ja.s.i.u
16.11.09, 16:24
Okazało się, że można, że w skłóconej Częstochowie ponad 39 tysięcy osób
potrafiło coś powiedzieć jednym głosem. To niby tylko trochę ponad 20%
mieszkańców, ale to również aż 20 procent ludzi, którzy myślą podobnie.
Pierwsze szampany już wywietrzały z głowy i najwyższy czas zastanowić się, co
zrobić, by ten entuzjazm spożytkować dla dobra miasta. Na każdych gruzach,
również na gruzach porażki dotychczasowej wizji zarządzania miastem, można
zbudować coś nowego, można, wykorzystując jednoczących się wokół idei ludzi,
zbudować nową rzeczywistość w mieście, które stanie się dla wszystkich miastem
przyjaznym.
Ponad 20 procent uczestników referendum, to niezaprzeczalny fakt. Należy
dołożyć jeszcze tych, którzy z różnych powodów nie wyszli w tym dniu do lokali
wyborczych, a przecież myślą podobnie. Teraz o tę grupę zjednoczonych ideą
ludzi zaczną się walki i próby przeciągnięcia każdego na inną stronę. Zaczną
się próby rozrywania spontanicznej jedności, bo każdy z sępów, jakie będą się
teraz na częstochowskie stołki rzucać, nie uszanuje jedności, ale będzie
chciał za wszelką cenę ubić polityczny interes.
Nie jest istotne, że referendum stało się porażką niektórych osób, nie ma
znaczenia dyskomfort dotychczasowego prezydenta, bo liczą się przede wszystkim
dobre strony sytuacji i takich trzeba szukać. A dla mnie dwie rzeczy do
dobrych stron należy zaliczyć.
Po pierwsze, niewielka grupa osób wcale nie zmanipulowała, ale zjednoczyła
wokół siebie całkiem znaczącą liczbę osób. Potrafiła w demokratyczny sposób
zmienić to, co się nie podobało, co uważano za krzywdzące dla miasta.
Referendum to triumf demokracji, to znak, że każda jednostka, jednocząc się
z innymi ma wpływ na najważniejsze rzeczy i trzeba się z nią liczyć.
A po drugie wynik referendum to jasny znak dla kościoła, że istnieje całkiem
duża grupa osób, które nie zgadzają się z obecnymi trendami, jakie rządzą
polskim episkopatem i polską hierarchią kościelną. Obowiązkiem kościoła jest
walka o tych ludzi, przekonanie ich, że kościół to dobro, spokój, zbawienie, a
nie kariera, dorobkiewiczostwo i podziały wewnątrz społeczeństwa.
Trzeba pamiętać, że Jezus obracał się w towarzystwie celników i nierządnic,
pomagał ludziom grzesznym, targanym wątpliwościami, stojącym na granicy wiary.
Częstochowski kościół odszedł w stronę faryzeizmu. Zlekceważył prawie 40
tysięcy osób. Zamiast wyciągnąć rękę do błądzących, zamiast stawać się
kościołem misyjnym, skupił się na swoich sprawach, nie zauważając, że ludzie
odchodzą.
W Częstochowie stał się cud. Nie powinno tyle ludzi się zjednoczyć, a przecież
się zjednoczyło. Nigdzie tak łatwo nie odwołano katolickiego i nie uwikłanego
w prokuratorskie zarzuty prezydenta, jak w Częstochowie. Czy ten cud nie jest
przypadkiem znakiem dla częstochowskiego kościoła, że najwyższy czas wiernymi
się zająć? Że nie ważne są procesje, studia duchowości, wszelkie imprezy i
nabożeństwa, bo człowiek w tym wszystkim gdzieś znika, ucieka, traci na
wartości. A przecież człowiek to podmiot i chyba takie może być przesłanie
cudu, jaki w Częstochowie się wczoraj dokonał.