drapka
27.03.03, 22:39
Tak przy okazji jakiegoś innego wątku przypomniały mi się autentyczne
historie z super/hipermarketami i działami mięsno-wędliniarskimi w roli
głównej.
1. Czekam w śp. Hicie w kolejce do obsługi klienta po gwarancję, a przede mną
kolejka, w niej facet. Trzyma w ręku torebkę. Tak cały czas coś mi
śmierdziało, tak zajeżdżało. W końcu facet dostał się do lady, otworzył
torebkę i... BINGO! To jego najnowszy zakup z działu mięso-wędliny.
2. Albo taki Geant, stoisko z wędlinami w plasterkach. Jakieś mielonki czy
inne zmemłane odpady - a że był początek dnia, a one sobie leżały całą noc,
kolor ich do najbardziej twarzowych nie należał. Co panie za ladą zrobiły?
Wzięły trochę plasterków, odwróciły do góry nogami i już na wierzchu była
wędlinka świeżutko krojona, ciesząca się i błyskająca fosforanami do klientów.
3. O szynce z błoną, w której można było rozpoznać kolor szczeciny świnki
dającej swój wkład w przemysł wędliniarski (była taką ciemną blodynką...) już
nie będę pisać, bo może ktoś akurat ma przerwę śniadaniową
4. Parówki, które zamiast się ugotować wytapiają się do garnka to chyba nic
nadzwyczajnego
A już podziwiam szczerze kaskaderów, którzy zakupują wędlinki z takich
długich regałów, gdzie wszystko jest szczelnie zapakowane w folię. Jak sobie
przypomnę co się zawsze po otwarciu takiej szyneczki wylewało z folii, jaki
miało kolor, zapach i smak i jeszcze skład chemiczny tego opisywany w
prasie... Ludzie uważajcie, bo wam wątroby wysiądą wcześniej niż im jest
pisane!