Gość: Lykos
IP: 150.254.85.*
23.12.03, 08:39
Kurdowie są obecnie największym narodem pozbawionym państwa,
jeśli nie liczyć narodów pozostających w państwach federacyjnych
(Indie, Pakistan, Nigeria - niektóre narody czują się w tych
państwach upośledzone i rozpad tych państw w XXI wieku wydaje
się niewykluczony). Ich sytuacja przypomina sytuację Polaków w
XIX wieku, tyle tylko, że poza krótkim okresem nadziei pod
koniec I wojny światowej nie mieli swego państwa. Są podzieleni
między trzech głównych zaborców: Turcję, Iran i Irak. Niewielkie
populacje zamieszkują Syrię i Zakukazie.
Najmniejszy jest zabór iracki (rozumiem, że puryści
zakwestionują ten termin, zabór sugeruje poprzednią
niepodległość; używam jednak tego terminu, żeby Polacy lepiej
wczuli się w sytuację tego narodu), ale Kurdowie stanowią
największy procent ludności właśnie w tym kraju i tylko w tym
kraju wywalczyli sobie pewną autonomię, większą w okresie
słabości rządu centralnego Iraku, ograniczaną w miarę
krzepnięcia kolejnych reżimów - od Kassema do Hussajna. Mają
swój uniwersytet w Sulajmanili. Kirkuk istotnie uchodził za
centrum kurdyjskie (Kurdowie roszczą sobie pretensje także do
Mosulu) i istotnie został etnicznie wyczyszczony przez kolejne
rządy irackie, a zwłaszcza ostatni. Państwa zachodnie nie
zgłaszały zastrzeżeń do tej polityki, wyjąwszy przypadki
ewidentnego ludobójstwa, gdyż najważniejszy wydawał im się
spokój konieczny do zapewnienia wydobycia ropy naftowej ze złóż
kirkuckich należących do najbogatswzych na świecie.
Kurdom nie udało się wykorzystać dobrej koniunktury tuż po
pierwszej wojnie światowej, gdy demontowano państwo ottomańskie
i powstawały państwa arabskie w Azji zachodniej. "Rekonkwista"
Kemala Paszy zdusiła ich dążenia i mocarstwa europejskie
odstąpiły od planów utworzenia niepodległego (lub zależnego od
Anglików) Kurdystanu.
Obecnie każde dążenie Kurdów do wywalczenia niepodległości lub
chociaż autonomii napotyka na sprzeciw trzech zaborców i jest
postrzegane przez społeczność międzynarodową jako działanie na
rzecz destabilizacji tego wrzącego i tak rejonu świata. Widzę tu
znów daleko idącą analogię do sytuacji Polaków sto lat temu.
Największym zaborcą jest Turcja. Państwo to już teraz jest
mocarstwem regionalnym i ma ambicje przywództwa w gronie państw
Azji zachodniej i środkowej - wśród ludów mówiących językami z
tureckiej grupy ludnościowej (Azerów, Uzbeków, Kazachów,
Kirgizów, Turkmenów, Ujgurów, różnych odłamów Tatarów, Baszkirów
i Karakałpaków, nie licząc drobniejszych), od około 10 lat
nadawany jest dla nich specjalny program tv z satelity,
utworzono fundusz stypendialny ułatwiający kształcenie elit tych
ludów. Ciąży również mocno nad krajami wchodzącymi niegdyś w
skład państwa ottomańskiego - od Bałkanów, gdzie jest patronem
muzułmańskich Bośniaków i Albańczyków, po Półwysep Arabski.
Syrię i Irak może szantażować zatrzymaniem wód Eufratu, co w
okresie niskiego stanu wody w tej rzece mogłoby doprowadzić do
katastrofy głodowej zwłaszcza w Iraku. Jest też poważnym
członkiem NATO, do którego wnosi najliczniejszą armię po
amerykańskiej. Nic dziwnego, że Stanom Zjednoczonym oraz Europie
nie opłaca się wywierać dostatecznego wpływu na Turcję, by
uregulować problem kurdyjski po myśli tego narodu. Brak
autonomii Kurdów i ich prześladowania stanowią dogodny pretekst
do niewpuszczania Turcji do Unii Europejskiej.Półmocarstwa
europejskie, nękane kłopotami z własnymi mniejszościami
muzułmańskimi, w gruncie rzeczy wcale nie pragną obecności
Turcji w UE. Likwidacja problemu kurdyjskiego też nie jest im
więc na rękę.
Osobną kwestię stanowią Kurdowie w Iranie. Tuż po II wojnie
światowej mieli krótkotrwałe państewko inspirowane przez ZSSR.
Iran jest państwem wielonarodowościowym, Persowie stanowią około
połowy ludności (stąd zmiana nazwy państwa z Persji na Iran).
Emancypacja któregokolwiek z narodów postrzegana jest przez
każdy rząd centralny jako groźba rozpadu państwa. Chociaż ani
Turkom ani mocarstwom chrześcijańskim nie jest po drodze z
muzułmańskim reżimem w Teheranie, w kwestii integralności
terytorialnej są jednomyślne.
Kurdowie należą do najbiedniejszych grup w krajach, które
zamieszkują. Jednocześnie uważają złoża ropy naftowej w rejonie
Kirkuku i Mosulu za własne i boleśnie odczuwają ich eksploatację
przez irackich Arabów. Postrzegają to jako wielką krzywdę.
Dochody ze sprzedaży tego surowca rewolucyjnie zmieniłyby ich
poziom życia.
Kiedyś trzeba będzie jakoś rozwiązać problem kurdyjski, inaczej
będzie ciągle niespokojnie w tym bardzo ważnym rejonie świata.
Ale na razie nie widać dobrej koniunktury, co najwyżej na jakiś
stopień autonomii w federacyjnym Iraku. Oczywiście jest to
lepiej niż nic i Kurdowie zapewne z tego skorzystają. Ale dla
Turcji i Iranu będzie to stanowić realną groźbę - zagrożenie ich
integralności i w najlepszym razie zachowają nieżyczliwą
neutralnośc.