marek3333
07.02.03, 19:55
Gra w Izraelu idzie dziś jednak o znacznie większą stawkę. Jest nią
proces pokojowy z krajami arabskimi i ułożenie wewnętrznych stosunków z
Palestyńczykami. Duża część Izraelczyków zdecydowanie sprzeciwia się
terytorialnym koncesjom i z ostrożnością podchodzi do procesu pokojowego,
który rozpoczął się w 1993 roku. Wtedy to właśnie, 13 września, w
Waszyngtonie Izrael, reprezentowany przez premiera Icchaka Rabina i szefa
dyplomacji Szimona Peresa, podpisał tzw. deklarację zasad z Jaserem
Arafatem. Na mocy tejże deklaracji i zawieranych później porozumień
Izraelczycy zobowiązali się do wycofania z części ziem Judei i Samarii,
zwanych Zachodnim Brzegiem, zajętych podczas wojny sześciodniowej 1967 roku.
Już od samego początku układ z OWP wzbudził w Izraelu ogromne kontrowersje.
Protest przeciwko procesowi pokojowemu doprowadził w końcu do wygranej
partii Likud i premiera Netaniahu. 4 listopada 1995 roku, działacz skrajnej
izraelskiej prawicy, Igal Amir, zamordował na pokojowym wiecu w Tel Awiwie
premiera Icchaka Rabina, architekta procesu pokojowego. Po raz pierwszy w
żydowskiej historii Żyd zabił żydowskiego przywódcę. Wedle Amira Rabin był
politykiem, który skłonny był oddać w ręce nie-Żydów część ziemi obiecanej
Żydom przez Boga. W niektórych sprawach, na przykład kwestii Jerozolimy,
dyskusji wśród Żydów być nie może: Święte Miasto musi pozostać, wbrew
Palestyńczykom, wieczną i niepodzielną stolicą Izraela. Postulat oddania
jakiejś części ziemi odrzucają ci izraelscy fundamentaliści ze skrajnej
prawicy, którzy negują jakąkolwiek możliwość porozumienia z Arabami.
Większość osadników to działacze skrajnej prawicy, dobrowolnie służący w
elitarnych jednostkach na najtrudniejszych odcinkach. W razie prób
likwidacji osiedli skłonni są oni podjąć nawet walkę zbrojną. Ale to jeszcze
nie jest najbardziej radykalna prawica. Ugrupowanie Levingera i wiele innych
tego typu partii i stowarzyszeń chce zachować status quo z 1967 roku, czyli
Judeę i Samarię, jako integralną część Izraela. Są jednak w Izraelu
prawdziwi fundamentaliści, którzy, jak skrajnie nacjonalistyczna partia
Moledet, opowiadają się za deportacją wszystkich mieszkających w Izraelu
Arabów do pobliskiej Jordanii. Zbliżeni do niej politycy chcą przynajmniej
odebrania praw obywatelskich, zwłaszcza praw wyborczych, tzw. izraelskim
Arabom, czyli ludziom mieszkającym na terytorium Izraela w granicach z 1948
roku. W 1994 roku w Hebronie szalony osadnik dr Baruch Goldstein zastrzelił
z karabinu maszynowego 29 Palestyńczyków modlących się w Grocie Patriarchów.
Sam również zginął, lecz jego grób jest miejscem pielgrzymek. Podobnie
czczony jest, zastrzelony przez Palestyńczyków w Nowym Jorku, rabin Meir
Kahane, szef rasistowskiej organizacji Kach, zdelegalizowanej po zamachu
Goldsteina. Izraelski terroryzm wobec Arabów był więc reakcją na akcje
Palestyńczyków, ale i brał się z radykalnej ideologii. Działania żydowskich
fanatyków postrzegane są zresztą w Izraelu jako skrajnie niebezpieczne dla
samych Izraelczyków, a także Żydów w diasporze. Z powodu tych fanatyków do
konfrontacji z Izraelem stanąłby cały, liczący sobie miliard ludzi, świat
muzułmański. Kilka zamachów, którym na szczęście zapobieżono, mogło wywołać
tragedię.
Fundamentalizm religijny i fundamentalizm nacjonalistyczny to dwa
największe wewnętrzne niebezpieczeństwa zarówno dla Izraelczyków, jak dla
Żydów w diasporze. Historia zbrodni żydowskich zaczęła się 9 kwietnia 1948
r. Tego dnia, oddział składający się z członków skrajnie szowinistycznych,
żydowskich organizacji: zaatakował wieś Deir Yassin i rozpoczął rzeź jej
mieszkańców. Do mordowania użyto także noży i bagnetów, którymi zakłuwano i
rozpruwano ofiary, nie wyłączając ciężarnych kobiet. Świadkiem zbrodni w
Deir Yassin był Szwajcar Jacques de Reynier, przedstawiciel Międzynarodowego
Czerwonego Krzyża na Palestynę, który na miejsce tragedii zdołał dotrzeć tuż
po zakończeniu masakry. Relację z Deir Yassin, zawarł w raporcie do centrali
MCK w Genewie, porównując masakrę 200 mieszkańców wioski do ekscesów
oddziałów SS w okupowanych podczas 2. wojny światowej Atenach. Pewna
kobieta - ocalała z rzezi mieszkanka Deir Yassin - zeznała, iż jeden ze
zbrodniarzy zastrzelił z zimna krwią jej siostrę, będącą w 9 miesiącu ciąży,
a następnie rozpłatał łono kobiety rzeźnickim nożem. Jej koleżanka, która
próbowała ratować płód, została również zastrzelona. Menachem Begin
stwierdził, iż w konsekwencji zbrodni w Deir Yassin, z Palestyny przyznanej
Żydom, zaczęli uciekać Arabowie, w trosce o swe życie. To było ponad 50 lat
temu. Dziś premier Izraela, Ariel Szaron, wciąż zapewnia izraelskich Żydów,
że zaprowadzi "porządek". Metody, którymi się posługuje to ludobójstwo, w
którym Szaron wyspecjalizował się szczególnie w czasie napaści Izraela na
Liban, zyskując na świecie miano "rzeźnika Libanu". Teraz jest "rzeźnikiem
ludności palestyńskiej", ale ani rząd USA, ani też inne rządy czy
Międzynarodowa Komisja Praw Człowieka itp., nie domagają się postawienia go
przed Trybunałem w Hadze. Ta bezkarność rozzuchwala izraelskich jastrzębi.
Izrael łamie dotychczasowe porozumienia pokojowe i rezolucje ONZ, dotyczące
Bliskiego Wschodu. Wyrzuca Palestyńczyków z ich ziem i buduje na ich
terenach osiedla dla Żydów. Ostatnio zbudowano 3 tys. nowych domów na
wzgórzu Abu-Ghoneim, na terytorium okupowanym. Gwałtownie wzmaga się fala
palestyńskich protestów, którzy jednak są bezradni. Izraelczycy ostrzelali w
nocy rakietami obóz uchodźców palestyńskich Han Junis w autonomicznej
Strefie Gazy, chociaż znajduje się ona pod administracją Autonomii. Wyrwani
ze snu, mieszkańcy obozu, którym udało się uratować - w tym kobiety, dzieci,
starcy, chorzy - znaleźli się bez dachu nad głową. O świcie izraelscy
żołnierze rozwalali buldożerami zachowane jeszcze domy, a następnie
przejechali po rumowisku czołgami. Buldożery zniszczyły też palestyńskie
uprawy. Parę dni temu w kolejnym ataku rakietowym na Strefę Gazy, połączonym
z bombardowaniami, Izraelczycy zniszczyli siedzibę władz Autonomii
Palestyńskiej z wyraźnym zamiarem zabicia Jasera Arafata. Kilku polityków i
wojskowych z najbliższego otoczenia już wcześniej zostało zastrzelonych. Tel
Awiw zajął też część terytorium Strefy Gazy, łamiąc status autonomii,
wprowadził tam swoje wojska, powtórnie okupując ten teren. Ta arogancja
wywołała krytykę wielu polityków zachodnio - europejskich i arabskich.
Również prezydent Egiptu Mubarak ostrzegł Szarona, żeby nie posuwał się za
daleko. Komisja Praw Człowieka potępiła Izrael za poczynania w Gazie.
Jedynym krajem, który tego nie zrobił, były USA. Szaron stworzył z
okupowanego Zachodniego Brzegu Jordanu coś w rodzaju jednego wielkiego
więzienia dla Palestyńczyków. Zostali oni wyizolowani w otoczonych często
zasiekami z drutu kolczastego, czołgami, buldożerami, okopami, w gettach,
których nie wolno im opuszczać pod karą śmierci, chyba że wyjątkowo, za
specjalnym zezwoleniem. Żydowscy żołnierze "do zadań specjalnych" wyłuskują
z tych osiedli "element zbuntowany" i likwidują palestyńskich powstańców na
miejscu albo wywożą ich do więzień i obozów koncentracyjnych. Jeśli weźmie
się pod uwagę, że represje i terror stosowane przez Żydów wobec okupowanych
ziem Palestyńczyków trwają już od ponad pół wieku, można zrozumieć, co oni
czują. Wszystkie inne narody rozwijają się, unowocześniają, kształcą, cieszą
życiem w pokoju, a naród palestyński wciąż krwawi. Nie ma żadnych szans
korzystania ze zdobyczy nowoczesnej cywilizacji, nauki, kultury. Izrael
chętnie odmienia słowo szalom (pokój) przez wszystkie przypadki i trąbi na
cały świat o swojej "misji cywilizacyjnej". Jest to jednak misja śmierci.
Obawa, że opinia publiczna dowie się całej prawdy o zbrodniach izraelskich
Żydów, sprawia, że Izraelczycy, wspierani przez Amerykanów, nie zgadzają się