Gość: |v|rowa
IP: 134.174.196.*
31.03.03, 21:06
A ja nadal chcialbym, zeby to jednak Ameryka wygrala. :).
Krach blitzkriegu
KRZYSZTOF KĘCIEK 2003-03-31
Ofensywa wojsk koalicji utknęła. Siły zbrojne Saddama Husajna stawiają
zacięty opór. Waszyngton gorączkowo ściąga posiłki do Iraku - mowa jest o
dodatkowych 100 tys. żołnierzy. Krwawy konflikt, planowany początkowo na
tygodnie, zapewne potrwa miesiące. Oficerowie Stanów Zjednoczonych w
internetowych dyskusjach zastanawiają się, czy iracki dyktator może wygrać
wojnę.
Plan strategiczny "Szok i groza" oparty był na zaskakująco błędnych,
niewiarygodnie optymistycznych założeniach. Jak się zdaje, Waszyngton
uwierzył we własną propagandę.
Przeceniono możliwości wojny psychologicznej. Przywódcy Stanów Zjednoczonych
spodziewali się, że kiedy spadną pierwsze bomby, dyktator zostanie obalony
przez własnych ludzi.
Wiceprezydent Dick Cheney zapewniał, że słabo uzbrojone oddziały regularnej
armii irackiej nie będą walczyć, co więcej - że nawet niektóre jednostki
elitarnej Gwardii Republikańskiej porzucą sprawę Saddama. Spodziewano się, że
ludność Iraku, zwłaszcza na zamieszkanym przez szyitów Południu, przyjmie
Amerykanów i Brytyjczyków jak wyzwolicieli. Dziennik "New York Times"
napisał, jak to będzie wspaniale, gdy szybko opanowana zostanie Basra, niemal
dwumilionowe miasto na południu Iraku. W świat pójdą zdjęcia żołnierzy
koalicji witanych kwiatami na ulicach Basry. Całe południe kraju wpadnie
sojusznikom w ręce jak dojrzały owoc z drzewa. Będzie to znakomity pod każdym
względem początek wojny.
Przewidywanie takiej reakcji armii i ludności Iraku było zapewne najbardziej
brzemiennym w skutki błędem planistów Pentagonu. Na operację "Iracka Wolność"
Waszyngton i Londyn przeznaczyły stanowczo zbyt małe środki i siły. Sekretarz
stanu, Donald Rumsfeld, uważał nawet początkowo, że wystarczy 100 tys.
żołnierzy, zaś wojnę rozstrzygną inteligentne bomby, ataki z powietrza i
supernowoczesna technika. Ostatecznie sojusznicy skoncentrowali ok. 270 tys.
ludzi, z czego w walkach może uczestniczyć ok. 125 tys. Lekkomyślnie
zrezygnowano z planów utworzenia frontu północnego. Turcja nie zgodziła się
bowiem, aby 62 tys. amerykańskich żołnierzy ruszyło z jej terytorium na
Bagdad. Można było jednak przygotować drugi front w północnym Iraku,
kontrolowanym przez wrogich wobec Saddama Husajna Kurdów. Generałowie
Pentagonu uznali jednak, że uderzenia z południa wystarczą, aby zadać
reżimowi śmiertelny cios. Prawdopodobnie w niewiarygodnym przypływie
optymizmu szef połączonych sztabów, gen. Richard Myers, i jego koledzy
postanowili, że niektóre jednostki koalicji przejadą spacerkiem przez cały
Irak, ominą Bagdad i dotrą do ziem Kurdów, przywożąc ciężki sprzęt wojenny.
Nie ma więc potrzeby, aby dokonywać w irackim Kurdystanie powietrznego
desantu.
Zrezygnowano z długotrwałych ataków powietrznych. Jednocześnie z ofensywą
lotniczą (tak naprawdę bardzo anemiczną) dywizje koalicji
runęły w szalonym marszu
na Bagdad, nie troszcząc się ani o swe tyły, ani o linie komunikacyjne,
omijając, jak to eufemistycznie określano, "pojedyncze gniazda oporu".
Niespodziewanie siły zbrojne Iraku na południu twardo stawiły czoła armii
inwazyjnej. Brytyjskie dywizje utknęły pod Basrą. W niektórych miejscach
witano "wyzwolicieli" życzliwie, ogólnie rzecz biorąc jednak Irakijczycy,
nawet szyici, w przeszłości bezlitośnie represjonowani przez reżim, przyjęli
Amerykanów i Brytyjczyków obojętnie lub wrogo. Z pewnością jakąś rolę odegrał
tu lęk przed represjami wszechobecnej tajnej policji Saddama. Szyici dobrze
zresztą pamiętają, że w 1991 r. Amerykanie najpierw zachęcili ich do
powstania, a potem zostawili swojemu losowi. Pułki Gwardii Republikańskiej w
potokach krwi pacyfikowały wtedy Basrę na oczach żołnierzy George'a Busha
seniora, stojących z bronią u nogi. Trzeba jednak pamiętać, że choć wielu
Irakijczyków nie kocha Saddama Husajna, nie pragnie jednak "wyzwolenia" przez
obce armie, sypiące z nieba bombami, chcące najwidoczniej położyć ręce na
roponośnych polach. W przypływie patriotyzmu mieszkańcy Iraku podejmują więc
obronę ojczyzny. Tysiące irackich emigrantów wracają teraz do kraju, aby
wziąć udział w walce. Nie zostali przecież do tego zmuszeni przez siepaczy
Saddama. "Ludzie myśleli, że Irakijczycy będą powiewać małymi amerykańskimi
flagami, tak jak to się działo w okupowanej Francji podczas II wojny
światowej. Ale to nie jest okupowany kraj. To Irak rządzony, dobrze czy źle,
przez Irakijczyków, dlatego społeczeństwo nie wita Amerykanów jak
wyzwolicieli", mówi Vincent Cannistraro, emerytowany ekspert CIA od
zwalczania terroryzmu.