Gość: nik
IP: 207.252.61.*
23.10.01, 16:43
Za www.fronda.pl/archiwum/artykul.asp?id=40
We wrześniu 1993 r. opublikowane zostały wyniki badań Departamentu Edukacji
Stanów Zjednoczonych zatytułowane "Umiejętność czytania i pisania w USA". Były
to najobszerniejsze studia, jakie kiedykolwiek przeprowadzono nad Amerykanami:
trwały 4 lata i objęły 26 tys. osób.
Wyniki zaszokowały amerykańską opinię publiczną; okazało się, że w USA żyje 27
mln analfabetów i 45 mln tzw. analfabetów funkcjonalnych. Prawie połowa ze 191
milionów dorosłych Amerykanów nie jest w stanie wykonać tak prostej czynności
jak wypełnienie przekazu bankowego. Tylko 4 proc. potrafi przy użyciu
elektronicznego kalkulatora obliczyć koszt wykładziny, mając podaną cenę metra
kwadratowego i rozmiary pokoju.
Poziom nauczania w USA jest o wiele niższy niż w Europie Zachodniej, np. 40
proc. uczniów europejskich szkół średnich jest w stanie rozwiązać zadania
matematyczne, których 90 proc. amerykańskich uczniów na tym samym poziomie nie
umie rozwiązać.
Ogólnie mówiąc, zawód nauczyciela nie jest w Ameryce respektowany. Wiąże się to
z silnym amerykańskim antyintelektualizmem, szacunkiem dla "ludzi czynu", a
nie "myślicieli". Nic dziwnego, że w międzywojniu tak wielu pisarzy
amerykańskich siedziało w Paryżu, gdzie traktowano intelektualistów jak
bożyszcza. Przykładem owego antyintelektualizmu może być postawa gubernatora
Teksasu, który nie zgodził się na dofinansowanie programu nauczania języków
obcych, uzasadniając to następująco: "Jeżeli angielski był wystarczająco dobry
dla Jezusa, to jest też wystarczająco dobry dla uczniów w Teksasie".
Komercjalizacja studiów wyższych powoduje, że kierują się one zasadami rynku i
figurują na trzecim miejscu przemysłu narodowego USA. Uniwersytety, ale tylko
te najlepsze, są "przedsiębiorstwami" sprzedającymi "produkty". Są w stanie
zatrudnić najwybitniejszych pracowników na najlepszych warunkach, np.
początkowa pensja docenta wynosi od 100 do 150 tys. dol. rocznie. Jaki
uniwersytet w Europie może pozwolić sobie na taki wydatek?
Tym należy tłumaczyć zjawisko "brain-drain" czyli "odpływu umysłów" do USA.
Dość powiedzieć, że wśród kadry profesorskiej na katedrze matematyki
uniwersytetu w Berkeley aż 75 proc. stanowią nie Amerykanie, lecz Chińczycy,
Koreańczycy, Polacy, Rosjanie itd.