pampeliszka 26.04.06, 13:04 moze by tak zrobic wspolny watek o wspomnieniach z porodu? Kazda znajdzie swoje i doklei, co Wy na to? Ewentualnie dopisze, jesli sie obijala. Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
wenus.z.willendorfu Re: Wenus, 26.04.06, 13:11 Pam, pomysł niezły. Tylko nie wiem, czy ja powinnam się dopisywać do tego wątku: rodziłam bardzo krótko i przez większą część czasu bezboleśnie. Sama wiesz, że nie brak zawistnych osób na forum Odpowiedz Link Zgłoś
pampeliszka Re: Wenus, 26.04.06, 13:15 Wenus, WSZYSTKO mozna tak opisac, zeby te zawistne osoby nie byly az tak bardzo zawistne. I zawsze mozesz dodac, ze teraz za to placisz, bo Frutka malo spi... Odpowiedz Link Zgłoś
wenus.z.willendorfu Re: Wenus, 26.04.06, 13:22 wiesz Pam, to ja Ciebie poproszę o opisanie mojego porodu, bo mnie talentu epickiego brak. Ja bym to streściła w punktach: g. 24.30- odchodzą wody g. 1- w szpitalu stwierdzają rozwarcie na 1 cm g. 1.15- 6.15 nie dzieje się kompletnie nic, mąż przysypia, ja czytam książkę 6.30- zaczynam odczuwać delikatne skurcze i już się zastanawiam, czy teraz prosić o znieculenie, czy poczkać, aż faktycznie zacznie boleć 7- proszę o znieczulenie, bo zaczyna boleć coraz bardziej 7.05- badanie stwierdza, że mam za małe ozarcie na podanie znieczulenia 7.30- zaczynam chodzić po ścianach z bólu, ale lekarka stiedza, że już ni ma sensu i ... 7.45- Frutella już jest na świecie Odpowiedz Link Zgłoś
wenus.z.willendorfu Pam 26.04.06, 13:50 jak już będziesz tworzyć opowiadanie na temt mojego porodu to nie apomnij podkreślić najbardziej dramatycznych momentów: łóżko, na którym leżałam, było niewygodne i skrzypiało, biedny mąż spał na poduchach i tych workach porodowych na podłodze i co chwilę wpadała obrzydliwie sympatyczna połozna, przeszkadzjąc mi w lekturze Odpowiedz Link Zgłoś
tropikalna Znalazłam i doklejam moje wspomnienia... 26.04.06, 13:27 7 marca 2005 około godziny 14...leżałam na stole operacyjnym. Było mi albo zimno jak cholera albo ze strachu mi sie nogi trzęsły. Dostałam zastrzyk w kręgosłupek i nagle ogarnęła mnie błogość...ja , lepsza niz orgazm, miałam nogi ale ich nie czułam (wiem już jak bym się czuła jakbym schudła o nogi). Bez soczewek więc całkiem ślepa, lekarz się mnie pyta - " Czuje Pani coś?" Ja mu na to: - "Nie wiem, chyba nie" A on mi odpowiada: - "No pewnie że nie, przecież ma pani dziure w brzuchu..." Widziałam tylko jakąś czerwień co się w lampie odbijała ale bez szczegółów. I grzebali, grzebali, w końcu o 14.25 wyjęli Zuzkę, ryczała głośno jak cholera. Pokazali mi ją na chwilkę, potem ponieśli gdzieś. Potem mi się szew rozwiązał i Pan mąż zębami poprawiał i zaciskał-ale byla jazda. Potem nie spałam 3 miesiące i non stop ryczałam, jadłam lody i czekoladę i odrobiłam 12 kilo schudnietych A teraz ten rozbójnik łazi po całym domu, zżera suchy chleb z kaloryfera, szczypie, wrzeszczy i ucieka. Ale tez najcudnowniej na świecie rozdaje całuski, robi przytulki i pokazuje jak będzie ćwiczyć karate z tatusiem jak dorośnie. No i piwo żłopie z pokala który ledwo trzyma, ale to już wiadomo na pewno ze ma to po mamusi...zwanej Mambą Odpowiedz Link Zgłoś
pampeliszka Re: Wenus, 26.04.06, 14:31 to ja proponuje rozpisac konkurs na najbardziej dramatyczny opis Twojego porodu. Tylko jeszcze dorzuc jakies szczegoly... Odpowiedz Link Zgłoś
kangur4 Re: Wenus, 28.04.06, 01:17 Alez proszę bardzo, zawsze do usług: Na dwa dni przed porodem byłam w przychodni przyszpitalnej na KTG (byłam niby po terminie, ale to nieprawda, termin z kalendarza różnił się od terminu PRAWDZIWEGO o tydzień). Moja połozna stwierdziła 2 cm rozwarcia i spytała, czy chcę urodzić w czwartek, potwierdziłam, więc odkleiła pęcherz płodowy od ścianki (czy jakos tak). W rzeczony czwartek wieczorem, o 21.30, siedziałam sobie na kanapie i nagle naszła mnie chęć zrobienia sobie paznokci, wstałam z kanapy, przeszłam trzy kroki i odeszły mi wody. Zadzwoniłam do położnej, ustaliłysmy, że mam zjawić się za cztery godziny w szpitalu, zrobiłam paznokcie, wzięłam prysznic, wsadziłam gary do zmywarki, umalowałam się (idiotka - pomyliłam tusze i umalowałam się zwykłym, a nie waterproofem. Potem wyglądałam jak miś panda), dopakowałam i liczyłam skurcze. Mąż udawał twardziela, aczkolwiek na początku nie zajarzył, kiedy mu powiedziałam (mimochodem, dla lepszego efektu), że nockę mamy z głowy. Zajechalim do szpitala, na izbie przyjęć pracowicie zmyłam dopiero co nałożony lakier, skurcze były coraz mocniejsze. Polazłam na badanie, na korytarzu spotkałam doktora (- o, jest moja ulubiona pacjentka - i tyle go widziałam). Wlazłam na fotel, luz kompletny. Badanie. Przysięgam - świeczki stanęły mi w oczach. - Czy chcesz znieczulenie? - pyta słodko moja połozna. Kurwa, pewnie, że chcę (one to robią specjalnie, jestem przekonana). Cztery centymetry, kwalifikuję się. Wchodzimy na salę, mam luksusowo, trafiła mi się taka z własną łazienką. Jestem podekscytowana, dostałam słowotoku (zawsze tak mam, jak się czyms denerwuję). Przychodzi Pani anestezjolog, mówi coś, mój mąż myśli, że pijana, blednie. Nie, jest Kubanką i ma obcy akcent. Chyba mąż był bardziej zdenerwowany ode mnie, bo ja od razu poznałam, że to cudzoziemka, sytułowałam ją jednak gdzieś w okolicy Bałkanów. - Teraz wbiję igiełkę, żeby znieczulić - wiem, że kłamie i że to igła właściwa. Mnie nie oszuka. Ha! Krew w cewniku, trzeba kłuć jeszcze raz. Mam za karę. Znieczulenie zaczyna działać. Jest fajowo, skaczę na wielkiej piłce, nic nie czuję. Gadamy z mężem. Po chwili zmiana. Nie, to nie mąż skacze na piłce, ja skaczę dalej, w dalszym ciągu nic nie czuję, ale nie jest już tak fajowo, bo rzygam do miski jak kot - efekt uboczny znieczulenia. I tak przeskakałam i przerzygałam 3 godziny. Minęło jak z bicza trzasł. No dobra, zaczęły sie parte - podobno, bo dalej nic nie czuję. Położna każe przeć na kucająco. Wyrzucam męża za drzwi (tak, zrobiłam to i strasznie się wstydzę). Niewygodnie mi na kucająco, ładuję się na łóżko, znieczulenie schodzi, mąż wraca ze zsyłki. Prę. Godzinę. Mój mąż przysięga, że pomiędzy skurczami prowadziłam intelektualne rozmowy z położną, ja tam nic nie pamiętam. Pamiętam tylko, że przyszła druga położna, poskakac mi na brzuchu. I pamiętam, że przysypiałam pomiędzy skurczami. 6.10, rodzi się Matylda. - Patrz, Myszko, patrz! - krzyczy mój mąż, i dobrze, bo bym przegapiła, bo zgodnie z przepisami parłam z zamkniętymi oczami. A potem wszystko mi się miesza, nie wiem co było po czym, w jakiej kolejności, jakiś miałam zamęt w głowie ze szczęscia. 3600 g, 53 cm, 10 pkt. Moje szczęśliwe numerki. A potem chciałam do domuuuu. Mimo, że leżałam w dwójce z łazienką (nawet na Żelaznej niesamowity luksus), mimo, że leżałam z przesympatyczną dziewczyną (ta dopiero miała poród - 20 minut wszystkiego, urodziła na izbie przyjęć, bo nie zdążyli z salą), mimo, że czułam się świetnie, nic mnie nie bolało i w ogóle byłam w super formie - chciałam strasznie do domuuuu. Marzy mi się taki model, jaki stosują podobno w Holandii - poród, kilku-, kilkunastogodzinna obserwacja i won, do domu. Odpowiedz Link Zgłoś
pampeliszka Kangur, 28.04.06, 08:45 po Twoich wspomnnieniach od razu sie chce wracac na sale porodowa, bo to taka zabawa po pachy jest. Odpowiedz Link Zgłoś