hanna_arendt
14.11.04, 09:42
Naomi Klein to nie tylko wariatka Żydówka z lewicowym odchyleniem, jak ją tu
zaprezentowano (http://serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34302,2362077.html)
– to ktoś, kto ma trochę inną wizję świata niż rządzący Gazetą Wyborczą
Likudnicy i operatorzy z Hasbarah.
-------------
Naomi Klein
Globalizacja Doktryny Likudu.*
Prawdziwe dziedzictwo 11 września
"12 września, w dzień po zamachach, też coś się wydarzyło: Stany Zjednoczone -
największe mocarstwo świata - przejęły i przeniosły na szczebel
globalny "doktrynę Likudu", która odnosiła się tylko do Palestyńczyków.
Możecie to nazwać "likudyzacją świata", to jest dziedzictwo zamachów z 11
września." - autorka "No logo" dla kanadyjskiego dziennika The Globe and
Mail.
Prezydent Rosji Putin miał tak dość zarzutów wobec sposobu, w jaki
potraktował straszliwy dramat w Biesłanie, że krzyknął do zagranicznych
dziennikarzy: "Dlaczego nie zapytacie Osamy ben Ladena? Czemu nie zaprosicie
go do Brukseli albo Białego Domu? Możecie sobie "negocjować", jasne…" I dodał
ze swoją miną kagiebisty: "nikt nie ma moralnego prawa wymagać od nas
rozmawiania z zabójcami dzieci!"
Pan Putin nie należy do osób, które muszą powtarzać dwa razy. Na szczęście
dla niego istnieje jeszcze miejsce gdzie nie sięgnie go żadna krytyka:
Izrael. Zaraz po tragedii premier Ariel Szaron gorąco przyjmował rosyjskiego
ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, który przyjechał zacieśniać
więzy w walce z terroryzmem. "Terroryzm nie ma żadnego usprawiedliwienia.
Najwyższy czas, by wolny świat, racjonalny i humanistyczny, zjednoczył się w
walce z tą epidemią" - mówił Szaron.
Trudno się temu sprzeciwić. Istota terroryzmu to mierzenie w niewinnych dla
celów politycznych, które są im całkowicie obce. Pozbawione wszelkiej
podstawy moralnej preteksty, którymi kryminaliści posłużyli się w walce o
sprawiedliwość, prowadzą prosto do barbarzyństwa w Biesłanie: starannie
przygotowanego planu zabicia setek dzieci w pierwszy dzień szkoły.
A jednak samo współczucie nie tłumaczy tej niesłychanej fali solidarności
polityków izraelskich z Rosją. Poza sentencjami p. Szarona można było
usłyszeć szefa dyplomacji Silvana Shaloma: powiedział, że "nie ma żadnej
różnicy między terroryzmem w Beer Shevie** i w Biesłanie". I jeszcze agencja
AP cytuje anonimowego izraelskiego "wysokiego urzędnika" mówiącego, że
Rosjanie "rozumieją już, że nie mają do czynienia z jakimś terroryzmem
lokalnym, ale z ogólnoświatowym terroryzmem islamskim. Byłoby dobrze gdyby
Rosjanie nas tym razem posłuchali."
Jasne przesłanie: Rosja i Izrael uczestniczą w tej samej wojnie. Nie w wojnie
przeciw Palestyńczykom żądającym prawa do swego państwa, ani w wojnie przeciw
Czeczenom domagającym się niepodległości, tylko przeciw "światowemu
terroryzmowi islamskiemu". Izrael, głosem swego szefa rządu, nadaje sobie
prawo definiowania praw tej wojny. Nie ma co się dziwić, że punkt po punkcie
przypominają one prawa Szarona stosowane w bezlitosnej wojnie przeciw
Intifadzie na terytoriach okupowanych.
Punkt wyjścia Szarona to przekonanie, że Palestyńczycy, niezależnie od żądań
politycznych, są zainteresowani wyłącznie zniszczeniem Izraela. To coś więcej
niż klasyczna odmowa jakichkolwiek negocjacji rządu z terrorystami - chodzi o
przekonanie głęboko zakorzenione w nieustannej patologizacji nie tylko
ekstremistów, ale "mentalności arabskiej" w ogóle.
Inne punkty są konsekwencją pierwszego. Przede wszystkim przemoc wobec
Palestyńczyków jest aktem samoobrony, którego stawką jest przetrwanie całego
państwa. Z kolei każdy, kto podważy absolutne prawo Izraela do wyeliminowania
wroga, sam jest wrogiem Izraela.
To dotyczy ONZ, przywódców innych państw świata, dziennikarzy i działaczy
pokojowych. Putin z pewnością dobrze to zapamiętał. Izrael nie pierwszy raz
przyjął rolę Mentora.
Już trzy lata temu, 12 września 2001, ówczesny minister finansów Benjamin
Netanyahu zapytany o wpływ wczorajszych zamachów na stosunki izraelsko-
amerykańskie odpowiadał: "Świetny" "…Eee…. no tak naprawdę nie świetny, ale
to rodzi natychmiastową solidarność". Zamachy - tłumaczył (z trudem) p.
Netaniahu, mogą tylko wzmocnić związki między naszymi narodami, gdyż "my (w
Izraelu) walczymy z terroryzmem od dziesiątek lat, a teraz przyszła kolej na
Stany Zjednoczone", świeżo doświadczone masowym terrorystycznym krwotokiem.
Uważa się na ogół, że 11 września otworzył nową erę geopolityczną, naznaczoną
czymś, co można nazwać "doktryną Busha": wojny prewencyjne, ataki na "bazy
terrorystów" (czytaj: całe kraje), wałkowanie, że wróg rozumie tylko siłę.
Ale właściwie byłoby poprawniej określić tę zamrożoną wizję świata "doktryną
Likudu".
12 września, w dzień po zamachach, też coś się wydarzyło: Stany Zjednoczone -
największe mocarstwo świata - przejęły i przeniosły na szczebel
globalny "doktrynę Likudu", która odnosiła się tylko do Palestyńczyków.
Możecie to nazwać "likudyzacją świata", to prawdziwe dziedzictwo zamachów z
11 września.
Pozwólcie, że będę całkiem jasna: nie chcę powiedzieć, że członkowie
administracji Busha mieliby pracować dla Izraela kosztem Ameryki - nie chodzi
o coraz głośniejszy zarzut "podwójnej lojalności". Chcę powiedzieć, że 11
września 2001 George Bush poszukiwał filozofii politycznej, która mogłaby być
przewodnikiem w jego nowej roli "prezydenta wojny", to jest w zajęciu, do
którego nikt nie mógł być gorzej przygotowany niż on. Tę filozofię znalazł w
Doktrynie Likudu, którą dzielni likudnicy podali mu na srebrnej tacy, gotową
do użycia, już złożoną: nie trzeba dalej myśleć.
Od tej chwili, w ciągu następnych trzech lat, Biały Dom Busha wprowadza w
życie tę logikę tak systematycznie, że po plecach przenika zimno. Realizuje
ją w najmniejszych szczegółach swojej światowej "wojny z terroryzmem", z
patologizacją i klasyfikacją "muzułmańskiej psyche" jako przypadku medycznego
włącznie. Ta filozofia była wyznacznikiem w Afganistanie i Iraku, a może
zostać użyta w Iranie i Syrii.
Problem nie polega tylko na przekonaniu Busha, że Stany Zjednoczone powinny
strzec Izrael przed wrogim światem arabskim. Chodzi o to, że powierzył
Ameryce dokładnie tę samą rolę, którą odgrywał Izrael, kraj skonfrontowany z
tą samą groźbą. W jego opowieściach Stany Zjednoczone biorą udział w
nieskończonej bitwie o własne przetrwanie przeciw siłom oczywiście
irracjonalnym, pragnącym co najmniej totalnej eksterminacji Amerykanów.
Teraz likudopodobny dyskurs rozchodzi się po Rosji. Według "The Guardiana" w
czasie tego samego spotkania z prasą "prezydent Putin dał bardzo wyraźnie do
zrozumienia, że w niepodległościowej walce Czeczenów widzi robotę
czeczeńskich islamistów wspomaganych przez zagranicznych fundamentalistów,
którzy chcą destabilizacji całości południowej Rosji i nawet wywołania
zamieszek wśród społeczności muzułmańskich zamieszkałych w innych regionach
kraju". "Muzułmanie - powiedział - żyją nad Wołgą, w Tatarstanie i Baszkirii.
Chodzi o rozbicie integralności terytorialnej Rosji". Do tej pory tylko
Izrael spodziewał się zepchnięcia do morza.
Nikt nie może zaprzeczyć, że nastąpił dramatyczny i niebezpieczny wzrost
religijnego fundamentalizmu w krajach muzułmańskich. Problem polega na tym,
że panowanie Doktryny Likudu nie pozwala zrozumieć dlaczego tak się dzieje.
Nie wolno nam zauważyć, że fundamentalizm rośnie w krajach zdewastowanych, w
których cywilna infrastruktura została systematycznie zniszczona. To
pozwoliło meczetom wziąć na siebie całą odpowiedzialność za organizację
społeczną, od nauczania dzieci po wywóz śmieci. To się stało w Gazie, w
Groznym, w Sadr City.
P. Szaron twierdzi, że terroryzm nie zna "ni granic nic barier". Ale tak
wcale nie jest.
Wszędzie na świecie terroryzm kwitnie wewnątrz nielegalnych granic okupacji i
dyktatury. Świetnie prosperuje za ":murami bezp