esselte02
31.07.08, 17:10
Witajcie,
Moja historia jest przydługa, zagmatwana, chora i nienormalna
zarazem, ale tak się już w tym pogubiłam, że potrzebuję usłyszeć
jakieś opinie osób, które spojrzą na to z boku. Byłam 3,5 roku z
facetem, od prawie 3 mieszkaliśmy razem, z czego 2 lata tylko we
dwoje za granicą. Raz było lepiej, raz gorzej, czasami się
kłóciliśmy, ja miałam problemy z chorobliwą zazdrością i z obawą, że
on mnie kiedyś zostawi, chociaż tak naprawdę nie miałam podstaw ku
temu. Fakt, że on nie jest ideałem, zdarzało mu się często
(szczególnie w kłótniach) odzywać się do mnie tak jak nie powinien,
nasze awantury były zawsze bardzo burzliwe. Rzadkie, ale solidne.
Ponad miesiąc temu powiedział mi, że to koniec. Że go za bardzo
osaczyłam, przytłoczyłam, że nie miał ochoty ostatnio wracać do
domu, bo wiedział, że tylko go będę wkurzać i drażnić swoją
napastliwością - i choć trudno to przyznać przed samą sobą - miał
rację opisując moje zachowanie. Wynikało ono chyba z tego panicznego
lęku przed tym, że mnie zostawi, starałam się być jeszcze lepsza,
żeby tego uniknąć i paradoksalnie odpychałam go od siebie. Miał
wszystko na tacy, o nic nie musiał się starać, zabiegać, to mu się
znudziłam, przestałam być jakimkolwiek wyzwaniem... Zagłaskałam na
śmierć...Powiedział też, że on już mnie nie kocha.
Po namowach, groźbach i prośbach wszystkich dookoła, odkąd się
rozstaliśmy nie odzywałam się do niego. Nie pisałam, nie dzwoniłam,
wyniosłam się do rodziców, na drugi koniec miasta. Wytrzymałam
tydzień, spotkaliśmy się i zrobiłam z siebie kompletną idiotkę
prosząc go żeby wrócił.
Potem znowu zero kontaktu i on zaczął dzwonić, pod byle pretekstem i
rozmawialiśmy przez 20 minut, ale nie potrafię powiedzieć o czymś.
Nie o nas, nie o niczym konkretnym, o jakichś pierdołach, których
nie umiem nawet przytoczyć.
Potem w weekend (miesiąc i tydzień od rozstania) pojechałam do niego
po kilka swoich rzeczy, które jeszcze tam zostały, już miałam
wychodzić, kiedy się przytuliliśmy w drzwiach, a potem nasze wargi
znalazły się bardzo blisko, zaczęliśmy się całować i dosłownie
rzuciliśmy się na siebie... Skończyło się seksem - dodam, że
najlepszym w moim życiu. W niedzielę mieliśmy o tym porozmawiać, ale
skończyło się tak samo, tylko, że tym razem zostałam na noc... Potem
widzieliśmy się na chwilę na mieście we wtorek i na pożegnanie nie
chciał mi dać nawet buzi w usta, tylko nadstawił policzek... jak
chciałam go mimo to pocałować, to się wkurzył i skomentował, że to
chore, że nie jesteśmy ze sobą a ja go nadal denerwuję.
W środę spotkaliśmy się, bo musiałam mu przekazać służbowe
dokumenty, potem poszliśmy razem na zakupy, wybieraliśmy mu spodnie,
śmialiśmy się, rozmawialiśmy jak dawniej, a ostatecznie znowu
wylądowaliśmy u niego w domu w łóżku. On twierdzi, że już mnie nie
kocha, jak zaczęłam drążyć ten temat to ostatecznie stwierdził , że
nie wie czy mnie kocha czy nie. Niby mówił po pierwszym razie, że
nie możemy się więcej kochać, bo on nie chce mnie krzywdzić, ani nie
chce mi mieszać w głowie, a zrobiliśmy to znowu i znowu. I najgorsze
jest to, że to nie był zwykły seks! Nie dość, że trwał znacznie
dłużej niż normalnie i był więcej razy przyjemny niż normalnie
(konkretnie 4 - nigdy mi się to wcześniej nie zdarzyło) to jeszcze
przepełniony taką ogromną czułością, z obu stron. Powiedziałabym, że
taki seks pełen miłości... tylko, że on mówi, że nie kocha...
Pogubiłam się, wiem, że nie powinnam była tak robić, że powinnam
mieć szacunek przede wszystkim do siebie, ale co zrobić, jeśli to
uczucie mi odbiera rozum? Nie wiem co dalej. Rozmowy z nim nie mają
większego sensu, powiedziałam już wszystko co mogłam, nic więcej się
nie da dodać, a on na to, że nie dziś i nie jutro, że może kiedyś do
siebie wrócimy, ale żebym się na niego nie oglądała.
Tylko, że jego zachowanie temu przeczy, sposób w jaki mówi, patrzy,
sposób w jaki się ze mną kochał. O co w tym wszystkim chodzi???