Gość: stolicznyj
IP: *.acn.pl
19.11.03, 17:32
Prezydent Lech Kaczyński jest coraz bardziej nerwowy. Ma coraz więcej
kłopotów na stanowisku, które zajmuje. Niestety, nie da się funkcjonować na
urzędzie prezydenta prawie 2 - milionowej stolicy, zajmując się wyłącznie
wielką polityką i szykowaniem swojej kampanii wyborczej na prezydenta Polski
w roku 2005. Oprócz kilku populistycznych posunięć, a częściej deklaracji o
charakterze propagandowym (walka z tzw. układem warszawskim, o uczciwość i
przejrzystość /nie bardzo wiadomo w czym...?/, Muzeum Powstania
Warszawskiego, zmagania z agencjami towarzyskimi, zmiana planu Placu Defilad,
itd.), Kaczyńskiego żywotne sprawy miasta kompletnie nie interesują, po
prostu nie zajmuje się nimi. Efekt jest taki, jak z tymi działkami przy al.
Waszyngtona. To oczywiste, że prędzej czy później zostaną one zajęte pod
inwestycje, są zbyt atrakcyjne, w grę wchodzą zbyt wielkie pieniądze.
Oczywiście towarzyszyć temu będzie głośny krzyk działkowiczów, który
prezydenckiemu kandydatowi może politycznie zaszkodzić... To dlatego gdy
tylko Gazeta Wyborcza napisała o przejęciu tego terenu i zrobiła się afera,
Kaczyński natychmiast wyrzucił na zbitą twarz dyrektora, który spełnił
klasyczną rolę "kozła ofiarnego". Tego z kolei nie mogła zdzierżyć pani
Safjan, i złożyła dymisję. Przez rok "adsministracja" cierpiącego na przerost
ambicji prezydenta - nieroba trzymała się siłą rozpędu. Teraz nawarstwiające
się, nierozwiązywane przez nikogo problemy stolicy prowadzą prostą drogą do
dramatycznego rozpadu niekompetentnej, pozbawionej kierownictwa ekipy
Kaczyńskiego. Tylko Warszawy szkoda...