ice-tea
28.04.04, 16:15
Prawie 4 lata spotykam sie chlopakiem, ale w sumie nigdy nie bylam zadowolona
z tego wszystkiego. W tym sensie, ze praktycznie na wszystko mamy inne
poglady, jestesmy bardzo roznie. Nigdy nie potrafilam odejsc (milosc, a moze
tylko jej pozory). Jedna z rzeczy, ktora mnie zawsze bardzo bolala bylo to,
że brakowalo mi takiego "romantyzmu", przezentow, typu bielizna, zaproszenie
na kolacje do restauracji. Jak mi cos dal, to musiala byc okazja(zreszta
bywalo, ze i wtedy konczylo sie na slowach). Moze jest we mnie troche
materializmu, a moze potrzebuje po prostu poczuc sie jak kobieta, kobieta
jego zycia, a mam dopiero 23 lata! Wszyscy mnie zawszeprzekonywali, ze jest
jeszcze bardzo mlody, nie ma kasy itd. Ale w ostatnim czasie jestem juz na
100 % pewna, ze to nie to, ze on sie nigdy nie zmieni, a na komputer czy
uzywane auto (wstyd mowic jakie) ma srodki. Ja po prostu mam dosyc
tej "bylejakosci" z jego strony, naszego bylejakiego zwiazku, chce czegos
wiecej. Dotad chociaz seks byl w miare dobry, ale ostatnio nawet to jest do
niczego, tylko przysparza mi frustracji i bezsennych nocy(jak jest u mnie).
Co mam zrobic? Przeciez milosc powinna przynosic szczescie, a nie tylko bol.
I czy spotkania 2-3 razy w tygodniu pozna noca to "milosc"? Moze nie umiem
przyciagnac tego "wlasciwego"? Jak sie tego nauczyc? Czesto zaluje, ze go
ponalam !