tadeusz_ski.51
21.09.09, 10:31
Przez 11 lat mieszkałem na wsi, już jako dorosły i żonaty. Mieszkaliśmy w
takich poniemieckich czworakach, był ogródek, komórka, piwnica, itp. no i
sąsiedzi - 3 rodziny. Zapoznałem się z tymi sąsiadami, szczególnie taka pani
R. przypadła mi do gustu. Kobieta grubo po 40-tce ale sympatyczna, wesoła,
skora do żartów i nie trzymająca się kurczowo tradycyjnych schematów i
konwenansów. Nowoczesna taka. Ja miałem wtedy coś trochę po trzydziestce,
włosy na głowie, długie, bo modne no i słuchałem Beatlesów i Rollingstonsów z
płyt plastykowych tłoczonych na widokówkach. Pani R. hodowała kury, w
zagrodzie za kiblami, bo "toalety" były na zewnątrz. Kiedyś wychodząc z tego
przybytku, słyszę tytułowe słowa: cip cip cip... głos Pani R. Zaciekawiony,
wszedłem do zagrody... ahaaaa, to Pani R. tak przywołuje kury? No tak,
przybiegły do tego korytka, Pani R. się pochyliła aby nasypać coś tam, pechowo
dosyć, bo się na mnie wypięła! Ale ja nie straciłem przytomności umysłu i
sięgnąłem za to, co miałem w zasięgu i mówię: o tu jest cip cip! Na to Pani R.
nie zmieniając pozycji, rzekła: uważaj, jeszcze ktoś zobaczy! Byłem już
żonaty, ona mężatka i matka trójki synów, więc wycofałem się, bo rzeczywiście
mógł ktoś zobaczyć?... Później fajnie było ale dyskretnie i skrycie. Całe
szczęście nie trwało to długo (balansowało się czasem na krawędzi wpadki!), bo
gdzieś za pół roku Pani R. znalazła pracę (w pobliskim mieście) i swoją
sympatię przeniosła na kolegę, dwudziestoparoletniego wielkiego grubasa,
chorego na cukrzycę zresztą. Zakochani w sobie byli tacy, że nawet się
specjalnie nie kryli i wszyscy w koło wiedzieli o romansie. Wszyscy oprócz
męża... bo małżeństwo było całkiem zgodne, ale to inna bajka, co mi do tego?
Jak z tego widać to również na wsi są różnorakie atrakcje...