Gość: MONDRY
IP: *.racke.de, / 192.168.6.*
29.07.02, 11:07
Mój Śląsk, moja Polska, mój świat
Jestem Ślązakiem. To dla mnie tak oczywiste, jak to, że bije we mnie serce i
że oddycham. Śląskość mnie boli. Ten ból, czasem bardziej realny od bólu
fizycznego, jest dla mnie dowodem na to, że to coś istnieje.
Przez wiele lat moja tożsamość nie stanowiła dla mnie problemu. Wychowałem
się na Śląsku wiejskim, w otoczeniu, w którym moi pobratymcy stanowili
ogromną większość. Śląskość przez wiele lat była dla mnie jedynym światem,
jaki znałem. Nie zmieniła tego nawet szkoła. Dopóki chodziłem do szkoły w
mojej miejscowości, do kolegów się godało, do „pani” się mówiło, ale tylko na
lekcji, bo poza lekcją czasami nawet z „panią” można sobie było pogodać.
Polska była w telewizji, w szkole, w książkach, była czymś dalekim i
egzotycznym. Śląskość była czymś tak naturalnym, jak powietrze, którym się
oddycha bezwiednie i którego się nawet nie zauważa, albo jak chleb, po który
zawsze można było sięgnąć. Śląsk był w naszej pracy na polu u dziadków, w
opowiadaniach o staroszkach, którzy na gospodarce przeżyli sto lat, w ómie,
która opiekowała się nami w zastępstwie rodziców, w parze gołębi, którą
dziadek przeznaczał na obiad dla wnuków. Śląsk był też w zdziwieniu dziadka,
który chciał sobie „wyrobić emeryturę” pracując w PeGeeRze i nie mógł się
nadziwić dialektycznemu cudowi komunizmu - „jak to się dzieje, że oni chodzą
pijani, tyle dobra marnują, a ciągle mają pieniądze i prosperują”. Tylko
czasami głosy dorosłych zamieniały się w szept, gdy ujkowie wieczorami
rozprawiali o służbie w trzech armiach, wspominali o tym, jak było za Niymca,
a jak za staryj Polski.
Czasami ta egzotyczna polskość objawiała się, jako coś wrogiego naszej
śląskości, np. w postaci nasłanych z Częstochowy na urzędy „Poloków”, albo
nawiedzonych nauczycieli polonizatorów. Ale to były raczej problemy
dorosłych, zasłyszane w podsłuchanych mimowolnie rozmowach. Zresztą była
jeszcze jedna bardzo istotna okoliczność. O to wszystko można było obwinić
komunę. Gdy zaczynałem dorastać wybuchła w Polsce „Solidarność”. To
sprawiało, że śląskość z polskością łatwo było mi pogodzić.
Moje pierwsze brutalne odczucie polskości nastąpiło, gdy po ukończeniu szkoły
podstawowej poszedłem do ogólniaka w mieście. Nie przyszło mi do głowy, żeby
moją etniczność przed kimkolwiek ukrywać. I spotkało mnie odrzucenie. Moja
śląskość i wiejskość zostały wydrwione. Pierwsze lata nauki w ogólniaku
zapamiętałem jako doświadczenie upokorzenia. Najboleśniejsze było to doznane
ze strony rówieśników. I tu się zaciąłem. Nie wiem dlaczego, ale uparłem się,
że nie będę się ani mojej mowy, ani mojego wiejskiego pochodzenia wstydził.
Myślę, że odczuwałem jakieś poczucie osobistej godności, które nie pozwoliło
mi wyprzeć się siebie. Kosztowało mnie to wiele bólu, ale przetrwałem. Byłem
od nich zdolniejszy, pracowitszy, twardszy.
Mimo tego mocnego negatywnego doświadczenia nie nastąpiło we mnie jakiś
radykalny konflikt między polskością i śląskością. Znowu o wszystko
obwiniałem komunę. Przeciwko komunie byliśmy wszyscy, bez różnicy
polskojęzyczni i śląskojęzyczni. Byliśmy po jednej stronie barykady, po
drugiej byli tzw. „oni”. Bohaterstwo, poświęcenie, zaangażowanie dla Sprawy,
to wszystko pociągało, imponowało. Większość moich ówczesnych znajomych
przewinęła się przez oazę. Na pielgrzymkach śpiewaliśmy „Pieśń konfederatów
barskich”, nocami słuchaliśmy „Wolnej Europy” i z wypiekami na twarzy
szeptaliśmy sobie plotki o tym, gdzie ukrywa się Zbyszek Bujak. Polskę
idealizowaliśmy. Łatwo było to zrobić, bo tej wolnej Polski nie było.
Wydawało się nam, że jak tylko sowieci się wyniosą, będzie u nas raj na ziemi.
Pamiętam, że kiedyś na lekcjach polskiego przerabialiśmy publicystykę Edmunda
Osmańczyka, który z pozycji polskiego patrioty, a jednak dość krytycznie,
wypowiadał się o Polakach, porównując ich z Niemcami, którzy właśnie
przegrali wojnę. Wpisywało się to dość dobrze w propagandę schyłkowego okresu
komuny, propagandę szukającą przyczyn upadku państwa w „wadach narodowych”.
Pamiętam, że wtedy jako jedyny odważyłem się zaprotestować i zawzięcie
polemizowałem z polonistką. Byłem jak Gabriel Basista, w filmie „Sól ziemi
czarnej” oglądający Polskę z daleka, przez lunetę, jak marzenie, jak ludową
baśń. Jedyna Polska, jaką wtedy znałem, to kilka wsi z moich okolic plus
patriotyczno-heroiczna mitologia.
I ta wolna Polska do nas przyszła, została nam podarowana za darmo, jak manna
z nieba zrzucona Żydom na pustyni. Ta wolna Polska do nas przyszła i
rozczarowała. Rozczarowała mnie tak samo, jak pokolenie Gabrielów Basistów,
do którego należał mój pradziadek powstaniec. I okazało się, że z tych
naszych wszystkich ideałów nic nie zostało. Nagle Polacy zaczęli się modlić
do sukcesu, idąc do niego po trupach sąsiadów, zamiast prostoty wybrali życie
lekkie, łatwe, przyjemne i głupie a poświęcenie i solidarność zamienili na
zasadę „śmierć frajerom”. I nie potrafiłem wpasować mojej śląskości w świat
dobrze umotywowanych i „wartości swej w pełni świadomych” nosicieli telefonów
komórkowych, cwanych polityków i pogrążonego w marazmie proletariatu, którego
aktywność życiowa ogranicza się do drobnych oszustw, walenia pięścią w stół i
krzyku „a mnie się należy, a myśmy sobie wywalczyli”. I pomyślało mi się, czy
czasem Osmańczyk nie miał racji. I moja polskość topniała z każdym nowym
zwycięstwem postkomuny, z każdą nową aferą narodowo-katolickiej „prawicy”, by
niedawno ostatecznie lec w gruzach. I zacząłem czuć tę różnicę. Nie wiem, czy
jestem Polakiem. Wiem na pewno, że nie jestem Polakiem standardowym, nie
jestem takim Polakiem, jak inni. Górny Śląsk, przynajmniej ten, który znam i
pamiętam, jest inny.
Moje rozczarowanie nie wiąże się tylko z inwazją Mac-świata. Wierzyłem
głęboko w to, że wolna Polska weźmie moją śląską etniczność w obronę.
Przecież przed wojną Śląsk miał szeroką autonomię. Nic takiego się nie stało
a pod pewnymi względami jest gorzej, niż za komuny. Pamiętam, że w czasach
komunistycznych Śląsk budził pewien respekt. Przedstawiano Ślązaków jako
ludzi ciężkiej pracy, prostych, ale twardych i godnych szacunku. To wszystko
zmieniło się po roku 1990. Nastała wprawdzie pewna moda na śląskość, ale
śląskość tą odarto całkowicie z jej ducha, sprowadzając ją do swoistego
śląskiego zoo, w którym można sobie pooglądać różne okazy prymitywnego
folkloru. (I jest całkiem możliwe, że tylko takie zoo nam pozostanie, bo to
prawdziwe zoo ponoć bankrutuje). Dzisiaj Śląsk postrzegany jest jako zatruta
czarna dziura zasiedlona jakimiś zdegenerowanymi półgłówkami. Tak samo, jak
przed laty, upokorzenie jest częstym doświadczeniem mówiącego po śląsku i
przyznającego się do swojej etniczności.
Myślę, że Polacy nigdy Śląska nie zaakceptowali takim, jaki on jest, nie
uznali go za część swojej polskości. Polacy zawsze traktowali Śląsk jako
teren, który dopiero ma się na ich polskość nawrócić.
Polacy nigdy nie uznali za swoją naszej mowy. Gdyby było inaczej, nauczyciele
poloniści nie byliby trenowani, jak unikać śląskiego akcentu („ ... musisz
mówić tak, żeby nikt nie poznał, że jesteś ze Śląska”) i jak oduczać dzieci
mówienia po śląsku. Gdyby było inaczej, p. redaktor Smolorz nie musiałby się
skarżyć, że urzędnicy w katowickim magistracie notorycznie przekręcają jego
nazwisko zamieniając jego śląskie brzmienie na mniej drażniące dla polskiego
ucha „Smolarz”.
Polacy nigdy nie uznali za swoją historii naszej ziemi. W szkolnych
podręcznikach do nauki historii znajdziemy więcej informacji o rewolucji
francuskiej i ekspansji kolonialnej Anglii niż o dziejach Śląska, które przez
sześć wieków toczyły się całkiem odmien