jureek
26.08.09, 10:01
Bardzo ważnym elementem w okresie mojego dzieciństwa i młodości był autobus
PKS. Mieszkałem na wsi, samochodów osobowych ludzie nie mieli, do miasta (do
szkoły, do pracy) jeździło się pekaesami. Autobusy były zawsze przepełnione i
nigdy nie było pewności, czy kierowca wpuści cię do autobusu, czy zostawi na
przystanku. Kierowcy to byli paniska i postacie tak samo ważne, jak sklepowa,
czy listonosz. Do dziś pamiętam, że np. pan Czesiek, to był porządny chłop
(chociaż "haziaj", jak samo imię wskazuje), bo zawsze starał się, żeby nikt
nie został na przystanku. Ludzie na ogół cierpliwie znosili kaprysy kierowców,
ale była jedna kobita z sąsiedniej wioski, która zawsze głośno marudziła. Gdy
stała na zewnątrz, to marudziła, że ci w środku mogli by się bardziej ścisnąć,
to wtedy wszyscy by się zmieścili, a gdy czasem udało jej się wsiąść jako
jednej z pierwszych, a pan Czesiek prosił będących w srodku, żeby się
przesunęli, to znowu słychać było głośne ujadanie tej pani: "Co ten kierowca
sobie nie mysli? Mamy jechać jak sledzie w beczce? Jak nie ma miejsca, to
niech poczekają na następny autobus".
Jura