Gość: Witold HALWIC
IP: 89.76.244.*
02.04.08, 02:21
Brałem (raczej próbowałem wziąć) udział w „spektaklu” w budynku
(hali przemysłowej) dawnej Warszawskiej Wytwórni Wódek "KONESER"
w „inscenizacji” p. Michała Zadary nazwany „Kartoteką” (chyba już
nie Tadeusza Różewicza) - w ramach 28 WST - organizator Instytut
Teatralny.
Wielokrotnie czytałem ten utwór. Oglądałem spektakl w Teatrze Małym
w reżyserii Tadeusza Minca (1973 r. - Wojciech Siemion) oraz
oglądałem trzy realizacje telewizyjne:
K. Swinarskiego (1967 r. - Tadeusz Łomnicki),
K. Kieślowski (1979 r. - Gustaw Holoubek),
K. Kutza (Kartoteka rozrzucona - 1990 r. - Jerzy Trela, Krzysztof
Globisz).
To, co zostało zaprezentowane w poniedziałek (31.03.2008 r.) nie
mieści się w żadnej skali ocen.
Głównie charakteryzowało się to wystawienie (raczej wiec, zebranie,
zbiegowisko, masówka – w końcu fabryka) pogardą dla widza. Sposób
wystawienia, „sala” i warunki przestrzenne całkowicie uniemożliwiały
percepcję wielkich pomysłów natchnionego artysty p. Michała Zadry.
Szkoda, że nie było w pobliżu kosza z jajkami, bo przybliżyłbym
wizję strony internetowej p. M. Zadary do rzeczywistości. Można by
rzec, jaka inscenizacja, takie zachowanie widza. Nie chcę się znęcać
nad tym przedsięwzięciem. Wyżej wymienieni reżyserzy zasłużyli
sobie, żeby nie być wymieniani obok p. M. Zadary w gronie
inscenizatorów „Kartoteki”.
Różne pomysły zachowań teatralnych kiedyś „ćwiczyliśmy” na
spektaklach w jednym z warszawskich liceów. Teatralnie
wychowywaliśmy się na Jerzym Grotowskim – „Apocalypsis cum figuris”,
Józefie Szajnie – szczególnie FAUST w Teatrze Polskim – 1971 r. –
muzyka Bogusław Schaeffer, Replika – 1973 r. i Dante w Teatrze
Studio, Erwinie Axerze, Konradzie Swinarskim, Lidii Zamkow – „Komu
bije dzwon” – 1972 r., Henryk Tomaszewski – pantomima, Macieju
Prusie i trochę zmyleni estetyką i sztuczkami Adama Hanuszkiewicza).
Robiliśmy to dla kolegów i nauczycieli - za darmo (nie byliśmy ani
wykształconymi reżyserami ani aktorami - czyli kompletni amatorzy).
Odbywało się to na korytarzach i salach gimnastycznych (między
innymi pokazaliśmy bardzo „awangardową” wersję „MAKBETA” – akcja
obywała się wieczorem w różnych salach lekcyjnych na schodach,
korytarzu i np. łazience – Lady Makbet myła ręce – nasi widzowie
przemieszczali się wraz z linearnie pokazywanymi wątkami dramatu –
odbywało się to w logicznej kolejności i na pewno nie
symultanicznie).
Zapłaciłem za spektakl w ramach 28 WST (2 bilety po 60,00 PLN)
w sumie 120,00 PLN.
Mając w pamięci wystawienie „DYBUKA” (TR Warszawa) w tejże Wytwórni
Wódek oraz „Dziadów” na ul. Nakielskiej (stara zajezdnia autobusowa -
Teatr im. H. Modrzejewskiej - inscenizacja p. Lecha Raczaka –
dawniej Teatr Ósmego Dnia) spodziewałem się spartańskich warunków,
ale umożliwiających odbiór SZTUKI.
To, w jakich warunkach obywała się oglądanie „dzieła” p. M. Zadary
urągało wszelkim standardom (nawet, jeśli chodzi o eksperymenty
formalne - np. widownia swobodnie przemieszczająca się od sceny do
sceny po teatrze). W 1974 r. w jednym teatrów warszawskich w takiej
konwencji pokazywał swoją wersję „Kandyda” Voltaire (Optymizm)
zaprezentował Jan Dorman z Teatrem Dzieci Zagłębia Będzin.
Pomijając wartość inscenizacji – głównie chodzi o możliwości odbioru
sztuki. Ten, kto nie zna sztuki właściwie usłyszał niewiele dialogów
z oryginału Tadeusza Różewicza. Wielu zdarzeń w ogóle nie udało się
zobaczyć. O zrozumieniu sensu na podstawie spektaklu, jeśli ktoś nie
znał sztuki w ogóle nie mogło chyba być mowy.
Taka „obsługa widowni” jest godna niewielkiej symbolicznej kwoty
(góra 20,00 PLN). Jeśli komuś nie jest potrzebna widownia (takie
wrażenie sprawia p. M. Zadra), to niech pokazuje ten spektakl na
video lub dla znajomych. Jeśli „reżyser” chciał się poddać
weryfikacji widowni, to nie może obywać się to w tak uwłaczających
warunkach uniemożliwiających percepcji sztuki. Może o to chodziło,
żeby nikt nie ogarnął całości i nie zobaczył, że przyjechali
amatorzy biegania, padania, skakania, popiskiwania – podstawowy
sposób komunikowania się z widzem w dniu 31.03.2008 r. Aktorzy może
rozumieli w czym biorą udział.
Ta inscenizacja, to również całkowite zlekceważenie utworu Tadeusza
Różewicza. Jeśli nie kocha się (nie rozumie się) sztuki, którą chce
się wystawić oraz nie ma się pomysłu, po co się ją wystawia, to z
KARTOTEKI zostają tylko segregatory. Wystarczy wyjąć z szeregu dwa
segregatory i cały pomysł inscenizatorski się wali.
Jeśli to winna organizatora. Przede wszystkim dlatego, że zaprosił
ten spektakl na 28 WST (nawet czyniąc inscenizacje p. M. Zadary
osobnym wątkiem 28 WST - sic !). Jakie kryteria stosował INSTYTUT
TEATRALNY wybierając morderstwo spektaklu, sztuki i teatru do 28 WST
i podnosząc go rangi wydarzenia.
Czy Państwu potrzebne jest dziecko, które krzyknie, ze „król” jest
nagi ?
Zwracam się o zwrot kwoty 108,00 PLN (ze 120,00 PLN) z uwagi na to,
że nie udało mi się obejrzeć spektaklu w jego reżyserskim kształcie
oraz z uwagi na utracone korzyści. Jak można zadumać się nad losem
everyman'a w XXI wieku, jeśli p. Jana Peszka (Wacław, Tadzio) ledwo
było słychać i widać. Reszta aktorów ćwiczyła etiudy jak na I
semestrze studiów teatralnych lub kursów zawodowych jak zostać
aktorem np. reklamówek (jak upaść po skonsumowaniu produktów
konkurencji itp.)
Szacunkowo 10 % dzieła Tadeusza Różewicza do mnie mogło dotrzeć
(tekst i sytuacje, w których byli ustawieni aktorzy):
60,00 PLN * 10/100 = 6,00 PLN
W sumie dla mnie warte to było 12,00 PLN. Nie wyliczyłem ile tak
naprawdę były warte pomysł p. M. Zadary, ponieważ jestem w tej
kwestii zbyt subiektywny.
Jak by rzekł cotygodniowy oceniający knajpy w Warszawie (CJG) –
„Zadarę omijać z daleka - nieświeże, surowe, niesmaczne, odgrzewane
i drogie”.
Z poważaniem łącze powyższe wyrazy
Oszukany widz (uczesany od wewnątrz) Witold