy, - i worek pełniutki złotych i srebrnych pieniędzy opierał się o twoje nogi.
        Gorzej było, gdy kto w gniewie, w złości, albo nawet z lekkomyślności wymówił złe życzenie dla siebie lub dla kogo, bo wtedy nieszczęście na poczekaniu spadło nieodwoalnie na człowieka. Takie chwile wesołe lub straszne w skutkach zdarzały się wtedy, gdy chóry aniołów i archaniołów w niebie przed tronem Stwórcy kończyły śpiewać pieśń jedną i zanuciły "Amen".
        Ponieważ jednak jest dużo ludzi złych i lekkomyślnych na świecie i ci swojemi złemi i głupiemi życzeniami sprowadzili wiele nieszczęść na ziemię, więc Pan Bóg odwołał moc tego słowa, śpiewanego przez chóry niebieskie po ukończeniu pieśni i teraz nie spełniają się już ani złe ani
        dobre życzenia wypowiadane w takiej chwili. Ale dawniej działy się podobno czasem straszne rzeczy. Widziałem skałę stojącą samotnie nad źródłem niedaleko wioski, O której to skale opowiadała mi staruszka, że to dziewczyna, idąca po wodę, została w kamień zamieniona.
        Jednego dnia poszły płoche dziewczęta do lasu i jedna przed drugą zaczęły się kryć za drzewami i zwodzić szukającą, aby się nie dać znaleźć. Gdy jednak to szukanie trwało już długo, wtedy z poza drzew odezwały się głosy: Kuku! Kuku! Niestety, stało się to właśnie w tej chwili, gdy chóry anielskie śpiewały w niebie: - Amen! Amen! I obydwie dziewczęta zamieniły się natychmiast w kukułki i do dnia dzisiejszego latają po lesie, wołając tylko:
        - Kuku! Kuku! Nadaremnie wyglądały matki powrotu swych córek z lasu. Już się ich niedoczekały. A gdy wyszły je szukać, spostrzegły tam przelatujące z drzewa na drzewo jakieś nieznane, szare ptaki, wołające: - Kuku! Kuku! O tem smutnem zdarzeniu opowiadają
        dotąd po wioskach naszych i śpiewają:
        Zakukała kukułeczka w życie;
        Już mnie mamusieńko nigdy nie ujrzycie!.
        Mamusieńka wyszła, rączki załamała:
        Oj gdzież ci się moja córeczka podziała..
      • madohora Re: Legenda o Mysikróliku 23.12.14, 16:31
        Mysikrólik

        Gwarno było i wesoło, gdy Pan Bóg stworzył ptactwo w powietrzu. Od świtu do zmierzchu rozlega ty się po lasach, gajach, zaroślach śpiewy, gwizdy, ćwierkania,- nad stawami gęganie i kwakanie,w powietrzu cudne trele skowronka. Wszędzie pełno ruchu, latania, biegania,
        nawoływania się, że trudno to wszystko opowiedzieć i opisać. Ażeby był porządek, ład i skład w tem ludnem państwie ptasiem, żeby miał kto rządzić i żeby było kogo słuchać, trzeba
        było wybrać króla. Więc zebrało się ptactwo wszelakie i rada w radę, zaczęło się zastanawiać, kto ma być królem. Jedni chcieli mieć królem tego, co był największy, - inni tego, co jest naj mocniejszy; inni znowu zalecali tego, co najpiękniej śpiewa, - to znowu tego, co ma najpiękniejsze piórka... Wreszcie po długich naradach i sporach stanęło na tem, że ten będzie królem, kto najwyżej wzbije się pod niebiosa, kto najwyżej wzleci. Gdy już tak postanowiono, zaczęło się ptactwo przygotowywać do tych wyścigów i niejeden marzył o tern, aby osiągnąć
        berło królewskie. Nawet najmniejszy z ptaków, maleńki strzyżyk, nie większy jak wole oko, pomyślał, że przecież i on ma prawo ubiegać się o tę najwyższą godność między ptactwem i postanowił zdobyć ją, jeżeli nie siłą, to podstępem. Skoro więc miały się już rozpocząć
        wzloty, strzyżyk ukrył się pod skrzydłem orłem, tam się wygodnie uczepił i w tem ukryciu, bez wytężenia sił, wzniósł się razem z orłem wysoko, wysoko, najwyżej ze wszystkich ptaków.
        Orzeł zwyciężył w tych wyścigach wszystkie ptaki, bo wszystkie pozostały niżej, znacznie niżej. Widząc to i wyczerpawszy w Wyścigach siły swoje, zakreślił jeszcze orzeł kilka kół na wyżynach, aby wszystkie ptaki widziały dobrze, że nikomu nie udało się wznieść wyżej,
        zaczął się powoli opuszczać ku dołowi. Wtedy stała się rzecz niesłychana! Oto mały strzyżyk opuścił swoją kryjówkę pod skrzydłem orlem i z wesołem ćwierkaniem wzleciał w górę; a że miał świeże siły, wzniósł się wyżej jeszcze, aniżeli to orzeł potrafił. W pierwszej chwili zdumiało się ptactwo, ale wnet spostrzegło podstęp. Powstała wrzawa straszna i oburzenie na myśl że na tronie królewskim mogła zasiąść najmniejsza, najsłabsza ptaszyna. Więc w pogoń za strzyżykiem, aby go ukarać za oczywiste drwiny ze wszystkich. Strzyżyk w nogi. A ścigany na wszystkie strony, zaledwie z życiem doleciał na ziemię i trafił szczęśliwie na mysią
        dziurę, w której się ukrył przed pogonią. Ptactwo przyznało panowanie orłowi i ten jest odtąd królem ptaków, a strzyżyka przez drwiny nazwano mysim królikiem.
      • madohora Re: Legenda o wróblach 23.12.14, 16:34
        Wróble

        Zawsze kłócą się ze sobą, a często biją zawzięcie małe, szare wróble, których wszędzie jest pełno, na drodze, na ulicy, na podwórzu, w polu i w sadzie. Na wsi koło chat kręcą się i wyjadają drobiu rzucone ziarno. W stodole młócą zboże silne mi dziobami nie pytając gospodarza o pozwolenie. Na polu, w ogrodzie wybierają zasiane nasienie z roli i z grządek, dojrzałą pszenicę wyłuskują z kłosów, objadają dojrzałe wiśnie i inne owoce. Wszędzie wyrządzają wielkie szkody, bo ich jest dużo i jedzą wiele. Gromadnie lecą za żerem, a usiadłszy na kopie zboża w polu, natychmiast biorą ją w posiadanie i dzielą między siebie, ćwierkając: - Mnie ćwierć! Tobie ćwierć! Tak są wścibskie i śmiałe, że wnet wyjadłyby człowiekowi pokarm nawet z łyżki, gdyby się tak mnożyły bez końca. Ale nieszczęściem dla nich, należą one wszystkie do czarta i raz w roku, w jesieni, gdy są najtłuściejsze, zabiera on je na ucztę do piekła. Dnia 28 października, w dzień świętego Szymona Judy, w ciemną noc, nieraz wśród ulewnego deszczu, wśród wichrów i grzmotu spędzają czarci wróble do
        lasu i tam je obliczają, mierząc ćwiercią. Co ćwierć nasypie djabeł z czubem wróblami, to ją zestrychuje. Te, co przy strychowaniu spadną, mogą lecieć w świat, a te, co pozostały w ćwierci, zsypuje djabeł do piekła. Tak przemierza diabeł wszystkie wróble, co do jednego.
        To też dnia 28 października nie widać wróbli nigdzie, a powracają dopiero 1 listopada, ale już w bardzo małej liczbie. Tak dzieje się dlatego i dziać się będzie do końca świata, bo wróble przyniosły gwoździe do ukrzyżowania Chrystusa.
      • madohora Re: Legenda o Sławikowym dzwonie 23.12.14, 16:55
        Legenda o Sławikowym dzwonie

        Było to bardzo, bardzo dawno. Przy szlaku, prowadzącym przez bory i lasy z Raciborza
        do Opola, tuż nad Odrą rozsiadła się gwarna i ludna osada Sławików, otoczona dookoła
        wysokim wałem, porośniętym chwastami i chrustem. Poza wałem szumiały potężne i odwieczne dęby, trzepotały liśćmi gęstwy krzaków i traw, wśród których przemykał się od czasu do czasu dziki zwierz. W pośrodku osady stał piękny kościółek z wysoką drewnianą wieżą, wewnątrz której zawieszono duży dzwon. Dzwon ten zwoływał naszych praojców na modlitwę, w czasach pokoju głosił szczęście i radość a niekiedy bił na trwogę. Wśród ciszy przerywanej poszumem borów, żyli w osadzie nasi przodkowie długie lata szczęśliwie, chwaląc Boga i pracując wytrwale. Aż tu pewnej nocy, załopotały w borze skrzydła zbudzonego ptactwa, rozległy się głosy wystraszonego zwierza, zatętniały od Raciborza kopyta końskie i wzbił się pod niebo jakiś straszny, nieludzki wrzask i krzyk. Mieszkańcy osady po trudach całodziennych zasnęli snem kamiennem i nie słyszeli piekielnej wrzawy, zwiastującej jakieś nieszczęście. Czuwał tylko stary Pszemka w swej chacie, stojący tuż obok wieży kościelnej, albowiem ofiarował się być stróżem kościoła i dzwonu. Usłyszawszy niesamowite wrzaski w borach otaczających osadę, zbudził żonę swą Dobrochnę i synka siedmioletniego Sławka a otuliwszy ich w opończe opuścił wraz chatę dążąc do wieży kościelnej. Ukrywszy ich tutaj w komórce ciasnej znajdującej się wysoko pod stropem wieży, sam zeszedł niżej, aby za po-
        mocą dzwonu budzić mieszkańców. I za chwilę rozległ się ponuro i jękliwie głos dzwonu, bijącego na trwogę. l cóż, było już za późno. Wrzaski i wycia rozległy się już w osadzie, a były takie przeraźliwe, że głuszyły jęk dzwonu. Stary Pszemka przywoławszy żonę, kazał jej dzwonić dalej, sam zaś zeszedł na dół, chcąc się przekonać co to za źli ludzie napadli na osadę. Ledwo wychylił się z wieży, a tu przed oczyma stanęły mu jakieś dzikie twarze, których jeszcze w życiu nie widział. Już chciał się cofnąć, ale w tej chwili poczuł straszny ból w piersiach, w oczach mu pociemniało, zachwiał się i runął nieżywy na ziemię. Gdy wrzaski
        i krzyki, nie ustawały, Dobrochna nie mogąc się doczekać powrotu męża, przestała dzwonić
        i zeszła na dół aby go odszukać. Wychodząc z wieży podzieliła los męża. Przeszyta chmarą
        strzał, legła trupem obok męża. W tym czasie mały Sławek, dygocąc ze strachu, klęczał w komórce ze złożonemi rączynami i modlił się gorąco, a łzy grube rzęsiste spływały mu po twarzyczce i podały na czarną podłogę komórki. Skoro dzwon przestał 'bić na trwogę, do uszu Sławka dobiegł płacz dzieci, jęki mieszkańców osady i znów przeraźliwe wrzaski - równocześnie w komórce zrobiło się jasno jak w dzień. To napastnicy podpalili osadę. Za chwilę ogień ogarnął i kościółek. Przestraszony Sławek wydostał się z komórki zbiegł po schodkach na dół przemknął się chyłkiem do pobliskich krzaków skąd później przedarł się do lasu i tu ukrył się w gąszczu. Nad ranem gdy już wrzawa dawno ucichła, ruszył Stawko
        z powrotem do osady. Pierwsze kroki skierował ku wieży kościelnej, która cudem ocalała.
        Już z dala zobaczył, że matula jego leży pod wieżą jakby spała. Zbliżył się cichutko zajrzał
        w twarz i lekko jej dotknął, ale była zimna jak lód. Coś chłopca ścisnęło za serce, stanęły mu łzy w oczętach, a z piersi wyrwał się głos: - Mamo, matulu kochana, mateńko! A tu cisza. Matula spała. Nie podniosła oczu, nie przytuliła do piersi Sławka. l znów powtarza. Matuś. Matulku moja! Obudź się, wstań! - całował zimną twarz i ręce ale matka się nie obudziła. Rozpłakał się serdecznie chłopczyna, zrozumiał że matuś go odeszła, łezki sieroce kapały z ocząt jak grad i nie wiedział co czynić. W tem nagle na wieży odezwał się głos dzwonu, smętny, drżący, żałosny. Stawko pobiegł na wieżę myśląc, że to jego tatula tam dzwoni ale jakże się dziwił gdy zobaczył że ojca tam nie ma a dzwon chybotał się sam. Wystraszony jeszcze więcej wybiegł z wieży i puścił się pędem z osady. Lecz osada leżała w gruzach a po mieszkańcach ani śladu nie pozostało, gdzieś znikli, przepadli. Nie wiedział biedny, że najeźdźcy uprowadzili wszystkich ze sobą. Nie pomogły nawoływania nikt się nie odezwał.
        Głodny i zmęczony powrócił do matuli, a ucałowawszy skroń i ręce, nakrył ciało martwe gałązkami zielonemi, potem uklęknął i wśród serdecznego płaczu odmówił paciorek
        za ukochaną matulę. W tej chwili głos dzwonu umilkł. Sierota pożegnawszy jeszcze zgliszcza osady, ruszył na tułaczkę w lasy do innych osad. Widziano go zamyślonego zawsze,
        z rączynami złożonemi jakby do modlitwy i w Łęgu i w Grzegorzowicach i Łanach i w Turzy.
        Chodził od osady do osady, mając nadzieje odnalezienia ukochanego tatula. Wreszcie słuch
        o nich zaginął. Od tego czasu upłynęło dużo wody w Odrze, Sławików znów się zaludnił.
        Spalony kościółek odbudowano i gdy po raz pierwszy miała się odbyć w odbudowanym kościele msza św. udano się na wieżę aby głosem dzwonu zwołać lud na modlitwę. Jakież było zdziwienie mieszkańców osady, gdy po rozkołysaniu dzwonu tenże żadnego dźwięku nie wydał. Wszelkie próby na nic się zdały, dzwon pozostał martwym. Zabobonni ludziska, różne dziwy zaczęli opowiadać sobie o "zaczarowanym dzwonie" a każdy kto przechodził obok wieży żegnał się ze strachem. Aż pewnego wieczoru pod wieżę przywlókł się wynędzniały Sławko, usiadł pod ścianą, zapłakał rzewnie i skarżył się żałośnie, na smutną dolę sieroty. Usłyszał to dzwon martwy - serce jego ożywiło się nagle, - zachybotał gwałtownie i oto rozległ się w ciszy wieczornej jego głos dźwięczny. Zdziwiony Sławek spojrzał do góry - długi czas słuchał - twarzyczka mu się rozjaśniła, łezki ostatnie obeschły, bo tam wysoko ponad dzwonem zobaczył ukochaną matulę. A dzwon z tonów żałosnych przeszedł w kaskadę przecudnych dźwięków, które szły na bory i lasy i wzbijały się hen, hen pod obłoki aż do stóp Stwórcy, jakby głosiły o niebywałem zdarzeniu. Lud osady zbiegł się pod wieżę, chcąc się przekonać jaka to moc poruszyła dzwon. Ale nic nie znaleźli tylko... martwe ciało Sławka sieroty.
        Jemu to dzwon grał ostatnią pieśń, Ludziska wystraszeni uklękli przy zwłokach Sławka
        - a gdy ukończyli modlitwę za umarłych... nagle dzwon zamilkł i nikt go rozkołysać
        nie mógł. Na trzeci dzień gdy w białej trumience wieziono Stawka na mogiłki, jeszcze raz serce dzwonu rozkołysało się, a gdy trumienkę spuszczano do grobu, dzwon wydał ostatni
        żałosny dźwięk i pękł na trzy części. Ludzie co słyszeli ostatni jęk dzwonu, ze strachem znaczyli piersi raz wraz znakiem krzyża świętego, a kobiety wybladłe szeptały "wieczne odpoczywanie". W paręset lat później kościół wraz z wieżą przeniesiony został do Zabełkowa, ale już bez dzwonu.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 23.12.14, 17:08
        Stara Lipa

        Jestem już stara, bardzo stara, mam już przeszło 500 lat i dni mego żywota są policzone. Pierwsza silniejsza burza złamie mnie lub wyrwie z korzeniami. Ale mam ciężkie grzechy na sumieniu. Otóż przed śmiercią chcę się wyspowiadać, chcę opowiedzieć o sobie to, czego nikt nie przypuszcza. Wysłuchaj mnie, wysłuchaj i rozgrzesz, bo to jest prośba staruszki,
        stojącej nad grobem. Inaczej nie mogłabym spokojnie umrzeć. Wiesz przecie, jakim szacunkiem otaczają mnie wszyscy w tej wsi. Jak często powtarzają: "nasza piękna lipa", nasza kochana staruszka", "nasza babcia". Tymczasem... gdyby mnie znali za młodu!... Żywcem spalić by mnie kazali. Mam na sumieniu nie kilka, ale kilkanaście śmierci. Jestem bratobójczynią!...Nie ukryję niczego i opowiem, jak było. Nie wiem, jakim sposobem znalazłam się w ziemi; nigdy nie znałam rodziców, ale jestem pewna, że nie opiekowaliby się
        mną troskliwiej, niż rodzice przybrani ziemia i słońce. Ziemia dostarczała mi jak najlepszych
        napojów, doskonale przyprawionych a słońce obdarzało mnie hojnie ciepłem i światłem.
        Dzięki im rosłam i rozwijałam się szybko. Korzenie zagłębiały się w dół coraz bardziej, rozgałęziały się i wypijały chciwie soki, a łodyżka wyciągała ramiona do góry i wszystkie listki swoje obracała ku słońcu. Czułam, jak z dniem każdym sił mi przybywało, jak rozrastałam się i jak wypiękniałam. Nie byłam jednak sama. Miałam liczne rodzeństwo, a i w sąsiedztwie naszem rosły inne drzewka: brzozy, osina i parę świerków. Ziemia jest tak dobrą matką dla wszystkich, że rada była każdego przygarnąć i nakarmić. Ale ja miałam przekonanie, że muszę
        stanowić wyjątek, - muszę mieć wszystkiego najwięcej. Marzeniem mojem było zostać sama.
        I otóż razu jednego powzięłam zbrodniczą myśl wypowiedzieć walkę wszystkim drzewom wokoło. Postanowiłam zagarnąć najlepsze kawałki gruntu, zabrać najpożyteczniejsze soki z ziemi i najczyściejszą wodę ze strumyków. Używałam do tego różnych wykrętów, korzystałam ze słabości moich sąsiadek i wszystko obracałam na swoją korzyść. Postanowiłam za jaką bądź cenę być najpiękniejszem drzewem. Nieraz spragnione towarzyszki wyciągały ku mnie swe suche korzenie i błagały o kropelkę wody. Ale ja brutalnie odpychałam wszystkich, ktokolwiek stał mi na drodze. I otóż razu jednego powzięłam zbrodniczą myśl wypowiedzieć walkę wszystkim drzewom wokoło. Postanowiłam zagarnąć najlepsze kawałki gruntu, zabrać najpożyteczniejsze soki z ziemi i najczyściejszą wodę ze strumyków. Używałam do tego różnych wykrętów, korzystałam ze słabości moich sąsiadek i wszystko obracałam na swoją korzyść. Postanowiłam za jaką bądź cenę być najpiękniejszem drzewem. Nieraz sprag-
        nione towarzyszki wyciągały ku mnie swe suche korzenie i błagały o kropelkę wody. Ale ja brutalnie odpychałam wszystkich, ktokolwiek stał mi na drodze. Chciwość moja do tego doszła, że i o światło słoneczne byłam zazdrosna. Pamiętam... ach, niestety, pamiętam...
        Jak młodsze rodzeństwo tuliło się do mnie, wołając: - Siostro, ulituj się, choć jeden promyk słońca udziel nam biednym. Patrz!... wynędzniale stoimy tu przy tobie, gdy ty w zbytkach opływasz. Rozchyl, siostro, swe gałązki... niech choć raz jeden słońce zajrzy do nas...
        Byłam głucha na te jęki. Z dniem każdym walka była łatwiejsza, gdyż siły moich towarzyszek malały i drzewka jedno po drugiem usychały. Wkrótce zapanowałam na dużym obszarze ziemi. Nie mi nie stało na przeszkodzie. A do mego stołu przybyło nowe danie - przegniłe korzenie i szczątki moich towarzyszek. Tak ziściły się moje marzenia: byłam piękna, silna i można. Minęło lat kilkanaście. Pień mój zgrubiał i uniósł się wysoko, a konary rozłożyły się i utworzyły dużą, cieniste! altanę. Wszyscy w okolicy podziwiali moją urodę, mój wzrost, kształt mojej korony, barwę liści, zapach kwiatów. Kto tylko miał czas, stawał przy mnie i podziwiał.
        Nawet wrony, dla których nic niema godnego uwagi, nieraz zlatywały się i zachwycały mojemi wdziękami. - Stanowczo ta lipa jest naj piękniejszem drzewem w naszej okolicy - powiada jedna. - Dlaczego nie ma być piękną, skoro jest sama; uśmierciła wszystkie drzewa
        dokoła, więc ma się czem żywić - dodała druga. - I slusznie - odzywa się trzecia- najlepiej jest temu na świecie, kto tylko o sobie myśli, takie jest moje zdanie. Ale niedługo byłam szczęśliwa. Z wiekiem przyszło opamiętanie. Obejrzałam się poza siebie i dojrzałam pustki. Byłam zupełnie osamotniona. Ani jednej siostry, ani jednej towarzyszki nie mam przy sobie. Strach mnie ogarnął.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 23.12.14, 17:40
        Święty Franciszek i wilki

        Zabłysnął prześliczny poranek majowy. Błękitne niebo zawisło nad ziemią, ciepłe i jasne słoneczko przeglądało się w kroplach rosy i malowało je kolorami tęczy, kwiaty rozlicznemi barwami zdobiły łąki i miłą wonią zapełniły powietrze, ptactwo kwiliło, ćwierkało, śpiewało i las szumiał pieśń poranną, poważny hymn na cześć Stwórcy słał pod niebios sklepienie.
        Ścieżyną przez bór kroczył św. Franciszek boso, w lichej szacie pustelniczej przepasanej białym sznurem, bez okrycia na głowie,-szedł i wsłuchiwał się pobożnem sercem w śpiewy ptactwa, w poszum lasu, w to gwarne życie drzew i ptasząt, a myśl Jego biegła do Pana nad Pany, myśl pokorniutka a pełna chwały. - Boże, jakiś Ty wielki, żeś tak wspaniały świat stworzył! Jakże piękne są te kwiaty, te drzewa, te ptaki, te dzieła rąk Twoich przenajświętrzych, te umiłowane dzieci Twoje! Boże, jakiś Ty dobry, że pozwalasz je oglądać nędznemu człowiekowi, pozwolisz je podziwiać, pozwolisz się uwielbiać w dziełach rak swoich!
        Boże, jakiś Ty miłosierny, że wszystkie te twory żywisz i odziewasz! Tak się modlił święty w duszy Swojej i cieszył się wszystkiem, co widział dookoła, wszystkiem, co słyszał. Idzie tak
        zachwycony, gdy w tem nagle doleciał go z boku krzyk przeraźliwy, krzyk dziecięcy:
        - Boże rątuj!
        Spojrzał Święty Franciszek w bok, skąd go głos doszedł i zobaczył, iż dwa wilki zabiegły drogę dziewczynce i już ją miały zagryźć i rozszarpać. Zobaczył, jak mała z przerażeniem w oczach, mając ręce złożone jak do modlitwy, wołała do Boga o ratunek. W jednej chwili skoczył
        Swięty między wilki, zarzucił na nie Swój pasek sznurowy i krzyknął:
        - Stać!
        I wilki posłuszne Świętemu stanęły, jak wryte, a dziewczynka padła na kolana, zaszlochała i z wielkiej radości i wdzięcznośc:i zdołała tylko wyszeptać:
        - Boże, dzięki Ci za ratunek.
        Podniósł Święty szlochające dziecię z ziemi, a drżące jeszcze z przerażenia, pogłaskał jasną głowinę i zapytał serdecznym głosem:
        - Co tu robisz dziecko?
        Wtedy dziewczyna przerywanym głosem opowiędziała, że matusia wysłała ją ze śniadaniem do ojca, który pracuje w pobliskim kamieniołomie, że w czasie gdy ojciec jadł śniadanie, usiadłszy pod skałą, stoczył się kamień wielki i spadł mu na nogi. Ojciec krzyknął, ale dźwignąć nie mógł kamienia, zawołał tylko:
        - Biegnij do wsi po ludzi, aby mię uratowali!
        - Pobiegłam, co mi tchu starczyłomówiła dalej mała - aż tu dwa wilki zastąpiły mi drogę i warcząc, wyszczerzyły zęby, aby mnie pożreć. A tam mój ojciec jęczy pod skałą i czeka pomocy!
        - Poprowadź mię do ojca - zawołał Święty - pewnie to nie daleko więc mu zaraz pomożemy.
        Zerwało się. dziecko i pobiegło przo-dem, za niem Swięty Franciszek z wikami na pasku, które jak psy domowe poszły za Nim. W pobliżu pod skałą leżał kamieniarz, ą ciężka skała leżała mu na nogach. Święty zarzucił na kamień drugi koniec sznura i kazał wilkom ciągnąć. Szarpnęły wilki posłuszne, sznur wyprężył się i po chwili, powoli zesunął się kamień z nóg
        nieszczęśliwego. Ale biedak nie mógł powstać, bo skała pogruchotała mu nogi. Jęczał ,tylko i biadał.
        - Cóż ja teraz pocznę nieszczęśliwy? Nie potrafię na chleb zapracować, kaleka! Biedna żona i dzieci pomrą z głodu! Jezu, Jezu, zmiłuj się nad nami!
        Święty Franciszek zrozumiał nieszczęście biedaka, wiedział, że tylko Pan Bóg może tu zesłać ratunek, upadł więc na kolana, wzniósł ręce do góry, a wzrok skierował ku niebu i modlił sie.
        - Boże wiekuisty, Panie nad Pany, Boże miłosierny, Boże wszechmogący, objaw łaskę twoją, ulituj się nad tym biedakiem j wróć zdrowie jego nogom pogruchotanym!
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 23.12.14, 17:44
        Jak Święty Franciszek oswoił dzikie turkawki

        Pewien młodzieniec nachwytał raz wiele turkawek. Kiedy niósł je na sprzedaż, spotkał go święty Franciszek, który miał zawsze litość szczególną dla stworzeń łagodnych i który patrząc okiem miłosiernem na te turkawki, rzekł do młodzieńca: ,,O dobry młodzieńcze, proszę cię, daj mi je aby ptaki tak łagodne, które Pismo przyrównywa duszom czystym, pokornym
        i wiernym, nie dostały się w ręce okrutników, którzy je zabiją'"
        Ów, natchniony od Boga, natychmiast dał wszystkie świętemu Franciszkowi i ten zasię przygarnąwszy je do łona, jął słodko do nich przemawiać: ,,O siostrzyczki moje, turkawki proste, niewinne i czyste, czemu się chwytać dajecie? Ocalę was od śmierci i zbuduję wam gniazda, byście płodziły się i rozmnażały wedle przykazań Stwórcy naszego". I poszedł święty Franciszek i budował im gniazda. One zaś korzystając z nich, jęły płodzić i nieść się w obliczu braci. I tak się obłaskawiły i oswoiły z świętym Franciszkiem i innymi braćmi, jak gdyby to były kury zawsze przez nich żywione. I nie odlatywały nigdy, póki im święty Franciszek błogosławieństwem odlecieć nie pozwolił. A młodzieńcowi, który mu je darował, rzekł święty Franciszek: Synu mój, będziesz jeszcze bratem w tym Zakonie i służyć będziesz wdzięcznie Jezusowi Chrystusowi" . I tak się stało, bowiem młodzian ów został bratem i żył w Zakonie w świętości wielkiej.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 23.12.14, 22:33
        Całą moją urodę, całą siłę i potęgę oddałabym teraz za jedno przyjazne spojrzenie. Ale dokoła była pustka. A nawet te małe krzaki, które stały z dala, pogardzały mną i z oburzeniem
        odwracały się ode mnie. Czasem z rozpaczy w szał wpadałam: obrywałam liście, łamałam gałęzie, nadstawiałam konary i wołałam do piorunów: "Zabijcie mnie"! Ale szał mijał i ja dalej
        to ciężkie życie dźwigać musiałam. I znowu przed oczami mymi stawały te biedne drzewka, które tak umierać nie chciały... Ach, uciec z tego cmentarzyska! O ileż śmierć jest lepsza od takiego życia! Korzenie jednak tak mocno mnie przykuły do ziemi, a w zdrowym pniu
        tyle jeszcze życia miałam, że prędko skończyć nie mogłam. Przyszła raz wiosna piękna, słoneczna, promienna; hojnie obdzieliła wszystkich i we mnie siły ożywcze wlała. Obudziłam się ze snu zimowego i czułam, że inne życie wstępuje we mnie. Nagle obudziło się we mnie dziwne postanowienie: oddać siebie na użytek innym. Natychmiast myśl tę w czyn wprowadziłam. Zaroiło się koło mnie. Zewsząd ściągnęły do mnie roje owadów jedne składały jajeczka na moich liściach i korzeniach, inne wypijały z nich soki, a pszczoły i osy całym rojem unosiły się na kwiatach i miód z nich wybierały. A ileż to ptaków znalazło schronienie
        na moich gałęziach!... wilgi, sikory, dzięcioły, szczygły...Tysiące liszek różnego rodzaju zaczęło obgryzać moje Liście, a młode korzonki służyły za pokarm dla pędraków i glist. Niektóre stworzenia tak się do mnie przywiązały, że nawet zaczęły stroić się w moje barwy i całymi dniami ze mną przebywały. Pomiędzy niemi był motyl - nastrosz, który miał przednie skrzydła jasno-zielone, jak moje listki, a tylne miały kolor mego kwiatu. To był mój ulubieniec. Cały dzień siedział przytulony do mnie i tylko w nocy odlatywał. Miał też dzieci cudnej piękności - liszki w prążki czerwone i żółte z niebieskim rogiem na końcu ciała. Wykarmiłam je własnymi liśćmi. l ludzie też garnęli się do mnie. W cieniu moich gałęzi bawiły się dzieci, wypoczywali strudzeni pracą, zbierali się na naradę starzy, tańczyli młodzi.. Oddawałam też im chętnie mój kwiat, bo wiedziałam, że leczy ich od zaziębienia. I czułam, że z dniem każdym jestem potrzebniejsza na świecie. Ale jednocześnie z każdą chwilą byłam coraz brzydsza: liście miałam podziurawione, gałęzie poobłamywane lub zeschnięte, pień popękany, jednak to wcale mnie nie martwiło. Nie miałam czasu myśleć o sobie. Nie uważałam, czy jestem ładna, czy brzydka, czy mi jest ciepło, czy zimno, smutno, czy wesoło. Myśli moje były skierowane
        ku tym, których karmiłam, chroniłam i przygarniałam, w tern znalazłam ukojenie. Jestem
        dziś stokroć szczęśliwsza, niż nią byłam za czasów mojej młodości. Teraz, gdy zbliża się już koniec mego żywota, robię rachunek sumienia i widzę, że tych moich czynów jest jeszcze za mało, ażeby odkupić dawne grzechy. Dlatego do ciebie zwracam się. Posłuchaj, o co cię proszę!...Dopomóż wielkiej grzesznicy i czego za życia zrobić nie mogłam, ty dopełnij
        po mojej śmierci. Drzewo moje zetnij i oddaj stolarzowi, niech porobi stoły, ławki, tablice, szufle; drzewo mam białe i miękkie, więc mu się przydam, nie będzie miał ze mną dużo
        kłopotu. Łyko moje niech kto zabierze - będzie miał z niego rogoże, kobiałki, liny, przetaki i wiele innych rzeczy. Cienkie gałązki użyje na opał. Jak widzisz, oddaję wszystko, com
        w ciągu życia zebrała. Powiedz szczerze, czy to wystarczy na złagodzenie win moich? Czy będą mogli ludzie powiedzieć o mnie, że byłam pożyteczną na świecie?...
      • madohora Legenda o Świętym Jerzym 27.12.14, 13:10
        Prawy i pobożny rycerz Jerzy z Kapadocji, zatrzymał konia przed gospodą zwaną "Rajem strudzonego" i ze zdziwieniem spojrzał po panującem na ulicy zbiegowisku. Dzień nie był targowy ni świąteczny, wszakże tłumy ludzi dążyły spiesznie w stronę rynku. Gruby i gadatliwy gospodarz "Raju" Domicellus, zapytany o przyczynę, podniósł w górę obie dłonie:
        -Nieszczęście! - krzyknął - królewna los wyciągnęła! jedynaczka! Czterech książąt już zjeżdżało w swaty... i z darami ! A ot, co...! los... Stąd taka wrzawa na grodzie...
        - Ni słowa nie rozumiem z tego, co mi prawisz... jaki los?
        - Możliweż byście nie wiedzieli panie, o bestji piekielnej, przekleństwie Sylemy?
        - Nie słyszałem.
        - Z daleka chyba jedziecie, boć już po całym świecie o tern głośno..
        - Z daleka jadę istotnie. Powiadajże w czem rzecz, czasu na próżne gadanie nie tracac.
        Odpiął podpinkę z zeschłego rzemienia i zdjął z głowy ciężki hełm.
        - Jużci w dwóch słowach się nie da...
        Uroczysko tu jest niedaleko, gdzie z dawien dawna demony pogańskie się kryły. Powiadają, że w pustyni Libijskiej tyle ich nie najdziesz, wiela tutaj było. Miejsce sobie ulubione obrały. Z tej racji nikt chwili spokojnej nie był. W biały dzień praczka, żona Protusowa widziała sprośne-
        go koźlacza pod grodem! Nieczyste dziewki wiodły przy miesiącu swoje tańce i chłopców k sobie wabiły... Aż eremita jeden zbożny, którego zwano Fulgencjusz na kolanach się sunąc, granicę szataństwu zakreślił, kopczykami kamiennemi ją znacząc, a nad kopczykiem każdym zaklęcie krzyża czyniąc. Tak, w siedemdziesiąt dwa lata obszedł uroczysko i spokojnie zasnął w Panu. Pokój jego pamięci! Djabły pogańskie w ciasnym okręgu zawarte zdechły powoli, czy uszły? Zginęły. Wprzód przecież sztuką szatańską spłodziły bestję straszliwą, 3 stajań długą, do skończenia świata trwać mającą, która kraj nęka, a ludzi do połowy bodaj wytrzebiła...
        - Jakże nie chroni od niej granica pobożnego eremity?
        - Chroni i owszem. Ludzie sami szli. Podchodziła potwora pod granicę, nęcąc kto jeno tamtędy przechodził, i szli...
        - Nie może to być!
        - Na św. Piotra w więzach, klnę się, że nie łżę, szlachetny rycerzu. Wiela zginęło! Najlepszych, naj świątobliwszych ! Poszedł cnotliwy biskup Makary z relikwiami egzorcyzmować potworę... Relikwie poniechał na kopcu, sam zasię ku bestji pobieżał... Rycerstwa wiela chodziło! Samotrzeć i kupą... Żaden nie zdzierżył... Mieczów zabyli i poszli. Podobnież uczeni Maxencjusz oraz Pelagjusz. Gadali, że się jeno z dala przyglądną okropie, by ją w księgach
        uczonych opisać, - a poszli! A innych! Nie zliczy!
        - Czemże maniła na Boga!?
        - Tego wam, szlachetny panie nie powiem, jako że nikt, ktoby owego Lewiatana, syna djabła i sprośnej nimfy pogańskiej obaczył, żyw nie uszedł. Nie ostoi się jej czarom nikt. I was by zmamiła.
        - Nie.
        - Tak samo gadali tamci, a jeno wiatr od bestji poczuli ku niej pobiegli. Czem wali, nie wiadomo, co zaś z niemi czyni łatwo pojąć, na kości bielejące zdaleka spojrzawszy. Wrzawa na ulicy rosła. -Miłościwy król-podjął gospodarz- społeczność w tak żałosnym stanie widząc,
        w układy z bestją wszedł...- Chrześcijańki pan! w układy?
        - Ha, trza podleźć, gdzie przeleźć nie lża. By ku granicy nie podchodziła, młódkę jedną szesnastolatkę w wieczyste czasy co roku dawać obiecał. Heroidy w kapturach przez trąby to ogłosiły i bestja przyszła. Mądrze zrobił miłościwy król i cały naród go chwali. Będzie dziś 15 lat, jako układ trwa. Dziewek i tak rodzi się niby czego dobrego, jedna na rok się traci - ani poznaku po tem niema w grodzie. Jeno, że dziś na królewnę padł los iść ku bestji na pożarcie. Chciał król córkę od prawa uchylić, ale Rada starszych nie przystała. I słusznie. Raczcie zdjąć
        zbroję i spocząć szlachetny rycerzu.
        - Czas na to odparł wędrowiec.
        - Kum Marko, któren na kastel chodził z innymi, już wraca - zawołał gospodarz i pobiegł.
        Rycerz włożył z powrotem ciężki hełm na młodą głowę i poszedł do konia uwiązanego przy słupie. Koń pod srebrnemi blachami był biały, jak śnieg. Wielkie mądre oczy przebłyskiwały przez wiziory w ostry grot opatrzonego naczółka. Rycerz podciągnął rozluźnione uprzednio popręgi.
        -Nie pora jeszcze spocząć, przyjacielu, mój. Przygoda nas czeka, przedziwna. Największa, jaka być może. Pójdziemy, Nie zawiedziesz mnie przyjacielu koniu. Nie chybnie się, giętka pęcina. Nie zmami nas bestja straszliwa... Czemże ona wabi? Czarem. Czar działa na tych jeno,
        co chcą zawczasu poddać się czarowi. Niewątpliwie wabi ona czemś, co skryte jest w duszy człowieczej. Wędkę zarzuca, zaś człowiek sam idzie niebacznie. Ty nie ulegniesz pokusie. Lepiej niż blachy chronić cię będzie uczciwa prostota zwierzęca. Bezgrzesznyś. Nie próbowałeś owocu z drzewa wiadomości złego. Bezpiecznyś przeciw urokom. Oby pozwolił mi Bóg,
        bodaj na ten dzieli jeden stać się podobnie prostym, niewinnym, spokojnym, nie dociekającym niczego...
        - Królewnę wiodą! -zabrzmiało.
        Podjął z piersi ryngraf miedziany z wizerunkiem Zbawiciela i ucałował gorąco. Wskoczył w wysokie swe siodło, ujął w rękę kopję i niespuszczając przyłbicy wyjechał wolno z obejścia. Tłum objął go, oblał falą. Wszystkie głowy niosły się w stronę, skąd dochodził jękliwy wrzask
        surm. Po chwili ukazał się orszak. Od długich srebrnych trąb zwieszały się czarne opony. Z trębaczami szły płaczki, wyjąc i paznokciami drąc swoje oblicza aż krew ściekała na ich białe obleczenie. Za płaczkami wśród drużyny milczącego ponuro rycerstwa niesiono złotą lektykę.
        Sędziwi królestwo obejmowali w niej z płaczem ramionami jedynaczkę. Siwa głowa króla chwiała się z bólu. Tłum wznosił na jego cześć okrzyki, których nie słyszał, nieprzytomnemi oczami patrząc w swą córkę, cud wiosny. Stara królowa zawodziła na równi z płaczkami. Za lektyką paziowie nieśli pochodnie i wieńce asfodelowe, jako za pogrzebem. Obcy rycerz jechał stępa pośród tłumu, niezauważony przez nikogo. Szli długo. Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy ujrzano kopczyki kamienne, wzniesione niegdyś ofiarną dłonią eremity. Na ten widok
        płaczki podwoiły lament. Orszak stanął. Spłakane panny służebne podprowadziły królewnę do tajemnej zła granicy. Przestąpiła ją blada, jak giezło. Wędrowny rycerz piersiami konia rozepchnął tłum, wysunął się naprzód i przejechał za nią. W tłumie buchnęły okrzyki.
        - Ktoś jest?! - Gdzie idziesz?! Tam śmieć! - Nie zratujesz, a sam zginiesz! Zawracaj nięszczęsny co sił!
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 27.12.14, 14:19
        -2-
        Nie odwrócił głowy. Królowa matka stanęła w lektyce, błogosławiąc mu. Nie słyszał. Orszak zawrócił powoli wśród płaczliwych dźwięków trąb. Rycerz spojrzał na królewnę Stała lękliwie,
        smukła w długiej białej szatce. We wzroku jej dojrzał prócz lęku nie wiedząc o sobie ciekawość przed straszną, lecz kto wie, nęcącą może tajemnicą. Nie zwracała na niego uwagi. Gdy tak stali wśród ciszy pustkowia, z pobliskiego boru doleciał szum, jak gdyby nadpływającej burzy, koń począł chrapać, nadstawiwszy uszu, rycerz ujął krzepdej kopię
        i wytężył wzrok. Wydało mu się, że krzaki, poszycie lasu stanowiące, poruszyły się i idą ku nim. To pełzło cielsko potwora. Leniwie, niby omackiem, gadzinowe, nieskończone, szpetne. Wraz podniosło się łbisko olbrzymie potworne, o małych zapadłych ślepiąch i szerokie jak wierzeje paszczy, zakołysało, stanęło. Tuż poza łbem toczyły się, kurcząc i rozciągając,
        zwały pierścienne cielska, obłe, brzuchate, nie bronione łuską. Wydęte boki przewalały się niezdarnie i plugawie, gdy straszny łeb zwracał się w prawo i w lewo, szukając. Dojrzał, znieruchomiał, wpił ślepia w królewnę. Stojący w pogotowiu rycerz spojrzał na nią i ujrzał w zdumieniu, że z twarzy dziewczyny znikł strach. Stała niby urzeczona. Niepewny półuśmiech
        drgał na rozchylonych wargach. Naraz postąpiła naprzód parę kroków.
        - Stój - krzyknął. - Nie słyszała jego głosu, idąc naprzód coraz prędzej. Ruszył koniem w poprzek jej drogi, jęła biec. Zerwał płaszcz z ramion i zarzucił jej na głowę. Oślepiona stanęła jak wryta, jęcząc i słaniając się bezradnie. Teraz sprawiedliwy rycerz stał oko w oko z potworem. Spojrzał w iskrzące ślepia i opuścił kopię mimo woli. Bo ślepia smocze, małe i wpadłe napozór, nagłe jarzyły się, rosły, aż zapłonęły olbrzymie, przesłaniające sobą wszystko inne. Niby dwie banie ogromne z czarodziejskiego kryształu migotały tysiącem powierzchni, z których każda jawiła się ukrytym i cudownym światem. Spojrzał raz wtóry i ujrzał w nich naraz wszystkie rzeczy ziemi, wszystkie uczucia i myśli i nieskończenie zawiłe serdeczne sprawy człowiecze. Nienazwane, nie przyznawalne, nęcące, kuszące, tajemne, kłębiły się wirem barwnym, wyłaniały i zapadały w głębie. Rzeczy realne, rzeczy ważkie i potrzebne, w zwierciadle oczu smoczych jawiły się błahe, bezużyteczne i śmieszne, ustępujące miejsca słodkiej ponęcie pokusy. Za rzekomą mgłą widziadeł przebłyskiwały co moment jakoby światy dalekie w wiecznym obrocie nieuchwytnej kolejności, ukazujące się
        i znikające dziwne, nieznane, ciągnące i rycerz poczuł niezmożoną chęć spojrzenia w nie z bliska, chwycenia nici zagadki. Koń nie chciał postąpić wprzód, lecz potwór przysuwał się sam i czarnoksięskie zwierciadła były coraz bliżej. Pochylił się nad niemi chciwie zaciekle, badawczo. Wtedy miedziany ryngraf na piersi jego wiszący odbił się w oczach poczwary.
        Z migotliwej bani wyjrzała ku rycerzowi twarz Chrystusowa zniekształcona bluźnierczo, wykoszlawiona, przesmutna. Strwożony zasłonił twarz dłonią. Czar prysł. Znikły ułudne światy, pozostały zwoje cielska opasujące go już kręgiem wokół. Spiął konia i runął na bestję. Świsnęła ostra kopja, przebiła paszczę straszliwą nawskroś. Przebiła raz wtóry, raz trzeci, pękła od rozmachu. Pochwycił jasnego miecza. Wielkimi ciosami odrąbał poczwarną głowę, a gdy upadła martwa, buchająca krwią, zdjął hełm i przeżegnał się. Obejrzał się na królewnę. Stała opodal niby skamieniała. Zsiadł z konia i podszedł ku niej.
        - Jako martwe ścierwo leży-rzekł- nie będzie już szkodził nikomu. Chrystus Pan zratował nas, wolę walki dając, bo ubić go było fraszką, godną dziecka.
        Nie odpowiedziała, patrząc nań z ubóstwieniem i miłością. Widział jej się wielki, jedyny w całym świecie obrońca i zbawca, najpiękniejszy, najbliższy, kochania i podziwu godny. W zachwyceniu wstydliwem, uroczem, słała mu duszę pod nogi, gdy wziąwszy konia za wodze poszli razem ku widniejącym niedaleko kopcom kamiennym ręką zbożnego eremity Fulgencjusza przed laty wzniesionym.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 27.12.14, 14:23
        -3-
        - Śpi Nie dziwota po takiej przeprawie! Śpij uciszcie się mili chrześcijanie...- uspokajał gruby Domicellus tłum, cisnący się przed wrotami gospody. Daremnie, bo wiwatom i krzykom nie było końca. Połowa ludności syleńskiej zebrała się tutaj, połowa pobiegła jeszcze przed świtem oglądać ścierwo zabitej poczwary. Gród był odświętnie przybrany, radosny. Gruby Domicellus zatknąwszy ręce za pas opowiadał najbliżej stojącym o przebiegu walki. Słuchali z zapartym tchem. ...Wtenczas potwora podniosła łbisko, jak wieżę i kłapiąc zębami, powiada: Zaprzedaj mi duszę, albo cię zjem! A zasię rycerz: Nie przedam! - Ona: przedaj!!! on: zgiń, przepadnij! nie przedam bestjo piekielna! Tak ci się sobie przemawiali, aż okropa widząc, że go nie nastraszy, smród wypuściła jak dym, przytomność odbierający. Lecz rycerz nozdrza sobie ręką zatkał i kopji się jął. Brzucha jej rozpruł, jelita na czysto wypuszczając, a bestja rycząc ze strachu, uciekać poczęła...- Sam to wam szlachetny rycerz opowiadał? - spytał z podziwem poważny Gorgoniusz, bakałarz. - Chcecie słuchać, słuchajcie, a nie przeszkadzajcie... - sarknął niechętnie gospodarz... Wątpia gubiąc, uciekał smok przeklęty, tedy rycerz za nim pognał i łba mieczem odciął. Dopieroż ku królewnie się zwrócił: a mojaż ty perełko, powiada, - zaś ona klęknąwszy, wiarę mu przyobiecała, dank czyniła i za męża
        przyjąć ślubowała... - Wiadomo! życie zratował! No, ludkowie: bezpiecznie będzie żyć przy takim królu...
        - Ale i twardo - zaniepokoił się Sylwester kotlarz. Nieustępliwy - smoka się nie zląkł, to i Rady Starszych posłuchać nie zechce...
        - Bogać tam!
        ...Ino patrzeć, jak z wieży zadzwonią i całe rycerstwo tu zjedzie bochatyra przed oblicze króla poprowadzić. Tam i triumf, tam i zrękowiny odprawią- będzie się na co popatrzeć...
        Stoły już stoją przed zamkiem, a barany i woły dworscy rznęli całą noc. Kto mocny w żebrach a dopchnie się bliżej, nie odejdzie dzisiaj głodny.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 27.12.14, 14:28
        W ciemnej komorze, niebaczny na gwary ulicy młody rycerz myślał o swej sprawie. Nie spał. Z otwartemi oczyma przeleżał noc całą, patrząc na jawie w sen, co się miał spełnić za chwilę. Oczy świetliste, modre, jak toń jeziorowa, stały w pamięci patrząc w głąb duszy miłośnie.
        Na głos bijących jego chwałę surm i dzwonów, prężyło się i zrywało młode ciało sławy głodne. W glorji zbawcy-bohatera niósł go na ramionach tłum przez ulice grodu. Zasłużył sobie na to wyniesienie, mógł się niem cieszyć bez sromu. Czyn spełniony nie potrzebował
        się wstydzić nagrody. Jakże jest piękna ona nagroda, jak słodką! Z zachwytem przeżywał ją wprzód niźli nadejdzie. Niby przędziwo subtelne przewijał przez ręce chwile co nastąpić miały, ciesząc się zawczasu ich czarem, przewijał bez znużenia niezliczone razy. Aż nasyciwszy duszę
        sięgnął mimo ku dniom dalszym. Urwało się naraz złociste przędziwo, skończyła się dola swobodnego rycerza Bożego. Jak złoty akord, bój ze smokiem wieńczył jego wolną sławę i zamykał ją. Wydało mu się, że patrzy na nią z za grobu, zamknięty w nagłym kręgu obowiązków tak różnorodnych, zawiłych, wiążących. Jasność prosta, z jaką dotychczas rozcinał nieomylnie wszelkie sprawy niby mieczem, ustąpić miała dziwacznym z sumieniem
        zatargom, ustępstwom słusznościom pozornym, zasługom wątpliwym. I z przerażeniem poznał naraz, że będąc dotychczas sługą wolnym Jedynego, Najpotężniejszego Pana świata, nie lękającym się ani słuchającym nikogo krom Jego, zamieni ów zaszczyt i wielkość na niewolnictwo ciężkie a niewdzięczne. Wzdrygnął się jak gdyby czując już na karku żelazny dźwigar panowania. Z mroków izby światła oczu spłynęły blisko ku niemu błagalne, łzami nalane. Rozchyliły się miłośnie wpół dziecinne usta rozdrgane serdecznem kochaniem. Wpatrzył się w nie długo, bacznie. Mocne one, przecie nie władne do tyla, by wolność duszy rycerskiej zastąpić. Słodkie, - wszakże nie na tyle, by radość dobrowolnej służby Największemu, Najlepszemu, Panu ,wynagrodzić...Przyodział się szybko, sprawnie, nie
        przyzywając nikogo. Boczną furtką, niezauważony, wyprowadził wiernego konia z obejścia. Gdy świetny poczet rycerstwa stanął przed gospodą, a dzwony grodu rozhuczały się w triumfie, - wędrowny nieznany nikomu rycerz Boży, Jerzy, - daleki już był, zagubiony w przestworze swobodnych dróg.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 27.12.14, 14:29
        Legenda o skamieniałym pielgrzymie

        Głowę posypał popiołem,
        na kolanach z kornem czołem,
        już do gór Świętego Krzyża,
        pielgrzym zwolna się przybliża.
        "Skąd to idziecie pielgrzymie?"-
        zapytał go wieśniak stary.
        "Byłem, rzecze, w starym Rzymie,
        trudy moje są bez miary;
        po tak długim, ciężkim znoju,
        po dniach tylu niepokoju,
        kiedy do kresu przybywam,
        znaleźć niebo się spodziewam.
        "Czyście pewni tak już bracie,
        że zbawienie otrzymacie?
        Boć nam kościół zapowiada,
        że do nieba trudna droga,
        a najkorniej się spowiada,
        ten kto w łasce jest u Boga."
        "A któż zbawionym być może,
        jeśli nie ja - com dostatki
        pozostawił w imię Boże,
        com opuścił żonę, dziatki, moje
        szczęście i pociechę,
        i rodzinną moją strzechę;
        com za młodu wzgardził światem,
        na kolanach, w kraj daleki,
        szedłem zimą, szedłem latem,
        schnąc od skwarnej słońca spieki,
        jeśli nie ja - w imię Boże,
        powiedz, kto być zbawion może?
        Rzekł,-a czarna nad nim chmura,
        zahuczała niebios gromem;
        i jęknęła Łysa góra,
        niby bluźnierstwa pogromem.
        Na pielgrzyma obłok spływa,
        twarz się mieni i sinieje,
        wzrok gaśnie i kamienieje,
        posępna mgła go zakrywa.
        Klęcząc, jakby w ziemie wbity,
        powstać sili się daremno,
        nadludzką siłą spowity,
        zamienia się w bryłę ciemną.
        Skamieniałego oblicza,
        niemej jest wyraz boleści,
        a ciemna i tajemnicza dusza
        w posągu się mieści.
        I mówi stare podanie,
        że krok jeden co wiek cały,
        staje pielgrzym skamieniały,
        nim na górę się dostanie,
        kiedy trąba Archanioła,
        na sąd Boży go powoła.
        Zakuty w bryle kamienia,
        ze świadomością istnienia,
        ciężką odbywa pokutę.
        Płyną lata, płyną wieki,
        niezamknięte nigdy powieki,
        i gwar życia pieśni nutę,
        słyszy bez iskry zapału,
        bez przyszłości, bez udziału.
        Przyroda w szacie wiosennej ściele
        mu kwiaty pod nogi,
        i słońce w chwale promiennej,
        oświeca posąg złowrogi,
        posąg kamienny a żywy,
        z duszą, co głazem spowita,
        wyrok niezmienny, straszliwy,
        w dziejach przeszłości swej czyta.
        Pielgrzym spostrzegłszy grzesznika
        w klęczącej głazu postaci,
        gdy skrucha serce przenika,
        z westchnieniem mówi do braci:
        "Ten tylko zbawion być może,
        kto krzyż swój dźwiga w pokorze."
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 27.12.14, 17:11
        Matka Boska Gromniczna

        Noc głęboka... śniegu morze białe dokoła...
        Wilki zgłodniałe po polach wyją złowrogo, -
        Skradając się chyłkiem w uśpione ufnie sioła;
        Zębami kłapią - za łupem włóczą się drogą

        Z przerażenia strachem budzi się polska wioska:
        Krzyk, lament, łzy, wrzawa, dzieci słychać wołania...
        Wtem opodal zagrody staje: Matka Boska
        I płonącą Gromnicą Swą wilki odgania!

        I dziś wilków stada groźnie Polskę zalały,
        W naród wojny walą Kromy! Pod pieczę czyją
        Schroni się piekłem nędzy Trapiony lud cały?

        Kiedy zewsząd wróg z drapieżną sięga szyją,
        A głód, mór, ból, żal, - by fale biją o skały
        W TOBIE NADZIEJA JEDYNA GROMNIC MARYJO

        Włodzimierz Ogończyk Godziszewski
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Lubczy 29.12.14, 13:02
        Historia powstania Lubszy ginie w pomroce wieków. Podanie mówi, że kiedy Kraków budowano, to to do Lubszy jeździli po piwo. A to piwo lubszońskie słynęło w tych czasach na całą okolicę. Znali je Krakowianie, rozkoszowali się niem Łęczycanie, szło w gąsiorach do Chędu, a Sieradzanie i Kaliszanie też niem nie gardzili, Stał tu niegdyś na górze Grójec wspaniały i potężny warowny zamek z czterema wieżami. Szczątki zamku przetrwały
        nie wiedzieć z jakiego powodu aż do XIX wieku, zostały rozebrane przez właściciela.
        Podanie mówi, że w zamku tym, przed wiekami mieszkał w raz z żoną r córką rycerz bogaty i potężny. Jedynaczka córka, której na imię było Lubsza, zakochała się w pewnym dorodnym parobku, który również pokochał piękną córkę rycerza. Rodzice panny wyjeżdżali co niedziela na nabożeństwo do Częstochowy. Pod nieobecność rodziców, Lubsza opuszczała dom
        i dążyła w stronę wioski Kamiennej i tu pod starożytną kapliczką, która do dziś stoi spotykała się z pokochanym parobczakiem. Razu pewnego, ojciec wracając z Częstochowy przydybał ich na schadzce. Rozgniewany krzyknął; "bodajbyście zapadli się w ziemię, jeszcze raz tu się zejdziecie" Od tej chwili jeden ze sług został przydany pannie za stróża. W kilka niedziel później, rodzice panny wyjechali na Mszę św. do Częstochowy. Gdy tylko znaleźli się za bramą
        zamku, panna zaczęła błagać ze łzami w oczach swego dozorcę, by jej pozwolił na schadzkę. Stary sługa ulitował się nad panną, którą bardzo lubił i zezwolił parobczakowi wejść do zamku. Ledwo znaleźli się razem, aż tu zamek się zatrząsł i zapadł się w ziemię wraz
        z panną i parobkiem. Nad ziemią pozostały tylko resztki murów z wieżami. Przekleństwo ojca spełniło się. Gdy rodzice wrócili z Częstochowy, zastali tylko ruiny zamku. Ojciec przypomniał sobie przekleństwo wypowiedziane w złą godzinę, ale żal był już zbyteczny. To się stało, odstać się nie mogło. Z smutku wielkiego i na pamiątkę córki, zbudował rycerz u stóp góry Grójec wieś, którą nazwał Lubszą.
        • madohora Re: Legenda o powstaniu Lubczy 29.12.14, 13:05
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/wb/qa/5ixj/E0683Gvk0JsmA8Zq9B.jpg
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 29.12.14, 15:38
        Z Syrynią wiąże się wiele legend. Jedna z nich mówi o grobie Zofii Eleonory von Bodenhausen ("Bordenowskiej pani"). Była ona jedyną kobietą rządzącą dobrami Grabówka. Według legendy Zofia Eleonora zażyczyła sobie, by po śmierci włożono jej ziemskie szczątki do prostej drewnianej trumny, a wóz zaprzęgnięty w białe woły miał wieźć trumnę i tam, gdzie woły trzeci raz same się zatrzymają – ma być pochowana. W polu między Syrynią i Grabówką znajduje się "Pomnik Bordenowskiej Pani" - powstały prawdopodobnie w miejscu grobowca Zofii Eleonory, zmarłej 12 kwietnia 1751 roku
      • madohora Liszka i wilk 29.12.14, 15:48
        Liszka i wilk

        Jechał chłop z rybami. No i ten chłop napotkał lisa. Lis doźrou, jak ten chłop rybu wióz i obleciał tam w koło i zdech zupełnie na dródze. Chłop jedzie i powiada:
        - No, Panie, dziękujez Ci, kiem cie też naloz zdechłego!
        Bierze go za ogón, wrzuciuł na wóz, no i jedzie. Siedział se ta na przodku, na tych rybach, a lisa ciepnoł ta za siebie, no i dobrze. Ten lis brał po jedny rybie i zerzucoł z woza w tył. Jednem razem ten chłop obeźry się: ani lisa, ani ryb!? Więc powiada:
        - Jezus, Maryjo! co sie stało!? Przecie zdechnięty był!?
        A lis znosi te ryby pod jałowiec i zakopuje. Napad go wilk.
        - O, - powiado - bracie, dzieześ tez tyla ryb uchytoł?
        - A nie wies to, dzie staw? Idź wyrąbane ducolo, wraź ogen i trzymaj - powiada - najmni 24 godzin: tam sie duzo naschodzi do tego ogena. Jak wyciągnies to bez moc ledwie wyciągnies te ryby.
        Wilk posed, jak wraziuł, tak i trzymał. Jednem razem zamarz ze wszyćkiem ogon i ciągnie peźni, ani rus. Opiera sie, cuduje nic nie możno. Ludzie uźreli, chłop powiada:
        - Wilk na stawie siedzi.
        Z kołami lecom, obstompieli. Widzi wilk, ze jest śmierć jego, jak skocuł, ogon se urwał i uciek przez ogona. Zaleciał do tego lisa, dzie te ryby były, powiada:
        - Coześ mi dobrego zrobieł?
        - A to - powiada - dobrzem ci zrobieł. Pamiętas - powiada - jak cie kowal chycieł za ogon; a teraz cie juz nie chyci, bo nie bedzie miał za co.
        Bo on wilk raz potkał kowala i powiada:
        Zjem cie i zjem cie.
        - Jakze ty mie zjes, kiedym bardzo corny. Cekojze umyje sie.
        Jak sie umył pada:
        - Dejze mi sie cego otrzyć.
        Ten mu narzucieł ogona, pada.
        - Utrzyj sie.
        Ten wtensos, jak okręci ten ogon koło ręki, jak zacnie rznonć dembcokiem. Tak mu sie wyprzysięg, jak świat światem, kowala jeś nie bedzie.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 29.12.14, 15:50
        Jastrząb

        Sowa, jak napotkała jastrzębia, ano takiego, co to wyjada te dzieci, tak go prosi straśnie, zeby jej) dziecie nie podusił. Ale on pedo:
        - Wiem to chtóre twoje dzieci?
        - Ale odpowiada:
        - Chtóre najładnijse, te moje.
        No tak on ji przyrzek, co ji nie podusi. Co kaj napotka gniozdecko, napotka pisklęta, zagląda, ony tam ozdziewały dzióbki do niego, no, on odleci nie zrobi skody zodny. Prec tak latał po gniazdach. Skoro napotkał te sowy, ony jak wyłupieły ślipie na niego, wziun, podusiuł wszystkie. Sowa się z niem potyka, pedo.
        - O, mój braciszku, prosiułam cie tez, zebyś mi dzieci nie podusił. Tyś mi przyrzek, a potemeś podusiuł.
        Ano peda:
        - Pedziałaś, ze chtóre najładnijse, to twoje. Co kań zojde, to takie ładne ptoski, to odlece, odlece. A tamok to najbrzydse były, ślepie na mnie powywalały: ja tez podusiuł.
        - O mój bracisIru, a dyć to najładnijse!.
        Zawdy każdemu wszyćko jes nojładnijse swoje.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 01.01.15, 14:24
        Legenda o ziemi

        Ojców naszych ziemio święta
        Ziemio wielkich cnót i czynów
        Tyś na wskroś jest przesiąknięta
        Krwią ofiarnych twoich synów

        I nie darmo w twoje rano
        O puścizno przodków droga
        Ziemią święto ciebie zwano
        Boś najbliżej stała Boga

        Byłaś ziemią poświęcenia
        Przytuliskiem licznych gości
        Dziwny ciebie opromienia
        Czar męczeństwa i świętości

        niegdyś ze stron tych pątnicy
        Z wiarą w sercu niewymowną
        Do Piotrowej szli stolicy
        Po relikwii kość cudowną

        I gdy o ten dar nieśmiało
        Dla ojczyzny swej prosili
        Papież schylił głowę białą
        tak odrzekł im po chwili

        O Polacy! O Pielgrzymi!
        Na cóż wam relikwia nowa
        Wasza ziemia krwią się dymi
        I dość świętych kości chowa

        Wszakże jeszcze do tej pory
        W bitwach z Turki i Tatary
        Męczenników waszych wzory
        Są świadectwem waszej wiary

        I wziął w ręce swą sędziwą
        Polskiej ziemi grudkę małą
        I na dłoń mu się o dziwo
        Kilka kropli krwi polało

        Weźcie rzecze proch ten z sobą
        I cud Boży głoście wszędzie
        Niech ta ziemia wam ozdobą
        I relikwią świątyń będzie

        Niechaj proch ten z waszych progów
        Wciąż wam świadczy przed oczyma
        Jak nad Boga - nie ma Bogów
        Nad tę ziemię świętszej nie ma

        Władysław Bełza
      • madohora Re: Legenda o zaginionym klasztorze 10.01.15, 23:30
        Legenda o zaginionym klasztorze

        Dużo jest legend o zaginionych klasztorach, kościołach i innych budowlach. Jedną z tych opowiadają sobie starzy ludzie w Tychach (pow. pszczyński). Przed laty, kiedy w naszym kraju nie było jeszcze kolei i szos, kiedy powierzchnia pokryta była duże mi lasami a w nich
        przodkowie nasi uganiali za zwierzyną stał w Tychach klasztor. Położony był w pobliżu lasu, w odległości około 500 m. od dzisiejszego kościoła. Codziennie chodziły pobożne służebnice Boga, do których klasztor ten należał, do kościoła, by modlitwą uprosić łaski Pana. Drogi były złe, tem bardziej, że klasztor i kościół dzieliła dolina z stawem. Chcąc skrócić sobie drogę, w czasie niepogody rozmokłą i błotnistą, postanowiły wybudować most ponad doliną i stawem, któryby łączył klasztor z kościołem. Most ten miał być także ochroną od deszczów i zimnych wiatrów, dlatego wzniesiono nad nim dach, a boki obito deskami. Odtąd bez przeszkód mogły chodzić do kościoła, chronione nawet przed spojrzeniami ciekawych ludzi. Pewnego razu klasztor ten stał się miejscem ponurej zbrodni, która ludziom do dziś została w pamięci.
        Otóż, na klasztor napadli zbójcy, spodziewając się bogatego łupu. Herszt bandy stanął przed bramą i wrzasnął: "Otworzyć!" Cisza - tylko na korytarzach śpiącego klasztoru zaczęło się życie. Przestraszone zakonnice zaczęły biegać bez zastanowienia, nie wiedząc co począć. Po chwili ten sam głos zawołał jeszcze groźniej: "Otworzyć! - Natychmiast otworzyć!"
        Biedne zakonnice drżały ze strachu i usiłowały zatarasować drzwi i okna, by zbójcom uniemożliwić wejście do klasztoru. Daremno! Kiedy zbójcy nie otrzymali odpowiedzi, zniecierpliwieni zaczęli rąbać drzwi. Po pewnym czasie runęły z wielkim łoskotem wiekowe, dębowe drzwi a zbójcy wpadli do mieszkania służebnic Bożych. Żaden klejnot, żadna kosztowniejsza rzecz nie uszła ich spoirzeniom, a co tylko warte było trudu, zabrano. Sponiewierane zakonnice zostały jeszcze krótki czas w tym klasztorze, później przeniosły się jednak do Krakowa. Klasztor z biegiem czasu uległ zniszszeniu, most rozwalił się, ale nikt dotąd nie wie, do którego zakonu owe zakonnice należały. W kilkadziesiąt lat później zaczęto
        przekopywać miejsce gdzie miał stać klasztor i napotkano na grube mury. Były to resztki po budynku klasztornym, zaś w stawie widzieli starzy ludzie słupy, jako pozostałość po moście.
        Dziś stawu tego już niema, słupów nigdzie nie znaleziono i nikt stwierdzić nie może, gdzie kiedyś klasztor stał.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 12.04.23, 19:48
        Nie z potrzeby, ale z mody,
        Leciał pędem panicz młody.
        Konie się z biegu pieniły,
        On je ćwiczył co miał siły.
        Umykajcie, wołał, z drogi!
        Groził kijmt i batogi;
        I ten w oczach jego zgrzeszył,
        Kto na stronę nie pospieszył.
        Już to wielką świadczył łaskę,
        Kiedy skierował kolaskę.
        O włos dziada nie przejechał;
        1 z przekąsem się uśmiechał.
        Pędzi dalej, jam rzeki cicho,
        Będzie jemu kiedyś licho;
        A wszak niewyjdzie miesiąca,
        On tu wszystkich poroztrąca! —
        Ale gdy tak zawsze leci
        Z strachem starców, bab i dzieci,
        Kędyś tam na Nowym Świecie
        Zawadził o kamień przecie:
        Pękły osie u karocy
        A on wyleciał jak z procy,
        1 od tej modnej swywoli
        Jeszcze go bok dotąd boli.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 04.05.23, 17:58
        Legenda – z zamkiem w Bezławkach związana jest ciekawa legenda o Świętym Graalu. Słynny kielich Jezusa Chrystusa miał w XI wieku znajdować się w Anglii jako własność króla Harolda Godwinsona, który zginął w bitwie z Normanami pod Hastings. Jego synowie w obawie przed prześladowaniami uciekli z kraju i osiedli na Litwie. Po 300 latach Św. Graal trafił do księcia litewskiego Świdrygiełły, który w 1402 roku przybył z nim do Bezławek. Kronikarze potwierdzają, że przywiózł ze sobą dwa kielichy, nazywane greckim i angielskim…… Podobno zostawił je w zamku, a gdy w 1520 roku podeszli tam Tatarzy, Święty Graal został zamurowany gdzieś w zamienionej już na kościół budowli……..
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 04.05.23, 19:20
        Mazurzy z Nakomiad do dziś wierzą, że pochowana przy rozwidleniu dróg Nakomiady-Salpik i Bałowo po dużym kamieniem. Karczmarka straszy nocami.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 04.05.23, 19:46
        Równie dawno temu w pałacu mieszkała inna panna, która zakochała się ze wzajemnością w kawalerze z innego rodu, co było przyczyną niejednych waśni rodzinnych. Senior rodu nie pozwalał na schadzki zakochanych czy ich ślub. Pewnej nocy więc kobieta uciekła oknem wprost w ramiona ukochanego i razem, pod osłoną nocy, odjechali konno. Ojciec dziewczyny, gdy dowiedział się co się stało, wyrzekł się córki, a okno zamurował. Zamurowane okno wciąż znajduje się od strony wschodniej elewacji
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 04.05.23, 22:59
        Istnieje legenda o tym, że w świątyni dumania (dawnej kaplicy) spotykali się sataniści, co skłoniło miejscowych chłopów do wybicia w jednej ze ścian dziury, którą chcieli wpuścić do środka Boga. Inne podanie mówi, że w jasną, księżycową noc na wyspie pojawia się wór pełen złota.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 04.05.23, 23:54
        Potwór z Kierszówki – legenda

        Na początku opowiadał o tym pastuch, który szukał zagubionego cielaka. Później potwierdzili to także inni śmiałkowie, którzy ryzykując wiele, widzieli to z wysokiego nadjeziornego brzegu. Wokół jeziora Kierszówka pływał szkaradny potwór. Jego widok przerażał. Długie na około sześć metrów cielsko pokrywał zielony, łuskowaty pancerz, z którego sterczały kolczaste płetwy. Zapewne to ten potwór pożarł zagubione ciele, a pewnie też i owce, które ginęły tu wcześniej. Być może wkrótce zacznie zapadać na wsie i ludzi. Trzeba było się bronić.
        Pierwsze straże wystawiły wsie położone najbliżej jeziora. Tymczasem potwór pływał sobie spokojnie, to tu, to tam, jakby pędzony wiatrem. Na polowaniu musiał wyruszać nocą, kiedy strażnicy mogli niczego nie zauważyć. Spokój potwora napawał grozą. W końcu zwołano wszystkich mężczyzn z okolicznych wiosek. Długo radzono, co dalej począć, przy czym wypito wiele szklanic wypełnionych kornusem i meschkinnesem. Pokrzepieni napitkami zebrani nabrali odwagi i zdecydowali, iż zaryzykują atak na potwora.
        Nazajutrz wszyscy mężczyźni stawili się nad jeziorem uzbrojeni w kosy, cepy, widły, żerdzie i postronki. Dostarczono też łódź z sieciami. Czterej młodzieńcy, którzy nie mieli jeszcze na utrzymaniu własnych rodzin, wypłynęli na jezioro. Zarzucili na potwora sieć, przyciągnęli go do czółna i przyholowali do brzegu. Tu wszyscy rzucili się bijąc go i kłując, tak że cielsko stwora zaczęło się rozpadać. Gdy napastnikom wokół głów zaczęły przelatywać drzazgi, zaprzestali rzezi i spojrzeli zdziwieni. Zapadła cisza. Powoli, nawet ci stojący najdalej zrozumieli że upolowali … stary pień drzewa. Ułamane konary wzięli za kolczaste płetwy, a pancerz z łusek okazał się mieszaniną zielonych porostów i mchów, które porosły pień.
        Ludzi ogarnęła wesołość i ulga. Strach ustąpił. Zagadka potwora, który tak długo zagrażał okolicy, została rozwiązana. Młodsi, którzy z daleka przyglądali się walce, podchodzili bliżej. Niektórzy jako posłańcy ruszyli do swoich rodzinnych wsi, aby zanieść kobietom dobrą wiadomość. Butelki z wódką zaczęły krążyć z rąk do rąk, a każdy pił szerokimi na cal łykami. Zaczęto zbierać chrust i rozpalać ogniska. Przyszły kobiety z przygotowanymi naprędce potrawami. Wszyscy jedli z apetytem, pośród krążących stale butelek z krupnikiem i aromatycznym piwem. Gdy pojawił się grajek ze skrzypcami i zaczął grać, świąteczny nastrój sięgnął zenitu. Rychło zaczęto przytupywać i wiele par ruszyło do tańca. Długo jeszcze przekazywano sobie wieść o walce z potworem z Kierszówki, który okazał się tylko starym, zbutwiałym pniem.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 05.05.23, 00:13
        Skrzynia z jeziora …..
        Przed wielu laty pływała po Jeziorze Cichym (gm. Banie Mazurskie) wielka skrzynia, ale nikt nie mógł się do niej zbliżyć, siedział na niej bowiem olbrzymi czarny rak i wszyscy się go bali. W tamtych czasach w Klewinach mieszkał bogaty pan, który dowiedział się o skrzyni pełnej pieniędzy i postanowił ją wyłowić. Znał on wielkiego czarnoksiężnika i zwrócił się do niego o pomoc. Ten zgodził się. Poszli nad jezioro i tam najpierw uzgodnili zapłatę. Czarnoksiężnik chciał wziąć tylko to, co znajduje się w bocznej przegródce. Przybysz zgodnie z umową, natychmiast wziął się do pracy. Przy pomocy sześciu koni udało mu się wyciągnąć skrzynię z jeziora na wysoką górę. Gdy mężczyźni otworzyli ją, okazało się, iż w bocznej przegródce jest złoto i szlachetne kamienie, a w pozostałej części – tylko srebro. Teraz każdy chciał zostać posiadaczem złota i klejnotów. Gdy mężczyźni spierali się, że ze skrzyni dał się słyszeć groźny pomruk, rozległy się jęki i krzyki.
        Wtem czary czarnoksiężnika zaczęły tracić moc i tak, jak ciężko było wciągnąć skrzynię na górę, tak teraz ona sama z lekkością zsunęła się z powrotem do jeziora. Ledwie zdążono wyprząść konie. Skrzynia ześlizgując się wyryła głęboki rów od szczytu wzgórza aż po Jezioro Ciche, który widoczny jest do dnia dzisiejszego. Skrzynia pokonała chciwych ludzi. Od tej pory nikt już nie zaryzykował jej wydobycia.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 05.05.23, 00:19
        O poranku na wzgórzu znaleziono martwego Mazura, ale żadnych skarbów nikt nie widział. Kosztowności powróciły do diabła, wraz z duszą rybaka….
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 27.05.23, 14:35
        Wincenty Kamieński, Przypadki lubelskie.

        Razu jednego wdowa po długoletniej pieni, przez wpływ dzielnej przemocy, ostatecznym rozsądzeniem Trybunału Lubelskiego wyzuta została z całego majątku, i kiedy jej przeczytano Dekret, zawołała głośno przez skutek rozpaczającego żalu: „Ach gdyby mą sprawę i diabli sądzili, takowej krzywdy by mnie nie zrobili”. Gdy odwołano sądy, zaraz po odejściu wszystkich, diabli w całej okazałości sądu Trybunalskiego i ze wszystkimi obrządkami, przybrawszy postać na siebie Sędziów, Prawników, Sług Trybunalskich i innych ludzi, zasiedli w Ratuszu, na nowo przesądzili sprawę wdowy i wyrok od siebie napisany zostawili na stole. Nazajutrz niesprawiedliwi Sędziowie mieli nagle wszyscy pomrzeć.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 27.05.23, 14:48
        Według niektórych późniejszych wersji legendy pamiątką po diabelskim sądzie nie były jedynie przechowywane w archiwum „diabelskie dokumenty”, ale także stół ze śladem czarciej łapy, znajdujący się obecnie w Muzeum Narodowym w Lublinie. Pierwsza informacja o widocznym na stole odcisku pojawiła się prawdopodobnie dopiero w 1876 w „Gazecie Lubelskiej” (artykuł autorstwa Władysława Zielińskiego). Do dziś nie wiadomo jednak, czy mebel ten kiedykolwiek znajdował się w głównej izbie posiedzeń sądu, czy stał jedynie w sali ustępowej, w której gromadziły się strony postępowania i świadkowie oczekujący na wydanie przez sędziów wyroku. Ponadto dotychczasowe ustalenia dowodzą, że sosnowy blat stołu pochodzi najpewniej dopiero z końca XVIII lub nawet początku XIX wieku
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 27.05.23, 19:55
        Scenę przedstawiającą trzech diabłów w szlacheckich strojach stojących przy stole trybunalskim można znaleźć na elewacji kamienicy Rynek 4 w Lublinie. Wykonano ją techniką al fresco w 1954 podczas odbudowy i renowacji budowli Starego Miasta. Autorami polichromii, odnowionej w 2011, byli Stanisław Brodziak i Piotr Wollenberg. Poniżej, w kartuszu, widoczna była „ręka diabelska” (dziś już nieczytelna).
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 27.05.23, 20:09
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/a/af/Kamien_nieszczescia_1.jpg/480px-Kamien_nieszczescia_1.jpg
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 27.05.23, 23:40
        Pewnego dnia, szlachcic, właściciel okolicznych ziem przysłał do wdowy swoich służących z informacją, że pan chce wykupić jej pole razem z budynkami. Propozycja dla zmęczonej wdowy byłaby ciekawa gdyby nie fakt, że dziedzic za budynki i całą ziemię proponował tak małą zapłatę, za którą nie można było kupić w mieście nawet małego mieszkania i żyć lżej. Wdowa odmówiła dziedzicowi. Za kilka dni służący pojawił się ponownie, oferując jeszcze niższą cenę i przekonywał że to bardzo dobra propozycja, a ona będzie żałowała gdy jej nie przyjmie. Wdowa odmówiła ponownie.

        Minęło kilka następnych dni, gdy w nocy obudził kobietę jakiś dziwny łoskot, trzask i zapach dymu. To palił się jej dom, a ona i jej dzieci były w środku. Przeraziła się, obudziła dzieci, wzięła na ręce najmłodsze dziecko, chwyciła pudełko z dokumentami i pieniędzmi (bo trzeba wiedzieć, iż dawno temu na wsi wszystkie ważne dokumenty i pieniądze przechowywane były razem) i w ostatniej chwili wyskoczyli przez okno. Dom z całym dobytkiem spłonął doszczętnie

        Wdowa sprawę wniosła do Trybunału w Lublinie. Gdy nadszedł dzień rozprawy wraz z dziećmi udała się do Lublina. Pofatygował się także szlachcic, wraz ze świadkami których zabrał prosto spod wiejskiej knajpy, aby za kilka kufli piwa zeznali to co chciał szlachcic.

        Sprawa się zaczęła. Wdowa przedstawiła swoją wersję wydarzeń, przy tym miała wrażenie że mówi do ściany, bo nikt jej nie słuchał, nie miała świadków którzy poparliby jej wersję. Potem swoją wersję przedstawił szlachcic i jego świadkowie.

        - Wdowa kłamie, sama podpaliła dom i bezprawnie chce wyłudzić pieniądze.

        - Szlachcic to dobry pan, to niewinny człowiek. - zapewniali świadkowie.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 28.05.23, 00:59
        Filipowiczowa, jak i inne guślice, w pół wsi rózgami u słupa bite i sieczone być mają, a potem wygnane ze wsi na mil dziesięć, a jeśliby się pojawiły, to na gardle lub na stosie karane będą".
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 30.05.23, 18:56
        Stu zalotników w każdey dobie miała, Z każdym bawiła się mile, Wszystkim ochocza żadnemu niestała, Każdy ją lubił na chwilę. Już opuszczała wiosna te doliny, I góry łąki ogrody, Gdy nad wieczorem wpośródku krzewiny, Rwała czerwone jagody. V , Lekki wiatr wtenczas kołysał drzewiny Igrał z suchemi listeczki, Gdy się głos obił o uszy dziewczyny, Jalueyś wesołey piosneczki — 10 — I wnet zdaleka słyszy tętent novry, I spoyrzy steczką zgaiku , Widzi jak iedzie od ciemney dąbrowy, Panicz na karym koniku. I juz przyjechał stanął nad drożyną, Lekko z siodełka się z sadził, 1 jakby zdawna znajomy dziewczyną, Z cicha rozmowę prowadził, Lecz by Wacpanu dobrze rzecz osław Co on jey wtenczas powiedział, Tego z pewnością nie mogę Wyjawić Bo i móy pradziad niewiedział.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 30.05.23, 21:40
        Rozwój górnośląskiego przemysłu oraz zwiększająca się liczba mieszkańców wymagała pod koniec XIX w. pokrycia potrzeb żywieniowych w szczególności dla pracowników przemysłu ciężkiego, którym należało zapewnić kaloryczne pokarmy mięsne. Liczba mieszkańców Górnego Śląska w powiatach: Gliwice, Tarnowskie Góry, Bytom, Królewska Huta, Zabrze, Katowice, Pszczyna i Rybnik stanowiła w 1912 r. 56% wszystkich osób zamieszkałych w Rejencji Opolskiej. Górny Śląsk, mimo obecności na jego terenie obszarów rolniczych, nie był w stanie pokryć zapotrzebowania na produkty żywnościowe całego regionu. Naturalnym zapleczem tych produktów były Galicja i Królestwo Polskie. Przygraniczne miejscowości Górnego Śląska, Mysłowice i Katowice, czerpały korzyści z handlu żywcem, ułatwiały to połączenia kolejowe pomiędzy Rosją, Austrią i Prusami, krzyżujące się w sąsiedztwie Mysłowic, Katowic i Szczakowej.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 30.05.23, 21:45
        W downych casach to wszyndy żyła cołko mocka duchôw, straszkôw a rostômajtych inkszych uokropyństw. Jedne ludziôm pômogały, inksze szkodziły. Besto ludziska, jak te dobre widzieli, to byli fes radzi. Ale jak widzieli te złe, to mieli pierzińskigo stracha! I wtyncos nojlepi było uciekać, coby takigo niy trefić z bliska. Ale niy zowdy sie tak dało i tedy uowdy trza było takymu w gymba wejrzeć.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 30.05.23, 21:48
        Niy dziwcie sie, że ludzie nocnic sie boli. Bo piyknie wyglôndały, ale były fes złe i poradziły ludziom ukrziwdzić wiela wlazło.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 30.05.23, 22:15
        Chopy z Dzieckowic to mieli porzôndne baby. Te zowdy przôntały, a miały staranie, coby w dôma zowdy było cysto. Aże chopôm szkoda było casu, to zowdy wpodali do chałpy pojeś uobiod, a potym, jak ino zjedli, wszysko uostowiali na stole i śli do roboty przi chałpie. I na stołach uostowałay łyżki, widełki, talyrze i gorcki. A wtyncos to przôntały jejich baby. I chopy tak sie naucyli, że sie uostowio na stole talyrze a gorcki, bo baby przeca to poprzôntajôm. I jak śniodali na grubie, to tysz te gorcki na tyjka abo kawa uostowiali bele kaj. Kaj se siednył, tam postawił gorcek. A potym szeł do roboty. Besto po kożdyj pauzie w robocie chopy uostowiali porościepowane gorcki.
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 30.05.23, 22:27
        Chned wszyjscy mieli tysz krowy. Bo krowa tysz była fes dobro. Dowała mlyko. A z tego myka szło narobić kiszki, syra, śmietôny abo utrzyńś masła w maśnicce. Tych, co niy było stykać na krowa, to chowali kozy. I na wsiach i w mieście. Bo wiycie, jak fto był biydny musioł najmować sie do roboty u gospodorza abo we fabryce i ni mioł za wiela polo abo blank go ni mioł, ni mioł włosnyj chałpy, ino siedzioł na kômorze, to se tako koza chowoł. Bajtle wyposali te kozy w rantach wele gościńca, abo na banie abo nad rzykôm i strugom. Tako koza to była fes dobro. Dowała mlyko, chocioż myni jak krowa, ale wyżyrała wszyndy trowa a krzoki. Besto piyrwy nad rzykami, na banie i na rantach żodnych krzokôw świat niy widzioł. Niy tak, jak dzisiej, pra? Abo ludzie chowali barany. Te dowały mlyko, ale tysz dowały wełna, z ftoryj szło zrobić na warśtatach bes zima sztofu na łachy i cwist do śtrykowanio. Uo świniach, kurach, gysiach, cy kackach, to niy spômna, bo taki gowiedzi tysz wszyndy pełno było!
      • madohora Re: Legenda o powstaniu Byczyny 30.05.23, 22:40
        Jednego razu w niydziela bajtle pośli, tak jak jim uojcowie kozali w te istne miyjsce w lesie krowy posać. Boli sie jak diosi, co to bydzie, jak zaś jich kôńsko noga zacnie gonić, ale kyj uojcowie kozali, to żodyn ś`nimi dyskutowoł niy bydzie, boby jeszcze po pysku dostoł szmatôm abo poskym po rzici. Jak bajtle prziśli, to po cichu se godali, a jejich krowy rade gryzły trowa aże hucało! Uoros sychać, jak cosik bes las leci. Jusz sie majôm dować do uciekanio, ale na szczyńście pokozoł sie na drôdze hazok. Bajtle jusz sie uradowali, że to ino hazok, chociosz jim tysz strachu zadoł! Ale uoros dojrzeli, co tego hazoka wystrachało. Za hazockym leciała kôńsko noga. Jak jôm modzi dojrzeli, tak zaros dali sie uciekać. Ale był ś`nimi taki trocha zawalaty Erwin, ftory niy poradził tak drapko lotać. Na dodatek powłôcył jednôm nogôm. Ale ino troszka. Ino, że to stykło, żeby borok sie uobalił! A jak sie uobalił, to go ta kôńsko noga dogôniła. Chopcy to widzieli, ale tak sie boli, że uciekali jeszcze drapci! I żodyn ani sie niy uobejrzoł, co sie z Erwinym wyrobio. Jak chopcy wypodli z lasa, a widzieli, że noga za nimi niy leci, to sztopli. Zacli godać, co widzieli i byli richtig wystrachani. Nô, ale przeca jejich krowy uostały w lesie. Dyć jak przidôm bes nich, to zaś bydôm w dôma szmary. Nô nic, ino trza wrocać do lasa. Trocha uodcekali, aż strach jim przyńdzie i pośli.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka