yokoonaa
24.12.10, 23:30
Mam 13 letniego pieska, kundelka. Jest słodki i kochany. Piesek, od jakiegoś roku wogóle przestał słuchać nas. To wina rodzinki i moja, gdyż z racji wieku psa, pozwalaliśmy mu na więcej - na spanie z nami w łóżku, na spacery bez smyczy, bo przecież już nie biegał tak żwawo jak kiedyś i nie ucieknie. No i Reksik wykorzystał naszą chwile słabości i zaczął uciekać. Mieszkam w bloku więc na spacerki chodziłam do parku, biorąc ze sobą psine sąsiadki, która sporo pracuje i wyprowadzam małą wspólnie z reksem. Mała jest bardzo żwawa i niezdyscyplinowana, wiec musiałąm ją trzymać na smyczy. Był to kolejny argument przemawiający za tym, żeby Reksika ze smyczy spuścić. I do tej pory żałuje mojej decyzji. Reksik łądnie chodził przy nodze do czasu, aż jakaś suczka z bloku obok miała cieczke i Reksik zaczął uciekać. Tzn po przyjściu ze spaceru zwiewał spod drzwi klatki. Jak go goniła to biegł jeszcze szybciej ;/ Zdarzyło mi się odpuścić mu i wrócić do domu, aby zostawić w mieszkaniu suczke sąsiadki ( to jest spory, około 15 kg szczeniak, kilkumiesięczny, który nic nie kuma z chodzenia na smyczy, wiec gdy goniłam mojego, to Andra zawsze chciała biec w przeciwnym kierunku i udaremniała mi pogoń). Więc zostawiałam ja w mieszkaniu sąsiadki i ruszałam od razu na poszukiwania Reksika. Z reguły znajdowałam go na podwórku dalej jak w najlepsze zajmował się obwąchiwaniem krzaczków. Raz jeden pies zmienił kierunek i pobiegł gdzie indziej. Zanim zdążyłam go znaleźć okazało się, że wpadł pod samochód ;/ Mam ogromne wyrzuty sumienia ztego powodu. Mam jednak nadzieje, że kierowca samochodu - również. Ponieważ pies szedł po pasach dla pieszych, i nie było mowy o tym, żeby psa nie zauważyć - był już pod koniec pasów, kierowca nie zwolnił, mimo, że po pasach szli ludzie, w przeciwnym kierunku, ale jednak. Wiem to gdyż stało się to praktycznie pod moim domem. Od razu weterynarz, leki, kroplówki usg, kolejnego dnia rentgen, bo u mnie w mieście nie ma takiego sprzetu żaden weterynarz. Okazało się, że pies ma połamane kości miednicy, długie leczenie. Codzienne kroplówki, dożylnie podawane leki. Piesek chodzi, miednica mu nie dokucza. Już nie jest taki radosny jak wcześniej, ale jednak. Bardzo długo walczyliśmy o niego. W międzyczasie wyszedł problem chorej wątroby- wyniki bardzo złe, pies przestał jeść, tylko pił. Weterynarz sugerował eutanazje, jednak liczyliśmy na poprawe. Codziennie, 6 razy w tygodniu jeżdziliśmy na kroplówki i leki na wątrobe, do tego specjalna dieta. Po wypadku jednak pies przestał trzymać mocz. Dotąd nigdy nie zdarzyło mu się popuszczać. Obecnie ciagle mu kapie mocz. Musimy go " wysikiwać", czyli naciskać na pęcherz i dopiero wtedy pies opróżnia pecherz i siusia. Jest to bardzo uciążliwe - w domu śmierdzi moczem strasznie, mimo tego, że pies jest kąpany i myty kilka razy dziennie, podłogi kilkanaście razy dziennie, ma specjalne legowiska z ceratkami, które sa czyszczone średnio co godzine, aby zniwelować odór. Bardzo walczyliśmy o psa, jednak odór uryny jest wszechobecny mimoo szorowania i czyszczenia. Pies gdy leży siusia pod siebie, wskutek czego ma mokrą sierśc i brudzi wszystko wokół. Wcześniej był to kanapowy piesek, teraz cały czas go ktoś musi pilnować by nie chciał wskoczyć na łóżko. On jest smutny i zdziwiony dlaczego nie pozwalamy mu na to, co mógł robić wcześniej, my bezsilni. Nie wiem, czy ktoś miał taki problem, jak ja, ale prosze uwierzyc, że ciężko wejść do domu. Po nocy spędzonej z psem w jednym pomieszczeniu, zapach jest straszny, aż głowa boli i nudności biorą. Dodatkowy problem w tym, że mieszkam w bloku, w mieszkaniu dwupokojowym. Gdybym dysponowała jakimś miejscem, gdzie mógłby leżeć i nie czuc byoby moczu, to nigdy by mi nawet do głowy nie przyszło to, co teraz rozważam. Nie chce wyjść na płytką i wygodnicką osobę, która myśli tylko i wyłącznie o sobie. JEdnak rozważam w tym momencie eutanacje. W domu nikt głośno tego nie powiedział, bo to się nam wydaje prawie jak morderstwo. Nie wiem nawet, czy weterynarz jakikolwiek się na takie coś zgodzi. Ale już nie dajemy rady. Obecnie minęło już półtora miesiąca od wypadku i weterynarz nie daje nadziei na poprawę jakąkolwiek - wykorzystał już cały dostępny arsenał leków i zastrzyków - gdyż prawdopodobnie uszkodzony został nerw i stąd pies nie załątwia sie sam, w żaden sposób nie kontroluje pęcherza. Dodatkowo "wysikiwanie" polegające na uciskaniu brzuszka w odpowiednim miejscu aby mocz wyleciał psu niezbyt sie podoba i gryzie po rękach. Nie ma co prawda ząbków jakichś bardzo ostrych, bo cześc już mu wypadła, jednak takie ataki są bolesne. Szkoda nam go, bo robimy to dla jego dobra, aby sie nie zatruł zalegającym moczem, ale obecnie trzeba mu wkładac kaganiec, albo zarzucać na łepek koc i druga osoba musi go trzymać bo w przeciwnym razie zdarzało mu sie ddotkliwie pogryść nas. Uwierzcie mi, że próbowaliśmy wszystkiego- kombinowaliśmy żeby wkładac mu pampersy z wycietą dziurką na ogonek, ale nie zdało to rezultatu, specjalnie uszyte pieluszki także nie pomagały, bo gdy pies leżał, mocz wyciekał mu po sierści i nie dawało to pożądanego rezultatu. Brakuje już mi pomysłów co zrobić i wiary we własne siły, że bedę w stanie dłuzej utrzymywać go przy życiu.