Gość: Harry
IP: *.telia.com
09.09.03, 11:38
Nie wierz w Busha
Wywiad
Rozmowa z prof. Richardem Rortym, amerykańskim filozofem
JAROSŁAW MAKOWSKI
Przez długie lata wszystko było jasne – Amerykę i Europę łączył strach przed
Związkiem Radzieckim. Czy brak takiego zagrożenia sprawia, że drogi Europy i
Ameryki mogą się definitywnie rozejść?
Można mieć tylko nadzieję, że arogancja Ameryki w polityce międzynarodowej,
która daje się zaobserwować w ostatnich miesiącach, sprawi, iż politycy
Starego Kontynentu dostrzegą potrzebę stworzenia wspólnej europejskiej
polityki zagranicznej. Polityki, która nie będzie sprowadzać się tylko do
jednorazowych decyzji wobec poczynań Waszyngtonu, ale będzie spójnym i jasnym
stanowiskiem zjednoczonej Europy.
Przed ostatnią podróżą Busha po Europie Condoleezza Rice miała powiedzieć, że
sprzeciw wobec wojny w Iraku zostanie „wybaczony Rosji, Niemcy zostaną
zignorowane, a Francja ukarana”. Ta lapidarna wypowiedź doradczyni Busha
pokazuje stosunek Białego Domu do europejskich stolic: obecna administracja
nie przyjmuje do wiadomości, że Francja i Niemcy mogły – i miały prawo –
zająć inne stanowisko w kwestii irackiej. Natomiast Waszyngton odebrał to
jako akt nieposłuszeństwa.
Dlatego nie dziwi mnie opór Francji i Niemiec wobec amerykańskiej arogancji.
Także pozostałe państwa UE powinny stanąć po ich stronie. Mam nadzieję, że
Polska nie pozwoli się omamić czarowi waszyngtońskiej retoryki. Że będzie
współpracować razem z innymi krajami europejskimi na rzecz rozwijania i
wzmacniania wspólnych europejskich projektów dotyczących przyszłości świata –
projektów, które będą się sprzeciwiać hegemonii USA. Przecież polityka
Waszyngtonu prowadzi do odwracania się starych i naturalnych sojuszników
Ameryki.
Być może jest to zrozumiałe, gdyż Ameryka inaczej postrzega zagrożenia niż
Europa. To nie Paryż został zaatakowany, ale Nowy Jork. Pytanie tylko, czy to
wystarczający powód, by rozpocząć wojnę prewencyjną?
Powiem tak: gdybym był prezydentem Stanów Zjednoczonych, który ma jasne i
niekwestionowane przesłanki, że jego państwu grozi nieuchronne
niebezpieczeństwo, któremu ONZ nie jest w stanie stawić czoła, czułbym się
usprawiedliwiony podejmując działania militarne. Podjąłbym taką decyzję nawet
wtedy, gdyby inne państwa zgłaszały sprzeciw. Kłopot w tym, że przypadki
Iranu czy Iraku nie wpisują się w opisaną sytuację. Irak nie stanowił
realnego zagrożenia dla USA. Tak jak nie stanowi go dziś Iran.
Niepokoi mnie realny konflikt między ONZ a USA. Ekipa Busha prowadzi wobec
Narodów Zjednoczonych politykę kija i marchewki: z jednej strony amerykańscy
politycy pokazują, że wierzą w autorytet moralny ONZ, z drugiej – traktują tę
organizację jak lokaja.
USA to jedyne dziś supermocarstwo. Jaką rolę w dzisiejszym świecie powinna
odegrać Ameryka?
Mocarstwo, jakim są Stany Zjednoczone, powinno szukać sposobów, jak pokojowo
dokonać demontażu swej pozycji jedynego imperium. Jest to jedyna droga, jeśli
chcemy uniknąć nieuchronnego w najbliższym czasie starcia między Ameryką a
Chinami czy Rosją – państwami, które powracają do globalnej gry.
Dlatego cel, jaki staje obecnie przed silną i władczą Ameryką, polega na
pozyskaniu zgody innych państw, by zechciały stworzyć globalną federację. A
tym samym należy szukać sposobów budowania światowego rządu. Takiego projektu
Ameryka nie może przeprowadzać w pojedynkę. Potrzebuje wsparcia Unii
Europejskiej. Bo tylko współpraca UE i Ameryki gwarantuje, że w Karcie
Narodów Zjednoczonych będzie można dokonać zmian, które otworzą drogę do
budowania rządu światowego.
Zawdzięcza pan Ameryce sławę i karierę. Skąd w pańskich wypowiedziach tyle
krytycyzmu wobec własnego państwa?
Moje nastawienie nie jest antyamerykańskie. Natomiast jestem przeciwnikiem
obecnego rządu i jego polityki. Prezydent Bush odsłania wszystko, co w
amerykańskim życiu najgorsze – szowinizm, pogardę dla biednych i religijną
bigoterię. A można było przypuszczać, że to już dawno mamy za sobą. Jest on
zarazem przedstawicielem i wyrazicielem opinii największych ignorantów i
zaślepieńców, którzy nadają dziś ton amerykańskiej polityce.
Ale przecież prezydent Bush cieszy się wciąż ogromnym poparciem Amerykanów.
Społeczeństwo amerykańskie może zostać uwiedzione przez liderów. Ludzi można
przekonać, że trzeba ruszać na wojnę, gdyż jest ona nieunikniona. Z takim
mechanizmem mamy dziś do czynienia w Ameryce – żyjemy z poczuciem, że musimy
walczyć. Innego wyjścia nie ma. W pewnym sensie historia się powtarza. Proszę
przypomnieć sobie zachowanie niemieckich socjaldemokratów w Reichstagu w 1914
r. Sprzeciw wobec wojny budzi się dopiero wtedy, kiedy zaczyna się ponosić
klęski na froncie. Tak przecież zrodził się bunt wobec wojny w Wietnamie.
Tragedia 11 września stała się dla amerykańskiego prezydenta okazją do
zdobycia szerokiego – choć oczywiście niejednogłośnego – poparcia obywateli.
Jest ono na tyle mocne i trwałe, że Amerykanie popierają wszelkie działania
zbrojne, jakie Bush zdecyduje się podjąć.
Zaczyna się także walka o prezydenturę. Czy istnieje dziś w Ameryce polityk,
który mógłby zagrozić George’owi Bushowi w reelekcji?
Powtórne zwycięstwo Busha byłoby tragedią dla Ameryki. Wszystko jednak
podpowiada, że tak właśnie się stanie. Bush przegra tylko wtedy, kiedy
dojdzie do nieoczekiwanego załamania amerykańskiej gospodarki przed
listopadem 2004 r.
Kłopot w tym, że demokraci nie mają odwagi głośno wyrażać uwag krytycznych
wobec Busha. Powoduje nimi strach. Demokraci dobrze pamiętają, jak w 1972 r.
ich kandydat McGovern przepadł w wyborach, budując swoją kampanię na
radykalnym sprzeciwie wobec wojny wietnamskiej.
Richard Rorty (ur. 1931) – filozof, guru amerykańskiej lewicy intelektualnej.
Radykalny krytyk systemu społeczno-gospodarczego USA. Wykłada na prestiżowym
Stanford University. Uważany za jednego z najważniejszych myślicieli
postmodernizmu; przedstawiciel tzw. neopragmatyzmu – filozofii oceniającej
myślenie raczej pod kątem użyteczności niż abstrakcyjnej racjonalności. Jest
autorem wielu książek i artykułów. Na polski przetłumaczono
m.in. „Przygodność, ironia i solidarność” (1996), „Obiektywność, relatywizm i
prawda” (1999).