No wytłumaczcie mi, czemu wiecznie jestem mądra po szkodzie, ale i tak nie wyciągam wniosków na przyszłość...? Głupia sprawa, pokłóciłam się z małżem o mopa, którego miał mi przynieść z samochodu. Ja poprosiłam o przyniesienie mopa. Małż usłyszał wymówkę "czemu jeszcze nie ma tego mopa"- i zaczął się tłumaczyć, że dzieci, że śniadanie, że najpierw odkurzyć trzeba itd. Ja zamiast tłumaczeń usłyszałam "nie przyniosę żadnego mopa, teraz ani nigdy". I tak od słowa do słowa... Im bardziej Puchatek zaglądał do dziury... i tak dalej

I jak to jest, że po kłotni potrafię dostrzec przyczyny i dziwić się, że tak się nie zrozumieliśmy- a następnym razem znów się pożreć o bzdurę totalną? Jak to jest, że jestem mądra bardzo w wiedzę z poradników, artykułów, własnych przemyśleń- a jak się wścieknę, to tę wiedzę można o kant d... potłuc, bo wcale nie mam ochoty mądrze się kłócić, natomiast mam ochotę wrzeszczeć, tłuc talerze, zachowywać się dziecinnie i nieracjonalnie! Jak to łatwo brzmi " wyjdź, ochłoń i pogadaj na spokojnie", a w realnym świecie zamiast uspokojenia jest narastająca furia? Ech, z pewnością to wina moich rodziców, nie nauczyli mnie mądrze się kłócić
Też tak macie? Kłócicie się o sprawy ważne, czy o pierdoły (bo ja wyłącznie o pierdoły)? Jak sobie radzicie?