viri-palestyna
23.04.02, 21:56
Czy można krytykować Izrael bez narażania się na zarzut antysemityzmu? Takie
pytanie, z reguły zadawane rozdrażnionym tonem, często pada w debatach.
Zwłaszcza teraz i zwłaszcza w Europie, gdzie izraelska operacja "Mur ochronny"
wzbudziła falę bezprecedensowego potępienia. Unia Europejska grozi sankcjami,
tysiące młodych ludzi demonstrują na ulicach pod transparentami, na których
niekiedy gwiazdę Dawida zrównuje się, ku niewątpliwej radości księdza
Jankowskiego, ze swastyką. Czasem, jak niedawno w Salonikach, po takiej
manifestacji pozostaje zbezczeszczony pomnik ofiar Zagłady, czasem wystarczy,
że przeprowadza się ją, jak w Warszawie, w rocznicę powstania w getcie. A
zarazem we Francji płoną synagogi i autobusy szkół żydowskich, w Belgii
podpalono żydowską księgarnię, w Berlinie po prostu biją Żydów na ulicy.
"Przemoc rasistowska i ksenofobiczna stanowi całkowite pogwałcenie zasad
wolności, demokracji i praw człowieka, fundamentalnych zasad UE" - stwierdzili
we wspólnym komunikacie ministrowie spraw wewnętrznych Francji, Wielkiej
Brytanii, Niemiec, Hiszpanii i Belgii. Na wszelki wypadek słowo "antysemityzm"
nie padło. Mało kto przecież chce uchodzić za obrońcę Żydów, dlatego lepiej
pokazać, że to zasad - a nie Żydów - się broni.
ONZ-owska nowomowa
Gdy latem 2000 r. Rada Europy przygotowywała dokument na konferencję w
Durbanie, musiałem, jako jeden z jej ekspertów, ciężko się wykłócać, by
przekonać delegatów, że obok "rasizmu, ksenofobii i związanej z tym
dyskryminacji" należy też z imienia i nazwiska potępić antysemityzm.
Przekonywałem, że antysemityzm to europejski wkład w dorobek ludzkości, że
kontynent, który wymyślił getto, pogrom i Treblinkę, nie może się uchylać od
odpowiedzialności. Odpowiadano mi, że trzeba pozostać przy "uzgodnionym języku
ONZ-owskim" i że dodanie antysemityzmu otworzy drzwi każdej grupie, która ma
jakieś specyficzne żale. Ale akurat w czasie tej debaty we Francji podpalono
synagogę i zwolennicy "języka ONZ-owskiego" spuścili nieco z tonu. Uzgodniono,
że co trzeci raz, kiedy w tekście dokumentu padać będzie formułka "rasizm,
ksenofobia i związana z tym dyskryminacja", zostaną dopisane słowa "oraz
antysemityzm".
Ciąg dalszy znamy. Na azjatyckie, "kontynentalne" spotkanie przygotowawcze,
które odbywało się w Teheranie, Żydzi po prostu nie dostali wiz i nic nie
zakłóciło spokoju obrad. A potem był Durban, gdzie organizacje pozarządowe
uchwaliły, że "Izrael jest rasistowskim państwem ludobójczego aparthei-du".
Jedynie organizacje z państw byłego bloku sowieckiego - wszystkie! (z Polski
Fundacja Helsińska i Nigdy Więcej) - oraz przewodnicząca konferencji Mary
Robinson deklarację tę potępiły. Potem na konferencji rządów debatowano jednak
głównie o tym, ile z języka tego dokumentu ma się znaleźć w rezolucji końcowej.
A dwa dni po Durbanie był 11 września.
Przez moment się wydawało, że "ONZ-owski język" został skompromitowany raz na
zawsze. Że zobaczono z całą ostrością, z jakim zagrożeniem mamy do czynienia.
Doszło nawet do haniebnego odwrócenia nienawiści. Przez świat krótko
przetoczyła się fala antyislamskich zamachów, a Oriana Fallaci w swym
osławionym tekście dostarczyła im poniekąd uzasadnienia. Niezwykle ostro
wówczas krytykowałem Fallaci za rasizm i podtrzymuję każde słowo. Ale zarazem
jestem jej głęboko wdzięczny za ostatni tekst, w którym potępia antysemicką
nagonkę i wyraża swą solidarność z Żydami. Fragmenty opublikował "Wprost".
Polscy czytelnicy nie poznają go jednak w całości. Za drogi.
Po 11 września zmieniło się też nastawienie do Izraela. Zaczęto wyrażać
solidarność z ofiarami zamachów, a nawet ostrożnie krytykować władze
palestyńskie za to, że do nich dopuszczają. Oczywiście, nie było co liczyć, że
przez któreś z miast europejskich przejdzie demonstracja poparcia dla Izraela
albo że któryś rząd potępi wprost zbrodnie reżimu Jasera Arafata. Ale jest
prawdą, że widok Żydów zabijanych na ulicy, w domach, podczas uroczystości
religijnych i rodzinnych świąt, w dyskotekach, restauracjach i na drogach
budził w Europie pewien odruch współczucia. A może nawet resztki dawnego
poczucia winy.
Czego nie widać
Wszystko to jednak się skończyło wraz z początkiem operacji izraelskiej. To
prawda - ktoś, kto zabija, jest niewątp-liwie mniej sympatyczny niż ktoś, kto
został zabity. Europejska wrażliwość moralna bardzo się na przestrzeni
ostatniego półwiecza zmieniła. Oczekujemy teraz, by na wojnie nie ginęli ani
nasi żołnierze, ani cywile przeciwnika. Po tym, na ile ten warunek jest
spełniony, oceniamy, czy wojna jest moralna, czy nie. Dlatego nasze wojny
toczymy - jak w zatoce, Kosowie, Afganistanie - z bezpiecznej wysokości i tak,
by nie było widać ofiar. A w Izraelu wszystko było widać: strzelające czołgi,
przerażonych cywilów, zburzone domy. Nie było tylko widać terrorystów
szykujących nowe zamachy.
I władz Autonomii podpisujących rachunki za składniki do robienia bomb. Nie
przypomniano, jak półtora roku temu Jaser Arafat odrzucił porozumienie z Camp
David, które dawało Palestyńczykom niepodległe państwo.
Zamiast tego pokazano nam, jak na posiedzeniu Komisji Praw Człowieka ONZ (tej
samej, która uznała, że nie ma powodu zajmować się prawami człowieka w Chinach;
słusznie: po co gadać o czymś, czego nie ma) państwa UE - Austria, Belgia,
Francja, Hiszpania, Portugalia i Szwecja - głosują za rezolucją potępiającą
Izrael za "masowe zabójstwa" Palestyńczyków. O palestyńskim terrorze nie było w
niej ani słowa. Chociaż nie: podkreślała ona wszak prawo Palestyńczyków
do "stawiania oporu". To prawda: Wielka Brytania i Niemcy, a także Czechy
głosowały przeciw, Polska odważnie wstrzymała się od głosu. Jeżeli więc
palestyńscy terroryści bronią w istocie praw człowieka, to trudno się dziwić,
że ten szlachetny ideał znajduje naśladowców. A oni pytają z przekąsem: czy
kiedy krytykują Izrael, to są antysemitami?
Odpowiedzmy więc dla porządku: nie. Politykę Izraela zawsze krytykuje jakaś
część jego obywateli oraz żydowskiej diaspory, co czyni utożsamianie tej
krytyki z antysemityzmem czymś groteskowym. Są też tacy Żydzi, którzy istotnie
walą zarzutem antysemityzmu po łbie wszystkich tych, którzy się z nimi nie
zgadzają. Dostawałem od nich z jednej i z drugiej strony - wiem, o czym mówię.
Co więcej, nie dziwię się tym, których wiedza o konflikcie ogranicza się do
okresu od wejścia izraelskich czołgów do Ramallah, że wszelkiego zła upatrują
po stronie izraelskiej. Oglądając tylko telewizyjne obrazki, każdy zareagowałby
tak samo - chyba że wiedziałby, dlaczego te czołgi tam weszły. Nie inaczej w
1945 r. reagowaliby telewidzowie - powiedzmy w Ekwadorze - na kadry z wjazdu
amerykańskich czołgów do Niemiec. Nie, nie porównuję Palestyńczyków do
hitlerowców. Mówię jedynie, że zanim ocenię strzelający czołg, chcę wiedzieć
nie tylko, do kogo on strzela, ale i dlaczego.
Spalić hitlerowcom synagogę
W Europie mało kto zadaje sobie dziś takie pytania. Wracają natomiast, jak
brudna fala, klasyczne antysemickie skojarzenia: Żydzi okrutni i mściwi,
prześladujący gojów. Do tego dochodzi haniebne skojarzenie Izraela i hit-
lerowców. Nikt przy zdrowych zmys-łach nie mógłby twierdzić, że istnieje tu
jakakolwiek analogia, podobnie jak nie może być podobieństwa między walką AK a
palestyńskim terrorem: AK nie mordowała niemieckich dzieci. Aby to rozumieć,
nie trzeba wcale popierać polityki Ariela Szarona czy w ogóle jakiejkolwiek
izraelskiej polityki. Wystarczy odrobina historycznej wiedzy i przyzwoitości.
Dlaczego więc tak się dzieje? Dlatego zapewne, że trudno się niektórym
Europejczykom oprzeć pokusie, by nareszcie odpłacić Izraelczykom pięknym za
nadobne. Przez całe dziesięciolecia Europa miała wobec Żydów poczucie winy. Ale
jeśli gwiazda Dawida równa się swastyce, to nie ma powodu czuć się winnym.
Wiadomo przy tym, że nic nie sprawi Żydom więks