sylwka_w
25.07.03, 11:54
Witam...to znowu ja.....troszeczkę zmieszana i strapiona, ktoś kto przeczyta
moje posty przepełnione problemami, pomyśli ze zmyślam historie aby pobudzić
innych do komentarzy. Otóż nic bardziej mylnego. Jestem osobą bardzo
zakompleksioną...choć zapewne gdybyście spotkali mnie w realu nie
stwierdzilibyście tego na pewno, poza tym jestem skora do analizowania nawet
najbardziej błahych problemów, co często przynosi mi kiepskie korzyści. Ale
przejdźmy do rzeczy...
Za dwa miesiące biorę ślub, z mężczyzną mojego życia, którego naprawdę
szalenie kocham. Większość spraw jest już dograna, suknię odbieram 2
sierpnia, taką o jakiej zawsze marzyłam....Problem w tym że ostatnio coraz
częściej kłócę się z moim narzeczonym...o głupoty oczywiście mniej lub
bardziej ważne....Mam naturę bardzo wrażliwej osoby i każde nieporozumienie
bardzo przeżywam, szczególnie wtedy gdy jedyną reakcją mojego narzeczonego
jest obojętność. Poza tym zauważyłam ze od 2 może 3 miesięcy ON bardzo
zmienił podejście do mnie, nie jest już tak czuły jak kiedyś, nie dąży do
tego by dojść do porozumienia. Kiedyś o problemie mogliśmy przegadać całą noc
choćby po to by pogodzić się, dojść do jakiegoś rozwiązania. Dziś na ogół
kiedy mamy trudności z porozumieniem się sprawa wygląda tak: ja chodzę za
nim, próbując porozmawiać na spokojnie, znaleźć jakąś alternatywę a on słucha
(albo tylko udaje że słucha) po czy odwraca się i zasypia...zostawiając mnie
z myślami, które kłębią się w głowie i tworzą wyobrażenia najgorszych powodów
jego zachowania. Takie sytuacje powoli zabijają mnie od wewnątrz. Kiedyś ja
byłam najważniejsza.....dziś mam wrażenie, że on wie ,że ja i tak zaczekam
więc odsuwa mnie na dalszy plan. Kiedyś starał się o to bym nie czuła się
niedowartościowana, bym nie czuła się smutna...przygnębiona. Wczoraj chciałam
z nim poważnie porozmawiać o nas, o jego podejściu do związku. Powiedziałam
mu że zmienił się , że już nie jest taki czuły, ze mam wrażenie ze bardziej
go męczę , ze jestem bardziej zbędna niż potrzebna...jasno powiedziałam mu
dlaczego tak się czuję i czym spowodowany jest ten stan. Wiecie co
odpowiedział? „Mylisz się...” To wszystko....po czym odwrócił się i zasnął.
Powiedział, że się mylę ale nie pozwolił mi tego odczuć...wręcz przeciwnie
jego zachowanie w stosunku do sytuacji w jakiej byliśmy zaprzeczyło temu
że „się mylę”
Leżałam przez pół nocy i zastanawiałam się co jest grane...gdzie popełniam
błąd, co zrobić by było lepiej....za dwa miesiące nasz ślub...a on wczoraj
powiedział mi że nie jest dobrze między nami....że jest (wybaczcie za słowo)
chujowo....a ja .....wczoraj po raz pierwszy zadałam sobie pytanie czy biorąc
pod uwagę obecną sytuację miedzy nami DOBRZE ROBIĘ WYCHODZĄC ZA NIEGO ZA MĄŻ?
Wiecie...prze półtora roku naszego „bycia razem”...ani razu w to nie
zwątpiłam, mieliśmy chwile jeszcze gorsze od tych ostatnich a ja nie
zwątpiłam ani razu......wczoraj kiedy zobaczyłam jego stosunek do całej
sytuacji...po raz pierwszy zadałam sobie to pytanie....
Wiem ze on nic nie zrobi żeby między nami było lepiej, bez względu na to po
której stronie leży wina to zawsze ja się staram aby dojść do jakiegoś
porozumienia, żebyśmy się pogodzili. Kiedy rozmawiam z nim o tym co mnie w
nim denerwuje , kiedy mówię mu że zmienił się , ze nie jest taki jak
kiedyś.....on odpowiada ...”już taki jestem, możesz sobie zmienić na kogoś
innego” A kiedy pytam czy nie ma zamiaru niczego zmienić tak aby było lepiej
odpowiada milczeniem...................................kiedyś tak nie było,
kiedyś nie tylko ja byłam skora zmienić wszystkie swoje przyzwyczajenia żeby
tylko było mu lepiej......choć wiem że nie na tym polega życie we dwoje
Wiem że nie jest złym człowiekiem...wręcz przeciwnie
Posiada dwie osobowości...pewnie jak każdy z nas. Ta druga jego osobowość
całkowicie mnie od niego odpycha....Ale potrafi być kimś naprawdę cudownym,
troskliwym i kochanym. Za to jaki jest pokochałam go. Zakochując się w nim
zakochałam się również w jego wadach akceptując go w pełni takim jakim jest i
dopóki radziłam sobie z przezwyciężaniem problemów a on mi w tym
pomagał...wszystko było ok. dziś mam wrażenie jakbym chwilami była sama,
jakbym sama musiała walczyć o to by było dobrze...czuję jak moja miłość
odsuwa się ode mnie a ja nie mogę nic z tym zrobić......
Zastanawiałam się czy na to nie ma wpływu świadomość ślubu który zbliża się
wielkimi krokami...może to właśnie go przytłacza. Słyszałam od wielu osób
które zawarły związek małżeński ze tuz przed ślubem ogarniała ich jakaś
nieopisana panika i przez to ciężko im było z kimkolwiek się
porozumieć.....................łudzę się...może to tylko syndrom ślubu ;-(
Z niecierpliwością czekam na wasze opinie........
Pozdrawiam
sylwia