de_oakville
28.04.24, 15:37
Polscy powstancy z roku 1944 ("wojna warszawsko-niemiecka") walczyli glownie o to, zeby powitac Sowjetow wkraczajacych do stolicy Polski jako gospodarze. Nie udalo sie i w dodatku spowodowalo, ze Warszawa zostala "zrownana z ziemia" na rozkaz "Hyclera" i praktycznie przestala istniec (no, glownie centrum miasta). Jeszcze przed 1-sza Wojna Swiatowa byla 3-cim czy 4-tym co do wielkosci miastem Imperium Rosyjskiego, co w jej architekturze podkreslala wielka i imponujaca cerkiew na Placu Saskim, tak ze podrozny z Zachodu (np. z Paryza) przejezdzajacy przez Polske, jadacy do Moskwy mogl sie od razu po takiej architekturze zorientowac, ze juz znalazl sie na terenach podleglych Rosji albo przynajmniej naznaczonym mocna rosyjska obecnoscia. Polska miedzywojenna owa cerkiew zburzyla, ale po wojnie Stalin jeszcze bardziej podkreslil postawienie rosyjskiej stopy nad Wisla przez wybudowanie na niemal pustym zrujnowanym terenie ogromnego drapacza chmur - Palacu Kultury i Nauki swojego imienia (Stalin - "mecenas kultury", dobre), blizniaczo podobnego do 7-miu drapaczy w Moskwie (tzw. "siedem sióstr"), ktore tam staly sie symbolem stalinowskiej potegi ZSRR, kraju zwycieskiego w wojnie z Hitlerem. I znowu podrozny z Zachodu, ktory przejezdzal przez Warszawe pociagiem do Moskwy, widzial od razu (i nawet zblizajac sie do miasta z bardzo daleka), ze juz sie znalazl w moskiewskiej "strefie przyciagania", choc do Moskwy byla jeszcze dluga droga. Jako dziecko lubilem PKiN i ten sentyment pozostal mi do dzis.
Byl on dla mnie symbolem PRL-owskiej "potegi i chwaly", zwlaszcza ze defilady wojskowe, atrakcyjne dla dziecka, odbywaly sie, tuz obok palacu - na Placu Defilad. Z polskich miast najlepiej znalem wtedy i najbardziej lubilem Warszawe oraz Trójmiasto i niemal w kazde wakacje przejezdzalem raz w roku w nocy "pociagiem widmo" przez peryferie Warszawy jadac z rodzicami do Trójmiasta. "Pociag widmo" to byl autentyczny pociag pospieszny relacji Rzeszów - Ustka, ktory w maszym miasteczku, lezacym na linii lubelskiej zatrzymywal sie okolo 2-giej w nocy,
a przez Warszawe przejezdzal okolo 4-tej nad ranem nie zatrzymujac sie na zadnym waznym dworcu, a jedynie na przystanku Warszawa Praga, na ktorym prawie nikt ani nie wsiadal ani nie wysiadal. "Warszawiacy nim nie jezdza" - takie byly opinie pasazerow, za to dla nas byl on wtedy "zbawieniem" - pojechac do Gdańska bezposrednio od nas, bez przesiadki w Warszawie, to bylo cos. Pociag przejezdzal przez bardzo biednie wtedy wygladajace zabudowania peryferyjnej Pragi, za to w oddali widzialo sie ogromny i pieknie oswietlony palac. Nad ranem, okolo 9-tej mozna bylo z kolei ogladac inna ogromna budowle, tym razem niemiecka - wielki, podobno najwiekszy na swiecie sredniowieczny zamek - Zamek Krzyżacki w Malborku. A dalej, dojezdzajac do Gdańska, widac bylo z daleka potezna wieze Kosciola Mariackiego, najwiekszego ceglanego kosciola na swiecie, rowniez postawionego przed wiekami przez Krzyżaków. "Unter Türmen und Masten" ("Wsród wież i masztów") - taki byl tytul zbioru czytanek o Hamburgu, sluzacych do poglebiania znajomosci niemieckiego, a wydanego w ZSRR. Kupilem taka ksiazeczke kiedys przed wielu laty w ksiegarni radzieckiej na Nowym Świecie w Warszawie. Zylismy w PRL-u wsród obcych wież (może poza Krakowem, ktory byl jednak w PRL-u straszliwie zaniedbany, szary i zadymiony przez Nową Hutę) i "wsród masztów" np. "Daru Pomorza", ktory rowniez zostal wybudowany kiedys w Niemczech. Mielismy kulture polska, glownie duchowa, bo ta materialna miala w wiekszosci przypadkow pochodzenia jak wyzej. Dzieki temu moglem sie po latach poczuc na emigracji (np. w Hamburgu) jak "u siebie". Czy podczas wizyty turystycznej w Moskwie za Gorbaczowa rowniez? Na przyklad ze wzgledu na "bratni" PKiN? Raczej nie, bo ZSRR, w przeciwienstwie do Niemiec nigdy nie byl krajem emigracyjnym. W RFN-ie byl dobrobyt i luksus, zycie bylo o wiele bardziej komfortowe niz w Polsce. W ZSRR odwrotnie - ciekawie bylo ten kraj zwiedzac turystycznie, ale meczyc sie tam i mieszkac na stale nikt normalby by nie chcial. Podobal mi sie Plac Czerwony, zlote kopuly cerkwii, uregulowana rzeka Moskwa, oraz owe "siedem sióstr" - "blizniakow" PKiN. Samo miasto dosyc ciekawe i imponujace ale w sumie obce jak Stambuł, rowniez ciekawy ale kulturowo i duchowo bardzo odlegly. Porownanie Moskwy i Hamburga to jak porownywanie panstwowego czolgu z prywatnym samochodem. W czolgu mozna podziwiac technike bojowa i mozliwosci, ale nigdy bysmy nie chcieli byc jego stalym pasazerem. W volkswagenie odwrotnie - chcielibysmy go miec na codzien, aby ulatwial nam zycie i pozwalal sie nam pokojowo przemieszczac z miejsca na miejsce. No, ale jak widac przywodcy pokroju Orbana czy Morawieckiego woleliby czolg radziecki jak za czasow PRL-u czy Węgierskiej Republiki Ludowej. Jak rozne bywaja ludzkie psychiki i upodobania.