jogo2
02.09.10, 02:16
Niniejszy wątek ma pewien związek z wątkiem poniżej. Zauważyłam szeroką
akceptację dla wymyślonego przez psychologów sposobu między innymi pacyfikacji
niepożądanych zachowań dziecka przyznawaniem mu nazwijmy to uprawnień, których
normalnie byśmy mu nie przyznali, typu: niech trzylatek sam decyduje, w co się
ubierze (nie bezpośrednio oczywiście, tylko np. za pięć minut szósta rano,
kiedy każda sekunda ma dla nas wartość minuty, musimy zapytać Olę, czy woli
rajstopki w prążki czy w krzyżyk). Oczywiście Ola, bystra dziewczynka (nasza
krew w końcu) sobie raz taką sytuację zapamięta, i jak raz kiedyś naprawdę nie
będzie czasu na indagacje, albo zostanie tylko jedna czysta para rajstopek,
będzie awantura na cztery fajery, ale to nic. Przy czym zauważyłam, że
dzieciom ciężko jest wytłumaczyć, że z przywileju/ustępstwa, który raz został
im przyznany, nie mogą korzystać ZAWSZE, ani tak często, jak chcą z różnych
powodów.
Coraz szersze kręgi rodziców wyedukowane takim podejściem nie widzą nic złego
w tym, że ich dzieci domagają się rzeczy, których nie powinny się domagać albo
od osoby trzeciej, stawiając taką osobę w krępującej sytuacji (jeżeli ktoś to
rozumie co to znaczy: postawić kogoś w krępującej sytuacji, bo z lektury wątku
poniżej wynika, że w świadomości forumowiczek takie pojęcie nie istnieje),
albo bo są na to za małe.
Na przykład wyświechtanie pojęcie "dobrego wychowania" wymaga unikania
stawiania kogoś w krępującej sytuacji. No ale teraz najważniejsze jest
"nietłumienie indywidualności i osobowości dziecka", a jak ktoś czuje się
postawiony w krępującej sytuacji, bo nie wie w pierwszej chwili co powiedzieć
na prośbę 6 latka o użyczenie aparatu fotograficznego, to niech spada ze swoim
brakiem asertywności.
Moim zdaniem takie podejście przełoży się po jakimś czasie i częstotliwości
występowania takich zachowań na masowe występowanie zachowań egoistycznych i
samolubnych, no ale jakżeż mogłabym mieć rację.