Poobserwowałam córkę na spokojnie przez święta i zagwozdkę mam. Doradzicie?
Za parę miesięcy skończy 3l, fajna wesoła dziewczynka, mowa i rozumienie super, ruchowo i manualnie gorzej (rehabilitujemy ONM i lekkie zaburzenia SI). Od dłuższego już czasu ładnie bawi się sama, bierze do ręki jakieś figurki ludków, zwierzątek, auta, maskotki, ostatnio szał na Peppę i odgrywa scenki - a to kąpiel, a to Peppa się przewróciła, a to dostała kataru, a to braciszek się zgubił, a to jadą na wycieczkę - są dialogi, "skacze" tymi figurkami po całym domu, wsadza nam do butów itd.
I niby fajnie, ale ostatnio zauważam że tego typu zabawy to jest 75% czasu, jaki bawi się sama.
Żadne puzzle, klocki broń Boże (ma ze 3 rodzaje, żadne konstrukcyjne zabawy od czasu prostych wież z drewnianych klocków jej nie interesują), kredki dawno poszly w odstawkę... Jeśli farby, owszem, ale na 5 minut. Lubi pluskać się w wodzie (znów często scenki), więc stawiam jej w łazience michę i przelewa. Poskacze na łóżku vel "trampolinie", pośpiewa sobie piosenki. Czasem spontanicznie zrobi bajzel w połowie domu - i to tyle samodzielnej zabawy.
Zachęcam do jakichś nożyczek, kredek, darcia papieru, piłki, książeczek, klocków/puzzli, czegokolwiek - jeśli już to z asystą, i też na moment.
Trochę mnie to martwi, bo zaczyna monotonne być (dla mnie, pewnie dla niej nie

) i nie wiem co począć - czy cokolwiek?
Oczywiście na spacerach biega z dziećmi na placu zabaw, "łowi ryby" patykiem, pozbiera kwiatki czy kamyki, pogada do mrówek, pohuśta się, posiedzi w piasku czy pozjeżdża...
Ale w domu głównie scenki, scenki, scenki... Do każdego zajęcia, włącznie z porządkami, bierze swoich 'ulubieńców' i odgrywa kolejną scenkę...
Czy to jest ok? Jak ją zachęcić do zabaw manualnych?