Tak mnie naszło po przeczytaniu wątków dotyczących sączowskiej tragedii, ale i po kilku rozmowach z koleżankami, które bardzo łatwo rozgrzeszają facetów z ich bezmyślności, dla kobiecej nie miały az takiej wyrozumiałości. Mój gigant intelektu parę lat temu, kiedy ze starszym synem byłam w szpitalu, wsadził młodszego niepełnosprawnego(nie chodzi, nie mówi) i uspośledzonego umysłowo do wanny a sam zabrał psy i wyszedł z nimi na 10 minut spacer. Pewnie nigdy bym się o tym nie dowiedziała gdyby nie to, że w tym czasie zadzwoniłam do niego na komórkę i dowiedziałam sie gdzie jest on a gdzie dziecko. Do dzisiaj się dziwię, że telefon nie eksplodował

Mój mąż jest ciężkim idiotą kompletnie pozbawionym wyobraźni i nawet nie wie jakie miał cholerne szczęście, że temu dziecku nic sie nie stało, bo ja nie uznałabym tego za nieszczęśliwy wypadek.
To jest bezmyślność ciężkiego kalibru , która tylko dzięki ogromnemu szczęściu nie skończyła się dla nas tragicznie, ale na co dzień mogłabym mnożyć przykłady w nieskończoność. nie myślę tu o przypadkach, które po prostu się zdarzają kazdemu raz na jakiś czas. Myślę tu o bezmyślności wynikającej z egoizmu, wygodnictwa itp. Nigdy nie znajdowałam dla niej usprawiedliwienia. Czy uważacie, że taka codzienna bezmyślność, która rani partnera jest mniejszym złem niż przewinienie jakiegoś większego kalibru np. zdrada? Czy wyrządza ona mniej szkód w małżeństwie/związku? W mniejszym wymiarze wpływa na nasze uczucia do współmałżonka/współmałżonki?
Za uwagi "jak można tak pisać o własnym mężu" bardzo dziękuję i tak nie trafią, jako, że właśnie mam ochotę go zabić. "Widziały gały co brały" też na mnie nie działają.