Gość: tomasz
IP: 212.45.227.*
19.10.01, 11:30
Od pewnego czasu nasuwa mi się taka myśl:
Jeszcze 10 lat temu Żoliborz był uważany za tzw. dobrą dzielnicę: mieszkać tam
to znaczyło coś. Te 10 lat temu Żoliborz, na którym wychowałem się, traktowany
był na równi z Mokotowem.
W ostatnim rankingu dzielnic "Wyborczej" spadł na jakieś 6 czy 7 miejsce.
Niestety, prawdą jest, że na Mokotowie i niegdysiejszej sypialni, a dziś
drugiej po Mokotowie dzielnicy w rankingu, Ursynowie, mieszkają obecnie rzesze
wpływowych i energicznych ludzi.
W żoliborskich blokowiskach (niestety za komuny zabetonowano większą część
Żoliborza) - stare babcie oraz zgorzkniali i zdziwaczali życiem w betonie
ludzie, którym i tak jest wszystko jedno.
Widać to doskonale na przykładzie powstałej infrastruktury: na Ursynowie jest
obecnie wszystko, o czym można tylko w mieście zamarzyć. Kina, knajpki, metro,
normalne sklepy.
Wokół ruderowatego blokowiska Sady Żoliborskie, z którego na szczęście się już
wyniosłem, tylko kilka sklepów Społem rodem z poprzedniej epoki. Dochodzi
jeszcze tylko Billa, z żałosną i nieudaną imitacją Galerii Mokotów.
Cytując Wyborczą Żoliborz obecnie to "Kulturalno - rozrywkowa pustynia"...
Osobiście muszę się niestety z tym zgodzić.
Ma to oddźwięk w cenach nieruchomości - Żoliborz spada z miesiąca na miesiąc.
Mokotów / Ursynów trzyma się.
Dodatkowo smaczku dodaje plan budowy autostrady pod oknami blokowisk. Sądzę, że
w obliczu upadku dzielnicy Żoliborz plan ten powiedzie się.
Wówczas dzielnica (szczególnie osiedla Ruda, Potok, Sady Żoliborskie) stanie
się do końca slamsem, bo kto będzie chciał mieszkać (czyli słuchać łomotu i
wąchać spaliny) 50 m od autostrady?
Co o tym myślicie?
Z pozdrowieniami