zielonkavva
19.04.13, 00:12
Synek 2,5 roku jest żywym, radosnym dzieckiem. Ale są sytuacje, w których już nie wiem, co robić - kiedy mówi agresywnie, jakby chciał samemu sobie zrobić krzywdę. Np. przechodzimy na spacerze obok stawu, więc biorę go za rękę mówiąc, że przy stawie trzeba iść z mamą za rękę (w bezpiecznych miejsach typu plac zabaw/park swobodnie biega, ale na ulicy itp. musi się trzymać blisko mamy). Na co on dobitnie "Chciałem wpaść i walnąć w wodę i być cały brudny i mokry!". Albo jedzie na rowerku biegowym, dojeżdżamy do przejścia dla pieszych, więc ja łapię za kierownicę zatrzymując rower i pytam go: "zobacz, sprawdź, czy jedzie samochód? jedzie tam, więc musimy poczekać" , na co syn próbuje się wyrwać i krzyczy "będę jechał, nie widzę żadnego samochodu, chciałem walnąć w samochód i zrobić kraksę". Podobnie jest z wchodzeniem na jezdnię, gdy idziemy na spacer - nie zareaguje na moją komendę "stój, tu jest ulica", tak, jak to robią inne dzieci, nie zatrzyma się - wręcz z premedytacją by wybiegł na jezdnię, dlatego zawczasu go trzymam.
Jak na takie coś reagować? Jak tłumaczyć? Mówienie, że gdyby wpadł do stawu lub walnął w nadjeżdżający samochód, to by leciała krew i trzeba by było iść do szpitala nic nie daje. Mówienie, że mama by płakała, jakby mu się coś stało daje też raczej marny rezultat i następnego dnia robi to samo.
Dodam jeszcze, że jego zabawy w domu są też raczej agresywne - np. samochody nie współpracują ze sobą na budowie, tylko psuja sobie nawzajem zabawę, przeszkadzają sobie na rozmaite sposoby.
Natomiast jak ogląda bajkę lub czytamy mu coś, to każe omijać fragmenty np. kiedy wilk zjada Czerwonego Kapturka lub na bajce jakiś pociąg spada w przepaść albo się psuje.
Nie stosujemy wobec niego przemocy, kar, klapsów. Domownicy na siebie też nie krzyczą, nikt nie jest agresywny, więc skąd się to bierze?