neokawa
17.10.10, 09:15
Po raz kolejny usłyszałam wczoraj rzewną historię budowy domu. Scenariusz identyczny, jak w 90% przypadków, jakie znam (znam akurat te okołowarszawskie, więc może w tym problem?)
Koleś uznał, że kupno mieszkania w mieście jest za drogie, nieopłacalne i głupie (o czym mi wielokrotnie przypominał, gdy sama mieszkanie kupowałam). Lepiej kupić działeczkę 30-40 km od miasta i postawić domek (infantylizm specjalny, bo ma podkreślać łatwiznę całej operacji). Nieduży, ok. 120 metrów. Zaczynaliśmy w tym samym czasie - ja kupno mieszkania, on kupno działki. Ja mieszkanie kupiłam, wyremontowałam (fakt, nie od razu, po jednym pomieszczeniu, ale bez uszczerbku na zdrowiu).
Kolegi działeczka szybko zamieniła się w działę. Gdy ja miałam już dawno sfinalizowany zakup i wpis do księgi, on użerał się z planami, podłączeniami itd. Zniknął wraz z rodziną na ponad dwa lata z mojego życia, bo od rana do wieczora harował na budowie. Jego żona zaszła w ciążę i przez cały okres jej trwania, a potem rok zycia dziecka nie widywała męża. Bo budowa. Kolega w wieku 28 lat wygląda na prawie 40. Jego rodzice i teściowie podupadli na zdrowiu i nerwy im wysiadają, bo budowa. W końcu budowa na tyle się ukończyła, że był w stanie tam zamieszkać z żoną i dzieckiem - ze 120 metrów zajmują 30, bo na resztę ich nie stać (a kredyt mają dużo większy niż ja). I te 30 metrów to też takie nie do końca... 30-40 km do miasta codziennie zamienia się w 4 godziny dojazdu do roboty (no bo żeby działka była w miarę tania, to nie mogła być w miejscu atrakcyjnym).
Nie wiem, kiedy to dokończą. Może za 5 lat. Może za 10. A może za 20, jak moi rodzice. Zawsze przeklinałam mieszkanie w niedokończonym domu. Wolałabym mieszkać w 50 metrach z nimi niż w 200 bez nich, bo bez przerwy pracowali na dom. Dom, który trudno zostawić, gdy się jedzie na wakacje (a na ochronę nie stać, bo nie stać na wykończenie łazienki nawet). Więc nie ma wakacji. Ja miałam chociaz dom w mieście, 5 minut od szkoły. Ale gdybym miała jeszcze z niego przez pół życia dojeżdżać, to znienawidziłabym go totalnie.
Zawsze mnie zastanawia, co tak pcha ludzi do budowy domów, jeśli nie mają na to odpowiednich funduszy. Kupno mieszkania i jego remont można oszacować, a budowa domu.. NO to skarbonka bez dna. A ci budujący myślą (mimo mnóstwa przykładów, że tak nie jest), że to interes życia, że dom prawie sam się zbuduje. No i nie dadzą zarobić tym warszawskim złodziejom, którzy za chore ceny sprzedają mieszkania (fakt, chore, ale tańsze niż dom). I całe swoje życia, najlepsze jego lata, całe zdrowie, wszystkie siły poświęcają domowi.
Ja właśnie sobie siedzę od rana i piję kawkę. A kolega (wiem, bo widziałam się z nim wczoraj) od rana dzisiaj wraz z żoną robią DOM.