Dzwoni komórka.
Patrzę: Pan Mąż na wyświetlaczu. W trakcie zdjęć dzwoni bardzo rzadko, oho!
Coś istotnego musiało się stać...
Odbieram i słyszę nerwowe:
-Cześć kochanie, jest w domu czekolada?
-??? (zamurowało mnie, takiego pytania się raczej nie spodziewałam

-Co jest? -pytam dla pewności. Może się chłopak przejęzyczył...
-Czekolada czy jest? W lodówce. Może leży na Gierku. (Gierek to taka nasza
odrestaurowana stara szafka z minionej epoki

Zatem co ja sobie myślę? Albo chłop zwariował (na zimnie czesto pracuje...),
albo Szymon i jego wesoła ekipa coś wymyślili (gwoli wyjasnienia: Pan Mąż
pracuje obecnie dla programu Szymon Majewski Shaw i robią tam niestworzone,
absurdlane rzeczy więc spodziewać się po nich można wszystkiego. Ale do czego
im czekolada? I to NASZA??!!)
- Wytłumacz powoli -zachęcam Pana Męża do pogłebienia tematu.
- Bo rano jak byłem po bułki, to kupiłem w sklepiku czekoladę i coś mi się
wydaje, że zapomniałem ją wziąć z lady... Sprawdź, co?
Wybuchłam gromkim śmiechem. A to rzeczywiscie pilna sprawa!
Schodzę do kuchni. Szukam "w spodniach i w surducie, w lewym bucie, w prawym
bucie.." Czekolady nie ma

. No co jak co, ale czekoladę wedlowską
zauważyłabym na tysiąc procent!
- No nie ma, kochanie... - informuję smutno Pana Męża.
-A to jak bedę wracał po południu, to odbiorę. To pa. Wracam do pracy.
-No pa, czekoladowy Joe.
I z tego wszystkiego nie zapytał nawet jak się czujemy, taki był przejęty
czekoladą...
I jak tu gościa nie kochać?