emes-nju
17.12.12, 11:55
W piątek jechałem świeżo (już ze dwa miesiące temu...) wyremontowana drogą. Z powodu braku rozmalowania na odcinku kilku km trzeba było jechać 40 km/h - taki był powód o czym informowała tabliczka pod towarzyszącym ograniczeniu znakiem "inne niebezpieczeństwa". Droga dość równa i faktycznie nierozmalowana. Ale w odróżnieniu od miażdżącej większości polskich dróg wyposażona w "kocie oczka" na linii środkowej. No ale 40-tka musi być! Już tak ze dwa miesiące... Co to we końcu komu przeszkadza?
No dobra. Oczywiście, jak WSZYSCY, byłem piratem i grzałem po tej nowiutkiej i dość równej drodze 80-90 km/h wypatrując poprawiaczy bezpieczeństwa. (Jeżdżę nią dość często i wiem, że nie ma na niej żadnych niespodzianek - zresztą kto by się spodziewał jakichś prac na ukończonej i tylko nie pomalowanej drodze w piątek późnym wieczorem).
Ciekawym zabiegiem było pozasłanianie czarnymi workami tablic oznaczających tereny zabudowane (dwa). Wygląda więc na to, że taka tablica nie ma ŻADNEGO innego dla kierowcy znaczenia niż wprowadzenie ograniczenia do 50 km/h...
Ok. Tak to wyglądało, jak jechałem na południe. Tu remontowy znakolog jako tako ogarnął przepisy. W drodze na połnoc już tak różowo nie było. Najpierw pojawiła się 40-tka, potem skrzyżowanie (oczywiście tylko "organa" wiedzą czy odwołujące czy nie), potem wjeżdżało się w teren zabudowany, potem z niego wyjeżdżało, potem wjeżdżało się w kolejny teren zabudowany (tym razem z workiem na znaku), potem był jego niezasłonięty workiem koniec i... odwołanie 40-tki. A w międzyczasie był fotoradar, przy którym ZGODNIE Z OZNAKOWANIEM mogłem jechać 90 km/h.
I tak, Jeżdżąc Zawsze Zgodnie Z Przepisami, łapie się w Polsce mandaty :/