poszukiwany pilnie

IP: *.mysmart.ie 23.10.06, 22:30
pilnie potrzebny tekst "Różańca z granatów" Ksawerego Pruszyńskiego. Czy ktoś
może zeskanować i puścić na a-1@wp.pl ?

z góry uprzejmie dziękuję i swoją drogą zachęcam do lektury

Artur

    • Gość: expertum credere p Re: poszukiwany pilnie IP: *.mysmart.ie 24.10.06, 11:09
      podijam
    • anna.scott Re: poszukiwany pilnie 24.10.06, 11:15
      Sprawdź w bibliotekach. Jest ich kilkanaście w mieście. Albo zapytaj w Głównej,
      w Al. NMP. Powiedzą Ci, czy mają i ewentualnie w której filii.
      • Gość: expertum credere p Re: poszukiwany pilnie IP: *.mysmart.ie 24.10.06, 11:46
        Droga Anno,

        Jak będę w Polsce, a osobliwie w Częstochowie, to z penością skorzystam z
        licznych księgarni i bibliotek. Póki co jestem tu gdzie jestem i lepszy układ
        dla mnie wysyłać kasę do Polski (zawsze coś tam do Ciebie i innych trafi), a dla
        Was rodakowi przesłać skana, żeby jak Latarnik okąpał się w polszczyźnie po szyję.
    • Gość: Kasia Re: poszukiwany pilnie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.10.06, 14:08
      mam fragment: RÓŻANIEC Z GRANATÓW (IV)


      KSAWERY PRUSZYŃSKI


      A on znowu z ostra, jakby na całą kompanię krzyczał: "Nie jesteście już żaden
      Polak: bolszewik jesteście, bolszewik. Rzeczpospolita się was wszystkich
      wyparła i wyrzekła. Rzeczpospolita pozbawiła was obywatelstwa. To macie, na
      coście zasłużyli. Odmaszerować!" I tak mnie wzięli, ale jeszcze przez drzwi
      widziałem, jak siadał z powrotem do kart, ale wzburzony jednak taki, a ten
      czarny Włoch i ten zielony, i inni mu potakiwali coś zadowoleni. A mnie było
      wstyd i wstyd, i wstyd, i jak szedłem koło tej sali, gdzie jedzeniem pachniało,
      a byłem głodny - to słowo daje - nie mógłbym nic wtedy ruszyć, nawet gdyby
      dali. Ale nie dali nic. "Nic ci twój major nie pomógł!" - zaśmiał się w aucie
      oficer. A ja nie powiedziałem nic. Tylko myślałem: "major?" W cywilu był.
      Major? A ojciec bił się w dwudziestym roku! Słowa na wojsko polskie powiedzieć
      nie pozwalał! Major! Polski major! Pewno był obserwatorem jakimś czy
      korespondentem jak pan...
      Ta część opowiadania kosztowała go najwięcej. Reszta była łatwiejsza. Wypluwał
      ją z siebie kawałami, jak krwawą plwocinę suchotnik. Nazajutrz rano okazało
      się, że po tej wizycie zapadł w gorączkę. Irlandczyk go odwiedzał, a potem
      jeszcze dwaj inni jego koledzy. Warta puszczała, bo mieli przepustki, a potem -
      bo przywykła i że papierosy angielskie im dawali. I jakoś trzy dni potem
      przyszli pod wieczór, ale w sześciu, poklęczeli przy nim i naraz nasunęli mu na
      głowę beret taki, jak mieli sami, narzucili taką samą opończę i go pod ramiona
      wyprowadzili. Była noc i wartownik był opity, a drugi w ogóle nie pytał. Przed
      domem stało ciężarowe auto i siedzieli na nim inni. Byli to wszystko ochotnicy
      irlandzcy, jak ten pierwszy, i na mocy jakiejś umowy międzynarodowej mieli
      wracać do Irlandii. Wielu z nich to ranni, ze szpitali. Rano byli w San
      Sebastian. Na widok ich mundurów nie było żadnej kontroli; jeszcze ich kobiety
      eleganckie, uperfumowane obrzuciły kwiatami, słodkimi pastas, medalikami. I
      wtedy mu Irlandczyk oddał jego różaniec. Byli też księża i błogosławili im.
      - A ja się tylko bałem, żeby gdzie mego grubego nie zobaczyć: on by mi
      błogosławił! Bo mnie tu obdarowali i obmodlili najhojniej, jako żem najbardziej
      ranny.
      Wieczorem statek był już na morzu. W dwa dni później znaleźli się w Dublinie.
      - O, to złoty naród Irlandczycy. I, widzi pan, zbawił mnie różaniec.
      Naopowiedział mi tyle dnia tego, iż myślałem, że mu naprawdę lepiej, i ze
      skruchą wysłuchałem przy opatrunku w ambulatorium łajania siostry Knight, że
      męczę go gadaniem. Ale nadszedł doktor, spytał, o czym mówimy, i wysłuchawszy,
      powiedział, że nie. Że nic. Niech mówi. I ja mogę mówić. To mu sprawia ulgę. A
      zaszkodzić mu już więcej nie może. Powiedział też, że ma w jego sprawie list.
      - To był jakiś dzielny chłopak: ocalił życie swemu pułkownikowi. Piszą do mnie
      o jego stan: ma tu ktoś przyjechać go dekorować. Napisałem, żeby się
      pośpieszyli. I pan niech będzie dobry dla niego do końca. It won't be very
      long. Niedługo, poor boy.
      Wróciwszy z ambulatorium przyjrzałem mu się uważniej. Doktor miał rację. Jego
      ręce na kołdrze stały się bardziej żółte i przeźroczyste, i przyschłe do kości,
      a oczy podkrążyły się sino. Tego dnia mówił już mało. Prosił, żeby mu jeszcze
      powiedzieć Grenadę i mówiłem mu ją dwukrotnie. Drugiego dnia odzywał się
      jeszcze mniej. Ale koło południa na końcu sali zrobił się ruch i brzęk jakiś.
      Leżący popodnosili głowy. Zobaczyłem, jak idzie doktor, siostra i wskazują na
      nas dwom oficerom, i powiadają, żeby iść ciszej. Ale oni - widać - nie
      zrozumieli albo nie umieli iść ciszej. Zobaczyłem polskie odznaki.
      Wieloletni attache wojskowy polski w różnych stolicach, pułkownik dyplomowany
      N., był w swej roli. Był zarazem wyniosły i ojcowski, surowy i dostojny, bojowy
      i wytworny. Miał ręce w rękawiczkach z żółtego peccary, a piersi całe w
      orderach, a elegancki porucznik w wysokich butach był jakby uzupełnieniem jego
      rękawiczek, orderów i akselbantów. Była to ceremonia najwidoczniej tak dla
      niego pospolita, jak dla księdza śpiewanie mszy. Zabierał się do niej z
      godnością.
      - Kapral Łaptak Józef? - upewniał się.
      Ranny jakby podniósł głowę. Nie mówił nic, ale jakoś zmrużył z wytężeniem oczy.
      Patrzył w twarz pułkownika. Ten był z kolei ojcowski.
      - Skądżeście, Łaptak?
      Ten nie dosłyszał widać, bo jakby go zatkało, tylko patrzył coraz uporczywiej.
      Pułkownik, dobrotliwie, powtórzył raz jeszcze:
      - Z Polskiście?
      - Z... z Francji.
      Coś naraz niesamowitego było dla mnie w tym głosie, w pytaniu tym, odpowiedzi.
      Gdzież ja to kiedyś słyszałem? Ale pułkownik był uroczysty:
      - Kapralu Józefie Łaptak! Na polu walki z odwiecznym wrogiem naszej ojczyzny
      zachowaliście się jak prawy i nieodrodny syn naszej wspólnej matki,
      Rzeczpospolitej Polski. Przynosicie dumę naszej rodzinie i całemu polskiemu
      wychodźstwu we Francji. W imieniu Rzeczpospolitej Polskiej, z rozporządzenia
      jej władz najwyższych, otrzymaliście Krzyż Walecznych! Miał go w ręce i prawie,
      prawie że nachylał się nad Łaptakiem. Ale naraz wyprostował się znowu. W oczach
      Łaptaka było coś nieprzytomnego tym razem. Myśleliśmy, że schwytał go nagły ból
      albo wzruszenie za silne. Aż pułkownik, przerażony, zapytał:
      - Co wam, Łaptak? Słyszycie mnie?
      - Słyszę - szepnął ranny tym swoim cichym, wyraźnym głosem. - A pan major...
      pan major... mnie poznaje?
      Pułkownik ściągnął brwi. Męczył się. To nieładnie nie poznawać. Królowie i
      wodzowie muszą mieć pamięć twarzy. Wyraźnie się męczył. Począł nadrabiać: -
      Tak, Łaptak, rzeczywiście, zaraz no, zaraz, czekajcie... Gdzież to ja was
      ostami raz...
      Od łóżka szedł szept jak syk:
      - Pan major mnie tylko raz... To było w Tudeli... Tudela... - powtórzył. - A ja
      byłem...
      Twarz pułkownika stała się naraz ciemna, tak napłynęła krwią. Cofnął się o krok
      od łóżka. Opuścił rękę z orderem. Przystojny adiutant patrzył oniemiały: on
      jeden tylko nie rozumiał, co się stało. Ale pułkownik to człowiek bywały.
      Opanował się. Zaczął mówić zupełnie innym niż dotąd głosem. Ani uroczystym, ani
      ojcowskim, ani wodzowskim. Jakimś dziwnie ludzkim.
      - Ach, to wy, wtedy... Przykro mi... Ja... doprawdy... Przykro...
      Adiutant patrzył oniemiały na swego wodza. Pewno go nigdy nie widział takim. Ja
      podniosłem się. Patrzyłem na twarz Łaptaka. Znikło z niej naprężenie sprzed
      chwili. Zjawił się tylko bardzo smutny, jesienny uśmiech...
      - Zdarza się... tak, to ja... dobrze... dobrze... ale... niech pan major... już
      mnie i teraz... zostawi... mnie... już niedługo...
      Miał rację. Rzeczywiście było niedługo. Lekarz też miał rację. Jakoś ledwo w
      godzinę potem przysunięto biały parawan, przyszedł ksiądz, czarnooki
      dominikanin w szerokiej białej sutannie pod czarnym płaszczem, i wsunął się w
      szumie tej sutanny za parawan. Przyszła siostra i doktor i mówili do siebie
      cicho, aż nie słychać było jego głosu. Leżałem nasłuchując, kiedy siostra
      podeszła do mnie i podparła mnie:
      - On chce pana jeszcze zobaczyć. Myślałem, że mi coś powie, ale poruszył tylko
      wargami.
      - Józek, Józek - powiedziałem i myślałem, że może chce tę Grenadę.
      Ale siostra potrząsnęła głową.
      - On już nie może mówić, on już nie słyszy. On jeszcze tylko widzi. Może mu pan
      zrobi jaki znak? Jakiś polski znak. Polski znak? Nie znałem żadnego polskiego
      znaku. Ale zaraz uświadomiłem sobie, że jest jeden znak, jakiego sam nie
      robiłem, który moim nie był, ale który temu człowiekowi wchodzącemu w śmierć
      przypomni to, co było jego młodością i jego wiarą, i jego ofiarą, i jego
      wzlotem i najpiękniejszym, i najbardziej gorzkim w jego młodym, dopalającym sią
      życiu. I tak, aby ją widział, póki jeszcze widzieć będzie, podniosłem pięść
      zwiniętą w kułak, pięść, jak oni podnosili ją w Hiszpanii. Tak. To był znak. I
      trzymałem ją tak na jego oczach, aż odwracały się w górę, stawały
      znieruchomiałe i szklane, i nim nie włożyłem mu - na zawsze - tego jego
      • Gość: expertum credere p Mucias gracias IP: *.mysmart.ie 24.10.06, 21:46
        wszystko streszcza się w jednym słowie Katarzyno:

        - dziękuję
        • Gość: Kasia Re: Mucias gracias IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.06, 11:30
          de nada
    • storima Re: poszukiwany pilnie 24.10.06, 14:13
      A tutaj patrzyles?

      wysylkowa.pl/ks430214.html

      Chyba prosciej?


      Pozdrawiam,
Pełna wersja