asia_i_p
07.12.10, 09:16
Jestem wychowawczynią trzeciej klasy licealnej i obserwuję zjawisko, które mnie niepokoi. Kolejni uczniowie kończący osiemnaście lat traktują to jako przepustkę do krainy wolności nieograniczonej i oświadczają swoim rodzicom, że oni będą dbać sami o swoje sprawy. Nie mówią im o zebraniach, w jednym przypadku chłopak opiekującej się nim babci chyba nie pozwala przyjść do szkoły pogadać z nauczycielami, inny z kolei wyjaśnił mi, że właściwie mógłby złożyć skargę, że dzwonię do matki i opowiadam o jego nieobecnościach, bo on jest człowiekiem dorosłym i to jest naruszanie ochrony jego danych osobowych. Równocześnie radośnie ciągną kasy od tych rodziców, ile wlezie.
Wiem, że istnieje obowiązek alimentacyjny wobec uczącego się dziecka, ale czy rodzic nie ma wtedy przynajmniej prawa sprawdzenia, czy to dziecko rzeczywiście się uczy? To są ciężko pracujący ludzie, starający się podchodzić do tych chłopaków ze zrozumieniem - a ci chłopcy nic z tego nie widzą. Widzą źródło kasy, widzą swoje prawa, nie widzą obowiązków.
Ja wiem, że dziecko się ma takie, jak się wychowało, ale dlaczego jeżeli tym błędem w wychowaniu jest zbytnia uległość wobec rodziców, to cały świat dookoła pracuje nad tym, żeby ten błąd odrobić i dziecko nabuntować, a jeśli to jest lekceważenie wobec rodziców i traktowanie wszystkiego, co się od nich dostaje jako prostej należności - to to jest wina tych rodziców i trudno?
I czy już powinnam zmieniać pracę, skoro 20-letni prawie (powtarzał klasę) zdrowy facet (ma alergie, które bardzo przeszkadzają mu w nauce, ale pozwalają imprezować) okazujący wyższość swojej zapracowanej matce, budzi we mnie agresję?