skubi6
17.11.06, 23:21
Komisarz Marcinkiewicz
Kazimierz Marcinkiewicz dostał w pierwszej turze wyborów samorządowych około
38% głosów, o 6 punktów więcej, niż warszawska lista PiS (dane z północy po
wyborach). A więc Marcinkiewicz jest popularny: wielu wyborców nie widzi w nim
tych fatalnych wad, które rażą ich w PiS.
Rzeczywiście, to nie Marcinkiewicz negocjował w nocy z Renatą Beger. To nie
Marcinkiewicz użył "skrótu myślowego" i nazwał rosyjskimi szpiegami byłych
ministrów spraw zagranicznych. To nie Marcinkiewicz porównał opozycję do ZOMO.
I tak dalej.
Ale ta popularność nie jest uzasadniona. Bo chociaż PiS i Kaczyńscy wyrządzili
wiele szkód bez pomocy Marcinkiewicza, to jednak sporo złego zrobili właśnie z
jego pomocą.
Rządzenie z Lepperem i z Giertychem
Andrzej Lepper jest wielokrotnym przestępcą, ma cztery prawomocne wyroki. Stoi
na czele partii, w której roi się od przestępców. Organizował niszczenie zboża
- jest więc wrogiem głęboko zakorzenionej w Polsce tradycji szacunku dla
chleba. Ma destrukcyjny program ekonomiczny, na przykład bezterminowy zasiłek
dla bezrobotnych równy najniższej pensji - a więc zasiłek taki, że żadnej
osobie słabo wykwalifikowanej już by się nie opłaciło pracować.
Roman Giertych jest wierny tradycji endeckiej, nasyconej nienawiścią do
"innych", a więc antychrześcijańskiej. Przypomnijmy, że Roman Dmowski, twórca
tej tradycji, nie wierzył w Boga. Giertych jest przywódcą Młodzieży
Wszechpolskiej, organizacji nawiązującej do nazizmu. W wyborach prezydenckich
Giertych popierał swojego ojca Macieja, zwolennika stanu wojennego i
przeciwnika teorii ewolucji (Maciej Giertych obala teorię ewolucji faktem, że
dinozaury były współczesne ludziom; jednym z tych dinozaurów był według niego
smok wawelski).
Kazimierz Marcinkiewicz zrobił Leppera i Giertycha wicepremierami, czyli
swoimi zastępcami i najbliższymi współpracownikami. Mianując ich
wicepremierami i powierzając im ministerstwa, otworzył im drogę do
wprowadzania do administracji państwowej ludzi podobnego pokroju. A więc
Marcinkiewiczowi zawdzięczamy nie tylko Leppera i Giertycha w rządzie, ale też
całą masę mniejszych giertyszków i lepperków na różnych szczeblach aparatu
państwowego. Czyli psucie Polski, i to na dużą skalę. Aby użyć języka PiS:
budowanie układu.
Marcinkiewicz nie dokonał tych nominacji z własnej woli. Dokonał ich, bo mu
kazał Kaczyński (o tym za chwilę). Ale to nie ratuje jego honoru. Bo na
wnioskach o nominacje są podpisy Marcinkiewicza. Gdyby Marcinkiewicz miał
jakieś resztki honoru lub troski o Polskę, to by tych wniosków nie podpisał.
Oczywiście, spotkałyby go wtedy takie czy inne nieprzyjemne konsekwencje,
łącznie z dymisją rządu.
Ale od polityka mamy prawo żądać, aby odmówił posłuszeństwa przywódcy czy
nawet stracił stanowisko, zamiast zrobić coś, co niszczy Polskę. Przypomnijmy,
że minister Stefan Meller odszedł z rządu gdy Lepper został wicepremierem.
Meller zrobił to, chociaż jego ministerstwo (sprawy zagraniczne) nie ma nic
wspólnego z Lepperem i chociaż nikt się od Mellera nie domagał poparcia dla
Leppera. Po prostu Meller nie chciał być w jednym rządzie z Lepperem, czyli
uczestniczyć w przedsięwzięciu niszczenia Polski. A Marcinkiewicz w tym
przedsięwzięciu uczestniczył, a nawet, będąc oficjalnie premierem, kierował nim.
Udawanie premiera
W roku 2005 bracia Kaczyńscy chcieli objąć urzędy prezydenta Rzeczypospolitej
i premiera. Ale pojawiła się trudność: sondaże pokazały, że ten pomysł nie
podoba się Polakom. I dlatego Jarosław Kaczyński obiecał, że nie będzie
premierem. Wyborcy mu uwierzyli, Lech Kaczyński wygrał wybory prezydenckie, a
następnie Marcinkiewicz, a nie Jarosław Kaczyński, został premierem.
A więc wszystko wyglądało ładnie, obietnica została spełniona. Ale tylko z
pozoru: natychmiast po swym wyborze Lech Kaczyński wypowiedział słynne słowa
"Panie prezesie, zadanie wykonane". A więc Prezydent Rzeczypospolitej,
pierwsza osoba w państwie, ogłosił swoją podległość "panu prezesowi", czyli
ustanowił swego brata nadprezydentem. Od tego momentu było jasne, że
Marcinkiewicz nie będzie niczym więcej, niż wykonawcą woli Jarosława
Kaczyńskiego - bo chyba trudno sobie wyobrazić autonomicznego premiera, skoro
nawet prezydent podlega nadprezydentowi.
I rzeczywiście: gdy negocjowano "pakt stabilizacyjny" (poparcie Samoobrony i
LPR dla rządu), negocjacje prowadził Jarosław Kaczyński, i to dwukrotnie: w
czasie tworzenia paktu, a potem w czasie kryzysu, który omal nie doprowadził
do jego rozpadu. Podobnie było w tym smutnym dla Polski momencie, gdy Lepper i
Giertych zostali wicepremierami. Przyjęcie Zyty Gilowskiej do rządu też było
negocjowane przez Kaczyńskiego. Marcinkiewicz tylko podpisywał papiery, gdy
wszystko już było ustalone.
W tych sprawach, kluczowych dla rządu, Kaczyński był faktycznie premierem - bo
szukanie poparcia politycznego dla rządu, dobór członków rządu, to podstawowe
zadania premiera. Marcinkiewicz zachowywał się wtedy jak sekretarka, która
wypisuje dokumenty premierowi Kaczyńskiemu.
Minister skarbu Wojciech Jasiński, zaufany człowiek Jarosława Kaczyńskiego,
mianował różnych niewłaściwych ludzi prezesami państwowych spółek. W
szczególności mianował prezesem PZU Jaromira Netzela, na którym ciążą poważne
oskarżenia o ciemne interesy. Ta nominacja wywołała serię artykułów w prasie i
ostrą polemikę, która rządowi bardzo zaszkodziła. Marcinkiewicz miał tego dość
i chciał Jasińskiego odwołać... ale skończyło się na utworzeniu komisji przy
premierze, która miała kontrolować działania Jasińskiego. Innymi słowy,
Marcinkiewicz zdezawuowanego przez siebie ministra próbował ubezwłasnowolnić
przy pomocy komisji, zamiast go usunąć. Tym samym okazał się prawie-premierem:
prawdziwy premier swoich ministrów mianuje i usuwa, prawie-premier takiej
władzy nie ma, ale za to może powołać komisję.
Udając premiera, którym faktycznie nie był (czy też, którym "prawie był"), a
tym samym pozwalając Kaczyńskiemu na złamanie jasnej obietnicy i na faktyczne
sprawowanie funkcji premiera, Marcinkiewicz oszukał wyborców.
W Polsce przyjęło się bardzo ostro krytykować niektóre rodzaje nieuczciwości
polityków. Potępia się szczególnie korupcję i współpracę z SB (czy ewentualnie
z WSI). I słusznie. Ale powinniśmy potępiać wszelkie rodzaje nieuczciwości, a
nie tylko niektóre z nich. Udawanie premiera jest działaniem nietypowym i nie
należy do kategorii nadużyć często potępianych. Ale jest to nieuczciwość
bardzo poważna, szczególnie, gdy celem jest oszukanie wyborców.
Bezprawne przejęcie Warszawy
Kazimierz Marcinkiewicz jest dziś komisarzem Warszawy: sprawuje funkcję
prezydenta chociaż, wbrew prawu, nie został na nią wybrany. Dlaczego tak jest?
Przecież w momencie, gdy poprzedni prezydent Lech Kaczyński został Prezydentem
Rzeczypospolitej, prawo było jasne: powinny były zostać rozpisane wybory na
nowego prezydenta Warszawy.
Ale PiS złamał prawo na tyle sprytnie, że wyborów uniknął. Manewr opierał się
na kruczku prawnym: gdy 22 grudnia 2005 Lech Kaczyński złożył dymisję z
funkcji prezydenta Warszawy, dymisja wymagała przyjęcia przez Radę Warszawy.
Dopiero po przyjęciu dymisji można było rozpisać wybory nowego prezydenta.
Rada Warszawy miała obowiązek przyjąć dymisję w maksymalnym terminie miesiąca.
Termin ten był absurdalnie długi, gdyż w międzyczasie zarządzanie Warszawą
było sparaliżowane: Lech Kaczyński, będąc Prezydentem Rzeczypospolitej, ani
nie mógł ani nie chciał zarządzać Warszawą, a póki jego dymisja nie była
przyjęta, miasto nie miało żadnego innego zwierzchnika. A więc, gdyby Rada
Warszawy kierowała się potrzebami miasta, przyjęłaby dymisję natychmiast.
Ale stało się zupełnie inaczej. Rada, zdominowana przez PiS, dymisję przyjęła
8. lutego, czyli ponad dwa tygodnie po maksymalnym terminie. Miasto przez
półtora miesiąca nie miało legalnego kierownictwa. To opóźnienie, tyleż
szkodliwe co kompletnie nielegalne, dało