rapid130
07.03.12, 12:10
Od pewnego czasu obserwuję dziwne zjawisko, które mi przeszkadza.
Występuje na drogach pozamiejskich. (Warszawiacy, możecie tego nie dostrzegać).
Rośnie procent kierowców, którzy nie używają świateł drogowych, chociaż warunki i sytuacja pozwalałyby im odpalać pełną iluminację. Dotyczy to nawet kierowców zawodowych!
Czemu mi przeszkadza? Bo opóźnia moment dostrzeżenia pojazdu jadącego na światłach mijania. Wam nie trzeba tłumaczyć, że odpalone reflektory drogowe są wspaniałą, wczesną zapowiedzią nadjeżdżającego samochodu, zanim jego "gablota" faktycznie znajdzie się w zasięgu wzroku.
Bywa, że przez to wychodzę na chamisko, które spóźnia się ze zmianą świateł i dostaję za karę po oczach długimi. Xantia praży drogowymi mocno, na 4 reflektory, co opóźnia mi dostrzeżenie bladego odblasku słabowitych świateł mijania za horyzontem. Nie dość tego, dźwignienka przełącznika świateł typu pociągnij-pociągnij (kretyńskie rozwiązanie!) wymaga wykonania dwóch ruchów dłoni zamiast jednego jak w wielu staromodnych samochodach, co opóźnia zmianę o kolejne długie kilka dziesiątych sekundy. Tym bardziej łuna świateł drogowych za horyzontem bywa dla mnie bezcenną informacją.
W wielu miejscach zacząłem odruchowo łapać za dźwigienkę, żeby skrócić czas operacyjny "dostrzeżenie cudzych świateł -> zmiana moich". Tylko i wyłącznie wskutek częstego spotykania samochodów bez sensu jadących na krótkich.
Z czego to dziwne zjawisko niechęci do długich może wynikać?
Z lenistwa? Bo przy obecnym ruchu paluszki więdną od ciągłego przełączania świateł?
10-15 lat temu normą były "zawody" kto później wyłączy światła drogowe bez oślepiania jadącego z przeciwka. I to było dobre!