weteranka13
08.08.06, 20:11
Witajcie!
Wczoraj rano nie chciałam Was zanudzać tym, że czuję się zmęczona i brzuch mi
twardnieje bardzo często. Po południu postanowiłam jednak pojechać na KTG
mimo, że nie było już Kawulokowej, tylko doktor Gajewski. Chciałam usłyszeć,
że wszystko jest jeszcze szczelnie zamknięte i że mam mnóstwo czasu na
wszyskie niedopięte sprawy, bo do terminu dwa tygodnie.
Usłyszałam, że akcja jest w toku i zostaję w szpitalu na poród!!!!!!!!!!!!
Dzisiaj siedzę już w domu, z moją małą cudowną córeczką u boku, która
rozgląda się, tobi miny i pozdrawia wszystkie koleżanki i kolegów-dzidziusiów
tych co po tamej i tych, co już po tej stronie.
U mnie wszystko zamknęło się w czterech godzinach, z których na dobrą sprawę
liczy się tylko ostatnie 40 minut. Z wyjątkiem małego zgrzytu na początku z
panem doktorem G.(zaproponował mi pewien zabieg, za który ja, oględnie
mówiąc, dość gwałtownie podziękowałam) cała akcja była fantastyczna - miałam
jak zwykle szczęście trafić na super ekipę, którą dodatkowo częściowo już
znałam z poprzednich porodów.
Tym razem skorzystałam z ZZO - super! Odczuwa się pewien rodzaj mrowienia na
skórze, który wywołał u mnie skojarzenia z wrażeniami po czymś smacznym i
alkoholowym. A tak serio, to czuje się ukłucia w plecy (ale dla mnie
niebolesne, tylko odczuwalne) potem to mrowienie i lekki ból głowy, który
ustąpił. Ustąpiły też skurcze, które trzeba mi było wywołać oksytocyna (ale w
moim przypadku, to klasyka!).
Potem trochę poleżałam na łóżku i marzyłam, że zaraz zasnę i jak się obudzę,
to już będziemy wszyscy razem. Potem dwie godziny chodziłam z mężem po
korytarzu (i oksytocyną na smyczy kroplówki), podglądałm inne dzidzusie i
zastanawiałam się, czy którejś z Was nie ma w którymś pokoju...
Może Ciebie, Lucii, bo wybierałaś się wczoraj do E.
A potem po kolejnym badaniu poczułam silne skurcze, takie już raczej
konkretne. Tutaj nastąpił kolejny zgrzyt z personelem, bo poprosiłam męża,
żeby komuś to powiedział, bo to może być już TO. Ale pewna pielęgniarka
stwierdziła, że przed chwilą badał mnie lekarz, więc nie ma co panikować.
(Moja rada, zwrócić się do kolejnej napotkanej, w każdej sprawie).
Natychmiast przyszła kolejna pani i stwierdziła, że to już jest rzeczywiście
to i natychmiast idziemy na salę porodową. Nie było mi aż tak łatwo "iść",
panie poszły po wózek, ale w międzyczasie jakoś się zebrałam, doszłam i
zaczęła się akcja. Trzy porządne skurcze i moja córeczka leżała u mnie na
brzuchu. Przy przyjęciu powiedziałam dr G, że dr Kawulok obiecała, że pozwoli
mi spróbować rodzić bez nacięcia. Doktor powiedział, że spróbujemy, ale nie
może niczego zagwarantować, bo mogę bardzo popękać, po dwukrotnym nacinaniu,
więc uważa, że jednak lepiej jest naciąć. W trakcie akcji rzeczywiście mnie
nie naciął, ale niestety "pękłam" troszkę - na trzy szwy.
Potem już była niemiła klasyka, szycie, które trochę czułam i inne rzeczy.
A potem fantastyczne chwile w trójkę w sali, a jeszcze potem zostałyśmy na
chwilę same. Na chwilę, bo niestety dziewczynka odjechała, żebym mogła
odpocząć, chociaż wolałabym, aby była ze mną przez noc. Pani pielęgniarka,
ta "od paniki" najpierw powiedziała, że w E. jest taki zwyczaj, a jak
powiedziałam, że znam zwyczaje w E z podwójnej autopsji, powiedziała, że inne
osoby chcą może odpocząć, więc warto to mieć na względzie. No trudno!!! To
jest w sumie silny argument!
Acha, po porodzie czułam się świetnie, ale oczywiście poprosiłam o środek
przeciwbólowy na noc i przed wyjściem. Tak na wszelki wypadek. Bo wiem, że
bywa różnie.
No a rano byłyśmy już razem, mała głównie spała, zaczyna się dopiero uczyć
ssać w domu (panie powiedziały, że dopajają w nocy). Poprosiłam, żeby tego
nie robiły, żeby raczej przyniosły dziewczynę do mnie. Nie wiem jak było w
nocy....
Wczoraj wieczorem na chwilę się przyssała, dzisiaj rano nie chciała, ale tak
bywa z dziećmi. Moja pediatra twierdzi, że do 48 godzin "po" dzieci mogą w
ogóle nie mieć apetytu i nie należy się tym przejmować. Zobaczymy, jak
będzie.
Reasumując, znów przeżyłam miły poród, oczywiście inny od dwóch poprzednich.
Ale znów spotkałam ludzi, z którymi (z wyjątkiem 1,5 przypadku) mogłam się
porozumieć, którzy stworzyli atmosferę, jaka jest mi potrzebna w takim
momencie.
Do porodu dostaje się super komfortową białą płócienną koszulę, osoby
towarzyszące dostają zielony uniform i białe "chodaki" (jeżeli nie przywiozą
sobie zmiennego z domu, jak my), podkłady do łóżka i podpaski, ja nie
zabrałam sobie z domu koszuli, więc w trakcie porodu zmieniłam koszulę raz
(po zabrudzeniu), a potem po porodzie jeszcze jedną czystą. Miałam ze sobą
stosowną jednorazówkę i na początku akcji poprosiłam pielęgniarkę o pomoc w
działaniu, ale poradziły mi, żeby zrobić to już po znieczuleniu, potem ja
zapomniałam, a potem już było za późno... Myślę, że jeżeli o to poprosicie,
to pomoc w tym zakresie jest do wyegzekwowania.
Wyszłam dzisiaj o 14, bo wolę dochodzić do siebie w domu, wśród bliskich,
mając małą u boku cały czas. Witowski zapytał mnie, czy jestem pewna, że tak
chcę. Pielęgniarki wczoraj prorokowały, że raczej wyjdę w czwartek rano.
Pewnie mogłabym zostać, gdybym chciała, gdyby to nie był trzeci raz.
Och, długi ten mój post, ale przez jakiś czas będę napompowana adrenaliną
fruwać parę centymetrów nad ziemią. Chociaż oczywiście czuję trochę cięcie,
obkurczające się wnętrze i ogólne zmęczenie.
No i bardzo chciałam życzyć Wam wszystkim, które przez to jeszcze bedą
przechodzić, wszystkiego dobrego w Esculapie i potem. Oby spełniły się Wasze
oczekiwania w stopniu jak największym, w stu procentach niestety się nie
spełnią. Trzymam kciuki! I dziękuję za kilka miesięcy spotkań na forum.
Pewnie się jeszcze będę odzywać, no a może spotkamy się w innych, realnych
okolicznościach, jak wspominano wcześniej.
Serdecznie pozdrawiam!