Gość: stolicznyj
IP: *.acn.pl
06.08.04, 08:01
Zewsząd słychać oklaski i wiwaty na część Kaczora – Wielkiego Obchodów
Organizatora (60-tej Rocznicy Powstania Warszawskiego), Ukochanego Patrioty
Naszego. To są faktycznie wielkie Kacze Dni. Twarde przemówienia...
przypominanie (a raczej: wypominanie) naszym Sojusznikom ich przewin, to tak
miłe naszym zbolałym sercom... A w dodatku, Kaczorowi udało się coś
wspaniałego, a mianowicie: "przekuć" klęskę w zwycięstwo (Powstania).
Zresztą, celebrowanie klęsk to skądinąd nasza narodowa specjalność. Im
większa była dana katastrofa historyczna, tym lepiej nam wychodzą jej
obchody. No, a już Kaczor okazał się w tej sztuce – Mistrzem. Nie dziwią
zatem huraganowe brawa dla Stanowczego Kaczora.
No i uroczysta inauguracja Muzeum Powstania w dniu 1 sierpnia w świetle
jupiterów...
Co prawda, Muzeum zostało z wielką pompą otwarte, i zaraz zostało zamknięte.
To znaczy, jest otwarte, tyle tylko, że jest zamknięte. To jest - chciałem
powiedzieć inaczej - jest otwarte, mimo, że jest zamknięte. Przepraszam,
powiem jeszcze inaczej: jest zamknięte, ale...
Trochę się pogubiłem, ale to detal. Grunt, że Muzeum JEST. Chyba.
W powyższej sytuacji Wielkopomnego Kaczego Triumfu, aż głupio zwracać uwagę
na parę drobnych niedociągnięć Wielkiego Organizatora Obchodów. Są zresztą
drobne i zupełnie nieistotne, więc wymienię je tylko dla pełnego obrazu.
Chodzi o Międzynarodowy Aspekt Obchodów.
Słychać zewsząd, że one także stanowią Wielkopomny Kaczy Sukces. Hmmm...
Przeanalizujmy to.
Kaczor zaprosił do Warszawy przedstawicieli trzech naszych wojennych
Sojuszników: Wlk. Brytanii, USA i Francji. Rosję pominął, bo Rosji sowieckiej
Kaczor za naszego sojusznika w II wś. nie uznaje. Jako kogoś w
rodzaju "gościa honorowego" Kaczor witał Bundeskanclerza Niemiec. Można taki
dobór listy najważniejszych gości szerzej skomentować:
- Kaczor zaprosił ministra Prescotta, bo Anglia była wielkim
sojusznikiem Powstania. Kaczor tak przynajmniej uważa. Nie przeszkadza mu, że
jedyną realną angielską pomocą dla powstańców było kilka zrzutów. Ciekawe, że
mimo iż Anglicy tak bardzo pragnęli powstańcom pomagać, to nad Warszawę
wysyłali głównie załogi... polskie, australijskie i południowoafrykańskie. No
cóż, widać miłość dumnego Albionu do naszej stolicy nie była aż tak dogłębna,
by skłonić wyspiarzy "to risk their own asses" (zaryzykowania własnych
tyłków). Ach, byłbym zapomniał: Mr Churchill osobiście zrobił "coś" dla
Warszawy, a mianowicie, wysłał do Moskwy skołatanego Mikołajczyka, aby biedak
wyprosił u Stalina pomoc dla Powstania. Rezultat misji: zero.
- Kaczor zaprosił sekretarza stanu Powella, bo USA były i są (podobno)
naszym głównym Sojusznikiem i Przyjacielem, a podczas Powstania Jankesi
(podobno) pomagali Warszawie, jak tylko mogli. Co prawda, nie bardzo wiadomo,
jak konkretnie pomagali, bo chyba trudno uznać za taką pomoc nieśmiałe apele
Roosevelta do "Uncle Joe" (Wujka Józia), aby ten wreszcie ruszył swoich
sałdatów i uratował Warszawę. Ach nie, przepraszam, była jednak pewna
konkretna pomoc USA, a mianowicie - imponująca ekspedycja Latających
Superfortec z zrzutami nad Warszawę, w dniu 18 września 1944. Świadkowie
wspominają, że był to piękny widok: setki potężnych maszyn błyszczących w
słońcu, od których oderwała się i poszybowała w dół chmura spadochronów z
czymś podpiętym pod nimi. Nawet Niemców na moment kompletnie zatkało na ten
widok. Wielu Warszawiaków miało nadzieję, że to desant polskiej Brygady
Spadochronowej gen. Sosabowskiego (rząd londyński prosił Anglików o zgodę na
jej wysłanie do Warszawy), ale powstańcy rozczarowali się, bo były to jednak
tylko zasobniki. Rozczarowanie było tym większe, że wiatr zniósł prawie
wszystkie zasobniki na pozycje niemieckie. No, ale cóż, "pomoc" amerykańska
była, no nie? Tzn. był takowy zamiar. Rezultat nieco gorszy, ale nic to.
Mógłby ktoś zapytać, dlaczego wiatr zniósł zasobniki? Ano dlatego, że były
one zrzucane z ogromnej wysokości. Nic dziwnego, że maszyny US Air Force
leciały tak wysoko, bo gdyby leciały niżej, to ryzykowałyby, że zostaną
zestrzelone. No cóż, nasi US-Sojusznicy widać doszli do wniosku, że tak przez
nich ukochana stolica Polski nie była jednak warta nadstawiania karku, a to,
gdzie spadną zasobniki, było im dosyć obojętne. Ważne, że "zademonstrowali"
swoją "pomoc" dla Warszawy.
Swoją drogą, to ciekawe – w sumie my Polacy, za Powstanie najmniej pretensji
mamy do Amerykanów, mimo, że ich jedyny konkretny udział w walce Warszawy w
1944 roku polegał na... dozbrojeniu Niemców. Ech, te nasze paradoksy...
A skoro mowa o Brygadzie Sosabowskiego, to warto pamiętać, że Anglicy w tych
samych dniach września 1944 faktycznie zrzucili ją nad Europę, tyle tylko, że
nie na Warszawę, lecz na okolice Arnhem w Holandii, w ramach wymyślonej przez
Marszałka Montgomery'ego poronionej operacji "Market Garden", polegającej z
grubsza na tym, żeby przełamać front niemiecki na zachodzie Europy za pomocą
spadochroniarzy, zrzucanych prosto na doborowe dywizje pancerne Adolfa. Efekt
był taki, że Niemcy mieli po paru dniach poważny kłopot logistyczny z
ulokowaniem w obozach i wyżywieniem tysięcy nowych alianckich jeńców, a
Holendrzy mieli sporo roboty z uprzątaniem pola bitewnego, zasłanego
stygnącymi zwłokami spadochroniarzy Montgomery'ego.
Notabene, dokładnie w czasie gdy Superfortece brylowały nad Warszawą, także
spadochroniarzy Sosabowskiego masakrowały niemieckie czołgi pod Arnhem. I to
był pewnie kolejny "cenny wkład" Anglików w pomoc dla Warszawy.
Aha, byłbym zapomniał – alianci zrobili dla Warszawy coś jeszcze. A
mianowicie, wymusili na Niemcach przyznanie żołnierzom AK praw kombatantów.
Szkoda tylko, że Mr Churchillowi i Mr Rooseveltowi zastanawianie się nad tym
zajęło niemal cały miesiąc (do 30 sierpnia 1944), czas który Niemcy szparko
wykorzystali, aby hurtem rozstrzeliwać ujętych powstańców jako "banditen".
Cdn